28.1.14

Dirty Red - rozdział 14

Przeszłość

Pokłóciliśmy się w dzień jego wypadku. Możecie sobie wyobrazić? Wasz chłopak niemal umiera, a kilka godzin wcześniej mówicie mu, że chcecie zerwać. Nie miałam tego na myśli. To było oświadczenie „wóz albo przewóz”: okrutna próba zmuszenia go do małżeństwa. Tyle że nie można dawać Calebowi Drake’owi ultimatum. Widziałam jego twarz w myślach jak te słowa opuściły moje usta; uniesione brwi, szczęka zaciśnięta jak pięść. Dzień przed jego wyjazdem w podróż służbową do Scranton kłóciliśmy się na ten sam temat. Chciałam przeklęty pierścionek. Caleb chciał się upewnić, że mój palec jest odpowiedni na jego pierścionek.
Wtedy nadeszło połączenie. Byłam w pracy, gdy usłyszałam w słuchawce wytworny głos Luci. Mieliśmy z Lucą zmienne stosunki; czasami było między nami świetnie, czasami chciałam wylać jej na głowę naftę i zapalić zapałkę. Mówiła coś o szpitalu i utracie pamięci. Nie rozumiałam, dopóki nie powiedziała. – Leah, słuchasz mnie? Caleb jest w szpitalu! Nie zna swojego imienia!
- W szpitalu? – powtórzyłam. Caleb powinien teraz kupować mi pierścionek.
- Wypadek, Leah – powtórzyła. – Wylatujemy o poranku.
Gdy tylko rozłączyłam się z Lucą, zaczęłam szukać lotów. Jeżeli teraz bym wyszła, to byłabym tam przed północą. Ona leciała ze Stevem, ojczymem Caleba, o poranku. Chciałam być tam pierwsza. Musiałam spojrzeć mu w oczy i sprawić, żeby mnie pamiętał. Mój ojciec wszedł do mojego gabinetu ze stosem papierów w rękach. Przesunęłam myszką nad przyciskiem zakupu. Zawsze chciał, żebym coś podpisywała.
- Co robisz? – Spojrzał na mnie ponad oprawką okularów.
- Caleb miał wypadek – powiedziałam. – Ma wstrząśnięcie mózgu i nie wie kim jest.
- Nie możesz wyjechać – rzekł rzeczowo. – Jesteśmy w trakcie przedpremiery. Potrzebuję cię tutaj.
Położył papiery na biurku i ruszył do drzwi. Zamrugałam na jego plecy, niepewna czy mnie w ogóle słuchał.
- Tatusiu?
Zatrzymał się przy drzwiach tyłem do mnie. Taka była większość naszej relacji – ja mówiąca do jego pleców, pochylonej głowy czy jego gazety.
- Caleb mnie potrzebuje, wylatuję. – Kliknęłam na zakup biletu i wstałam, żeby zebrać swoje rzeczy.
Nie patrzyłam na niego, podchodząc do drzwi, gdzie najprawdopodobniej stał nieruchomo w miejscu, przeszywając mnie wzrokiem.
- Johanno…
- Nie nazywaj mnie tak. Nazywam się Leah.
Przeszłam obok niego, siła mojego ciała odepchnęła go na framugę. Wyglądałam odważniej niż się czułam – byłam w tym dobra. Czy właśnie przeciwstawiłam się mojemu ojcu – człowiekowi, którego miłość cały czas starałam się wygrać, zdobyć… zasłużyć na nią? Musiałam z całych sił powstrzymywać się od odwrócenia się i ocenienia jego gniewu. Wiedziałam, że gdybym na niego spojrzała, to wróciłabym do niego biegiem, jak pies szukając drobinek jego sympatii. Był wściekły… gotował się. Idź, idź, idź – mówiłam sobie. Caleb mnie potrzebował. Był dobrem, które posiadałam i nie zamierzałam pozwolić mu, aby o mnie zapomniał. Jakie znaczenie miała ta praca? Jakie znaczenie miał mój ojciec? Potrzebowałam Caleba bardziej niż tych obu.

Pojechałam do domu i wrzuciłam rzeczy do torby podróżnej. Gdy dotarłam na lotnisko, już się cała trzęsłam. Od tamtej pory wszystko było zamazaną plamą – przejście przez ochronę, znalezienie mojego wejścia. Kiedy doszłam do wejścia, do odlotu było wciąż pół godziny. Stałam tak blisko pracowniczki od biletów jak to było możliwe. Afisz nad jej biurkiem miał napis Scranton, ale równie dobrze mógł mówić Caleb. Gdy zostało ogłoszone pierwsze wezwanie na pokład, pierwsza podałam jej bilet. Opadając na moje siedzenie, przycisnęłam palce do oczu, żeby powstrzymać łzy. Odwróciłam swoją uwagę, wyciągając iPhone’a i wpisując w Google amnezja. Czytałam o różnych jej rodzajach, kiedy stewardessa kazała mi wyłączyć telefon. Nie cierpiałam tego. Mój chłopak miał amnezję, ojciec wyrzeknie się mnie jak tylko wrócę do domu, a suka z oczami pomalowanymi niebieskimi cieniami martwiła się o włączoną komórkę w samolocie. Schowałam telefon i pstryknęłam paznokciami o kciuka, jedne po drugim – zaczynając od małego palca. Robiłam to przez cały lot.
Kiedy nadeszła pora wylądowania, ledwie mogłam się powstrzymać od wstania i podbiegnięcia do przodu samolotu. Myślałam o wszystkich rzeczach, które mogły pójść nie tak. Luca wspomniała przez telefon, że utrata pamięci Caleba została zakwalifikowana jako amnezja wsteczna – oznaczało to, że stracił umiejętność przypomnienia sobie czegokolwiek co wydarzyło się przed wypadkiem. Jak ktoś mógł po prostu… zapomnieć o całym swoim życiu? Nie wierzyłam w to. Nie ma mowy, że mnie zapomniał. Byliśmy razem każdego dnia… kochał mnie. To była najgorsza rzecz w miłości; bez względu na to jak mocno się starałaś, nigdy nie mogłaś zapomnieć osoby, która miała twoje serce. Przed Calebem nie wiedziałam co to znaczy. Byłam królową „umawiaj się i rzucaj”.
Kolejka ruszyła się do przodu, wydostałam się z terminalu, kierując się do budynku z wynajmowaniem samochodów. Pół godziny później pędziłam Fordem Focusem w kierunku szpitala z podkręconym na maksa ciepłym powietrzem i pstrykając prawym kciukiem o paznokcie. Na zewnątrz padał śnieg. Przywiozłam ze sobą tylko lekką kurtkę i parę lekkich sweterków. Zamarznę.
Droga do jego pokoju szpitalnego była najdłuższą drogą w moim życiu. Bolało mnie w klatce piersiowej, jak martwiłam się czy będzie mnie pamiętał. Jego lekarz – Hindus z miłą twarzą – spotkał się ze mną w korytarzu.
- Było niewielkie krwawienie w jego mózgu, które udało nam się opanować. Jest w stanie stabilnym, ale jest bardzo zdezorientowany. Proszę się nie denerwować, jeżeli nie będzie wiedział kim pani jest.
- Ale co to wywołało? Tysiące ludzi ma wstrząśnięcie mózgu i nie traci pamięci – powiedziałam.
- Nigdy nie ma jednego przyczynowego wyjaśnienia dla takich rzeczy. Może być pani tylko cierpliwa i wspierać go, tak jak tego potrzebuje. Przy takiej utracie pamięci zazwyczaj trwa to trochę czasu, ale pamięć wraca.
Spojrzałam ze strachem na jego drzwi. To naprawdę się działo. Przejdę przez te drzwi, a jedyny mężczyzna, którego pozwoliłam sobie kochać mnie nie rozpozna.
- Mogę go zobaczyć?
Lekarz skinął głową. – Proszę dać mu przestrzeń. Dla niego będzie to pierwszy raz, kiedy panią spotka. Jeżeli zechce pani go przytulić, proszę najpierw zapytać o pozwolenie.
Przełknęłam pięść w moim gardle. Dziękując lekarzowi, zapukałam delikatnie do drzwi.
Usłyszałam jego głos. – Wejść.
Pierwszą rzecz jaką zobaczyłam, gdy tam weszłam była ładna pielęgniarka sprawdzająca jego kroplówkę. Flirtowała z nim. Moją początkową reakcją było bezpośrednie podejście do Caleba i pocałowanie go. Moje terytorium. Zamiast tego stanęłam ukradkiem przy drzwiach i czekałam, aż mnie zauważy.
Proszę… proszę…
Podniósł wzrok. Uśmiechnęłam się.
- Cześć, Caleb. – Podeszłam kilka kroków. W jego oczach nic nie było. Moje serce drżało z każdą sekundą tej świadomości. Nie miało być cudu, gdy zobaczył moją twarz, moje piękne rude włosy nie przywrócą jego wspomnień. Byłam ze stali. Mogłam to wytrzymać.
- Jestem Leah.
Zerknął na pielęgniarkę – która udawała, że mnie nie zauważyła – a ona skinęła głową, lekko dotykając jego ramienia i wyszła z pokoju.
- Cześć, Leah – odezwał się.
- Czy ty… - Powstrzymałam się przed powiedzeniem więcej. Nie będę pytać czy znał mnie, czy nie – nie – to z pewnością zobrazowałoby mnie jako niepewną. Po prostu oznajmię mu kim dla niego jestem, wymagając, żeby psychicznie to zaakceptował.
- Jestem twoją dziewczyną. Dziwnie jest wyjaśniać to tobie.
Uśmiechnął się – starym Calebowym uśmiechem. Wypuściłam oddech, który wstrzymywałam. Boże, potrzebowałam papierosa.
Zbliżyłam się do jego łóżka. Był dosyć poobijany. Nad jego prawy okiem znajdowało się parę szwów, a jego twarz wyglądała Kandinsky’ego.
- Tak bardzo się bałam – powiedziałam. – Od razu przyleciałam.
Kiwnął głową, spuszczając wzrok na ręce. – Dziękuję.
Mięśnie pracowały w jego szczęce, jak zagryzł zęby. Mrugnęłam na niego, niepewna co jeszcze powiedzieć. Zaczęliśmy od początku? Czy przypomniałam mu kim byliśmy, gdzie byliśmy?
Uspokój się moje oszalałe serce.
- Czy mogę… mogę cię przytulić? – Drżałam, czekając na jego odpowiedź. To były dreszcze strachu, kalkulacja straty, którą bym poczuła, gdyby mnie odrzucił.
Podniósł wzrok, marszcząc czoło i potaknął. Była to jedna z tych wspaniałych chwil ulgi, którą zapamiętam na zawsze. Moje wewnętrzne węzły rozplątały się i pochyliłam się nad nim, obejmując ramionami jego szyję i zapłakałam w jego pierś. Przez kilka sekund tylko ja go trzymałam, a potem poczułam jak jego ręce delikatnie oparły się o moje plecy. Zapłakałam jeszcze mocniej. To było takie zagmatwane. Powinnam go pocieszać, a ja sobie szlochałam.
Gdyby on umarł… o Boże… zostałabym całkiem sama. Jego matka powiedziała mi, że kierowca samochodu zmarł. Spotkałam go raz lub dwa na przyjęciach w pracy Caleba.
Kiedy oderwałam się od niego, nie potrafiłam spojrzeć mu w oczy. Wyciągnęłam z torebki paczkę chusteczek i odwróciłam się od niego, przecierając oczy.
Musiałam się trzymać. Myśleć pozytywnie. Za niedługo to wszystko się skończy i zostanie zakopane w naszej przeszłości. Teraz musiałam go wspierać. Było nam tak dobrze razem. Nawet jeśli nie miał żadnego wspomnienia z przeszłości, to teraz to zobaczy. Musiałam sprawić, żeby zobaczył. Powstrzymałam szloch. Czemu to musiało się stać? Wtedy, kiedy nasz związek nareszcie zaczął posuwać się do przodu.
- Leah.
Zamarłam. Moje imię brzmiało obco w jego głosie, jakby wymawiał je po raz pierwszy, ostrożnie układając sylaby. Otarłam ostatnie łzy i obróciłam się do niego… uśmiechając.
- Czy ty…? Boże… - Zwinął dłonie w pięści, gdy zobaczył moje mokre oczy. – Strasznie mi przykro.
Wyglądał jakby miał się rozpłakać, więc usiadłam na brzegu jego łóżka, widząc okazję do wykorzystania.
- Nie martw się o mnie – powiedziałam. – Jest ze mną dobrze, dopóki z tobą jest dobrze.
Zmarszczył brwi. – Nie jest ze mną dobrze.

- Więc ze mną też nie, ale jesteśmy w tym razem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz