Przeszłość
Pamiętam wilgotne wakacje z
powietrzem tak gęstym, że wydawało się, iż wdychasz zupę do płuc. Robiłyśmy się
nerwowe w domu – moja siostra i ja, biegałyśmy korytarzami naszego wielkiego
domu, wrzeszcząc i goniąc się nawzajem, dopóki nie miałyśmy kłopotów. Moja
zirytowana matka wysyłała nas na podwórko z naszą nianią Mattią, podczas gdy
ona odpoczywała. Mattia często podróżowała do sklepu z rzeczami za jednego
dolara, żeby kupić coś do zabawy na zewnątrz. Uważałyśmy z Courtney, że było to
nieskończenie zabawne, iż można było pójść do sklepu, a tym wszystko było za
dolara, podczas gdy my spędzałyśmy większość eskapad zakupowych w dusznych
butikach. Przynosiła nam kredę do chodnika, skakanki, hula hop i oczywiście
nasze ulubione – bańki mydlane.
Matti zawsze zostawiała je na koniec.
Udawała, że zostawiła wielki różowy pojemnik w środku, a my wzdychałyśmy i
marudziłyśmy. W ostatniej chwili wyciągała je zza pleców, a my podskakiwałyśmy
i klaskałyśmy jakby była taka sprytna. Nazywałyśmy bańki „pustymi planetami”, a
gra polegała na przebiciu jak najwięcej pustych planet zanim same wybuchną, a
ich szczątki polecą w stronę ziemi. Mattia stała pod drzewem w cieniu i nadmuchiwała
nam je. Nasze nogi były wiecznie posiniaczone od tej gry. Zwykłyśmy podstawiać
sobie nogi, żeby pierwszym dosięgnąć pustej planety. Biegałyśmy tak szybko, iż
Mattia mawiała, że wyglądamy jak niewyraźne plamy. Nazywała nas Rudą i Krukiem przez
nasze kolory włosów. Pod koniec gry liczyłyśmy ile baniek przebiłyśmy. Dwadzieścia
siedem dla Rudej, dwadzieścia dwa dla Kruka, ogłaszała. Potem kulałyśmy radośnie
do środka, pocierając posiniaczoną skórę i prosząc o lizaki. Matka nienawidziła
siniaków. Kazała nam zakładać rajstopy, żeby je zakryć. Matka nienawidziła
większości rzeczy powiązanych ze mną – kołtunów w moich włosach po kąpieli, koloru
moich włosów, mojego sposobu przeżuwania, tego jak za głośno się śmiałam, tego
jak pstrykałam paznokciami o kciuk, kiedy miałam kłopoty. Gdybyście mnie
zapytali, wtedy albo teraz, co tak naprawdę we mnie lubiła, nie byłabym w
stanie wam odpowiedzieć. Mogłam wam powiedzieć tylko tyle, że moje dzieciństwo było
zimnym pryśnięciem baniek na mojej skórze. Court i ja śmiejące się i wdychające
zupowate powietrze. Mattia ściskająca mnie, aby wynagrodzić ostre słowa zdystansowanej
matki.
Matka kochała moją siostrę. Moja
siostra zasługiwała na miłość. Pamiętam jak raz weszłam do nich, jak czesała
włosy Courtney po kąpieli. Opowiadała jej historię jak była małą dziewczynką. Courtney
chichotała, a matka śmiała się razem z nią.
- Byłybyśmy dobrymi przyjaciółkami,
gdybyśmy dorastały razem. Jesteś dokładnie taka jak ja, gdy byłam w twoim wieku.
– Usiadłam ma brzegu wanny, żeby im się przyglądać.
- A co z Jo? – zapytała Courtney,
posyłając mi uśmiech, któremu brakowało dwóch przednich zębów. – Czy z nią też
byłabyś dobrymi przyjaciółkami?
Było tak jakby w ogóle mnie nie
zauważyła w pokoju, dopóki Court nie wymówiła mojego imienia. Powoli do mnie
zamrugała i uśmiechnęła się do swojej najmłodszej córki. – Och, znasz Johannę i
jej książki. Nie miałaby czasu, żeby bawić się z nami przy tym całym jej
czytaniu.
Chciałam jej powiedzieć, że
spaliłabym każdą książkę, którą miałam, żeby być częścią ich małego klubu
matka/córka. Zamiast tego tylko wzruszyłam ramionami. Courtney była bardzo
podobna do matki; jedyną różnicą było to, że ona naprawdę mnie lubiła.
Powinnam być o nią zazdrosna, ale nie
byłam. Była tą miłą w rodzinie; tą, która wcześnie wstawała w moje urodziny,
wypełniała talerz małymi ciasteczkami i przynosiła je do mojego pokoju,
śpiewając „Lake of Fire” Nirvany. Moje urodziny były czwartego lipca – ogromne obciążenie
dla moich rodziców, którzy robili tego dnia przyjęcie dla towarzystwa. Ale Court
zawsze upewniała się, że ten dzień jest specjalny. Gdy moje szóstki były
niezauważalne, przyklejała moją kartę z ocenami do lodówki i czerwonym markerem
zaznaczała kółkiem moją średnią ocen. Była miłością w moim życiu wyzutym z
miłości… ciepłym kocem w rodzinie ozięble emocjonalnych temperatur. Kiedy
wszyscy inni omijali mnie wzrokiem, moja siostra skupiała na mnie uwagę. Miałyśmy
więź, a więzi były trudne do zdobycia.
Gdy po raz pierwszy przyprowadziłam
Caleba do domu, mój ojciec mnie zauważył. Tak jakby nareszcie mógł na mnie
spojrzeć, teraz gdy zabezpieczyłam mężczyznę kalibru Caleba. Nie tylko był moim
nowym amantem z pieniędzmi, również mówił poprawnym językiem, był przyzwoity,
ambitny… i znał cholernie dużo sportowych drobiazgów.
Zaprosili nas na kolację. Przyglądałam
im się, siedząc na kanapie. Tata śmiał się ze wszystkiego, co Caleb powiedział,
a matka kręciła się wokół niego jakby był błękitnokrwisty. Moja siostra
siedziała obok mnie – tak blisko, że dotykały się nasze nogi. Gdy byłyśmy
razem, zawsze byłyśmy tak blisko. Był to cichy bunt przeciwko naszym rodzicom. Starasz
się stworzyć między nami podział, ale opieramy się. Kiedy rodzice byli
rozproszeni Calebem, Court szturchnęła mnie łokciem w żebra i poruszyła
brwiami. Wybuchłam śmiechem.
- Zdaje mi się, że dobrze tego wybrałaś – powiedziała. – Dobry
w łóżku?
Zrobiłam minę. – Czemu miałabym być z
kimś, kto nie byłby dobry?
Uniosła brwi. – No nie wiem, Lee, pamiętasz
tamtego faceta z liceum? Tego z dołeczkiem w brodzie?
Prychnęłam w kieliszek wina. Kirby,
tak miał na imię. Same to imię powinno było powiedzieć mi wszystko. Nie można
było brać mężczyzny, którego imię brzmiało jak awatar gry wideo. Zwłaszcza,
kiedy jego głowa była pomiędzy twoimi nogami i zaczynał nucić Kiss, robiąc
agresywne dźgnięcia językiem.
- Kobiety, nie dziewczynki rządzą
moim światem, mówię, one rządzą moim światem… - Moja siostra zaśpiewała tekst
piosenki, zamykając oczy i przygryzając wargę, tak jak robił to Kirby.
Wybuchłyśmy śmiechem, zarabiając
pełne dezaprobaty spojrzenie od matki. Przysięgam, że ta kobieta nadal
potrafiła sprawić, że czułam się jak piętnastolatka. Spojrzałam na nią
wyzywająco i zaśmiałam się głośniej. Miałam dwadzieścia osiem pieprzonych lat. Już
nie mogła mnie kontrolować.
Myślałam, że wszystko poszło wspaniale,
dopóki nie wsiedliśmy do samochodu. Caleb przytrzymywał mi otwarte drzwi, kiedy
nagle powiedział. – Twój tata jest szowinistą.
Mrugnęłam ze zdziwieniem. Nie
powiedział tego jak oskarżenie. Bardziej była to obserwacja. Prawdziwa
obserwacja. Wzruszyłam ramionami.
- Jest trochę staromodny.
Caleb przytulił mnie. Patrzył na mnie
dziwnie ze zmarszczonymi brwiami i ustami zaciśniętymi w zamyśleniu. Nauczyłam
się, że była to jego „psychoanalizuję cię” mina. Chciałam się odsunąć, żeby nie
mógł zajrzeć w głąb mnie, ale odsuwanie się od Caleba było jak zamykanie się w
zamrażarce. Jeżeli rzucał na ciebie światło, chciało się stać pod jego ciepłem,
wszystko to wchłonąć. Żałosne. A także przepiękne. Nikt nigdy nie dał mi tyle
ciepła. Uczepiłam się jego ramion i pozwoliłam mu psychoanalizować mnie, tak
jak tego pragnął. Chciałam wiedzieć, co widział, kiedy patrzył na mnie tak
intensywnie. Przerwał urok, nagle uśmiechając się szeroko.
- Więc będziesz siedzieć w domu, boso
i zaciążona?
Uniosłam brwi. Kiedy on to
powiedział, to nie brzmiało tak źle. – Czy to będzie twój dom? – zapytałam. Byłam
wstydliwa. Pocałował mnie w czubek nosa.
- Może, kochanie.
Puścił mnie zbyt szybko. Chciałam tam
zostać i porozmawiać o tym z kogo dziećmi będę zaciążona, czy podłoga na której
będą stały moje bose nogi będzie drewniana czy kafelkowa? Czy będziemy mieszkać
w dwupiętrowym domu czy w domu na farmie? Kręciło mi się w głowie. Dla mnie
było to równie dobre co oświadczyny. Ten mężczyzna był złoty. Sprawił nawet, że
mój ojciec patrzył na mnie jak na człowieka. Byliśmy ze sobą dopiero od ośmiu
miesięcy, ale jeśli rozegram dobrze moje karty to będę miała pierścionek na
wiosnę. Był to dla mnie szczęśliwy wieczór.
Nie zajęło mi długo uświadomienie
sobie, że Caleb był moją pustą planetą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz