Teraźniejszość
Podskakuję, słysząc samochód Caleba
na podjeździe. Byliśmy razem od ponad pięciu lat, ale nadal mam motylki w
brzuchu, ilekroć wchodzi do pokoju. Staram się nie wyglądać na będącą w
potrzebie, ale kiedy jego klucz przekręca się w zamku i wchodzi do środka,
rzucam się na niego. Potrzebuję, żeby mi wybaczył. Byłam w wiecznym zmierzchu
odkąd przestał uśmiechać się do mnie.
Zaskakuję go, śmieje się, jak mój
ciężar popycha go na ścianę. Oplatam go nogami w pasie i przyciskam nos do jego
nosa. Chcę obcałowywać się z nim tak jak robiliśmy to, gdy się poznaliśmy, ale
pierwszą rzeczą, która mówi jest… - Gdzie Stella?
Uśmiech opuszcza moją twarz. Nie
cierpię tego. Skąd mam to wiedzieć?
Wzdycham i zsuwam się z jego ciała,
rozczarowana. – Zapewne z tamtym kolesiem.
Caleb mruży na mnie oczy; jego usta
są prostą linią.
- W ogóle spędziłaś z nią dzisiaj
czas?
- Tak – warczę. – Nakarmiłam ją rano,
bo męska niańka się spóźnił.
Mięśnie w jego szczęce drgają, jak
zaciska zęby. One drgają. Ja się krzywię.
Drganie… skrzywienie… drganie…
skrzywienie.
Czuję się samolubnie wściekła. Nie
było to niezwykłe dla matek aby polegały na niańkach w opiekowaniu się dziećmi.
W moich kręgach było to idealnie normalne. Czemu on zawsze musi sprawiać, że
czuję się gorsza?
Podwijam górną wargę na zębach. –
Uważasz, że Olivia byłaby lepszą matką ode mnie?
Przez chwilę w jego oczach błyska
nieskrywany gniew. Odwraca się, obraca z powrotem do mnie, po czym znowu się
odwraca, jakby nie wiedział czy stanąć twarzą w twarz z faktem, że
wypowiedziałam jej imię.
Chcę kłótni. Za każdym razem gdy
patrzy na mnie, jakbym była olbrzymim rozczarowaniem, moje myśli pędzą do
Olivii. To dla mnie jak zmienianie biegów; uruchamiają to rozczarowane oczy
Caleba. Nagle jestem w tym magicznym miejscu, gdzie zwalniam sprzęgło, dociskam
pedał gazu i mój umysł pędzi do Olivii. Pieprzyć. Tę. Sukę. Jaką ona ma nad nim
moc? Chcę do niego podbiec, walnąć go pięściami w tors za ciągłe porównywanie
mnie w myślach do niej. Albo może to ja porównuję się do niej w myślach? Boże,
życie jest takie zagmatwane.
Wtedy Sam wchodzi do pokoju z
dzieckiem. Wściekłość na twarzy Caleba znika i niespodziewanie wygląda, jakby
chciał się rozpłakać. Znam tę minę; czuje ulgę – czuje ulgę, że ma coś innego
ode mnie. Odwracam się, kierując do drzwi.
- Gdzie się wybierasz? – pyta Caleb.
- Dzisiaj spędzam czas z Samem –
mówię. Unikam twarzy Sama i biorę moją torebkę.
- Chodźmy, Samuel – warczę. Widzę jak
ukrywa uśmiech, posłusznie pochylając głowę i podchodzi do mnie. Wychodzę z
domu i schodzę po schodach, zanim Caleb może cokolwiek powiedzieć. Słyszę jak
rozmawiają krótko za mną, ale jestem w połowie drogi do samochodu Sama i
postanawiam, że zatrzymanie się do podsłuchania zniszczy moją wiarygodność.
Caleb zapewne ostrzega go przed moją skłonnością do wojowniczości, kiedy jestem
pijana. Sam podbiega minutę później. Bez słowa otwiera mi drzwi od strony
pasażera, a ja wsiadam do środka. Ma dżipa, taki typ, który nie ma dachu ani
prawdziwych okien. Usadawiam się na siedzeniu i patrzę się prosto przed siebie.
Zniszczę Olivię. Znajdę ją i stłukę ją na kwaśne jabłko za zrujnowanie mojego
życia.
- Gdzie zmierzamy? – pyta Sam,
wyjeżdżając z podjazdu.
- Zadzwoń do tej swojej zdzirowatej
kuzynki – odpowiadam. – Jedziemy tam, gdzie jest ona.
Unosi brwi, ale nie robi ruchu do
swojej komórki.
- Jest dzisiaj u Matki Gothel –
wyjaśnia. – Byłaś tam kiedyś?
Potrząsam głową.
- Świetnie. To miejsca dla ciebie. –
Wjeżdża dżipem w ruch uliczny, a ja podtrzymuję się drzwi. To będzie długa
jazda.
Matka Gothel nie jest miejscem dla
mnie. Oświadczam to głośno, jak wchodzimy do środka. Bramkarz z paroma
kolczykami na twarzy sprawdza nasze dowody. Przygląda mi się w sposób, który
sprawia, że swędzi mnie skóra i łapię Sama za ramię.
- Co to jest za miejsce, u licha? –
szepczę, gdy wchodzimy do pomieszczenia oświetlonego jaskrawoniebieskimi
światłami.
- Bar fajek wodnych – mówi. Podnosi
brwi. – Emo bar fajek wodnych.
Marszczę nos. – Czemu tutaj przyszła?
– Wyobrażałam sobie wszystkie luksusowe bary na Mizner Avenue, rzut beretem od
tej przygnębiającej dziury.
- Przechodzi przez fazy – odpowiada,
kiwając głową barmanowi. – W zeszłym miesiącu były herbaciarnie.
Zamawia dwa martini. Gdy biorę swoje,
zastanawiam się skąd wiedział, że je piję?
- Nie palniesz mi kazania na temat alkoholizowania
mleka z piersi? – pytam ponad brzegiem szklanki. Jęczy i próbuje mi ją zabrać.
- Cholera, zapomniałem – mówi. –
Trudno zapamiętać, że taka zimna jędza jak ty jest matką.
Burczę, trzymając szklankę poza jego
zasięgiem. Trafione.
Zmierzamy do stolika, wokół którego
skupiona jest mała grupka ludzi. Dostrzegam blond głowę Cammie podskakująco z
ożywieniem, jak opowiada historię. Kiedy zauważa Sama na jej twarzy pojawia się
uśmiech… aż widzi i mnie. Mruga szybko, jakby próbowała wyrzucić mnie z jej
wizji. Uśmiecham się słodko, kierując w jej stronę. Ta suka ma informację o
Olivii. Czuję to. Pochylam się, żeby ucałować jej policzek. Lubię witać się po
europejsku.
- Sam – odzywa się z napięciem – nie
wiedziałam, że przyprowadzisz… gościa. – Przekrzywia głowę tak jak robią to
tylko piękności z Południa. Rozpoznaję jej akcent z Teksasu.
- Pierwsze wyjście od porodu? – pyta
mnie.
Sam burczy za mną. Obracam się,
posyłając mu ostrzegawcze spojrzenie i odwracam z powrotem do Cammie.
- Jasne – odpowiadam. – Sam był
wystarczająco miły, żeby pozwolić mi przyjść ze sobą. Fajny bar! – Rozglądam
się z udawanym zainteresowaniem. Kiedy wracam do niej spojrzeniem, kończy
wywracać oczami.
Wskazuje na dwa wolne krzesła. Biorę
te najbliższe niej, a Sam siada obok mnie. Przedstawia wszystkich przy stole.
Grupka składa się z dwóch pełnomocników, zawodowego deskorolkarza, który ciągle
rzuca spojrzenia na odkryty dekolt Cammie i pary wytatuowanych lesbijek z
tuzinem kolczyków.
Przez następną godzinę słucham jak
paplają o najbardziej monotonnych tematach na świecie. Bawię się włosami i staram
się nie ziewać. Sam patrzy na mnie z rozbawieniem, wciągając się w ich rozmowy.
Dwa razy bierze mnie z zaskoczenia, pytając o opinię o politykach.
- Naprawdę, Sam – warczę w końcu,
kiedy nikt nie słucha. – Możesz przestać?
Uśmiecha się szeroko. – Jedynie
staram się być przyjazny.
Skąd ktoś z tak wieloma tatuażami wie
o polityce? Czy jestem stereotypowa? Szkoda. Pochylam się do jego ucha, żeby
mnie usłyszał. Cammie marszczy brwi.
On jest gejem!
Chcę do niej krzyknąć. A nawet gdyby nie był, poważnie, ja nie umawiam się z
niechlujnymi facetami.
- Dam ci sto dolców, jeśli zabierzesz
stąd wszystkich, żebym mogła porozmawiać sam na sam z twoją zdzirowatą
kuzyneczką.
Sam wstaje i klaszcze w dłonie. –
Kupię wszystkim drinka, poza Cammie.
Cammie wywraca oczami, ale zostaje w
miejscu. Wszyscy inni idą za Samem do baru, śmiejąc się i klepiąc się po
plecach.
Patrzy na mnie wyczekująco, jakby
wiedziała o moim planie.
Przysięgam, że ta suka i ja mówimy
tym samym językiem… w innych akcentach.
- Olivia Kaspen – mówię. Jej twarz
niczego nie pokazuję. – Znasz ją?
Jej usta podnoszą się w uśmiechu i
raz kiwa głową, przyznając, że ją zna. Czuję palący żar zaczynający się w
klatce piersiowej i rozkładający się w reszcie ciała. Emocjonalne fajerwerki.
Wiedziałam! Oblizuję usta i wyciągam papierosa z torebki.
- Stąd znasz Caleba – mówię.
Potakuje, a na jej ustach wciąż tkwi ten okropny uśmiech. Zaciągam się
papierosem, patrząc na nią spod rzęs.
- Dlaczego on ją kocha? – Po raz
pierwszy wyraziłam słowami te pytanie, chociaż rozmyślałam nad nim Bóg wie jak
wiele lat. Olivia była atrakcyjna – jeżeli interesowało się zdzirami. Miała za
dużo włosów i szeroko rozstawione oczy, ale byłam w jej towarzystwie
wystarczająco dużo czasu podczas mojej rozprawy, żeby wiedzieć jak reagowali na
nią mężczyźni. Była powściągliwa, chłodna. To było tajemnicze. Przeklęci
mężczyźni i ich przeklęte tajemnice. Nigdy nie widziałam, aby się uśmiechała.
Ani razu. Trudno było uwierzyć, że ktoś tak żywy i ciepły jak Caleb mógł żywić
uczucia do emocjonalnej cnotki.
Cammie przygląda mi się, starając się
postanowić jak bardzo chce odpowiedzieć. Zastanawiam się jak dobrze zna Olivię.
Nigdy nie przyszło mi to do głowy, aż do teraz, że może być z nią w dobrej
przyjaźni.
Ostatecznie odchrząkuje. – Cóż, jest
taką samą suką jak ty. Caleba zawsze ciągnęło do typu Cruelli De Ville. Ale
jeżeli chcesz szczerej odpowiedzi… - milknie. Zespół wchodzi na scenę i zaczyna
robić się głośno. Pochylam się, głodna odpowiedzi.
- Oni iskrzą – mówi. Odsuwam się
gwałtownie. Co to znaczy, do diabła? – Kiedy są razem, to tak jakby wprowadzić
do tego samego pokoju huragan i tornado – czuje się napięcie. Dopóki nie
zobaczyłam ich razem, nie wierzyłam w frazes bratnich dusz.
Dosyć usłyszałam. Jest mi niedobrze. Rozglądam
się, szukając mojego kierowcy i nigdzie go nie widzę, ale Cammie nie skończyła.
- Wiem, że celowo zaszłaś w ciążę –
mówi, wyciągając papierosa z moich palców i zaciąga się. Mrugam na nią, zbyt
zaintrygowana, żeby się kłócić. Skąd mogłaby to wiedzieć?
- Teraz masz faceta… i dziecko. Wygrałaś.
Więc dlaczego pytasz o Olivię?
Rozważam kłamstwo, powiedzenie jej,
iż upewniam się, że zniknęła na dobre albo jakąś taką bzdurę.
Cammie uśmiecha się z wyższością. – Chcesz
wiedzieć dlaczego on ją kocha, Leah? – Wyolbrzymia ah w moim imieniu. Wzdrygam się.
Co za suka.
Potrząsam głową, ale mała blondynka
jest mądrzejsza niż na to wygląda.
Gasi mojego papierosa. – Nie znajdziesz
na to odpowiedzi od nikogo innego niż Caleba. Gdybym była tobą to zostawiłabym
to w spokoju. Idź cieszyć się życiem, które dla siebie skradłaś. Olivia nie pojawi
się na twoim progu zapłakana, jeżeli
tym się zamartwiasz.
Czuję ciepło na twarzy, przypominając
sobie jak poszłam za Calebem do mieszkania Olivii. To była informacja
wewnętrzna. Mała suka prawdopodobnie jest jej najlepszą przyjaciółką.
- Nie zostawiłby mnie dla niej, nawet
gdyby to zrobiła – mówię to z większą pewnością siebie, niż czuję.
Cammie podnosi brwi i wzrusza
ramionami. – Więc dlaczego się przejmujesz?
Przełykam ciężko ślinę. Dlaczego się
przejmuję? Nie jest tak, że dorastałam w domu, gdzie moi rodzice byli szaleńczo
w sobie zakochani. Matka poślubiła ojca dla pieniędzy, mówiła mi to przy wielu
okazjach. Mam swojego faceta, więc dlaczego rozdrapuję strupa?
- Ja… sama nie wiem.
- Nie jest fajnie być drugim wyborem,
co? – Ściąga z języka kawałek tytoniu i odrzuca go z koniuszka palca. – Istnieje
możliwość, że czujesz się, iż jesteś warta więcej niż być żoną Caleba z litości,
a jeśli to prawda, to powinnaś teraz opuścić statek. To tylko kwestia czasu
zanim saga Caleba i Olivii ponownie się rozpocznie.
Jej słowa palą mnie. Wiercę się na
krześle, czując przeszywający mnie ból. – Myślałam, że mówiłaś, iż ona poszła
dalej ze swoim życiem? – syczę.
- No i co? – Cammie wzrusza
ramionami. – Ich historia nigdy się nie skończy. Ma męża, wiesz? Więc
technicznie masz trochę czasu, żeby sprawić, aby twój mąż się w tobie zakochał.
Nie mogę ukryć zaskoczenia. Nie
poślubiła Turnera, to na pewno. Wydzwaniał do mnie, kiedy z nim zerwała,
błagając mnie abym pogadał z nią w jego imieniu. Głupi Turner.
Po tej całej porażce z amnezją, włamałam
się do jej mieszkania i znalazłam listy od Caleba z datą jego czasów college’u.
Nie zajęło mi długo zorientowanie się, że była jego byłą dziewczyną, próbującą
go wyrolować. Zaszantażowałam ją do opuszczenia miasta, po czym zatrudniłam
prywatnego detektywa, który wytropił ją w Teksasie. Znajomy chodził do tej
samej szkoły prawniczej co Olivia, więc wykonałam telefon, wymieniłam się
paroma biletami na Super Bowl i BAM! Potem dowiedziałam się, że są zaręczeni. Co
za szczęście! Turner był matołem. Jak kobieta mogła przejść od Caleba do tego
półgłówka było poza moim pojęciem. W każdym razie myślałam, że na dobre
zniknęła z mojego życia, dopóki Caleb nie zatrudnił jej jako mojej
pełnomocniczki – dobrą rzecz zrobił, ponieważ wygrała rozprawę i uratowała mnie
przed dziesięcioma latami w więzieniu stanowym.
Nie mówię tego Cammie, której
południowy akcent nagle zaczyna mnie denerwować. Czy to ona była tą
przyjaciółką, z którą Olivia zamieszkała w Teksasie?
Nie rozmawiamy już o niczym więcej,
gdy Sam postanawia powrócić do stolika w tym dokładnym momencie. Wstaję, żeby
wyjść. Cammie już na mnie nie patrzy, całuje się z deskorolkarzem, który jedną
ręką trzyma ją za klatkę piersiową, a drugą trzyma nad głową, robiąc palcami rogi
Black Sabbath.
Odwracam się zdegustowana i podążam
za Samem do samochodu.
- Dostałaś odpowiedzi, których
potrzebowałaś? – pyta, jak jesteśmy w drodze.
Patrzę na niego ze zdziwieniem. – O czym
mówisz?
Unosi jeden kącik ust i spogląda na
mnie kątem oka. – Jest moją kuzynką i ma usta papli. Mówiła mi o tej lasce.
Gapię się na niego z otwartymi
ustami. – Wiedziałeś, że przyjaźni się z Olivią i nic mi nie powiedziałeś?
- Na to miałaś nadzieję, prawda? Chciałaś
wiedzieć, czy ją zna?
Ma rację, ale nadal jestem zła.
- Jestem twoją szefową – mówię. – Powinieneś
był mi powiedzieć. I co z ciebie za gej? Powinieneś kochać plotki i dramat.
Odrzuca głowę i wybucha śmiechem. Pomimo
złych wiadomości wirujących w mojej głowie, uśmiecham się. Może nie jest taki
zły. Postanawiam przestać próbować skłonić Caleba do zwolnienia go.
Gdy wracam do domu Caleb jest już w
łóżku – nie w naszym, ale na bliźniaczym łóżku w pokoju dziecięcym. Sprawdzam
zapas mleka w lodówce, na szczęście jest dosyć zamrożonego na dzień lub dwa –
wystarczająco czasu aby martini usunęły się z mojego organizmu. Wywracam
oczami. Caleb prawdopodobnie sprawdzi mój poziom alkoholu we krwi zanim pozwoli
mi znowu odessać mleko.
Idę do łóżka, wciąż mając na sobie
ubrania, smutniejsza niż kiedykolwiek.