5.3.14

Dirty Red - rozdział 16

Przeszłość

Był z nią. Musiał. Pojechałam do jego mieszkania i zadzwoniłam do jego rodziców. Nikt go nie widział ani nie słyszał od niego od kilku dni. Zostawiłam mu sześć wiadomości głosowych, ale ani razu nie oddzwonił. Moje życie zaczynało wyglądać jak niekontrolowany pociąg. Kierowałam się do czegoś złego w zatrważającym tempie. Caleb się ode mnie odsuwał. Moje palce, które kiedyś były splecione z jego, teraz łapały powietrze. Musiałam się czegoś złapać, odzyskać kontrolę. Brałam pod uwagę poproszenie o pomoc matkę, ale kiedy powiedziała mi, żebym poszła za Calebem do mieszkania tej suki, byłam zbyt zawstydzona, żeby mówić jej coś jeszcze o tej sytuacji.
Courtney!
Zadzwoniłam do mojej siostry i wszystko jej opowiedziałam.
- Jeeezu, Leah. Co z tym zrobisz? – Courtney pierwszy rok była nauczycielką. Uczyła matematyki śródmiejskich dzieci w liceum.
- Poważnie, musisz go znaleźć i z nim porozmawiać. Tak w ogóle kim jest ta dziewczyna? Wyraźnie o tobie wie i nic ją to nie obchodzi. Co za bezduszna suka.
- Nie wiem czy on posłucha, Courtney. Nie jest sobą.
Usłyszałam głosy w tle.
- Muszę kończyć – powiedziała. – Robię korepetycje pozalekcyjne. To jest miłość twojego życia. Musisz o niego walczyć.
- Dobrze – odparłam. – Jak?
Milczała przez parę sekund. – Dowiedz się kim jest ta dziewczyna. Jeśli jest tylko przelotnym romansem, daj sobie spokój, wróci do ciebie. Jeśli jest czymś więcej, musisz temu zaprzestać. Słyszysz mnie?
- Słyszę.
Rozłączyła się. Czułam się odmłodzona. Zatrzymałam się po Jamba Juice i pojechałam prosto do kompleksu mieszkań, do której pojechałam za Calebem tydzień wcześniej. Nie było tam jego auta. Zapukałam do drzwi i usłyszałam szczekanie psa. Zapukałam jeszcze raz, głośniej. Jeśli ten cholerny zwierzak dalej będzie tak hałasował, to ktoś zauważy. U moich stóp leżała wycieraczka z „Witaj”, a na lewo stała mała roślina doniczkowa. Trochę rozjaśniała nudny, szary korytarz. Rozglądając się, kucnęłam obok rośliny, podnosząc ją z podłogi. Nic.
Hmmmm.
Wsunęłam palec w glebę, grzebiąc, aż… znalazłam mały woreczek. Starłam palcem brud i przyjrzałam mu się bliżej. Klucz. Prychnęłam. Wstając, wsunęłam klucz do zamka i drzwi się otworzyły. Moje kostki od razu zostały zaatakowane. Zdołałam ominąć brzydką kreaturę i zamknęłam drzwi mieszkania, zamykając ją na zewnątrz. Przystawiłam ucho do drzwi. Słyszałam jej jęk po drugiej stronie, a potem stuk pazurów o beton kiedy odbiegła. Dobrze.
Biorąc głęboki wdech, odwróciłam się, przyglądając mieszkaniu. Było ładne. Przyzwoite. Napracowała się, żeby wyglądało przytulnie. Przeszłam do salonu. Pachniał tak mocno cynamonem, że chciałam odnaleźć jego źródło. Podążyłam za zapachem do jednej z tych wtyczek ściennych i szturchnęłam ją czubkiem buta. Jaka kobieta używała czegoś takiego? Nigdy nawet nie pomyślałam o kupieniu czegoś takiego.
Pieprzyć to. Dosyć obijania się.
Zaczęłam od jej sypialni. Tam właśnie kobiety skrywały ich sekrety od początków… cóż, sekretów. Wysunęłam szuflady jej komody jedna po drugiej, przesuwając dłońmi po jej ubraniach. Kiedy dotarłam do szuflady z bielizną, skrzywiłam się. Proszę, Boże, nie pozwól Calebowi oglądać jej bielizny. Ona nosi koronkę – czarną, białą i różową. Bez wzorów. Zamknęłam szufladę z pustymi rękami i spojrzałam na jej szafę. Jak na razie, jest nudna. Caleb nie interesuje się nudnymi kobietami. Cóż, przynajmniej ten Caleb, którego znałam. Potrząsnęłam głową. Nie miałam pojęcia kim był ten nowy Caleb. Chciałam, żeby wrócił stary.
Zapaliłam światło w szafie. Była dziwacznie zorganizowana. Pudełko po butach stało na półce ponad jej ubraniami. Ściągnęłam go i zabrałam pokrywkę.
Czułam się, jakby ktoś walnął mnie w brzuch. Patrzyło na mnie zdjęcie o wiele młodszego Caleba. Obejmował ramieniem dziewczynę z kruczoczarnymi włosami. Rozpoznałam ją z dnia, kiedy poszłam za nim do jej mieszkania. Co to znaczyło? Oni się znali? Czy Caleb skontaktował się z nią po tym jak dostał amnezji? Próbował skontaktować się ze swoją przeszłością? Przejrzałam zdjęcia. Byli więcej niż przyjaciółmi. O Boże. Zatrzymałam się na zdjęciu, gdzie się całowali i odrzuciłam pudełko.
Co się działo? Czy on wiedział kim ona była czy…
Nie, to musiała być ona. Jakimś cudem dowiedziała się, że stracił pamięć i pojawiła się, żeby zrobić mu w głowie bałagan. O mój Boże. Caleb nie miał pojęcia.
Sięgnęłam po pudełko. W środku były listy z charakterystycznym pismem Caleba. Paliły mnie oczy, kiedy je czytałam. Jego słowa… do tej dziewczyny, o której nic nie wiedziałam. Tyle że to nie była jakaś tam sobie dziewczyna. To była Cherry Garcia. Byłam tego niemal pewna.
Musiałam go znaleźć, powiedzieć mu, co ona wyprawiała. Ale pierwsze rzeczy pierwszymi.

Zebrałam to co potrzebowałam w kupkę i włożyłam do kieszeni. Potem poszłam poszukać nożyczek. 

Dirty Red - rozdział 15

Teraźniejszość

Jestem w salonie, przeglądając Vogue’a, podczas gdy Caleb gotuje obiad. Dziecko śpi na górze, a telewizor ustawiony jest na jakimś kanale informacyjnym, grający tak głośno, żeby Caleb go słyszał. Myślę o przełączeniu programu na America’s Next Top Model, kiedy słyszę jej imię. Unoszę gwałtownie głowę. Olivia Kaspen. Jej zdjęcie jest na ekranie, jak stoi otoczona reporterami. Sięgam do pilota, nie żeby pogłośnić, ale żeby zmienić kanał zanim zobaczy to Caleb.
- Nie – słyszę za sobą. Zaciskam powieki. Wzruszając ramionami, zwiększam głośność. Prezenterka telewizyjna jest kobietą. Kiedyś przeczytałam statystykę mówiącą, że sześćdziesiąt procent mężczyzn nie lubi słuchać żeńskich prezenterek. Niestety dla mnie Caleb nie jest jednym z tych mężczyzn. Podchodzi bliżej do telewizora, w ręce nadal trzymając nóż. Jego knykcie są białe. Przesuwam wzrokiem po jego ramieniu i skupiam się na jego twarzy. Od nosa w dół jego rysy są marmurowe. Wszystko ponad nim świadczy o emocjach na nuklearnym poziomie. Ma zmarszczone brwi, a jego oczy wyglądają jak naładowany pistolet gotowy wypalić w każdej chwili. Przenoszę spojrzenie na telewizor, bojąc się, że jeśli nadal będę mu się przyglądać, to się rozpłaczę.
- Proces Dobsona Scotta Orcharda zacznie się w przyszłym tygodniu. Jego pełnomocniczka Olivia Kaspen, która aż do tego czasu milczała na temat swojego klienta ostatnio wydała oświadczenie, mówiąc, że przyjęła sprawę po tym jak oskarżony porywacz i seryjny gwałciciel bezpośrednio się z nią skontaktował, prosząc ją o reprezentowanie go. Spekuluje się, że Olivia, która otrzymała swój stopień licencjacki w tym samym college’u co jedna z jego ofiar, będzie używać pretekstu „Niewinny przez niepoczytalność”.
Program nadaje reklamy. Opadam na oparcie kanapy. Zdjęcie Olivii, które pokazali było niewyraźne. Widoczne były tylko jej włosy, które były o wiele dłuższe niż podczas mojego procesu. Powoli odwracam szyję, żeby zobaczyć twarz Caleba. Stoi za mną bez ruchu, jego oczy są lekko zmrużone i przyklejone do reklamy papieru toaletowego, jakby nie wierzył w ich zapewnienie o trzywarstwowości.
- Caleb? – odzywam się. Głos zamiera mi w gardle i odchrząkuję. Łzy kłują mnie w oczy i muszę użyć całej siły woli, żeby powstrzymać je od wylania na policzki. Caleb patrzy na mnie, ale wcale mnie nie widzi. Chce mi się rzygać. Jak kruche jest moje małżeństwo, skoro on tylko na nią spojrzy, a ja już przestaję istnieć? Wyłączam telewizor i wstaję gwałtownie, zwalając gazetę z kolan na podłogę. Biorę moją torebkę, szukając papierosów, które tam schowałam w wieczór, gdy poszłam z Samem do Matki Gothel. Wyciągam je, nie przejmując się, jeśli je zobaczy… chcąc, żeby zobaczył.
- Ty tak na serio?
Jego głos jest spokojny, ale widzę w jego oczach gniew.
- Nie jestem twoją własnością – mówię swobodnie, ale ręka mi drży, kiedy zapalam zapalniczkę. To takie kłamstwo. Caleb był właścicielem każdej mojej myśli i czynów przez ostatnie pięć lat. Dlaczego? Dlaczego zawsze byłam taka sprzedajna miłości? Przypominam sobie inne związki, zaciągając się papierosem. Nie, w każdym związku przed Calebem – miałam władzę. Wydmuchuję dym w jego kierunku, ale jego już nie ma. Gaszę papierosa. Czemu poczułam potrzebę, żeby to zrobić? Boże.
Nie idę do łóżka. Siedzę całą noc na kanapie, pijąc rum prosto z butelki. Autorefleksja nie jest czymś, w czym jestem dobra. Myślę o sobie jak o idealnie obrobionej graficznie osobie. Gdybym zaczęła zdrapywać warstwy tego, co mam na sobie – tego ładnego obrazka – rzeczy wyglądałyby dość brzydko. Nie lubię myśleć o tym, kim naprawdę jestem, lecz samotność i alkohol poluzowują moje ograniczenia. Dzwonię do Sama, żeby odwrócić uwagę. Gdy odbiera, słyszę w tle muzykę.
- Poczekaj – mówi.
Wraca parę sekund później.
- Estelli nic nie jest?
- Nic – odpieram zirytowana. Słyszę jego westchnięcie ulgi.
- Nie jestem dobrą matką – oświadczam. – Pewnie jestem gorsza od mojej pochłoniętej sobą, krytycznej, chlejącej gin z tonikiem matki.
- Leah, czy ty pijesz?
- Nie.
Odkładam butelkę rumu na bok. Nie trafia w stół i spada na podłogę. Dobrze, że była pusta. Krzywię się.
- Mam nadzieję, że odciągnęłaś mleko zanim to zrobiłaś – mówi gniewnie.
Rozklejam się. Zrobiłam to. Wszyscy są tacy osądzający.
Słyszy moje pociąganie nosem i wzdycha. – Jesteś dość złą matką, tak. Ale nie musisz taka być.
- A Caleb wciąż ma silne uczucia wobec Olivii.
- Mogłabyś choć raz nie skupiać się na Calebie? Masz obsesję. Porozmawiajmy o Estelli…
Przerywam mu. – Myślę, że zawsze to wiedziałam, ale nie jestem pewna. Mogę wyciągnąć tuzin wspomnień z prywatnego magazynu w moim mózgu, do którego klucz ma tylko alkohol. Większość wspomnień zawiera spojrzenia – te, które rzuca jej, nie mnie. – Przygryzam rzepkę kolana, kołysząc się w przód i w tył.
- Wiesz co, muszę kończyć – mówi Sam. – Do jutra. – Rozłącza się. Odrzucam telefon na bok. Pieprzyć Sama.
Kiedy Caleb na nią patrzy, jego oczy wchodzą w inny bieg. Tak jakby widział jedyną rzecz, która miała dla niego znaczenie. Jestem obrzydliwie zaznajomiona ze sposobem, w jaki patrzy na Olivię, bo tak właśnie ja patrzę na niego. Gdy się podnoszę, pokój kręci się wokół mnie. Jestem tak pijana, że ledwo mogę zrozumieć własne myśli. Wchodzę chwiejnie na górę i idę do mojej szafy. Wyciągam torby i walizki, aż jestem otoczona subtelnym zapachem drogiej skóry. Zostawię go. Nie zasługuję na to. Tak jak powiedziała Cammie. Jestem tylko w połowie kochana. Wpycham garść ubrań do torby, po czym upadam na podłogę. Kogo ja oszukuję? Nigdy go nie zostawię. Jeśli go zostawię, ona wygra.

Budzę się z twarzą przyciśniętą do podłogi. Jęczę, przewracając się na plecy i próbując przypomnieć sobie zeszłą noc. Czuję się gorzej niż w dzień, kiedy rodziłam. Ścieram ślinę z twarzy i rozglądam się po bałaganie. Walizki i torby leżą wokół mnie jakby moja szafa je wypluła. Czy próbowałam po coś sięgnąć, kiedy je wszystkie wyciągnęłam? Mam gwałtowną chęć na wymioty i biegnę do łazienki, docierając tam na czas, aby opróżnić żołądek. Łapię powietrze, kiedy do środka wchodzi Caleb, pachnąc czysto i świeżo. Jest ubrany w krótkie spodenki i koszulkę, co jest dziwne, ponieważ dziś pracuje. Ignoruje mnie, zakładając na rękę zegarek i sprawdza godzinę.
- Czemu jesteś tak ubrany? – Głos mam ochrypły, jakbym spędziła całą noc krzycząc.
- Wziąłem dzień wolny w pracy.
Nie chce na mnie spojrzeć, zły znak. Staram się przypomnieć sobie, co mu zrobiłam, gdy wyłapuję zapach moich włosów. Dym. Jęczę w duchu, kiedy powracają do mnie wspomnienia. To było ogromnie głupie.
- Dlaczego? – pytam ostrożnie.
- Muszę pomyśleć.
Wychodzi z łazienki i idę za nim na dół. Sam karmi dziecko, unosi brwi, kiedy mnie dostrzega, a ja przeczesuję palcami włosy z zażenowaniem. Chrzanić go. To wszystko jego wina. Odkąd się pojawił, moje życie powoli zaczęło się rozpadać.
Caleb całuje dziecko w czubek jej główki i idzie w stronę drzwi, jakby był na coś spóźniony. Biegnę za nim.
- O czym musisz pomyśleć? O rozwodzie?
Zatrzymuje się nagle i wpadam na jego plecy.
- Rozwodzie? – pyta. – Uważasz, że powinienem się z tobą rozwieść?
Przełykam dumę i wyzwanie, które jest na końcu mojego języka. Muszę być mądra. Ostatnio dałam się ponieść. Odepchnęłam go, kiedy miałam szansę wszystko naprawić.
- Pozwól mi pojechać z tobą – mówię spokojnie. – Spędźmy ten dzień razem – rozmawiając.
Wygląda na nieprzekonanego, rzuca spojrzenie w kierunku dziecięcego pokoju. – Nic jej nie będzie z Samem – zapewniam. – Przecież i tak nic nie robię…
Moje stwierdzenie wydaje się przypieczętować umowę. Kiwa raz głową, a ja chcę krzyczeć z ulgi.
- Będę za pięć minut – mówię.
Idzie do auta, żeby na mnie poczekać. Wskakuję po dwa schodki naraz na górę i rzucam się przez drzwi szafy, niemal przewracając się w całym procesie. Zakładam czystą parę dżinsów i bluzkę. W łazience oblewam twarz wodą, ścierając rozmazany makijaż i pociągam łyk płynu do płukania ust. Nie kłopoczę się nowym makijażem.
Wybiegam przez drzwi wejściowe i mam mały atak serca, kiedy nie widzę jego samochodu. Zostawił mnie. Jestem gotowa upaść na podjeździe i się rozpłakać, kiedy jego błyszczące BMW wyjeżdża zza rogu. Czując ulgę, wsiadam do środka i próbuję udawać spokój.
- Myślałaś, że cię zostawiłem – mówi. W jego głosie jest humor i czuję tak wielką ulgę, dostając coś innego niż chłód, że kiwam głową. Spogląda na mnie i widzę zaskoczenie na jego twarzy. Nieśmiało się sobie przyglądam. Bardzo rzadko pokazuję mu się bez makijażu i nigdy nie noszę zwykłych bluzek.
- Gdzie jedziemy? – pytam, próbując odwrócić jego uwagę od tego jak obrzydliwie wyglądam.
- Nie możesz zadawać pytań – odpowiada. – Chciałaś jechać ze mną, więc proszę bardzo…
Wezmę i to.
Włącza radio i jedziemy z otwartymi oknami. Normalnie wkurzałabym się, że wiatr bałagani mi włosy, ale nie przejmuję się tym teraz, niemal cieszę się czując go na twarzy. Caleb kieruje się na autostradzie na południe. W tamtym kierunku nie ma nic prócz oceanu. Nie umiem się domyślić, gdzie mnie zabiera.
Godzinę później wjeżdżamy na żwirowy podjazd. Prostuję się na siedzeniu, rozglądając wokoło. Jest dużo liści. Nagle drzewa się rozdzielają i wpatruję się w niebieskawozieloną wodę. Caleb skręca mocno w lewo i zatrzymuje auto pod drzewem. Wysiada bez słowa. Gdy nie podchodzi do moich drzwi, aby mi je otworzyć, jak zwykle to robił, wyskakuję z auta i idę za nim. Idziemy w ciszy obok wody, aż dochodzimy do małego portu. Są tam cztery łodzie, podskakujące łagodnie na falach. Dwie z czterech są nowszymi barkami rybackimi. Mija je i kieruje się do starej SeaCat, która mocno potrzebuje odmalowania.
- Jest twoja? – pytam pełna niedowierzenia. Potakuje i od razu czuję się znieważona, że nigdy nie powiedział mi, że kupił łódź. Trzymam zamkniętą buzię i wchodzę na pokład bez jego pomocy. SeaCats to brytyjska marka. Nie jestem zaskoczona; zazwyczaj kupuje europejskie rzeczy. Rozglądam się ze zdegustowaniem. Mam alergię na rzeczy, które nie są nowe i błyszczące. Wygląda na to, że zaczął nad nią pracować. Wyczuwam cierpki zapach szpachlówki i dostrzegam puszkę obok włazu.
Wypróbowuję miły, neutralny komentarz. – Jak ją nazwiesz?
Zdaje się lubić moje pytanie, ponieważ uśmiecha się lekko, działając przy sznurze, który przytrzymuje nas przy doku.
- Wielkie nadzieje.
Podoba mi się. Byłam przygotowana, że będzie inaczej, ale podoba mi się. Wielkie nadzieje to tytuł książki, z której wybrał imię Estelli. Ponieważ urodziłam te krzyczące ciało, to czuję się całkiem dobrze z tą nazwą. Tak długo jak nie ma to nic wspólnego z Olivią. Nie myśl o niej, łajam się. Ona jest powodem, dlaczego masz teraz kłopoty.
- Więc zabieramy ją na rejs? – zadaję oczywiste pytanie. Jego głowa nadal jest pochylona, ale unosi na mnie wzrok, kiedy jego ręce pracują. To jedna z tych rzeczy, które tylko on robi. Uważam to za niesamowicie seksowne i mam motylki w brzuchu. Siadam na jedynym dostępnym miejscu – które jest rozdarte – i przyglądam się mięśniom jego pleców, kiedy odpala silnik i wypływa z portu. Czuję do niego tak szalony pociąg, nawet w czasie, kiedy jesteśmy skłóceni, że chcę zerwać z niego ubrania i rzucić się na niego. Zamiast tego siedzę elegancko i patrzę jak przecinamy wodę. Trwamy tak przez długi czas, on przy kierownicy, a ja czekam. Wyłącza silnik. Linia brzegowa obsypana paradą wydm i domów po mojej lewej, ocean ciemny i niebieski po mojej prawej. Podchodzi do steru, patrząc w wodę. Podnoszę się z mojego miejsca i przemierzam parę kroków, żeby do niego dołączyć.
- Jutro wyjeżdżam do Denver – odzywa się.
- Nie wpadnę w szał poporodowy i nie zabiję twojej córki – jeśli do tego zmierzasz.
Przechyla lekko głowę, patrząc na mnie. – Ona jest też twoją córką.
- Tak.
Patrzymy jak fale obijają się o burtę łodzi, żadne z nas nie mówi na głos o naszych myślach.
- Dlaczego nie powiedziałeś mi o łodzi? – Przesuwam paznokciami po kciuku.
- W końcu bym to zrobił. Był to nagły zakup.
Przypuszczam, że to uczciwe. Kupowałam buty, które prawdopodobnie równały się ceną z tą łodzią, nie mówiąc mu o tym przy pierwszej okazji. Ale nagły zakup oznaczał, że był to zakup emocjonalny. Taki, jakiego dokonywałam, gdy miałam depresję albo czymś się martwiłam.
- O czym jeszcze mi nie mówisz?
- Prawdopodobnie takiej ilości spraw, jakiej ty mi nie mówisz.
Wzdrygam się. Boleśnie prawdziwe. Caleb mógł cię przejrzeć jak nikt inny. Ale gdyby naprawdę wiedział o tym, czego mu nie mówiłam, jutro już by go nie było… a na to nie mogłam pozwolić.
Jeżeli naprawdę ukrywał więcej – zamierzałam się o tym dowiedzieć.
- Wiesz o mnie wszystko – znasz wszystkie moje sekrety i dramat rodzinny. Co miałabym ukrywać? – pytam.
Odwraca się do mnie twarzą. Zanim widnieje ciemna chmura. Wygląda to na omen. Drżę.
- Jest wiele rzeczy, których o tobie nie wiem – odpowiada.
Mój umysł od razu pędzi do monitora płodności i Clomiphene, który brałam, aby zajść w ciążę.
Jego mózg pracuje na najwyższych obrotach. Widzę iskry za jego źrenicami. Kiedy Caleb myśli, jego oczy praktycznie świecą. Nie cierpię tego. Korzyścią jest, że zawsze wiem, kiedy skupia się na mnie. Patrzy mi w oczy; opuszcza wzrok na moje usta, a potem podnosi go z powrotem do moich oczu. Mruży swoje i przekrzywia głowę, jakby czytał mi w myślach. Można przeczytać sekret na kogoś twarzy? Mam cholerną nadzieję, że nie.
- Kiedy przyszłaś do mnie tamtej nocy… w hotelu… starałaś się zajść w ciążę?
Odwracam od niego wzrok, skupiając się na wodzie. Niech to szlag, on umie. Moje ręce się trzęsą. Zaciskam je w pięści. A potem uderzam w niego prawdą.
- Tak.
Nie wiem dlaczego mówię prawdę. Nigdy nie mówię prawdy. Niech to szlag! Chcę cofnąć te słowo zanim go dosięgnie, ale jest za późno.
Caleb zakłada ręce na karku. Jego brwi są wysoko uniesione, stwarzając na jego czole tuzin małych linii. Jest cholernie wściekły.
Myślę o tej nocy w jego hotelu. Poszłam tam z determinacją. Miałam plan. Mój plan zadziałał. Nigdy nie myślałam, że zostanę przyłapana. Teraz zostałam. Pstrykam paznokciami o koniuszki palców.
Pstryk.
Pstryk.
Pstryk.
Caleb przygryza wnętrze policzka. Wygląda tak, jakby chciał iść pobiegać. Biegając rozmyśla. Kiedy się odzywa, jego słowa wychodzą spomiędzy jego zębów.
- Okej – mówi. – Okej. – Spogląda w niebo, walka widoczna jest na jego twarzy. – Tak bardzo ją kocham… - Jego głos się łamie. Opiera ramię o burtę łodzi, wpatrując się razem ze mną w wodę. – Tak bardzo ją kocham – zaczyna znowu – że nie obchodzi mnie w jaki sposób powstała. Cieszę się, że tutaj jest.
Wzdycham z ulgą i patrzę na nią kątem przestraszonego oka.
Przełyka ślinę jeden raz, drugi…
- Celowo zaszłaś w ciążę. A teraz nawet jej nie chcesz.
Trudno słyszeć… obie części. Mrożące krew w żyłach, prawdziwe i obrzydliwe.
- Myślałam, że będzie chłopcem. – Mój głos jest tak cichy, że rywalizuje z falami, ale Caleb mnie słyszy.
- A gdyby była? Wtedy lubiłabyś bycie matką?
Nienawidzę, kiedy zmusza mnie do myślenia. Jak by wtedy było? A może w tej roli miałam zawalić, bez względu na to czy była to dziewczynka czy chłopiec?
- Nie wiem.
Podnosi głowę, patrząc na mnie. Przyglądam się lekkiemu zarostowi na jego twarzy i chcę go dotknąć.
- Chcesz ją?
Nie mów mu prawdy!
- Ja… sama nie wiem, czego chcę. Chcę ciebie. Chcę, żebyś był szczęśliwy…
- Ale nie chcesz Estelli?
Jego głos jest na granicy. Granicy, która zwykle wskazuję, że mam wielkie kłopoty. Staram się z tego wyjść.
- Oczywiście, że ją chcę. Jestem jej matką…
Mojemu głosowi brakuje przekonania. Kiedyś byłam tak znakomitym kłamcą.
- To co zrobiłaś potem… to też było zaplanowane?
Patrzę jak jego klatka piersiowa unosi się i opada. Szybkie, rozgniewane oddechy… przygotowuje się na moją odpowiedź.
- Caleb…
- Boże, Leah, po prostu powiedz prawdę…
Przesuwa ręką po włosach, odchodzi parę kroków na lewo, tak że widzę tylko jego plecy.
- Byłam zdenerwowana… Courtney…
Przerywa mi. – Zrobiłaś to, żebym do ciebie wrócił?
Przełykam ślinę. Cholera. Jeśli powiem nie, dalej będzie mi zadawał pytania, dopóki mnie nie usidli.
- Tak.
Przeklina i gwałtownie klęka, przyciskając palce do czoła, jakby próbował utrzymać w głowie swoje myśli.
- Chyba potrzebuję czasu na namysł.
- Nie, Caleb! – Potrząsam mocno głową. On mocno nią kiwa. Wyglądamy jak para zrozpaczonych podskakujących głów.
Pojawia się wir, panika wciąga mnie pod powierzchnię, kiedy wyjękuję. – Nie zostawiaj mnie znowu. Nie mogę sama się nią opiekować. – Opuszczam głowę.
- Nie będziesz musiała, Leah.
Patrzę na niego z nadzieją.
- Zabiorę ją ze sobą. Jest moją córką; zajmę się nią.
O Boże. Co ja teraz zrobiłam?
Podnosi się, włącza silnik łodzi i wracamy do brzegu, resztki mojego zdrowia psychicznego rozpadają się na kawałki.

W chwili, kiedy przywiązuje nas do doku, schodzę z łodzi i biegnę po mój telefon, który zostawiłam w jego samochodzie. Chcę się stąd wydostać. Moje palce są zdrętwiałe, kiedy kłopoczę się z ekranem, bezużyteczne w niego dźgając. Wykręcam numer usług taksówkarskich i podaję im moją lokalizację. Drżę pomimo gorąca. Mój Boże, co ja sobie myślałam, mówiąc mu to wszystko? Ledwo mogę oddychać, jak widzę, że wraca do miejsca, gdzie przysiadam na masce jego auta. Nawet w naszej obecnej sytuacji moje serce podskakuje na jego widok. Tak bardzo go kocham, że to aż boli. Nie chce na mnie spojrzeć. Nie wiem, co to oznacza, ale myślenie nigdy nie jest dobre. Myślenie wznieca niebezpieczny wir uczuć. Moje uczucia już raz prawie mnie utopiły. Nie chcę tam wracać.
Żwir przesuwa się pod jego stopami, kiedy do mnie podchodzi. Obejmuję się w pasie, próbując wcisnąć w siebie z powrotem zdrowy rozsądek. Zatrzymuje się parę metrów dalej. Przyszedł, żeby mnie sprawdzić. Teraz mnie nienawidzi, ale przyszedł mnie sprawdzić. – Zadzwoniłam po taksówkę – mówię. Kiwa głową i spogląda na wodę, która widoczna jest ponad drzewami, gdzie zaparkował samochód.
- Zostanę tutaj – mówi. – Zadzwonię do ciebie, kiedy wrócę, żebym mógł przyjechać po Estellę.
Unoszę gwałtownie głowę. – Przyjechać po nią? – A tak, to.
- Zabiorę ją do siebie, kiedy będę w moim mieszkaniu.
Oddycham przez nos, zmagając się z moimi emocjami, próbując zdobyć kontrolę nad sytuacją.
- Nie możesz mi jej zabrać – mówię przez zaciśnięte zęby.
- Nie próbuję. Nie chcesz jej, Leah. Potrzebuję czasu na namysł i lepiej będzie, jeśli zostanie ona ze mną. – Pociera czoło, kiedy ja powoli panikuję.
Chcę krzyczeć – Nie myśl! Nie myśl!
- Co z pracą? Nie możesz się nią zajmować przy twoim harmonogramie.
Staram się kupić sobie czas. Nabałaganiłam, ale mogę to naprawić. Mogę być dobrą matką i dobrą żoną…
- Jest ważniejsza od pracy. Wezmę trochę wolnego. Mam podróż w przyszłym tygodniu, a potem po nią przyjadę.
Moje myśli się rozciągają. Nie mogę wymyślić żadnych wymówek, dlaczego nie może mi tego zrobić. Mogę wykorzystać dziecko jako wpływ – zagrozić mu – ale to na dłuższą metę pogorszyłoby moją sytuację. Jeżeli chce mieć trochę czasu w samotności, może powinnam mu na to pozwolić. Może ja też potrzebowałam czasu.
Kiwam głową.
Zaciska usta aż są całe blade. Nie odzywamy się przez następne dwadzieścia minut. Czeka ze mną dopóki nie podjeżdża obskurnie wyglądająca taksówka, rozpryskując żwir na nasze kostki aż się zatrzymuje. Wsiadam do środka, nie patrząc mu w oczy. Może czeka, aż się do niego odwrócę i powiem, że to wszystko było kłamstwem. Patrzę prosto przed siebie.
Droga z Keys do Miami wiedzie przez płaskie obszary ziemi ponad głęboką błękitną wodą. Odmawiam myślenia… przez całą drogę do domu. Po prostu nie mogę. Skupiam się na autach, które mijamy. Patrzę na ich okna i osądzam ich pasażerów: opalone rodziny wracające z wakacji, ubrani na niebiesko robotnicy ze znudzonymi minami, kobieta płacząca i śpiewająca razem z radiem. Odwracam wzrok, widząc tę jedną. Nie muszę przypominać sobie o łzach.
Gdy docieram do domu, Sam dopiero co położył dziecko do spania. Przygląda się mojej twarzy i otwiera usta, pytania gotowe są do wylania.
- Nic nie mów, do cholery – warczę. Jego buzia wciąż jest szeroko otwarta, kiedy wpadam na schody i trzaskam drzwiami. Kilka minut później słyszę, jak jego dżip wyjeżdża z podjazdu i zerkam przez zasłony, aby upewnić się, że go nie ma. Chodzę po moim pokoju, pstrykając paznokciami i próbując zdecydować co zrobić z tym bałaganem, który stworzyła Olivia. Potem wychodzę gwałtownie na korytarz i wsuwam się do pokoju dziecka. Podchodząc na palcach do jej łóżeczka, zerkam ostrożnie ponad krawędzią, jakbym spodziewała się znaleźć tam węża, a nie śpiące niemowlę.
Leży na plecach, jej główka odwrócona jest na bok. Zdołała wysunąć rączkę z powijaka Sama i częściowo trzyma ją w ustach. Co kilka sekund ssie ją tak mocno, iż wydaje mi się, że się obudzi. Cofam się parę kroków, żeby mnie nie zobaczyła. Nawet nie wiem czy już może mnie zobaczyć. Matki zazwyczaj mają wykresy takich rzeczy – pierwszy uśmiech, pierwsze beknięcie, pierwsze cokolwiek. Przekrzywiam głowę i znowu jej się przyglądam. Urosła, stała się trochę mniej – obrzydliwa. Jestem zaskoczona, że widzę siebie w jej twarzy, kształcie jej nosa i ostrym podbródku. Dzieci zwykle wyglądają nieciekawie do czwartego roku życia, ale ona ma w twarzy trochę charakteru. Przypuszczam, że jeśli jakieś dziecko miałoby być słodsze niż reszta, to byłoby to moje. Trwam przez jeszcze moment, zanim wychodzę. Zamykam drzwi, po czym je otwieram, przypominając sobie, że dzisiaj jestem całkiem sama. Nie ma Caleba. Nie ma Sama. Nawet mojej pochłoniętej sobą, alkoholiczki matki. Przyglądałam się Samowi i Calebowi zajmującym się dzieckiem na tyle, żeby znać podstawy. Karmisz je, ono wydala jedzenie, sprzątasz gówno, wkładasz je do łóżeczka… pijesz.
O Boże. Zsuwam się po ścianie, aż mój tyłek uderza o kafelki i chowam głowę w kolanach. Nie mogę powstrzymać uczucia litości do samej siebie. Nie prosiłam o takie życie – żeby być gorzej kochaną i być zmuszoną do rodzenia dziecka. Chciałam… chciałam tego, co miała Olivia i odrzuciła – kogoś, kto mnie uwielbia, chociaż moje wnętrzności skręcają się i atakują jak jadowity wąż. Nie!, myślę. Nie jestem jadowitym wężem. Olivia jest. Wszystko co musiałam zrobić jest jej winą. Jestem niewinna. Zasnęłam w taki sposób, pociągając nosem i wycierając go o dres, zapewniając siebie o mojej niewinności i słuchając oddechu mojej córki. Może będzie jej lepiej beze mnie. Może mnie będzie lepiej bez niej.

Budzę się na dźwięk syreny. Pożar! Podskakuję, moje mięśnie jęczą z protestem. Jestem zdezorientowana i nie wiem, gdzie jestem. Jest ciemno, wciąż jest noc. Kładę rękę na ścianie i wącham powietrze. To nie syrena… tylko dziecko. Nie bardzo czuję ulgę; chyba wolałabym pożar. Kieruję się do kuchni, strącając rzeczy w pośpiechu, aby znaleźć butelkę i odciągnięte mleko. Przeklinam głośno. Sam musiał przenieść rzeczy, bo nic nie mogę znaleźć. Potem dostrzegam notatkę przyklejoną do lodówki.
Nie ma już mleka.
Musisz odciągnąć.
Cholera. Patrzę na odciągacz mleka leżący na blacie. Odciągnięcie takiej ilości, której ona potrzebuje zajmie przynajmniej piętnaście minut, a ona krzyczy tak głośno, iż obawiam się, że ktoś usłyszy i przyjdzie sprawdzić. Widzę opiekę społeczną pojawiającą się w moich drzwiach i krzywię się. Nie mogę pozwolić sobie na kolejne problemy z prawem.
Biorąc dwa schody na raz, zatrzymuję się przy drzwiach pokoju dziecięcego, biorę głęboki wdech i je otwieram. Zapalam światło, wzdrygając się. Nagła zmiana wydaje się ją też jeszcze bardziej rozzłościć, więc wyłączam światło i zapalam małą lampkę w rogu. Przypominam sobie wybieranie tej lampki w The Pottery Barn. Brązowy miś… dla mojego syna. Idę do łóżeczka po moją córkę. Jest cała mokra. Jej pielucha przemokła przez jej ubranka i na pościel. Kładę ją na stoliku do przewijania i ściągam jej śpioszki. Kiedy je ściągnęłam i zmieniłam jej pieluszkę mała wydaje się uspokoić, ale wciąż zawodzi.
- Cicho – mówię. – Brzmisz jak kot. – Podchodzę do fotelu na biegunach wartego pięć tysięcy dolarów, który kupiła mi matka i siadam w nim po raz pierwszy.
- Jesteś prawdziwym wrzodem na tyłku, wiesz? – Piorunuję ją wzrokiem, unosząc bluzkę. Odwracam wzrok, kiedy łapie się mojej piersi. Wymaga ode mnie całej siły woli, żeby jej nie odsunąć. Następne trzydzieści minut to prawdziwa tortura. Jestem ludzką butelką. Mam skrzyżowane nogi i kiwam stopą, żeby nie stracić rozumu. Mam zamknięte oczy i przyciskam do nich koniuszki palców. Nienawidzę tego. Zasypia, wciąż ssąc. Podnoszę ją do barku, żeby beknęła, ale przebija mnie w tym i beka mi w twarz. Śmieję się lekko, ponieważ to obrzydliwe i zanoszę ją do łóżeczka.
Wyprostowując się, czuję mały sukces. Umiem zająć się dzieckiem.
- Ciekawe czy ty byłabyś do tego zdolna, Olivio.

Stały cykl karmienia ciągnie się, aż słońce przedziera się przez palmy jak pieprzony reflektor. Chowam głowę pod ramionami, kiedy prześwieca przez słabe zasłony w pokoju dziecięcym, celując prosto w moje oczy. Przeniosłam się do jej pokoju kilka godzin wcześniej, kładąc się na łóżku bliźniaczym w kącie. Nie było żadnego snu – żadnego. Nic. Przewracam się na plecy i wpatruję w sufit. Pachnę jak zsiadłe mleko. Mam właśnie wstawać, kiedy znowu zaczyna się jej miauczenie.

- O Boże – mówię, czołgając się do jej łóżeczka. – Proszę, daj mi umrzeć.

28.1.14

Dirty Red - rozdział 14

Przeszłość

Pokłóciliśmy się w dzień jego wypadku. Możecie sobie wyobrazić? Wasz chłopak niemal umiera, a kilka godzin wcześniej mówicie mu, że chcecie zerwać. Nie miałam tego na myśli. To było oświadczenie „wóz albo przewóz”: okrutna próba zmuszenia go do małżeństwa. Tyle że nie można dawać Calebowi Drake’owi ultimatum. Widziałam jego twarz w myślach jak te słowa opuściły moje usta; uniesione brwi, szczęka zaciśnięta jak pięść. Dzień przed jego wyjazdem w podróż służbową do Scranton kłóciliśmy się na ten sam temat. Chciałam przeklęty pierścionek. Caleb chciał się upewnić, że mój palec jest odpowiedni na jego pierścionek.
Wtedy nadeszło połączenie. Byłam w pracy, gdy usłyszałam w słuchawce wytworny głos Luci. Mieliśmy z Lucą zmienne stosunki; czasami było między nami świetnie, czasami chciałam wylać jej na głowę naftę i zapalić zapałkę. Mówiła coś o szpitalu i utracie pamięci. Nie rozumiałam, dopóki nie powiedziała. – Leah, słuchasz mnie? Caleb jest w szpitalu! Nie zna swojego imienia!
- W szpitalu? – powtórzyłam. Caleb powinien teraz kupować mi pierścionek.
- Wypadek, Leah – powtórzyła. – Wylatujemy o poranku.
Gdy tylko rozłączyłam się z Lucą, zaczęłam szukać lotów. Jeżeli teraz bym wyszła, to byłabym tam przed północą. Ona leciała ze Stevem, ojczymem Caleba, o poranku. Chciałam być tam pierwsza. Musiałam spojrzeć mu w oczy i sprawić, żeby mnie pamiętał. Mój ojciec wszedł do mojego gabinetu ze stosem papierów w rękach. Przesunęłam myszką nad przyciskiem zakupu. Zawsze chciał, żebym coś podpisywała.
- Co robisz? – Spojrzał na mnie ponad oprawką okularów.
- Caleb miał wypadek – powiedziałam. – Ma wstrząśnięcie mózgu i nie wie kim jest.
- Nie możesz wyjechać – rzekł rzeczowo. – Jesteśmy w trakcie przedpremiery. Potrzebuję cię tutaj.
Położył papiery na biurku i ruszył do drzwi. Zamrugałam na jego plecy, niepewna czy mnie w ogóle słuchał.
- Tatusiu?
Zatrzymał się przy drzwiach tyłem do mnie. Taka była większość naszej relacji – ja mówiąca do jego pleców, pochylonej głowy czy jego gazety.
- Caleb mnie potrzebuje, wylatuję. – Kliknęłam na zakup biletu i wstałam, żeby zebrać swoje rzeczy.
Nie patrzyłam na niego, podchodząc do drzwi, gdzie najprawdopodobniej stał nieruchomo w miejscu, przeszywając mnie wzrokiem.
- Johanno…
- Nie nazywaj mnie tak. Nazywam się Leah.
Przeszłam obok niego, siła mojego ciała odepchnęła go na framugę. Wyglądałam odważniej niż się czułam – byłam w tym dobra. Czy właśnie przeciwstawiłam się mojemu ojcu – człowiekowi, którego miłość cały czas starałam się wygrać, zdobyć… zasłużyć na nią? Musiałam z całych sił powstrzymywać się od odwrócenia się i ocenienia jego gniewu. Wiedziałam, że gdybym na niego spojrzała, to wróciłabym do niego biegiem, jak pies szukając drobinek jego sympatii. Był wściekły… gotował się. Idź, idź, idź – mówiłam sobie. Caleb mnie potrzebował. Był dobrem, które posiadałam i nie zamierzałam pozwolić mu, aby o mnie zapomniał. Jakie znaczenie miała ta praca? Jakie znaczenie miał mój ojciec? Potrzebowałam Caleba bardziej niż tych obu.

Pojechałam do domu i wrzuciłam rzeczy do torby podróżnej. Gdy dotarłam na lotnisko, już się cała trzęsłam. Od tamtej pory wszystko było zamazaną plamą – przejście przez ochronę, znalezienie mojego wejścia. Kiedy doszłam do wejścia, do odlotu było wciąż pół godziny. Stałam tak blisko pracowniczki od biletów jak to było możliwe. Afisz nad jej biurkiem miał napis Scranton, ale równie dobrze mógł mówić Caleb. Gdy zostało ogłoszone pierwsze wezwanie na pokład, pierwsza podałam jej bilet. Opadając na moje siedzenie, przycisnęłam palce do oczu, żeby powstrzymać łzy. Odwróciłam swoją uwagę, wyciągając iPhone’a i wpisując w Google amnezja. Czytałam o różnych jej rodzajach, kiedy stewardessa kazała mi wyłączyć telefon. Nie cierpiałam tego. Mój chłopak miał amnezję, ojciec wyrzeknie się mnie jak tylko wrócę do domu, a suka z oczami pomalowanymi niebieskimi cieniami martwiła się o włączoną komórkę w samolocie. Schowałam telefon i pstryknęłam paznokciami o kciuka, jedne po drugim – zaczynając od małego palca. Robiłam to przez cały lot.
Kiedy nadeszła pora wylądowania, ledwie mogłam się powstrzymać od wstania i podbiegnięcia do przodu samolotu. Myślałam o wszystkich rzeczach, które mogły pójść nie tak. Luca wspomniała przez telefon, że utrata pamięci Caleba została zakwalifikowana jako amnezja wsteczna – oznaczało to, że stracił umiejętność przypomnienia sobie czegokolwiek co wydarzyło się przed wypadkiem. Jak ktoś mógł po prostu… zapomnieć o całym swoim życiu? Nie wierzyłam w to. Nie ma mowy, że mnie zapomniał. Byliśmy razem każdego dnia… kochał mnie. To była najgorsza rzecz w miłości; bez względu na to jak mocno się starałaś, nigdy nie mogłaś zapomnieć osoby, która miała twoje serce. Przed Calebem nie wiedziałam co to znaczy. Byłam królową „umawiaj się i rzucaj”.
Kolejka ruszyła się do przodu, wydostałam się z terminalu, kierując się do budynku z wynajmowaniem samochodów. Pół godziny później pędziłam Fordem Focusem w kierunku szpitala z podkręconym na maksa ciepłym powietrzem i pstrykając prawym kciukiem o paznokcie. Na zewnątrz padał śnieg. Przywiozłam ze sobą tylko lekką kurtkę i parę lekkich sweterków. Zamarznę.
Droga do jego pokoju szpitalnego była najdłuższą drogą w moim życiu. Bolało mnie w klatce piersiowej, jak martwiłam się czy będzie mnie pamiętał. Jego lekarz – Hindus z miłą twarzą – spotkał się ze mną w korytarzu.
- Było niewielkie krwawienie w jego mózgu, które udało nam się opanować. Jest w stanie stabilnym, ale jest bardzo zdezorientowany. Proszę się nie denerwować, jeżeli nie będzie wiedział kim pani jest.
- Ale co to wywołało? Tysiące ludzi ma wstrząśnięcie mózgu i nie traci pamięci – powiedziałam.
- Nigdy nie ma jednego przyczynowego wyjaśnienia dla takich rzeczy. Może być pani tylko cierpliwa i wspierać go, tak jak tego potrzebuje. Przy takiej utracie pamięci zazwyczaj trwa to trochę czasu, ale pamięć wraca.
Spojrzałam ze strachem na jego drzwi. To naprawdę się działo. Przejdę przez te drzwi, a jedyny mężczyzna, którego pozwoliłam sobie kochać mnie nie rozpozna.
- Mogę go zobaczyć?
Lekarz skinął głową. – Proszę dać mu przestrzeń. Dla niego będzie to pierwszy raz, kiedy panią spotka. Jeżeli zechce pani go przytulić, proszę najpierw zapytać o pozwolenie.
Przełknęłam pięść w moim gardle. Dziękując lekarzowi, zapukałam delikatnie do drzwi.
Usłyszałam jego głos. – Wejść.
Pierwszą rzecz jaką zobaczyłam, gdy tam weszłam była ładna pielęgniarka sprawdzająca jego kroplówkę. Flirtowała z nim. Moją początkową reakcją było bezpośrednie podejście do Caleba i pocałowanie go. Moje terytorium. Zamiast tego stanęłam ukradkiem przy drzwiach i czekałam, aż mnie zauważy.
Proszę… proszę…
Podniósł wzrok. Uśmiechnęłam się.
- Cześć, Caleb. – Podeszłam kilka kroków. W jego oczach nic nie było. Moje serce drżało z każdą sekundą tej świadomości. Nie miało być cudu, gdy zobaczył moją twarz, moje piękne rude włosy nie przywrócą jego wspomnień. Byłam ze stali. Mogłam to wytrzymać.
- Jestem Leah.
Zerknął na pielęgniarkę – która udawała, że mnie nie zauważyła – a ona skinęła głową, lekko dotykając jego ramienia i wyszła z pokoju.
- Cześć, Leah – odezwał się.
- Czy ty… - Powstrzymałam się przed powiedzeniem więcej. Nie będę pytać czy znał mnie, czy nie – nie – to z pewnością zobrazowałoby mnie jako niepewną. Po prostu oznajmię mu kim dla niego jestem, wymagając, żeby psychicznie to zaakceptował.
- Jestem twoją dziewczyną. Dziwnie jest wyjaśniać to tobie.
Uśmiechnął się – starym Calebowym uśmiechem. Wypuściłam oddech, który wstrzymywałam. Boże, potrzebowałam papierosa.
Zbliżyłam się do jego łóżka. Był dosyć poobijany. Nad jego prawy okiem znajdowało się parę szwów, a jego twarz wyglądała Kandinsky’ego.
- Tak bardzo się bałam – powiedziałam. – Od razu przyleciałam.
Kiwnął głową, spuszczając wzrok na ręce. – Dziękuję.
Mięśnie pracowały w jego szczęce, jak zagryzł zęby. Mrugnęłam na niego, niepewna co jeszcze powiedzieć. Zaczęliśmy od początku? Czy przypomniałam mu kim byliśmy, gdzie byliśmy?
Uspokój się moje oszalałe serce.
- Czy mogę… mogę cię przytulić? – Drżałam, czekając na jego odpowiedź. To były dreszcze strachu, kalkulacja straty, którą bym poczuła, gdyby mnie odrzucił.
Podniósł wzrok, marszcząc czoło i potaknął. Była to jedna z tych wspaniałych chwil ulgi, którą zapamiętam na zawsze. Moje wewnętrzne węzły rozplątały się i pochyliłam się nad nim, obejmując ramionami jego szyję i zapłakałam w jego pierś. Przez kilka sekund tylko ja go trzymałam, a potem poczułam jak jego ręce delikatnie oparły się o moje plecy. Zapłakałam jeszcze mocniej. To było takie zagmatwane. Powinnam go pocieszać, a ja sobie szlochałam.
Gdyby on umarł… o Boże… zostałabym całkiem sama. Jego matka powiedziała mi, że kierowca samochodu zmarł. Spotkałam go raz lub dwa na przyjęciach w pracy Caleba.
Kiedy oderwałam się od niego, nie potrafiłam spojrzeć mu w oczy. Wyciągnęłam z torebki paczkę chusteczek i odwróciłam się od niego, przecierając oczy.
Musiałam się trzymać. Myśleć pozytywnie. Za niedługo to wszystko się skończy i zostanie zakopane w naszej przeszłości. Teraz musiałam go wspierać. Było nam tak dobrze razem. Nawet jeśli nie miał żadnego wspomnienia z przeszłości, to teraz to zobaczy. Musiałam sprawić, żeby zobaczył. Powstrzymałam szloch. Czemu to musiało się stać? Wtedy, kiedy nasz związek nareszcie zaczął posuwać się do przodu.
- Leah.
Zamarłam. Moje imię brzmiało obco w jego głosie, jakby wymawiał je po raz pierwszy, ostrożnie układając sylaby. Otarłam ostatnie łzy i obróciłam się do niego… uśmiechając.
- Czy ty…? Boże… - Zwinął dłonie w pięści, gdy zobaczył moje mokre oczy. – Strasznie mi przykro.
Wyglądał jakby miał się rozpłakać, więc usiadłam na brzegu jego łóżka, widząc okazję do wykorzystania.
- Nie martw się o mnie – powiedziałam. – Jest ze mną dobrze, dopóki z tobą jest dobrze.
Zmarszczył brwi. – Nie jest ze mną dobrze.

- Więc ze mną też nie, ale jesteśmy w tym razem.