Przeszłość
- Co się
z tobą dzieje?
Przesunęła
ręką po mojej klatce piersiowej. Chwyciłem ją zanim dosięgła moich spodni.
-
Zmęczenie różnicą czasu – powiedziałem, wstając.
Olivia.
Wydęła
współczująco wargę.
Leżałem
przez jakieś dziesięć minut na łóżku hotelowym, kiedy Leah rozmawiała ze swoją
matką przez telefon. Gdy zakończyła połączenie dawała znać o swoich zamiarach.
Podszedłem do okna, żeby być poza jej zasięgiem.
- Wezmę
prysznic – powiedziałem. Nim mogła zapytać czy chcę towarzystwa, zamknąłem
drzwi łazienki na klucz. Musiałem oczyścić umysł, ale jak miałem wyjaśnić nocne
bieganie w obcym kraju mojej samobójczej, nazbyt uczuciowej żonie? Boże, gdybym
zaczął biegać, to być może nigdy bym już nie wrócił. Wstąpiłem pod prysznic i
stałem pod parzącą wodą, pozwalając jej napełnić nos, oczy i usta. Chciałem,
żeby mnie zatopiła. Jak miałem dalej żyć po tym, co się stało? Leah zapukała do
drzwi. Usłyszałem, jak coś mówi, ale jej głos był stłumiony. Nie mogłem teraz
na nią patrzeć. Nie potrafiłem patrzeć na samego siebie. Jak ja to zrobiłem? Odszedłem od jedynej rzeczy, która miała sens.
Niemal ją miałem i po prostu się poddałem. Luźno używałem słów „miałem ją” bo
tak naprawdę nigdy nie można było mieć Olivii. Snuła się jak para, powodując
tarcie, a potem odpływała. Ale zawsze chciałem grać. Pragnąłem tarcia.
Musiałeś to zrobić,
wmawiałem sobie. Była to sytuacja robisz-to-co-najlepsze.
I brałem odpowiedzialność za swoje czyny. Poradnictwo, niekończące się
poradnictwo dla małżeństw. Poczucie winy. Potrzebę do naprawiania rzeczy.
Zdezorientowanie czy robię prawidłową rzecz. Udawanie mojej amnezji było
łajdackim momentem, kiedy odstąpiłem od samego siebie i robiłem to, co chciałem
bez zastanawiania się nad konsekwencjami. Byłem tchórzem. Wychowano mnie tak,
abym robił to, co było społecznie akceptowane.
Stałem
pod wodą dopóki nie zrobiła się zimna, potem wytarłem się i wyszedłem z
łazienki. Moja żona – dzięki Bogu – zasnęła na posłaniu. Poczułem
natychmiastową ulgę. Dzisiaj nie będę musiał udawać. Jej rude włosy rozkładały
się wokół niej niczym ognista aureola. Zarzuciłem na nią koc, wziąłem moją
butelkę wina i wycofałem się na balkon, aby się upić. Nadal padało, kiedy
usiadłem na jednym z krzeseł i podniosłem nogi na balustradę. Z Olivią nigdy
nie musiałem „udawać”. Po prostu do siebie pasowaliśmy – nasze nastroje, nasze
myśli… nawet nasze ręce.
Kiedyś
podczas jej ostatniego roku studiów kupiła krzak gardenii, który ustawiła przy
jej mieszkaniu. Nadskakiwała nad tym, jakby to był pies, szukała w Google’ach
sposobów, jak się tym zajmować i zapisywała notatki w zeszytach. Nawet to
nazwała. Patricia, tak myślę.
Codziennie siadała na tyłku przy drzwiach wejściowych i przyglądała się
Patricii by zobaczyć, czy nie wykwitł kwiatek. Patrzyłem na jej twarz, kiedy
wracała do środka – zawsze miała tę minę pełnego nadziei zdeterminowania. Jeszcze nie, mawiała do mnie, tak jakby
cała jej nadzieja na życie była przywiązana do tej gardenii zakwitającej
kwiatka. To właśnie w niej kochałem, tę ponurą determinację na przeżycie,
chociaż szanse zawsze zdawały się być przeciwko niej. Pomimo całej pielęgnacji
Olivii Patricia powoli zaczęła umierać, jej liście zakręcały się na końcach i
brązowiały. Olivia wpatrywała się w roślinkę, zmarszczka formowała się między jej
brwiami i jej małe usta wydymały się w grymasie wartym pocałowania. Floryda
miała tamtego roku wyjątkowo chłodną zimę. Pewnego ranka, kiedy przyjechałem do
jej mieszkania Patricia była wyraźnie martwa. Wskoczyłem do samochodu i
pojechałem do Home Depot, gdzie widziałem, że sprzedają takie same krzaki.
Zanim moja mała ukochana uchyliła powieki, zastąpiłem jej martwą roślinkę
zdrową, przesadzając ją na trawniku przed jej budynkiem. Wrzuciłem starą do
kosza i przemyłem ręce w basenie zanim zapukałem do jej drzwi. Sprawdziła ją,
gdy otworzyła mi wtedy drzwi i jej oczy pojaśniały, kiedy zobaczyła zdrowe
zielone liście. Nie wiem czy kiedykolwiek podejrzewała, co zrobiłem, nigdy nic
nie powiedziała. Zajmowałem się nią bez jej wiedzy, wsadzałem pożywkę dla
roślin do doniczki nim pukałem do jej drzwi. Moja mama zawsze wsadzała zużyte
saszetki herbaty do gleby przy jej krzewach różanych. Też to zrobiłem parę
razy. Tuż przed naszym rozstaniem ta przeklęta roślina zakwitła. Nigdy nie
widziałem jej tak bardzo podekscytowanej. Wyraz jej twarzy był taki sam, kiedy
nie trafiłem dla niej na meczu koszykówki.
Gdyby
wróciła i stanęła na tym samym miejscu pod moim pokojem hotelowym, to
prawdopodobnie zeskoczyłbym z balkonu, żeby dostać się do niej. Nie jest za późno, powiedziałem sobie. Możesz dowiedzieć się, gdzie nocuje. Idź do
niej.
Kochałem
Olivię. Kochałem ją całym sobą, ale byłem poślubiony z Leah. Byłem zobowiązany
Leah – bez względu na to, jak było to głupie. Byłem w tym na dobre i na złe.
Był krótki moment, kiedy myślałem, że już nie wytrzymam, ale to było w
przeszłości. Zanim zaszła w ciążę z moim dzieckiem i połknęła całą butelkę
tabletek nasennych.
Racja?
Racja.
Potrząsnąłem
butelką wina. Wypiłem już połowę.
Kiedy
kobieta nosiła w swoim ciele twoje dziecko, zaczynałeś widzieć wszystko
troszeczkę inaczej. Niemożliwe stawało się trochę mniej popieprzone. Brzydota
nabierała ładnego blasku. Niewybaczalna kobieta wyglądała na trochę mniej
splamioną. Trochę tak, kiedy byłeś pijany. Dokończyłem butelkę i ułożyłem ją na
boku na podłodze. Poturlała się i uderzyła w balustradę balkonu. Byłem w
dziecięcej śpiączce. I musiałem się, kurwa, obudzić.
Zamknąłem
oczy i zobaczyłem jej twarz. Otworzyłem oczy i zobaczyłem jej twarz. Podniosłem
się, starałem skupić na deszczu, światłach miejskich, pieprzonych Schodach
Hiszpańskich – i zobaczyłem jej twarz. Musiałem przestać widzieć jej twarz, bym
mógł być dobrym mężem dla Leah. Zasługiwała na to.
Racja?
Racja.
Wylecieliśmy
cztery dni później. Ledwie mieliśmy czas na oswojenie się ze zmianą czasu, a
już znowu mieliśmy wyjeżdżać. I tak nie mogłem skupić się na podróży, kiedy
moja była sunęła gdzieś po mieście. Szukałem Olivii na lotnisku, w
restauracjach, w taksówkach, które rozchlapywały wodę po moich kostkach,
przejeżdżając obok. Była wszędzie i nigdzie. Jakie były szanse na to, że będzie
w naszym samolocie? Gdyby była, to ja…
Nie było
jej w naszym samolocie. Ale rozmyślałem o niej przez dziewięć godzin lotu przez
Atlantyk. O moich ulubionych wspomnieniach – drzewie, Jaxsonie, pomarańczowym gaju,
walce na ciasto. Potem myślałem o tych złych – przeważnie o tym, co przez nią
czułem, ciągłej myśli, że mnie zostawi, jawnym sposobie, w którym odmawiała
wyznania mi miłości. To wszystko było dziecinne i tragiczne. Zerknąłem na moją
żonę. Czytała czasopisma i popijała tanie wino samolotowe. Upiła łyk i
skrzywiła się, przełykając.
- Czemu
je zamawiasz, jeśli ci nie smakuje?
-
Przypuszczam, że to lepsze niż nic – odpowiedziała, spoglądając przez okno.
Otworzyłem książkę, którą miałem ze sobą i zapatrzyłem się na czcionkę. Na
dziewięć łaskawych godzin Leah zostawiła mnie w spokoju. Nigdy nie byłem tak
wdzięczny za tanie wino. Gdy wylądowaliśmy w Miami, pomknęła do łazienki, żeby
poprawić makijaż, a ja czekałem w kolejce do Starbucksa. Kiedy dotarliśmy do odbioru
bagażu miałem jeden z najgorszych nastrojów mojego życia.
- A
teraz co się z tobą dzieje? – zapytała. – Byłeś rozproszony przez całą podróż.
To naprawdę irytujące.
Spiorunowałem
ją wzrokiem zza okularów przeciwsłonecznych i ściągnąłem jedną z jej toreb.
Cisnąłem nią na ziemię tak mocno; zadrżała na swoich pieprzonych luksusowych
kółeczkach. Kto podróżował z dwoma wielkimi walizkami, kiedy wyjeżdżało się na
pięć dni?
-
Powinieneś pracować nad tym razem ze mną. W tej chwili nie jesteś nawet ze mną
psychicznie.
Miała
rację.
-
Wracajmy do domu – powiedziałem, całując ją w czubek głowy. – Chcę przespać
dwanaście godzin i zjeść trzy posiłki w łóżku.
Stanęła
na palcach i pocałowała mnie w usta. Odwzajemnienie pocałunku wymagało ode mnie
wysiłku, żeby nie podejrzewała, że coś jest nie tak. Kiedy rozentuzjazmowała
się w pocałunku wiedziałem, że w okłamywaniu jej byłem tak samo dobry jak w
okłamywaniu siebie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz