30.8.14

Thief - rozdział 25

Przeszłość

- Co się z tobą dzieje?
Przesunęła ręką po mojej klatce piersiowej. Chwyciłem ją zanim dosięgła moich spodni.
- Zmęczenie różnicą czasu – powiedziałem, wstając.
Olivia.
Wydęła współczująco wargę.
Leżałem przez jakieś dziesięć minut na łóżku hotelowym, kiedy Leah rozmawiała ze swoją matką przez telefon. Gdy zakończyła połączenie dawała znać o swoich zamiarach. Podszedłem do okna, żeby być poza jej zasięgiem.
- Wezmę prysznic – powiedziałem. Nim mogła zapytać czy chcę towarzystwa, zamknąłem drzwi łazienki na klucz. Musiałem oczyścić umysł, ale jak miałem wyjaśnić nocne bieganie w obcym kraju mojej samobójczej, nazbyt uczuciowej żonie? Boże, gdybym zaczął biegać, to być może nigdy bym już nie wrócił. Wstąpiłem pod prysznic i stałem pod parzącą wodą, pozwalając jej napełnić nos, oczy i usta. Chciałem, żeby mnie zatopiła. Jak miałem dalej żyć po tym, co się stało? Leah zapukała do drzwi. Usłyszałem, jak coś mówi, ale jej głos był stłumiony. Nie mogłem teraz na nią patrzeć. Nie potrafiłem patrzeć na samego siebie. Jak ja to zrobiłem? Odszedłem od jedynej rzeczy, która miała sens. Niemal ją miałem i po prostu się poddałem. Luźno używałem słów „miałem ją” bo tak naprawdę nigdy nie można było mieć Olivii. Snuła się jak para, powodując tarcie, a potem odpływała. Ale zawsze chciałem grać. Pragnąłem tarcia.
Musiałeś to zrobić, wmawiałem sobie. Była to sytuacja robisz-to-co-najlepsze. I brałem odpowiedzialność za swoje czyny. Poradnictwo, niekończące się poradnictwo dla małżeństw. Poczucie winy. Potrzebę do naprawiania rzeczy. Zdezorientowanie czy robię prawidłową rzecz. Udawanie mojej amnezji było łajdackim momentem, kiedy odstąpiłem od samego siebie i robiłem to, co chciałem bez zastanawiania się nad konsekwencjami. Byłem tchórzem. Wychowano mnie tak, abym robił to, co było społecznie akceptowane.
Stałem pod wodą dopóki nie zrobiła się zimna, potem wytarłem się i wyszedłem z łazienki. Moja żona – dzięki Bogu – zasnęła na posłaniu. Poczułem natychmiastową ulgę. Dzisiaj nie będę musiał udawać. Jej rude włosy rozkładały się wokół niej niczym ognista aureola. Zarzuciłem na nią koc, wziąłem moją butelkę wina i wycofałem się na balkon, aby się upić. Nadal padało, kiedy usiadłem na jednym z krzeseł i podniosłem nogi na balustradę. Z Olivią nigdy nie musiałem „udawać”. Po prostu do siebie pasowaliśmy – nasze nastroje, nasze myśli… nawet nasze ręce.

Kiedyś podczas jej ostatniego roku studiów kupiła krzak gardenii, który ustawiła przy jej mieszkaniu. Nadskakiwała nad tym, jakby to był pies, szukała w Google’ach sposobów, jak się tym zajmować i zapisywała notatki w zeszytach. Nawet to nazwała. Patricia, tak myślę. Codziennie siadała na tyłku przy drzwiach wejściowych i przyglądała się Patricii by zobaczyć, czy nie wykwitł kwiatek. Patrzyłem na jej twarz, kiedy wracała do środka – zawsze miała tę minę pełnego nadziei zdeterminowania. Jeszcze nie, mawiała do mnie, tak jakby cała jej nadzieja na życie była przywiązana do tej gardenii zakwitającej kwiatka. To właśnie w niej kochałem, tę ponurą determinację na przeżycie, chociaż szanse zawsze zdawały się być przeciwko niej. Pomimo całej pielęgnacji Olivii Patricia powoli zaczęła umierać, jej liście zakręcały się na końcach i brązowiały. Olivia wpatrywała się w roślinkę, zmarszczka formowała się między jej brwiami i jej małe usta wydymały się w grymasie wartym pocałowania. Floryda miała tamtego roku wyjątkowo chłodną zimę. Pewnego ranka, kiedy przyjechałem do jej mieszkania Patricia była wyraźnie martwa. Wskoczyłem do samochodu i pojechałem do Home Depot, gdzie widziałem, że sprzedają takie same krzaki. Zanim moja mała ukochana uchyliła powieki, zastąpiłem jej martwą roślinkę zdrową, przesadzając ją na trawniku przed jej budynkiem. Wrzuciłem starą do kosza i przemyłem ręce w basenie zanim zapukałem do jej drzwi. Sprawdziła ją, gdy otworzyła mi wtedy drzwi i jej oczy pojaśniały, kiedy zobaczyła zdrowe zielone liście. Nie wiem czy kiedykolwiek podejrzewała, co zrobiłem, nigdy nic nie powiedziała. Zajmowałem się nią bez jej wiedzy, wsadzałem pożywkę dla roślin do doniczki nim pukałem do jej drzwi. Moja mama zawsze wsadzała zużyte saszetki herbaty do gleby przy jej krzewach różanych. Też to zrobiłem parę razy. Tuż przed naszym rozstaniem ta przeklęta roślina zakwitła. Nigdy nie widziałem jej tak bardzo podekscytowanej. Wyraz jej twarzy był taki sam, kiedy nie trafiłem dla niej na meczu koszykówki.
Gdyby wróciła i stanęła na tym samym miejscu pod moim pokojem hotelowym, to prawdopodobnie zeskoczyłbym z balkonu, żeby dostać się do niej. Nie jest za późno, powiedziałem sobie. Możesz dowiedzieć się, gdzie nocuje. Idź do niej.
Kochałem Olivię. Kochałem ją całym sobą, ale byłem poślubiony z Leah. Byłem zobowiązany Leah – bez względu na to, jak było to głupie. Byłem w tym na dobre i na złe. Był krótki moment, kiedy myślałem, że już nie wytrzymam, ale to było w przeszłości. Zanim zaszła w ciążę z moim dzieckiem i połknęła całą butelkę tabletek nasennych.
Racja?
Racja.
Potrząsnąłem butelką wina. Wypiłem już połowę.
Kiedy kobieta nosiła w swoim ciele twoje dziecko, zaczynałeś widzieć wszystko troszeczkę inaczej. Niemożliwe stawało się trochę mniej popieprzone. Brzydota nabierała ładnego blasku. Niewybaczalna kobieta wyglądała na trochę mniej splamioną. Trochę tak, kiedy byłeś pijany. Dokończyłem butelkę i ułożyłem ją na boku na podłodze. Poturlała się i uderzyła w balustradę balkonu. Byłem w dziecięcej śpiączce. I musiałem się, kurwa, obudzić.
Zamknąłem oczy i zobaczyłem jej twarz. Otworzyłem oczy i zobaczyłem jej twarz. Podniosłem się, starałem skupić na deszczu, światłach miejskich, pieprzonych Schodach Hiszpańskich – i zobaczyłem jej twarz. Musiałem przestać widzieć jej twarz, bym mógł być dobrym mężem dla Leah. Zasługiwała na to.
Racja?
Racja.

Wylecieliśmy cztery dni później. Ledwie mieliśmy czas na oswojenie się ze zmianą czasu, a już znowu mieliśmy wyjeżdżać. I tak nie mogłem skupić się na podróży, kiedy moja była sunęła gdzieś po mieście. Szukałem Olivii na lotnisku, w restauracjach, w taksówkach, które rozchlapywały wodę po moich kostkach, przejeżdżając obok. Była wszędzie i nigdzie. Jakie były szanse na to, że będzie w naszym samolocie? Gdyby była, to ja…

Nie było jej w naszym samolocie. Ale rozmyślałem o niej przez dziewięć godzin lotu przez Atlantyk. O moich ulubionych wspomnieniach – drzewie, Jaxsonie, pomarańczowym gaju, walce na ciasto. Potem myślałem o tych złych – przeważnie o tym, co przez nią czułem, ciągłej myśli, że mnie zostawi, jawnym sposobie, w którym odmawiała wyznania mi miłości. To wszystko było dziecinne i tragiczne. Zerknąłem na moją żonę. Czytała czasopisma i popijała tanie wino samolotowe. Upiła łyk i skrzywiła się, przełykając.
- Czemu je zamawiasz, jeśli ci nie smakuje?
- Przypuszczam, że to lepsze niż nic – odpowiedziała, spoglądając przez okno. Otworzyłem książkę, którą miałem ze sobą i zapatrzyłem się na czcionkę. Na dziewięć łaskawych godzin Leah zostawiła mnie w spokoju. Nigdy nie byłem tak wdzięczny za tanie wino. Gdy wylądowaliśmy w Miami, pomknęła do łazienki, żeby poprawić makijaż, a ja czekałem w kolejce do Starbucksa. Kiedy dotarliśmy do odbioru bagażu miałem jeden z najgorszych nastrojów mojego życia.
- A teraz co się z tobą dzieje? – zapytała. – Byłeś rozproszony przez całą podróż. To naprawdę irytujące.
Spiorunowałem ją wzrokiem zza okularów przeciwsłonecznych i ściągnąłem jedną z jej toreb. Cisnąłem nią na ziemię tak mocno; zadrżała na swoich pieprzonych luksusowych kółeczkach. Kto podróżował z dwoma wielkimi walizkami, kiedy wyjeżdżało się na pięć dni?
- Powinieneś pracować nad tym razem ze mną. W tej chwili nie jesteś nawet ze mną psychicznie.
Miała rację.
- Wracajmy do domu – powiedziałem, całując ją w czubek głowy. – Chcę przespać dwanaście godzin i zjeść trzy posiłki w łóżku.

Stanęła na palcach i pocałowała mnie w usta. Odwzajemnienie pocałunku wymagało ode mnie wysiłku, żeby nie podejrzewała, że coś jest nie tak. Kiedy rozentuzjazmowała się w pocałunku wiedziałem, że w okłamywaniu jej byłem tak samo dobry jak w okłamywaniu siebie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz