30.12.13

Dirty Red - rozdział 11

Teraźniejszość

Podskakuję, słysząc samochód Caleba na podjeździe. Byliśmy razem od ponad pięciu lat, ale nadal mam motylki w brzuchu, ilekroć wchodzi do pokoju. Staram się nie wyglądać na będącą w potrzebie, ale kiedy jego klucz przekręca się w zamku i wchodzi do środka, rzucam się na niego. Potrzebuję, żeby mi wybaczył. Byłam w wiecznym zmierzchu odkąd przestał uśmiechać się do mnie.
Zaskakuję go, śmieje się, jak mój ciężar popycha go na ścianę. Oplatam go nogami w pasie i przyciskam nos do jego nosa. Chcę obcałowywać się z nim tak jak robiliśmy to, gdy się poznaliśmy, ale pierwszą rzeczą, która mówi jest… - Gdzie Stella?
Uśmiech opuszcza moją twarz. Nie cierpię tego. Skąd mam to wiedzieć?
Wzdycham i zsuwam się z jego ciała, rozczarowana. – Zapewne z tamtym kolesiem.
Caleb mruży na mnie oczy; jego usta są prostą linią.
- W ogóle spędziłaś z nią dzisiaj czas?
- Tak – warczę. – Nakarmiłam ją rano, bo męska niańka się spóźnił.
Mięśnie w jego szczęce drgają, jak zaciska zęby. One drgają. Ja się krzywię.
Drganie… skrzywienie… drganie… skrzywienie.
Czuję się samolubnie wściekła. Nie było to niezwykłe dla matek aby polegały na niańkach w opiekowaniu się dziećmi. W moich kręgach było to idealnie normalne. Czemu on zawsze musi sprawiać, że czuję się gorsza?
Podwijam górną wargę na zębach. – Uważasz, że Olivia byłaby lepszą matką ode mnie?
Przez chwilę w jego oczach błyska nieskrywany gniew. Odwraca się, obraca z powrotem do mnie, po czym znowu się odwraca, jakby nie wiedział czy stanąć twarzą w twarz z faktem, że wypowiedziałam jej imię.
Chcę kłótni. Za każdym razem gdy patrzy na mnie, jakbym była olbrzymim rozczarowaniem, moje myśli pędzą do Olivii. To dla mnie jak zmienianie biegów; uruchamiają to rozczarowane oczy Caleba. Nagle jestem w tym magicznym miejscu, gdzie zwalniam sprzęgło, dociskam pedał gazu i mój umysł pędzi do Olivii. Pieprzyć. Tę. Sukę. Jaką ona ma nad nim moc? Chcę do niego podbiec, walnąć go pięściami w tors za ciągłe porównywanie mnie w myślach do niej. Albo może to ja porównuję się do niej w myślach? Boże, życie jest takie zagmatwane.
Wtedy Sam wchodzi do pokoju z dzieckiem. Wściekłość na twarzy Caleba znika i niespodziewanie wygląda, jakby chciał się rozpłakać. Znam tę minę; czuje ulgę – czuje ulgę, że ma coś innego ode mnie. Odwracam się, kierując do drzwi.
- Gdzie się wybierasz? – pyta Caleb.
- Dzisiaj spędzam czas z Samem – mówię. Unikam twarzy Sama i biorę moją torebkę.
- Chodźmy, Samuel – warczę. Widzę jak ukrywa uśmiech, posłusznie pochylając głowę i podchodzi do mnie. Wychodzę z domu i schodzę po schodach, zanim Caleb może cokolwiek powiedzieć. Słyszę jak rozmawiają krótko za mną, ale jestem w połowie drogi do samochodu Sama i postanawiam, że zatrzymanie się do podsłuchania zniszczy moją wiarygodność. Caleb zapewne ostrzega go przed moją skłonnością do wojowniczości, kiedy jestem pijana. Sam podbiega minutę później. Bez słowa otwiera mi drzwi od strony pasażera, a ja wsiadam do środka. Ma dżipa, taki typ, który nie ma dachu ani prawdziwych okien. Usadawiam się na siedzeniu i patrzę się prosto przed siebie. Zniszczę Olivię. Znajdę ją i stłukę ją na kwaśne jabłko za zrujnowanie mojego życia.
- Gdzie zmierzamy? – pyta Sam, wyjeżdżając z podjazdu.
- Zadzwoń do tej swojej zdzirowatej kuzynki – odpowiadam. – Jedziemy tam, gdzie jest ona.
Unosi brwi, ale nie robi ruchu do swojej komórki.
- Jest dzisiaj u Matki Gothel – wyjaśnia. – Byłaś tam kiedyś?
Potrząsam głową.
- Świetnie. To miejsca dla ciebie. – Wjeżdża dżipem w ruch uliczny, a ja podtrzymuję się drzwi. To będzie długa jazda.

Matka Gothel nie jest miejscem dla mnie. Oświadczam to głośno, jak wchodzimy do środka. Bramkarz z paroma kolczykami na twarzy sprawdza nasze dowody. Przygląda mi się w sposób, który sprawia, że swędzi mnie skóra i łapię Sama za ramię.
- Co to jest za miejsce, u licha? – szepczę, gdy wchodzimy do pomieszczenia oświetlonego jaskrawoniebieskimi światłami.
- Bar fajek wodnych – mówi. Podnosi brwi. – Emo bar fajek wodnych.
Marszczę nos. – Czemu tutaj przyszła? – Wyobrażałam sobie wszystkie luksusowe bary na Mizner Avenue, rzut beretem od tej przygnębiającej dziury.
- Przechodzi przez fazy – odpowiada, kiwając głową barmanowi. – W zeszłym miesiącu były herbaciarnie.
Zamawia dwa martini. Gdy biorę swoje, zastanawiam się skąd wiedział, że je piję?
- Nie palniesz mi kazania na temat alkoholizowania mleka z piersi? – pytam ponad brzegiem szklanki. Jęczy i próbuje mi ją zabrać.
- Cholera, zapomniałem – mówi. – Trudno zapamiętać, że taka zimna jędza jak ty jest matką.
Burczę, trzymając szklankę poza jego zasięgiem. Trafione.
Zmierzamy do stolika, wokół którego skupiona jest mała grupka ludzi. Dostrzegam blond głowę Cammie podskakująco z ożywieniem, jak opowiada historię. Kiedy zauważa Sama na jej twarzy pojawia się uśmiech… aż widzi i mnie. Mruga szybko, jakby próbowała wyrzucić mnie z jej wizji. Uśmiecham się słodko, kierując w jej stronę. Ta suka ma informację o Olivii. Czuję to. Pochylam się, żeby ucałować jej policzek. Lubię witać się po europejsku.
- Sam – odzywa się z napięciem – nie wiedziałam, że przyprowadzisz… gościa. – Przekrzywia głowę tak jak robią to tylko piękności z Południa. Rozpoznaję jej akcent z Teksasu.
- Pierwsze wyjście od porodu? – pyta mnie.
Sam burczy za mną. Obracam się, posyłając mu ostrzegawcze spojrzenie i odwracam z powrotem do Cammie.
- Jasne – odpowiadam. – Sam był wystarczająco miły, żeby pozwolić mi przyjść ze sobą. Fajny bar! – Rozglądam się z udawanym zainteresowaniem. Kiedy wracam do niej spojrzeniem, kończy wywracać oczami.
Wskazuje na dwa wolne krzesła. Biorę te najbliższe niej, a Sam siada obok mnie. Przedstawia wszystkich przy stole. Grupka składa się z dwóch pełnomocników, zawodowego deskorolkarza, który ciągle rzuca spojrzenia na odkryty dekolt Cammie i pary wytatuowanych lesbijek z tuzinem kolczyków.
Przez następną godzinę słucham jak paplają o najbardziej monotonnych tematach na świecie. Bawię się włosami i staram się nie ziewać. Sam patrzy na mnie z rozbawieniem, wciągając się w ich rozmowy. Dwa razy bierze mnie z zaskoczenia, pytając o opinię o politykach.
- Naprawdę, Sam – warczę w końcu, kiedy nikt nie słucha. – Możesz przestać?
Uśmiecha się szeroko. – Jedynie staram się być przyjazny.
Skąd ktoś z tak wieloma tatuażami wie o polityce? Czy jestem stereotypowa? Szkoda. Pochylam się do jego ucha, żeby mnie usłyszał. Cammie marszczy brwi.
On jest gejem! Chcę do niej krzyknąć. A nawet gdyby nie był, poważnie, ja nie umawiam się z niechlujnymi facetami.
- Dam ci sto dolców, jeśli zabierzesz stąd wszystkich, żebym mogła porozmawiać sam na sam z twoją zdzirowatą kuzyneczką.
Sam wstaje i klaszcze w dłonie. – Kupię wszystkim drinka, poza Cammie.
Cammie wywraca oczami, ale zostaje w miejscu. Wszyscy inni idą za Samem do baru, śmiejąc się i klepiąc się po plecach.
Patrzy na mnie wyczekująco, jakby wiedziała o moim planie.
Przysięgam, że ta suka i ja mówimy tym samym językiem… w innych akcentach.
- Olivia Kaspen – mówię. Jej twarz niczego nie pokazuję. – Znasz ją?
Jej usta podnoszą się w uśmiechu i raz kiwa głową, przyznając, że ją zna. Czuję palący żar zaczynający się w klatce piersiowej i rozkładający się w reszcie ciała. Emocjonalne fajerwerki. Wiedziałam! Oblizuję usta i wyciągam papierosa z torebki.
- Stąd znasz Caleba – mówię. Potakuje, a na jej ustach wciąż tkwi ten okropny uśmiech. Zaciągam się papierosem, patrząc na nią spod rzęs.
- Dlaczego on ją kocha? – Po raz pierwszy wyraziłam słowami te pytanie, chociaż rozmyślałam nad nim Bóg wie jak wiele lat. Olivia była atrakcyjna – jeżeli interesowało się zdzirami. Miała za dużo włosów i szeroko rozstawione oczy, ale byłam w jej towarzystwie wystarczająco dużo czasu podczas mojej rozprawy, żeby wiedzieć jak reagowali na nią mężczyźni. Była powściągliwa, chłodna. To było tajemnicze. Przeklęci mężczyźni i ich przeklęte tajemnice. Nigdy nie widziałam, aby się uśmiechała. Ani razu. Trudno było uwierzyć, że ktoś tak żywy i ciepły jak Caleb mógł żywić uczucia do emocjonalnej cnotki.
Cammie przygląda mi się, starając się postanowić jak bardzo chce odpowiedzieć. Zastanawiam się jak dobrze zna Olivię. Nigdy nie przyszło mi to do głowy, aż do teraz, że może być z nią w dobrej przyjaźni.
Ostatecznie odchrząkuje. – Cóż, jest taką samą suką jak ty. Caleba zawsze ciągnęło do typu Cruelli De Ville. Ale jeżeli chcesz szczerej odpowiedzi… - milknie. Zespół wchodzi na scenę i zaczyna robić się głośno. Pochylam się, głodna odpowiedzi.
- Oni iskrzą – mówi. Odsuwam się gwałtownie. Co to znaczy, do diabła? – Kiedy są razem, to tak jakby wprowadzić do tego samego pokoju huragan i tornado – czuje się napięcie. Dopóki nie zobaczyłam ich razem, nie wierzyłam w frazes bratnich dusz.
Dosyć usłyszałam. Jest mi niedobrze. Rozglądam się, szukając mojego kierowcy i nigdzie go nie widzę, ale Cammie nie skończyła.
- Wiem, że celowo zaszłaś w ciążę – mówi, wyciągając papierosa z moich palców i zaciąga się. Mrugam na nią, zbyt zaintrygowana, żeby się kłócić. Skąd mogłaby to wiedzieć?
- Teraz masz faceta… i dziecko. Wygrałaś. Więc dlaczego pytasz o Olivię?
Rozważam kłamstwo, powiedzenie jej, iż upewniam się, że zniknęła na dobre albo jakąś taką bzdurę.
Cammie uśmiecha się z wyższością. – Chcesz wiedzieć dlaczego on ją kocha, Leah? – Wyolbrzymia ah w moim imieniu. Wzdrygam się.
Co za suka.
Potrząsam głową, ale mała blondynka jest mądrzejsza niż na to wygląda.
Gasi mojego papierosa. – Nie znajdziesz na to odpowiedzi od nikogo innego niż Caleba. Gdybym była tobą to zostawiłabym to w spokoju. Idź cieszyć się życiem, które dla siebie skradłaś. Olivia nie pojawi się na twoim progu zapłakana, jeżeli tym się zamartwiasz.
Czuję ciepło na twarzy, przypominając sobie jak poszłam za Calebem do mieszkania Olivii. To była informacja wewnętrzna. Mała suka prawdopodobnie jest jej najlepszą przyjaciółką.
- Nie zostawiłby mnie dla niej, nawet gdyby to zrobiła – mówię to z większą pewnością siebie, niż czuję.
Cammie podnosi brwi i wzrusza ramionami. – Więc dlaczego się przejmujesz?
Przełykam ciężko ślinę. Dlaczego się przejmuję? Nie jest tak, że dorastałam w domu, gdzie moi rodzice byli szaleńczo w sobie zakochani. Matka poślubiła ojca dla pieniędzy, mówiła mi to przy wielu okazjach. Mam swojego faceta, więc dlaczego rozdrapuję strupa?
- Ja… sama nie wiem.
- Nie jest fajnie być drugim wyborem, co? – Ściąga z języka kawałek tytoniu i odrzuca go z koniuszka palca. – Istnieje możliwość, że czujesz się, iż jesteś warta więcej niż być żoną Caleba z litości, a jeśli to prawda, to powinnaś teraz opuścić statek. To tylko kwestia czasu zanim saga Caleba i Olivii ponownie się rozpocznie.
Jej słowa palą mnie. Wiercę się na krześle, czując przeszywający mnie ból. – Myślałam, że mówiłaś, iż ona poszła dalej ze swoim życiem? – syczę.
- No i co? – Cammie wzrusza ramionami. – Ich historia nigdy się nie skończy. Ma męża, wiesz? Więc technicznie masz trochę czasu, żeby sprawić, aby twój mąż się w tobie zakochał.
Nie mogę ukryć zaskoczenia. Nie poślubiła Turnera, to na pewno. Wydzwaniał do mnie, kiedy z nim zerwała, błagając mnie abym pogadał z nią w jego imieniu. Głupi Turner.
Po tej całej porażce z amnezją, włamałam się do jej mieszkania i znalazłam listy od Caleba z datą jego czasów college’u. Nie zajęło mi długo zorientowanie się, że była jego byłą dziewczyną, próbującą go wyrolować. Zaszantażowałam ją do opuszczenia miasta, po czym zatrudniłam prywatnego detektywa, który wytropił ją w Teksasie. Znajomy chodził do tej samej szkoły prawniczej co Olivia, więc wykonałam telefon, wymieniłam się paroma biletami na Super Bowl i BAM! Potem dowiedziałam się, że są zaręczeni. Co za szczęście! Turner był matołem. Jak kobieta mogła przejść od Caleba do tego półgłówka było poza moim pojęciem. W każdym razie myślałam, że na dobre zniknęła z mojego życia, dopóki Caleb nie zatrudnił jej jako mojej pełnomocniczki – dobrą rzecz zrobił, ponieważ wygrała rozprawę i uratowała mnie przed dziesięcioma latami w więzieniu stanowym.
Nie mówię tego Cammie, której południowy akcent nagle zaczyna mnie denerwować. Czy to ona była tą przyjaciółką, z którą Olivia zamieszkała w Teksasie?
Nie rozmawiamy już o niczym więcej, gdy Sam postanawia powrócić do stolika w tym dokładnym momencie. Wstaję, żeby wyjść. Cammie już na mnie nie patrzy, całuje się z deskorolkarzem, który jedną ręką trzyma ją za klatkę piersiową, a drugą trzyma nad głową, robiąc palcami rogi Black Sabbath.
Odwracam się zdegustowana i podążam za Samem do samochodu.
- Dostałaś odpowiedzi, których potrzebowałaś? – pyta, jak jesteśmy w drodze.
Patrzę na niego ze zdziwieniem. – O czym mówisz?
Unosi jeden kącik ust i spogląda na mnie kątem oka. – Jest moją kuzynką i ma usta papli. Mówiła mi o tej lasce.
Gapię się na niego z otwartymi ustami. – Wiedziałeś, że przyjaźni się z Olivią i nic mi nie powiedziałeś?
- Na to miałaś nadzieję, prawda? Chciałaś wiedzieć, czy ją zna?
Ma rację, ale nadal jestem zła.
- Jestem twoją szefową – mówię. – Powinieneś był mi powiedzieć. I co z ciebie za gej? Powinieneś kochać plotki i dramat.
Odrzuca głowę i wybucha śmiechem. Pomimo złych wiadomości wirujących w mojej głowie, uśmiecham się. Może nie jest taki zły. Postanawiam przestać próbować skłonić Caleba do zwolnienia go.
Gdy wracam do domu Caleb jest już w łóżku – nie w naszym, ale na bliźniaczym łóżku w pokoju dziecięcym. Sprawdzam zapas mleka w lodówce, na szczęście jest dosyć zamrożonego na dzień lub dwa – wystarczająco czasu aby martini usunęły się z mojego organizmu. Wywracam oczami. Caleb prawdopodobnie sprawdzi mój poziom alkoholu we krwi zanim pozwoli mi znowu odessać mleko.

Idę do łóżka, wciąż mając na sobie ubrania, smutniejsza niż kiedykolwiek. 

1 komentarz:

  1. Twój blog jest świetny, więc zapraszam do mnie abyś powiedziała mi co ci się podoba a co powinnam jeszcze poprawić i nad czym popracować http://givemelovemw.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń