30.12.13

Dirty Red - rozdział 10

Przeszłość

Pamiętam wilgotne wakacje z powietrzem tak gęstym, że wydawało się, iż wdychasz zupę do płuc. Robiłyśmy się nerwowe w domu – moja siostra i ja, biegałyśmy korytarzami naszego wielkiego domu, wrzeszcząc i goniąc się nawzajem, dopóki nie miałyśmy kłopotów. Moja zirytowana matka wysyłała nas na podwórko z naszą nianią Mattią, podczas gdy ona odpoczywała. Mattia często podróżowała do sklepu z rzeczami za jednego dolara, żeby kupić coś do zabawy na zewnątrz. Uważałyśmy z Courtney, że było to nieskończenie zabawne, iż można było pójść do sklepu, a tym wszystko było za dolara, podczas gdy my spędzałyśmy większość eskapad zakupowych w dusznych butikach. Przynosiła nam kredę do chodnika, skakanki, hula hop i oczywiście nasze ulubione – bańki mydlane.
Matti zawsze zostawiała je na koniec. Udawała, że zostawiła wielki różowy pojemnik w środku, a my wzdychałyśmy i marudziłyśmy. W ostatniej chwili wyciągała je zza pleców, a my podskakiwałyśmy i klaskałyśmy jakby była taka sprytna. Nazywałyśmy bańki „pustymi planetami”, a gra polegała na przebiciu jak najwięcej pustych planet zanim same wybuchną, a ich szczątki polecą w stronę ziemi. Mattia stała pod drzewem w cieniu i nadmuchiwała nam je. Nasze nogi były wiecznie posiniaczone od tej gry. Zwykłyśmy podstawiać sobie nogi, żeby pierwszym dosięgnąć pustej planety. Biegałyśmy tak szybko, iż Mattia mawiała, że wyglądamy jak niewyraźne plamy. Nazywała nas Rudą i Krukiem przez nasze kolory włosów. Pod koniec gry liczyłyśmy ile baniek przebiłyśmy. Dwadzieścia siedem dla Rudej, dwadzieścia dwa dla Kruka, ogłaszała. Potem kulałyśmy radośnie do środka, pocierając posiniaczoną skórę i prosząc o lizaki. Matka nienawidziła siniaków. Kazała nam zakładać rajstopy, żeby je zakryć. Matka nienawidziła większości rzeczy powiązanych ze mną – kołtunów w moich włosach po kąpieli, koloru moich włosów, mojego sposobu przeżuwania, tego jak za głośno się śmiałam, tego jak pstrykałam paznokciami o kciuk, kiedy miałam kłopoty. Gdybyście mnie zapytali, wtedy albo teraz, co tak naprawdę we mnie lubiła, nie byłabym w stanie wam odpowiedzieć. Mogłam wam powiedzieć tylko tyle, że moje dzieciństwo było zimnym pryśnięciem baniek na mojej skórze. Court i ja śmiejące się i wdychające zupowate powietrze. Mattia ściskająca mnie, aby wynagrodzić ostre słowa zdystansowanej matki.

Matka kochała moją siostrę. Moja siostra zasługiwała na miłość. Pamiętam jak raz weszłam do nich, jak czesała włosy Courtney po kąpieli. Opowiadała jej historię jak była małą dziewczynką. Courtney chichotała, a matka śmiała się razem z nią.
- Byłybyśmy dobrymi przyjaciółkami, gdybyśmy dorastały razem. Jesteś dokładnie taka jak ja, gdy byłam w twoim wieku. – Usiadłam ma brzegu wanny, żeby im się przyglądać.
- A co z Jo? – zapytała Courtney, posyłając mi uśmiech, któremu brakowało dwóch przednich zębów. – Czy z nią też byłabyś dobrymi przyjaciółkami?
Było tak jakby w ogóle mnie nie zauważyła w pokoju, dopóki Court nie wymówiła mojego imienia. Powoli do mnie zamrugała i uśmiechnęła się do swojej najmłodszej córki. – Och, znasz Johannę i jej książki. Nie miałaby czasu, żeby bawić się z nami przy tym całym jej czytaniu.
Chciałam jej powiedzieć, że spaliłabym każdą książkę, którą miałam, żeby być częścią ich małego klubu matka/córka. Zamiast tego tylko wzruszyłam ramionami. Courtney była bardzo podobna do matki; jedyną różnicą było to, że ona naprawdę mnie lubiła.
Powinnam być o nią zazdrosna, ale nie byłam. Była tą miłą w rodzinie; tą, która wcześnie wstawała w moje urodziny, wypełniała talerz małymi ciasteczkami i przynosiła je do mojego pokoju, śpiewając „Lake of Fire” Nirvany. Moje urodziny były czwartego lipca – ogromne obciążenie dla moich rodziców, którzy robili tego dnia przyjęcie dla towarzystwa. Ale Court zawsze upewniała się, że ten dzień jest specjalny. Gdy moje szóstki były niezauważalne, przyklejała moją kartę z ocenami do lodówki i czerwonym markerem zaznaczała kółkiem moją średnią ocen. Była miłością w moim życiu wyzutym z miłości… ciepłym kocem w rodzinie ozięble emocjonalnych temperatur. Kiedy wszyscy inni omijali mnie wzrokiem, moja siostra skupiała na mnie uwagę. Miałyśmy więź, a więzi były trudne do zdobycia.
Gdy po raz pierwszy przyprowadziłam Caleba do domu, mój ojciec mnie zauważył. Tak jakby nareszcie mógł na mnie spojrzeć, teraz gdy zabezpieczyłam mężczyznę kalibru Caleba. Nie tylko był moim nowym amantem z pieniędzmi, również mówił poprawnym językiem, był przyzwoity, ambitny… i znał cholernie dużo sportowych drobiazgów.
Zaprosili nas na kolację. Przyglądałam im się, siedząc na kanapie. Tata śmiał się ze wszystkiego, co Caleb powiedział, a matka kręciła się wokół niego jakby był błękitnokrwisty. Moja siostra siedziała obok mnie – tak blisko, że dotykały się nasze nogi. Gdy byłyśmy razem, zawsze byłyśmy tak blisko. Był to cichy bunt przeciwko naszym rodzicom. Starasz się stworzyć między nami podział, ale opieramy się. Kiedy rodzice byli rozproszeni Calebem, Court szturchnęła mnie łokciem w żebra i poruszyła brwiami. Wybuchłam śmiechem.
- Zdaje mi się, że dobrze tego wybrałaś – powiedziała. – Dobry w łóżku?
Zrobiłam minę. – Czemu miałabym być z kimś, kto nie byłby dobry?
Uniosła brwi. – No nie wiem, Lee, pamiętasz tamtego faceta z liceum? Tego z dołeczkiem w brodzie?
Prychnęłam w kieliszek wina. Kirby, tak miał na imię. Same to imię powinno było powiedzieć mi wszystko. Nie można było brać mężczyzny, którego imię brzmiało jak awatar gry wideo. Zwłaszcza, kiedy jego głowa była pomiędzy twoimi nogami i zaczynał nucić Kiss, robiąc agresywne dźgnięcia językiem.
- Kobiety, nie dziewczynki rządzą moim światem, mówię, one rządzą moim światem… - Moja siostra zaśpiewała tekst piosenki, zamykając oczy i przygryzając wargę, tak jak robił to Kirby.
Wybuchłyśmy śmiechem, zarabiając pełne dezaprobaty spojrzenie od matki. Przysięgam, że ta kobieta nadal potrafiła sprawić, że czułam się jak piętnastolatka. Spojrzałam na nią wyzywająco i zaśmiałam się głośniej. Miałam dwadzieścia osiem pieprzonych lat. Już nie mogła mnie kontrolować.
Myślałam, że wszystko poszło wspaniale, dopóki nie wsiedliśmy do samochodu. Caleb przytrzymywał mi otwarte drzwi, kiedy nagle powiedział. – Twój tata jest szowinistą.
Mrugnęłam ze zdziwieniem. Nie powiedział tego jak oskarżenie. Bardziej była to obserwacja. Prawdziwa obserwacja. Wzruszyłam ramionami.
- Jest trochę staromodny.
Caleb przytulił mnie. Patrzył na mnie dziwnie ze zmarszczonymi brwiami i ustami zaciśniętymi w zamyśleniu. Nauczyłam się, że była to jego „psychoanalizuję cię” mina. Chciałam się odsunąć, żeby nie mógł zajrzeć w głąb mnie, ale odsuwanie się od Caleba było jak zamykanie się w zamrażarce. Jeżeli rzucał na ciebie światło, chciało się stać pod jego ciepłem, wszystko to wchłonąć. Żałosne. A także przepiękne. Nikt nigdy nie dał mi tyle ciepła. Uczepiłam się jego ramion i pozwoliłam mu psychoanalizować mnie, tak jak tego pragnął. Chciałam wiedzieć, co widział, kiedy patrzył na mnie tak intensywnie. Przerwał urok, nagle uśmiechając się szeroko.
- Więc będziesz siedzieć w domu, boso i zaciążona?
Uniosłam brwi. Kiedy on to powiedział, to nie brzmiało tak źle. – Czy to będzie twój dom? – zapytałam. Byłam wstydliwa. Pocałował mnie w czubek nosa.
- Może, kochanie.
Puścił mnie zbyt szybko. Chciałam tam zostać i porozmawiać o tym z kogo dziećmi będę zaciążona, czy podłoga na której będą stały moje bose nogi będzie drewniana czy kafelkowa? Czy będziemy mieszkać w dwupiętrowym domu czy w domu na farmie? Kręciło mi się w głowie. Dla mnie było to równie dobre co oświadczyny. Ten mężczyzna był złoty. Sprawił nawet, że mój ojciec patrzył na mnie jak na człowieka. Byliśmy ze sobą dopiero od ośmiu miesięcy, ale jeśli rozegram dobrze moje karty to będę miała pierścionek na wiosnę. Był to dla mnie szczęśliwy wieczór.

Nie zajęło mi długo uświadomienie sobie, że Caleb był moją pustą planetą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz