Teraźniejszość
Jestem w
salonie, przeglądając Vogue’a, podczas gdy Caleb gotuje obiad. Dziecko śpi na
górze, a telewizor ustawiony jest na jakimś kanale informacyjnym, grający tak
głośno, żeby Caleb go słyszał. Myślę o przełączeniu programu na America’s Next
Top Model, kiedy słyszę jej imię. Unoszę gwałtownie głowę. Olivia Kaspen. Jej
zdjęcie jest na ekranie, jak stoi otoczona reporterami. Sięgam do pilota, nie
żeby pogłośnić, ale żeby zmienić kanał zanim zobaczy to Caleb.
- Nie –
słyszę za sobą. Zaciskam powieki. Wzruszając ramionami, zwiększam głośność.
Prezenterka telewizyjna jest kobietą. Kiedyś przeczytałam statystykę mówiącą,
że sześćdziesiąt procent mężczyzn nie lubi słuchać żeńskich prezenterek.
Niestety dla mnie Caleb nie jest jednym z tych mężczyzn. Podchodzi bliżej do
telewizora, w ręce nadal trzymając nóż. Jego knykcie są białe. Przesuwam
wzrokiem po jego ramieniu i skupiam się na jego twarzy. Od nosa w dół jego rysy
są marmurowe. Wszystko ponad nim świadczy o emocjach na nuklearnym poziomie. Ma
zmarszczone brwi, a jego oczy wyglądają jak naładowany pistolet gotowy wypalić
w każdej chwili. Przenoszę spojrzenie na telewizor, bojąc się, że jeśli nadal
będę mu się przyglądać, to się rozpłaczę.
- Proces
Dobsona Scotta Orcharda zacznie się w przyszłym tygodniu. Jego pełnomocniczka
Olivia Kaspen, która aż do tego czasu milczała na temat swojego klienta
ostatnio wydała oświadczenie, mówiąc, że przyjęła sprawę po tym jak oskarżony
porywacz i seryjny gwałciciel bezpośrednio się z nią skontaktował, prosząc ją o
reprezentowanie go. Spekuluje się, że Olivia, która otrzymała swój stopień
licencjacki w tym samym college’u co jedna z jego ofiar, będzie używać
pretekstu „Niewinny przez niepoczytalność”.
Program
nadaje reklamy. Opadam na oparcie kanapy. Zdjęcie Olivii, które pokazali było
niewyraźne. Widoczne były tylko jej włosy, które były o wiele dłuższe niż
podczas mojego procesu. Powoli odwracam szyję, żeby zobaczyć twarz Caleba. Stoi
za mną bez ruchu, jego oczy są lekko zmrużone i przyklejone do reklamy papieru
toaletowego, jakby nie wierzył w ich zapewnienie o trzywarstwowości.
- Caleb? –
odzywam się. Głos zamiera mi w gardle i odchrząkuję. Łzy kłują mnie w oczy i
muszę użyć całej siły woli, żeby powstrzymać je od wylania na policzki. Caleb
patrzy na mnie, ale wcale mnie nie widzi. Chce mi się rzygać. Jak kruche jest
moje małżeństwo, skoro on tylko na nią spojrzy, a ja już przestaję istnieć?
Wyłączam telewizor i wstaję gwałtownie, zwalając gazetę z kolan na podłogę.
Biorę moją torebkę, szukając papierosów, które tam schowałam w wieczór, gdy
poszłam z Samem do Matki Gothel. Wyciągam je, nie przejmując się, jeśli je
zobaczy… chcąc, żeby zobaczył.
- Ty tak na
serio?
Jego głos
jest spokojny, ale widzę w jego oczach gniew.
- Nie jestem
twoją własnością – mówię swobodnie, ale ręka mi drży, kiedy zapalam zapalniczkę.
To takie kłamstwo. Caleb był właścicielem każdej mojej myśli i czynów przez
ostatnie pięć lat. Dlaczego? Dlaczego zawsze byłam taka sprzedajna miłości?
Przypominam sobie inne związki, zaciągając się papierosem. Nie, w każdym
związku przed Calebem – miałam władzę. Wydmuchuję dym w jego kierunku, ale jego
już nie ma. Gaszę papierosa. Czemu poczułam potrzebę, żeby to zrobić? Boże.
Nie idę do
łóżka. Siedzę całą noc na kanapie, pijąc rum prosto z butelki. Autorefleksja
nie jest czymś, w czym jestem dobra. Myślę o sobie jak o idealnie obrobionej
graficznie osobie. Gdybym zaczęła zdrapywać warstwy tego, co mam na sobie –
tego ładnego obrazka – rzeczy wyglądałyby dość brzydko. Nie lubię myśleć o tym,
kim naprawdę jestem, lecz samotność i alkohol poluzowują moje ograniczenia.
Dzwonię do Sama, żeby odwrócić uwagę. Gdy odbiera, słyszę w tle muzykę.
- Poczekaj
– mówi.
Wraca parę
sekund później.
- Estelli
nic nie jest?
- Nic –
odpieram zirytowana. Słyszę jego westchnięcie ulgi.
- Nie
jestem dobrą matką – oświadczam. – Pewnie jestem gorsza od mojej pochłoniętej
sobą, krytycznej, chlejącej gin z tonikiem matki.
- Leah, czy
ty pijesz?
- Nie.
Odkładam
butelkę rumu na bok. Nie trafia w stół i spada na podłogę. Dobrze, że była
pusta. Krzywię się.
- Mam
nadzieję, że odciągnęłaś mleko zanim to zrobiłaś – mówi gniewnie.
Rozklejam
się. Zrobiłam to. Wszyscy są tacy osądzający.
Słyszy moje
pociąganie nosem i wzdycha. – Jesteś dość złą matką, tak. Ale nie musisz taka
być.
- A Caleb
wciąż ma silne uczucia wobec Olivii.
- Mogłabyś
choć raz nie skupiać się na Calebie? Masz obsesję. Porozmawiajmy o Estelli…
Przerywam
mu. – Myślę, że zawsze to wiedziałam, ale nie jestem pewna. Mogę wyciągnąć
tuzin wspomnień z prywatnego magazynu w moim mózgu, do którego klucz ma tylko
alkohol. Większość wspomnień zawiera spojrzenia – te, które rzuca jej, nie
mnie. – Przygryzam rzepkę kolana, kołysząc się w przód i w tył.
- Wiesz co,
muszę kończyć – mówi Sam. – Do jutra. – Rozłącza się. Odrzucam telefon na bok.
Pieprzyć Sama.
Kiedy Caleb
na nią patrzy, jego oczy wchodzą w inny bieg. Tak jakby widział jedyną rzecz,
która miała dla niego znaczenie. Jestem obrzydliwie zaznajomiona ze sposobem, w
jaki patrzy na Olivię, bo tak właśnie ja patrzę na niego. Gdy się podnoszę,
pokój kręci się wokół mnie. Jestem tak pijana, że ledwo mogę zrozumieć własne
myśli. Wchodzę chwiejnie na górę i idę do mojej szafy. Wyciągam torby i
walizki, aż jestem otoczona subtelnym zapachem drogiej skóry. Zostawię go. Nie
zasługuję na to. Tak jak powiedziała Cammie. Jestem tylko w połowie kochana.
Wpycham garść ubrań do torby, po czym upadam na podłogę. Kogo ja oszukuję?
Nigdy go nie zostawię. Jeśli go zostawię, ona wygra.
Budzę się z
twarzą przyciśniętą do podłogi. Jęczę, przewracając się na plecy i próbując
przypomnieć sobie zeszłą noc. Czuję się gorzej niż w dzień, kiedy rodziłam.
Ścieram ślinę z twarzy i rozglądam się po bałaganie. Walizki i torby leżą wokół
mnie jakby moja szafa je wypluła. Czy próbowałam po coś sięgnąć, kiedy je
wszystkie wyciągnęłam? Mam gwałtowną chęć na wymioty i biegnę do łazienki,
docierając tam na czas, aby opróżnić żołądek. Łapię powietrze, kiedy do środka
wchodzi Caleb, pachnąc czysto i świeżo. Jest ubrany w krótkie spodenki i
koszulkę, co jest dziwne, ponieważ dziś pracuje. Ignoruje mnie, zakładając na rękę
zegarek i sprawdza godzinę.
- Czemu
jesteś tak ubrany? – Głos mam ochrypły, jakbym spędziła całą noc krzycząc.
- Wziąłem
dzień wolny w pracy.
Nie chce na
mnie spojrzeć, zły znak. Staram się przypomnieć sobie, co mu zrobiłam, gdy
wyłapuję zapach moich włosów. Dym. Jęczę w duchu, kiedy powracają do mnie
wspomnienia. To było ogromnie głupie.
- Dlaczego?
– pytam ostrożnie.
- Muszę
pomyśleć.
Wychodzi z
łazienki i idę za nim na dół. Sam karmi dziecko, unosi brwi, kiedy mnie
dostrzega, a ja przeczesuję palcami włosy z zażenowaniem. Chrzanić go. To
wszystko jego wina. Odkąd się pojawił, moje życie powoli zaczęło się rozpadać.
Caleb
całuje dziecko w czubek jej główki i idzie w stronę drzwi, jakby był na coś
spóźniony. Biegnę za nim.
- O czym
musisz pomyśleć? O rozwodzie?
Zatrzymuje
się nagle i wpadam na jego plecy.
-
Rozwodzie? – pyta. – Uważasz, że powinienem się z tobą rozwieść?
Przełykam
dumę i wyzwanie, które jest na końcu mojego języka. Muszę być mądra. Ostatnio
dałam się ponieść. Odepchnęłam go, kiedy miałam szansę wszystko naprawić.
- Pozwól mi
pojechać z tobą – mówię spokojnie. – Spędźmy ten dzień razem – rozmawiając.
Wygląda na
nieprzekonanego, rzuca spojrzenie w kierunku dziecięcego pokoju. – Nic jej nie
będzie z Samem – zapewniam. – Przecież i tak nic nie robię…
Moje
stwierdzenie wydaje się przypieczętować umowę. Kiwa raz głową, a ja chcę
krzyczeć z ulgi.
- Będę za
pięć minut – mówię.
Idzie do
auta, żeby na mnie poczekać. Wskakuję po dwa schodki naraz na górę i rzucam się
przez drzwi szafy, niemal przewracając się w całym procesie. Zakładam czystą
parę dżinsów i bluzkę. W łazience oblewam twarz wodą, ścierając rozmazany
makijaż i pociągam łyk płynu do płukania ust. Nie kłopoczę się nowym makijażem.
Wybiegam
przez drzwi wejściowe i mam mały atak serca, kiedy nie widzę jego samochodu.
Zostawił mnie. Jestem gotowa upaść na podjeździe i się rozpłakać, kiedy jego
błyszczące BMW wyjeżdża zza rogu. Czując ulgę, wsiadam do środka i próbuję
udawać spokój.
- Myślałaś,
że cię zostawiłem – mówi. W jego głosie jest humor i czuję tak wielką ulgę,
dostając coś innego niż chłód, że kiwam głową. Spogląda na mnie i widzę
zaskoczenie na jego twarzy. Nieśmiało się sobie przyglądam. Bardzo rzadko
pokazuję mu się bez makijażu i nigdy nie noszę zwykłych bluzek.
- Gdzie
jedziemy? – pytam, próbując odwrócić jego uwagę od tego jak obrzydliwie
wyglądam.
- Nie
możesz zadawać pytań – odpowiada. – Chciałaś jechać ze mną, więc proszę bardzo…
Wezmę i to.
Włącza
radio i jedziemy z otwartymi oknami. Normalnie wkurzałabym się, że wiatr
bałagani mi włosy, ale nie przejmuję się tym teraz, niemal cieszę się czując go
na twarzy. Caleb kieruje się na autostradzie na południe. W tamtym kierunku nie
ma nic prócz oceanu. Nie umiem się domyślić, gdzie mnie zabiera.
Godzinę
później wjeżdżamy na żwirowy podjazd. Prostuję się na siedzeniu, rozglądając
wokoło. Jest dużo liści. Nagle drzewa się rozdzielają i wpatruję się w
niebieskawozieloną wodę. Caleb skręca mocno w lewo i zatrzymuje auto pod
drzewem. Wysiada bez słowa. Gdy nie podchodzi do moich drzwi, aby mi je
otworzyć, jak zwykle to robił, wyskakuję z auta i idę za nim. Idziemy w ciszy
obok wody, aż dochodzimy do małego portu. Są tam cztery łodzie, podskakujące
łagodnie na falach. Dwie z czterech są nowszymi barkami rybackimi. Mija je i
kieruje się do starej SeaCat, która mocno potrzebuje odmalowania.
- Jest
twoja? – pytam pełna niedowierzenia. Potakuje i od razu czuję się znieważona,
że nigdy nie powiedział mi, że kupił łódź. Trzymam zamkniętą buzię i wchodzę na
pokład bez jego pomocy. SeaCats to brytyjska marka. Nie jestem zaskoczona;
zazwyczaj kupuje europejskie rzeczy. Rozglądam się ze zdegustowaniem. Mam
alergię na rzeczy, które nie są nowe i błyszczące. Wygląda na to, że zaczął nad
nią pracować. Wyczuwam cierpki zapach szpachlówki i dostrzegam puszkę obok włazu.
Wypróbowuję
miły, neutralny komentarz. – Jak ją nazwiesz?
Zdaje się
lubić moje pytanie, ponieważ uśmiecha się lekko, działając przy sznurze, który
przytrzymuje nas przy doku.
- Wielkie
nadzieje.
Podoba mi
się. Byłam przygotowana, że będzie inaczej, ale podoba mi się. Wielkie nadzieje
to tytuł książki, z której wybrał imię Estelli. Ponieważ urodziłam te krzyczące
ciało, to czuję się całkiem dobrze z tą nazwą. Tak długo jak nie ma to nic
wspólnego z Olivią. Nie myśl o niej,
łajam się. Ona jest powodem, dlaczego
masz teraz kłopoty.
- Więc
zabieramy ją na rejs? – zadaję oczywiste pytanie. Jego głowa nadal jest
pochylona, ale unosi na mnie wzrok, kiedy jego ręce pracują. To jedna z tych
rzeczy, które tylko on robi. Uważam to za niesamowicie seksowne i mam motylki w
brzuchu. Siadam na jedynym dostępnym miejscu – które jest rozdarte – i
przyglądam się mięśniom jego pleców, kiedy odpala silnik i wypływa z portu.
Czuję do niego tak szalony pociąg, nawet w czasie, kiedy jesteśmy skłóceni, że
chcę zerwać z niego ubrania i rzucić się na niego. Zamiast tego siedzę
elegancko i patrzę jak przecinamy wodę. Trwamy tak przez długi czas, on przy
kierownicy, a ja czekam. Wyłącza silnik. Linia brzegowa obsypana paradą wydm i
domów po mojej lewej, ocean ciemny i niebieski po mojej prawej. Podchodzi do steru,
patrząc w wodę. Podnoszę się z mojego miejsca i przemierzam parę kroków, żeby
do niego dołączyć.
- Jutro
wyjeżdżam do Denver – odzywa się.
- Nie
wpadnę w szał poporodowy i nie zabiję twojej córki – jeśli do tego zmierzasz.
Przechyla
lekko głowę, patrząc na mnie. – Ona jest też twoją córką.
- Tak.
Patrzymy
jak fale obijają się o burtę łodzi, żadne z nas nie mówi na głos o naszych
myślach.
- Dlaczego
nie powiedziałeś mi o łodzi? – Przesuwam paznokciami po kciuku.
- W końcu
bym to zrobił. Był to nagły zakup.
Przypuszczam,
że to uczciwe. Kupowałam buty, które prawdopodobnie równały się ceną z tą
łodzią, nie mówiąc mu o tym przy pierwszej okazji. Ale nagły zakup oznaczał, że
był to zakup emocjonalny. Taki, jakiego dokonywałam, gdy miałam depresję albo
czymś się martwiłam.
- O czym
jeszcze mi nie mówisz?
-
Prawdopodobnie takiej ilości spraw, jakiej ty mi nie mówisz.
Wzdrygam
się. Boleśnie prawdziwe. Caleb mógł cię przejrzeć jak nikt inny. Ale gdyby
naprawdę wiedział o tym, czego mu nie mówiłam, jutro już by go nie było… a na
to nie mogłam pozwolić.
Jeżeli
naprawdę ukrywał więcej – zamierzałam się o tym dowiedzieć.
- Wiesz o
mnie wszystko – znasz wszystkie moje sekrety i dramat rodzinny. Co miałabym
ukrywać? – pytam.
Odwraca się
do mnie twarzą. Zanim widnieje ciemna chmura. Wygląda to na omen. Drżę.
- Jest
wiele rzeczy, których o tobie nie wiem – odpowiada.
Mój umysł
od razu pędzi do monitora płodności i Clomiphene, który brałam, aby zajść w
ciążę.
Jego mózg
pracuje na najwyższych obrotach. Widzę iskry za jego źrenicami. Kiedy Caleb
myśli, jego oczy praktycznie świecą. Nie cierpię tego. Korzyścią jest, że
zawsze wiem, kiedy skupia się na mnie. Patrzy mi w oczy; opuszcza wzrok na moje
usta, a potem podnosi go z powrotem do moich oczu. Mruży swoje i przekrzywia
głowę, jakby czytał mi w myślach. Można przeczytać sekret na kogoś twarzy? Mam
cholerną nadzieję, że nie.
- Kiedy
przyszłaś do mnie tamtej nocy… w hotelu… starałaś się zajść w ciążę?
Odwracam od
niego wzrok, skupiając się na wodzie. Niech to szlag, on umie. Moje ręce się
trzęsą. Zaciskam je w pięści. A potem uderzam w niego prawdą.
- Tak.
Nie wiem
dlaczego mówię prawdę. Nigdy nie mówię prawdy. Niech to szlag! Chcę cofnąć te
słowo zanim go dosięgnie, ale jest za późno.
Caleb
zakłada ręce na karku. Jego brwi są wysoko uniesione, stwarzając na jego czole
tuzin małych linii. Jest cholernie wściekły.
Myślę o tej
nocy w jego hotelu. Poszłam tam z determinacją. Miałam plan. Mój plan
zadziałał. Nigdy nie myślałam, że zostanę przyłapana. Teraz zostałam. Pstrykam
paznokciami o koniuszki palców.
Pstryk.
Pstryk.
Pstryk.
Caleb
przygryza wnętrze policzka. Wygląda tak, jakby chciał iść pobiegać. Biegając
rozmyśla. Kiedy się odzywa, jego słowa wychodzą spomiędzy jego zębów.
- Okej –
mówi. – Okej. – Spogląda w niebo, walka widoczna jest na jego twarzy. – Tak
bardzo ją kocham… - Jego głos się łamie. Opiera ramię o burtę łodzi, wpatrując
się razem ze mną w wodę. – Tak bardzo ją kocham – zaczyna znowu – że nie
obchodzi mnie w jaki sposób powstała. Cieszę się, że tutaj jest.
Wzdycham z
ulgą i patrzę na nią kątem przestraszonego oka.
Przełyka
ślinę jeden raz, drugi…
- Celowo
zaszłaś w ciążę. A teraz nawet jej nie chcesz.
Trudno
słyszeć… obie części. Mrożące krew w żyłach, prawdziwe i obrzydliwe.
- Myślałam,
że będzie chłopcem. – Mój głos jest tak cichy, że rywalizuje z falami, ale
Caleb mnie słyszy.
- A gdyby
była? Wtedy lubiłabyś bycie matką?
Nienawidzę,
kiedy zmusza mnie do myślenia. Jak by wtedy było? A może w tej roli miałam
zawalić, bez względu na to czy była to dziewczynka czy chłopiec?
- Nie wiem.
Podnosi
głowę, patrząc na mnie. Przyglądam się lekkiemu zarostowi na jego twarzy i chcę
go dotknąć.
- Chcesz
ją?
Nie mów mu
prawdy!
- Ja… sama
nie wiem, czego chcę. Chcę ciebie. Chcę, żebyś był szczęśliwy…
- Ale nie
chcesz Estelli?
Jego głos
jest na granicy. Granicy, która zwykle wskazuję, że mam wielkie kłopoty. Staram
się z tego wyjść.
-
Oczywiście, że ją chcę. Jestem jej matką…
Mojemu
głosowi brakuje przekonania. Kiedyś byłam tak znakomitym kłamcą.
- To co
zrobiłaś potem… to też było zaplanowane?
Patrzę jak
jego klatka piersiowa unosi się i opada. Szybkie, rozgniewane oddechy…
przygotowuje się na moją odpowiedź.
- Caleb…
- Boże,
Leah, po prostu powiedz prawdę…
Przesuwa
ręką po włosach, odchodzi parę kroków na lewo, tak że widzę tylko jego plecy.
- Byłam
zdenerwowana… Courtney…
Przerywa
mi. – Zrobiłaś to, żebym do ciebie wrócił?
Przełykam
ślinę. Cholera. Jeśli powiem nie, dalej będzie mi zadawał pytania, dopóki mnie
nie usidli.
- Tak.
Przeklina i
gwałtownie klęka, przyciskając palce do czoła, jakby próbował utrzymać w głowie
swoje myśli.
- Chyba
potrzebuję czasu na namysł.
- Nie,
Caleb! – Potrząsam mocno głową. On mocno nią kiwa. Wyglądamy jak para
zrozpaczonych podskakujących głów.
Pojawia się
wir, panika wciąga mnie pod powierzchnię, kiedy wyjękuję. – Nie zostawiaj mnie
znowu. Nie mogę sama się nią opiekować. – Opuszczam głowę.
- Nie
będziesz musiała, Leah.
Patrzę na
niego z nadzieją.
- Zabiorę
ją ze sobą. Jest moją córką; zajmę się nią.
O Boże. Co
ja teraz zrobiłam?
Podnosi
się, włącza silnik łodzi i wracamy do brzegu, resztki mojego zdrowia
psychicznego rozpadają się na kawałki.
W chwili,
kiedy przywiązuje nas do doku, schodzę z łodzi i biegnę po mój telefon, który
zostawiłam w jego samochodzie. Chcę się stąd wydostać. Moje palce są
zdrętwiałe, kiedy kłopoczę się z ekranem, bezużyteczne w niego dźgając.
Wykręcam numer usług taksówkarskich i podaję im moją lokalizację. Drżę pomimo
gorąca. Mój Boże, co ja sobie myślałam, mówiąc mu to wszystko? Ledwo mogę
oddychać, jak widzę, że wraca do miejsca, gdzie przysiadam na masce jego auta.
Nawet w naszej obecnej sytuacji moje serce podskakuje na jego widok. Tak bardzo
go kocham, że to aż boli. Nie chce na mnie spojrzeć. Nie wiem, co to oznacza,
ale myślenie nigdy nie jest dobre. Myślenie wznieca niebezpieczny wir uczuć.
Moje uczucia już raz prawie mnie utopiły. Nie chcę tam wracać.
Żwir
przesuwa się pod jego stopami, kiedy do mnie podchodzi. Obejmuję się w pasie,
próbując wcisnąć w siebie z powrotem zdrowy rozsądek. Zatrzymuje się parę
metrów dalej. Przyszedł, żeby mnie sprawdzić. Teraz mnie nienawidzi, ale
przyszedł mnie sprawdzić. – Zadzwoniłam po taksówkę – mówię. Kiwa głową i
spogląda na wodę, która widoczna jest ponad drzewami, gdzie zaparkował
samochód.
- Zostanę
tutaj – mówi. – Zadzwonię do ciebie, kiedy wrócę, żebym mógł przyjechać po
Estellę.
Unoszę
gwałtownie głowę. – Przyjechać po nią? – A tak, to.
- Zabiorę
ją do siebie, kiedy będę w moim mieszkaniu.
Oddycham
przez nos, zmagając się z moimi emocjami, próbując zdobyć kontrolę nad
sytuacją.
- Nie
możesz mi jej zabrać – mówię przez zaciśnięte zęby.
- Nie
próbuję. Nie chcesz jej, Leah. Potrzebuję czasu na namysł i lepiej będzie,
jeśli zostanie ona ze mną. – Pociera czoło, kiedy ja powoli panikuję.
Chcę krzyczeć
– Nie myśl! Nie myśl!
- Co z
pracą? Nie możesz się nią zajmować przy twoim harmonogramie.
Staram się
kupić sobie czas. Nabałaganiłam, ale mogę to naprawić. Mogę być dobrą matką i
dobrą żoną…
- Jest
ważniejsza od pracy. Wezmę trochę wolnego. Mam podróż w przyszłym tygodniu, a
potem po nią przyjadę.
Moje myśli
się rozciągają. Nie mogę wymyślić żadnych wymówek, dlaczego nie może mi tego
zrobić. Mogę wykorzystać dziecko jako wpływ – zagrozić mu – ale to na dłuższą
metę pogorszyłoby moją sytuację. Jeżeli chce mieć trochę czasu w samotności,
może powinnam mu na to pozwolić. Może ja też potrzebowałam czasu.
Kiwam
głową.
Zaciska
usta aż są całe blade. Nie odzywamy się przez następne dwadzieścia minut. Czeka
ze mną dopóki nie podjeżdża obskurnie wyglądająca taksówka, rozpryskując żwir
na nasze kostki aż się zatrzymuje. Wsiadam do środka, nie patrząc mu w oczy.
Może czeka, aż się do niego odwrócę i powiem, że to wszystko było kłamstwem.
Patrzę prosto przed siebie.
Droga z
Keys do Miami wiedzie przez płaskie obszary ziemi ponad głęboką błękitną wodą.
Odmawiam myślenia… przez całą drogę do domu. Po prostu nie mogę. Skupiam się na
autach, które mijamy. Patrzę na ich okna i osądzam ich pasażerów: opalone
rodziny wracające z wakacji, ubrani na niebiesko robotnicy ze znudzonymi
minami, kobieta płacząca i śpiewająca razem z radiem. Odwracam wzrok, widząc tę
jedną. Nie muszę przypominać sobie o łzach.
Gdy
docieram do domu, Sam dopiero co położył dziecko do spania. Przygląda się mojej
twarzy i otwiera usta, pytania gotowe są do wylania.
- Nic nie
mów, do cholery – warczę. Jego buzia wciąż jest szeroko otwarta, kiedy wpadam
na schody i trzaskam drzwiami. Kilka minut później słyszę, jak jego dżip
wyjeżdża z podjazdu i zerkam przez zasłony, aby upewnić się, że go nie ma.
Chodzę po moim pokoju, pstrykając paznokciami i próbując zdecydować co zrobić z
tym bałaganem, który stworzyła Olivia. Potem wychodzę gwałtownie na korytarz i
wsuwam się do pokoju dziecka. Podchodząc na palcach do jej łóżeczka, zerkam
ostrożnie ponad krawędzią, jakbym spodziewała się znaleźć tam węża, a nie
śpiące niemowlę.
Leży na
plecach, jej główka odwrócona jest na bok. Zdołała wysunąć rączkę z powijaka
Sama i częściowo trzyma ją w ustach. Co kilka sekund ssie ją tak mocno, iż
wydaje mi się, że się obudzi. Cofam się parę kroków, żeby mnie nie zobaczyła.
Nawet nie wiem czy już może mnie zobaczyć. Matki zazwyczaj mają wykresy takich
rzeczy – pierwszy uśmiech, pierwsze beknięcie, pierwsze cokolwiek. Przekrzywiam
głowę i znowu jej się przyglądam. Urosła, stała się trochę mniej – obrzydliwa.
Jestem zaskoczona, że widzę siebie w jej twarzy, kształcie jej nosa i ostrym
podbródku. Dzieci zwykle wyglądają nieciekawie do czwartego roku życia, ale ona
ma w twarzy trochę charakteru. Przypuszczam, że jeśli jakieś dziecko miałoby
być słodsze niż reszta, to byłoby to moje. Trwam przez jeszcze moment, zanim
wychodzę. Zamykam drzwi, po czym je otwieram, przypominając sobie, że dzisiaj
jestem całkiem sama. Nie ma Caleba. Nie ma Sama. Nawet mojej pochłoniętej sobą,
alkoholiczki matki. Przyglądałam się Samowi i Calebowi zajmującym się dzieckiem
na tyle, żeby znać podstawy. Karmisz je, ono wydala jedzenie, sprzątasz gówno,
wkładasz je do łóżeczka… pijesz.
O Boże.
Zsuwam się po ścianie, aż mój tyłek uderza o kafelki i chowam głowę w kolanach.
Nie mogę powstrzymać uczucia litości do samej siebie. Nie prosiłam o takie
życie – żeby być gorzej kochaną i być zmuszoną do rodzenia dziecka. Chciałam…
chciałam tego, co miała Olivia i odrzuciła – kogoś, kto mnie uwielbia, chociaż
moje wnętrzności skręcają się i atakują jak jadowity wąż. Nie!, myślę. Nie
jestem jadowitym wężem. Olivia jest. Wszystko co musiałam zrobić jest jej winą.
Jestem niewinna. Zasnęłam w taki sposób, pociągając nosem i wycierając go o
dres, zapewniając siebie o mojej niewinności i słuchając oddechu mojej córki.
Może będzie jej lepiej beze mnie. Może mnie będzie lepiej bez niej.
Budzę się
na dźwięk syreny. Pożar! Podskakuję, moje mięśnie jęczą z protestem. Jestem
zdezorientowana i nie wiem, gdzie jestem. Jest ciemno, wciąż jest noc. Kładę
rękę na ścianie i wącham powietrze. To nie syrena… tylko dziecko. Nie bardzo
czuję ulgę; chyba wolałabym pożar. Kieruję się do kuchni, strącając rzeczy w
pośpiechu, aby znaleźć butelkę i odciągnięte mleko. Przeklinam głośno. Sam
musiał przenieść rzeczy, bo nic nie mogę znaleźć. Potem dostrzegam notatkę
przyklejoną do lodówki.
Nie ma już
mleka.
Musisz
odciągnąć.
Cholera.
Patrzę na odciągacz mleka leżący na blacie. Odciągnięcie takiej ilości, której
ona potrzebuje zajmie przynajmniej piętnaście minut, a ona krzyczy tak głośno,
iż obawiam się, że ktoś usłyszy i przyjdzie sprawdzić. Widzę opiekę społeczną
pojawiającą się w moich drzwiach i krzywię się. Nie mogę pozwolić sobie na
kolejne problemy z prawem.
Biorąc dwa
schody na raz, zatrzymuję się przy drzwiach pokoju dziecięcego, biorę głęboki
wdech i je otwieram. Zapalam światło, wzdrygając się. Nagła zmiana wydaje się
ją też jeszcze bardziej rozzłościć, więc wyłączam światło i zapalam małą lampkę
w rogu. Przypominam sobie wybieranie tej lampki w The Pottery Barn. Brązowy
miś… dla mojego syna. Idę do łóżeczka po moją córkę. Jest cała mokra. Jej
pielucha przemokła przez jej ubranka i na pościel. Kładę ją na stoliku do
przewijania i ściągam jej śpioszki. Kiedy je ściągnęłam i zmieniłam jej
pieluszkę mała wydaje się uspokoić, ale wciąż zawodzi.
- Cicho –
mówię. – Brzmisz jak kot. – Podchodzę do fotelu na biegunach wartego pięć
tysięcy dolarów, który kupiła mi matka i siadam w nim po raz pierwszy.
- Jesteś
prawdziwym wrzodem na tyłku, wiesz? – Piorunuję ją wzrokiem, unosząc bluzkę.
Odwracam wzrok, kiedy łapie się mojej piersi. Wymaga ode mnie całej siły woli,
żeby jej nie odsunąć. Następne trzydzieści minut to prawdziwa tortura. Jestem
ludzką butelką. Mam skrzyżowane nogi i kiwam stopą, żeby nie stracić rozumu.
Mam zamknięte oczy i przyciskam do nich koniuszki palców. Nienawidzę tego.
Zasypia, wciąż ssąc. Podnoszę ją do barku, żeby beknęła, ale przebija mnie w
tym i beka mi w twarz. Śmieję się lekko, ponieważ to obrzydliwe i zanoszę ją do
łóżeczka.
Wyprostowując
się, czuję mały sukces. Umiem zająć się dzieckiem.
- Ciekawe
czy ty byłabyś do tego zdolna, Olivio.
Stały cykl
karmienia ciągnie się, aż słońce przedziera się przez palmy jak pieprzony
reflektor. Chowam głowę pod ramionami, kiedy prześwieca przez słabe zasłony w
pokoju dziecięcym, celując prosto w moje oczy. Przeniosłam się do jej pokoju
kilka godzin wcześniej, kładąc się na łóżku bliźniaczym w kącie. Nie było
żadnego snu – żadnego. Nic. Przewracam się na plecy i wpatruję w sufit. Pachnę
jak zsiadłe mleko. Mam właśnie wstawać, kiedy znowu zaczyna się jej miauczenie.
- O Boże –
mówię, czołgając się do jej łóżeczka. – Proszę, daj mi umrzeć.