30.12.13

Dirty Red - rozdział 11

Teraźniejszość

Podskakuję, słysząc samochód Caleba na podjeździe. Byliśmy razem od ponad pięciu lat, ale nadal mam motylki w brzuchu, ilekroć wchodzi do pokoju. Staram się nie wyglądać na będącą w potrzebie, ale kiedy jego klucz przekręca się w zamku i wchodzi do środka, rzucam się na niego. Potrzebuję, żeby mi wybaczył. Byłam w wiecznym zmierzchu odkąd przestał uśmiechać się do mnie.
Zaskakuję go, śmieje się, jak mój ciężar popycha go na ścianę. Oplatam go nogami w pasie i przyciskam nos do jego nosa. Chcę obcałowywać się z nim tak jak robiliśmy to, gdy się poznaliśmy, ale pierwszą rzeczą, która mówi jest… - Gdzie Stella?
Uśmiech opuszcza moją twarz. Nie cierpię tego. Skąd mam to wiedzieć?
Wzdycham i zsuwam się z jego ciała, rozczarowana. – Zapewne z tamtym kolesiem.
Caleb mruży na mnie oczy; jego usta są prostą linią.
- W ogóle spędziłaś z nią dzisiaj czas?
- Tak – warczę. – Nakarmiłam ją rano, bo męska niańka się spóźnił.
Mięśnie w jego szczęce drgają, jak zaciska zęby. One drgają. Ja się krzywię.
Drganie… skrzywienie… drganie… skrzywienie.
Czuję się samolubnie wściekła. Nie było to niezwykłe dla matek aby polegały na niańkach w opiekowaniu się dziećmi. W moich kręgach było to idealnie normalne. Czemu on zawsze musi sprawiać, że czuję się gorsza?
Podwijam górną wargę na zębach. – Uważasz, że Olivia byłaby lepszą matką ode mnie?
Przez chwilę w jego oczach błyska nieskrywany gniew. Odwraca się, obraca z powrotem do mnie, po czym znowu się odwraca, jakby nie wiedział czy stanąć twarzą w twarz z faktem, że wypowiedziałam jej imię.
Chcę kłótni. Za każdym razem gdy patrzy na mnie, jakbym była olbrzymim rozczarowaniem, moje myśli pędzą do Olivii. To dla mnie jak zmienianie biegów; uruchamiają to rozczarowane oczy Caleba. Nagle jestem w tym magicznym miejscu, gdzie zwalniam sprzęgło, dociskam pedał gazu i mój umysł pędzi do Olivii. Pieprzyć. Tę. Sukę. Jaką ona ma nad nim moc? Chcę do niego podbiec, walnąć go pięściami w tors za ciągłe porównywanie mnie w myślach do niej. Albo może to ja porównuję się do niej w myślach? Boże, życie jest takie zagmatwane.
Wtedy Sam wchodzi do pokoju z dzieckiem. Wściekłość na twarzy Caleba znika i niespodziewanie wygląda, jakby chciał się rozpłakać. Znam tę minę; czuje ulgę – czuje ulgę, że ma coś innego ode mnie. Odwracam się, kierując do drzwi.
- Gdzie się wybierasz? – pyta Caleb.
- Dzisiaj spędzam czas z Samem – mówię. Unikam twarzy Sama i biorę moją torebkę.
- Chodźmy, Samuel – warczę. Widzę jak ukrywa uśmiech, posłusznie pochylając głowę i podchodzi do mnie. Wychodzę z domu i schodzę po schodach, zanim Caleb może cokolwiek powiedzieć. Słyszę jak rozmawiają krótko za mną, ale jestem w połowie drogi do samochodu Sama i postanawiam, że zatrzymanie się do podsłuchania zniszczy moją wiarygodność. Caleb zapewne ostrzega go przed moją skłonnością do wojowniczości, kiedy jestem pijana. Sam podbiega minutę później. Bez słowa otwiera mi drzwi od strony pasażera, a ja wsiadam do środka. Ma dżipa, taki typ, który nie ma dachu ani prawdziwych okien. Usadawiam się na siedzeniu i patrzę się prosto przed siebie. Zniszczę Olivię. Znajdę ją i stłukę ją na kwaśne jabłko za zrujnowanie mojego życia.
- Gdzie zmierzamy? – pyta Sam, wyjeżdżając z podjazdu.
- Zadzwoń do tej swojej zdzirowatej kuzynki – odpowiadam. – Jedziemy tam, gdzie jest ona.
Unosi brwi, ale nie robi ruchu do swojej komórki.
- Jest dzisiaj u Matki Gothel – wyjaśnia. – Byłaś tam kiedyś?
Potrząsam głową.
- Świetnie. To miejsca dla ciebie. – Wjeżdża dżipem w ruch uliczny, a ja podtrzymuję się drzwi. To będzie długa jazda.

Matka Gothel nie jest miejscem dla mnie. Oświadczam to głośno, jak wchodzimy do środka. Bramkarz z paroma kolczykami na twarzy sprawdza nasze dowody. Przygląda mi się w sposób, który sprawia, że swędzi mnie skóra i łapię Sama za ramię.
- Co to jest za miejsce, u licha? – szepczę, gdy wchodzimy do pomieszczenia oświetlonego jaskrawoniebieskimi światłami.
- Bar fajek wodnych – mówi. Podnosi brwi. – Emo bar fajek wodnych.
Marszczę nos. – Czemu tutaj przyszła? – Wyobrażałam sobie wszystkie luksusowe bary na Mizner Avenue, rzut beretem od tej przygnębiającej dziury.
- Przechodzi przez fazy – odpowiada, kiwając głową barmanowi. – W zeszłym miesiącu były herbaciarnie.
Zamawia dwa martini. Gdy biorę swoje, zastanawiam się skąd wiedział, że je piję?
- Nie palniesz mi kazania na temat alkoholizowania mleka z piersi? – pytam ponad brzegiem szklanki. Jęczy i próbuje mi ją zabrać.
- Cholera, zapomniałem – mówi. – Trudno zapamiętać, że taka zimna jędza jak ty jest matką.
Burczę, trzymając szklankę poza jego zasięgiem. Trafione.
Zmierzamy do stolika, wokół którego skupiona jest mała grupka ludzi. Dostrzegam blond głowę Cammie podskakująco z ożywieniem, jak opowiada historię. Kiedy zauważa Sama na jej twarzy pojawia się uśmiech… aż widzi i mnie. Mruga szybko, jakby próbowała wyrzucić mnie z jej wizji. Uśmiecham się słodko, kierując w jej stronę. Ta suka ma informację o Olivii. Czuję to. Pochylam się, żeby ucałować jej policzek. Lubię witać się po europejsku.
- Sam – odzywa się z napięciem – nie wiedziałam, że przyprowadzisz… gościa. – Przekrzywia głowę tak jak robią to tylko piękności z Południa. Rozpoznaję jej akcent z Teksasu.
- Pierwsze wyjście od porodu? – pyta mnie.
Sam burczy za mną. Obracam się, posyłając mu ostrzegawcze spojrzenie i odwracam z powrotem do Cammie.
- Jasne – odpowiadam. – Sam był wystarczająco miły, żeby pozwolić mi przyjść ze sobą. Fajny bar! – Rozglądam się z udawanym zainteresowaniem. Kiedy wracam do niej spojrzeniem, kończy wywracać oczami.
Wskazuje na dwa wolne krzesła. Biorę te najbliższe niej, a Sam siada obok mnie. Przedstawia wszystkich przy stole. Grupka składa się z dwóch pełnomocników, zawodowego deskorolkarza, który ciągle rzuca spojrzenia na odkryty dekolt Cammie i pary wytatuowanych lesbijek z tuzinem kolczyków.
Przez następną godzinę słucham jak paplają o najbardziej monotonnych tematach na świecie. Bawię się włosami i staram się nie ziewać. Sam patrzy na mnie z rozbawieniem, wciągając się w ich rozmowy. Dwa razy bierze mnie z zaskoczenia, pytając o opinię o politykach.
- Naprawdę, Sam – warczę w końcu, kiedy nikt nie słucha. – Możesz przestać?
Uśmiecha się szeroko. – Jedynie staram się być przyjazny.
Skąd ktoś z tak wieloma tatuażami wie o polityce? Czy jestem stereotypowa? Szkoda. Pochylam się do jego ucha, żeby mnie usłyszał. Cammie marszczy brwi.
On jest gejem! Chcę do niej krzyknąć. A nawet gdyby nie był, poważnie, ja nie umawiam się z niechlujnymi facetami.
- Dam ci sto dolców, jeśli zabierzesz stąd wszystkich, żebym mogła porozmawiać sam na sam z twoją zdzirowatą kuzyneczką.
Sam wstaje i klaszcze w dłonie. – Kupię wszystkim drinka, poza Cammie.
Cammie wywraca oczami, ale zostaje w miejscu. Wszyscy inni idą za Samem do baru, śmiejąc się i klepiąc się po plecach.
Patrzy na mnie wyczekująco, jakby wiedziała o moim planie.
Przysięgam, że ta suka i ja mówimy tym samym językiem… w innych akcentach.
- Olivia Kaspen – mówię. Jej twarz niczego nie pokazuję. – Znasz ją?
Jej usta podnoszą się w uśmiechu i raz kiwa głową, przyznając, że ją zna. Czuję palący żar zaczynający się w klatce piersiowej i rozkładający się w reszcie ciała. Emocjonalne fajerwerki. Wiedziałam! Oblizuję usta i wyciągam papierosa z torebki.
- Stąd znasz Caleba – mówię. Potakuje, a na jej ustach wciąż tkwi ten okropny uśmiech. Zaciągam się papierosem, patrząc na nią spod rzęs.
- Dlaczego on ją kocha? – Po raz pierwszy wyraziłam słowami te pytanie, chociaż rozmyślałam nad nim Bóg wie jak wiele lat. Olivia była atrakcyjna – jeżeli interesowało się zdzirami. Miała za dużo włosów i szeroko rozstawione oczy, ale byłam w jej towarzystwie wystarczająco dużo czasu podczas mojej rozprawy, żeby wiedzieć jak reagowali na nią mężczyźni. Była powściągliwa, chłodna. To było tajemnicze. Przeklęci mężczyźni i ich przeklęte tajemnice. Nigdy nie widziałam, aby się uśmiechała. Ani razu. Trudno było uwierzyć, że ktoś tak żywy i ciepły jak Caleb mógł żywić uczucia do emocjonalnej cnotki.
Cammie przygląda mi się, starając się postanowić jak bardzo chce odpowiedzieć. Zastanawiam się jak dobrze zna Olivię. Nigdy nie przyszło mi to do głowy, aż do teraz, że może być z nią w dobrej przyjaźni.
Ostatecznie odchrząkuje. – Cóż, jest taką samą suką jak ty. Caleba zawsze ciągnęło do typu Cruelli De Ville. Ale jeżeli chcesz szczerej odpowiedzi… - milknie. Zespół wchodzi na scenę i zaczyna robić się głośno. Pochylam się, głodna odpowiedzi.
- Oni iskrzą – mówi. Odsuwam się gwałtownie. Co to znaczy, do diabła? – Kiedy są razem, to tak jakby wprowadzić do tego samego pokoju huragan i tornado – czuje się napięcie. Dopóki nie zobaczyłam ich razem, nie wierzyłam w frazes bratnich dusz.
Dosyć usłyszałam. Jest mi niedobrze. Rozglądam się, szukając mojego kierowcy i nigdzie go nie widzę, ale Cammie nie skończyła.
- Wiem, że celowo zaszłaś w ciążę – mówi, wyciągając papierosa z moich palców i zaciąga się. Mrugam na nią, zbyt zaintrygowana, żeby się kłócić. Skąd mogłaby to wiedzieć?
- Teraz masz faceta… i dziecko. Wygrałaś. Więc dlaczego pytasz o Olivię?
Rozważam kłamstwo, powiedzenie jej, iż upewniam się, że zniknęła na dobre albo jakąś taką bzdurę.
Cammie uśmiecha się z wyższością. – Chcesz wiedzieć dlaczego on ją kocha, Leah? – Wyolbrzymia ah w moim imieniu. Wzdrygam się.
Co za suka.
Potrząsam głową, ale mała blondynka jest mądrzejsza niż na to wygląda.
Gasi mojego papierosa. – Nie znajdziesz na to odpowiedzi od nikogo innego niż Caleba. Gdybym była tobą to zostawiłabym to w spokoju. Idź cieszyć się życiem, które dla siebie skradłaś. Olivia nie pojawi się na twoim progu zapłakana, jeżeli tym się zamartwiasz.
Czuję ciepło na twarzy, przypominając sobie jak poszłam za Calebem do mieszkania Olivii. To była informacja wewnętrzna. Mała suka prawdopodobnie jest jej najlepszą przyjaciółką.
- Nie zostawiłby mnie dla niej, nawet gdyby to zrobiła – mówię to z większą pewnością siebie, niż czuję.
Cammie podnosi brwi i wzrusza ramionami. – Więc dlaczego się przejmujesz?
Przełykam ciężko ślinę. Dlaczego się przejmuję? Nie jest tak, że dorastałam w domu, gdzie moi rodzice byli szaleńczo w sobie zakochani. Matka poślubiła ojca dla pieniędzy, mówiła mi to przy wielu okazjach. Mam swojego faceta, więc dlaczego rozdrapuję strupa?
- Ja… sama nie wiem.
- Nie jest fajnie być drugim wyborem, co? – Ściąga z języka kawałek tytoniu i odrzuca go z koniuszka palca. – Istnieje możliwość, że czujesz się, iż jesteś warta więcej niż być żoną Caleba z litości, a jeśli to prawda, to powinnaś teraz opuścić statek. To tylko kwestia czasu zanim saga Caleba i Olivii ponownie się rozpocznie.
Jej słowa palą mnie. Wiercę się na krześle, czując przeszywający mnie ból. – Myślałam, że mówiłaś, iż ona poszła dalej ze swoim życiem? – syczę.
- No i co? – Cammie wzrusza ramionami. – Ich historia nigdy się nie skończy. Ma męża, wiesz? Więc technicznie masz trochę czasu, żeby sprawić, aby twój mąż się w tobie zakochał.
Nie mogę ukryć zaskoczenia. Nie poślubiła Turnera, to na pewno. Wydzwaniał do mnie, kiedy z nim zerwała, błagając mnie abym pogadał z nią w jego imieniu. Głupi Turner.
Po tej całej porażce z amnezją, włamałam się do jej mieszkania i znalazłam listy od Caleba z datą jego czasów college’u. Nie zajęło mi długo zorientowanie się, że była jego byłą dziewczyną, próbującą go wyrolować. Zaszantażowałam ją do opuszczenia miasta, po czym zatrudniłam prywatnego detektywa, który wytropił ją w Teksasie. Znajomy chodził do tej samej szkoły prawniczej co Olivia, więc wykonałam telefon, wymieniłam się paroma biletami na Super Bowl i BAM! Potem dowiedziałam się, że są zaręczeni. Co za szczęście! Turner był matołem. Jak kobieta mogła przejść od Caleba do tego półgłówka było poza moim pojęciem. W każdym razie myślałam, że na dobre zniknęła z mojego życia, dopóki Caleb nie zatrudnił jej jako mojej pełnomocniczki – dobrą rzecz zrobił, ponieważ wygrała rozprawę i uratowała mnie przed dziesięcioma latami w więzieniu stanowym.
Nie mówię tego Cammie, której południowy akcent nagle zaczyna mnie denerwować. Czy to ona była tą przyjaciółką, z którą Olivia zamieszkała w Teksasie?
Nie rozmawiamy już o niczym więcej, gdy Sam postanawia powrócić do stolika w tym dokładnym momencie. Wstaję, żeby wyjść. Cammie już na mnie nie patrzy, całuje się z deskorolkarzem, który jedną ręką trzyma ją za klatkę piersiową, a drugą trzyma nad głową, robiąc palcami rogi Black Sabbath.
Odwracam się zdegustowana i podążam za Samem do samochodu.
- Dostałaś odpowiedzi, których potrzebowałaś? – pyta, jak jesteśmy w drodze.
Patrzę na niego ze zdziwieniem. – O czym mówisz?
Unosi jeden kącik ust i spogląda na mnie kątem oka. – Jest moją kuzynką i ma usta papli. Mówiła mi o tej lasce.
Gapię się na niego z otwartymi ustami. – Wiedziałeś, że przyjaźni się z Olivią i nic mi nie powiedziałeś?
- Na to miałaś nadzieję, prawda? Chciałaś wiedzieć, czy ją zna?
Ma rację, ale nadal jestem zła.
- Jestem twoją szefową – mówię. – Powinieneś był mi powiedzieć. I co z ciebie za gej? Powinieneś kochać plotki i dramat.
Odrzuca głowę i wybucha śmiechem. Pomimo złych wiadomości wirujących w mojej głowie, uśmiecham się. Może nie jest taki zły. Postanawiam przestać próbować skłonić Caleba do zwolnienia go.
Gdy wracam do domu Caleb jest już w łóżku – nie w naszym, ale na bliźniaczym łóżku w pokoju dziecięcym. Sprawdzam zapas mleka w lodówce, na szczęście jest dosyć zamrożonego na dzień lub dwa – wystarczająco czasu aby martini usunęły się z mojego organizmu. Wywracam oczami. Caleb prawdopodobnie sprawdzi mój poziom alkoholu we krwi zanim pozwoli mi znowu odessać mleko.

Idę do łóżka, wciąż mając na sobie ubrania, smutniejsza niż kiedykolwiek. 

Dirty Red - rozdział 10

Przeszłość

Pamiętam wilgotne wakacje z powietrzem tak gęstym, że wydawało się, iż wdychasz zupę do płuc. Robiłyśmy się nerwowe w domu – moja siostra i ja, biegałyśmy korytarzami naszego wielkiego domu, wrzeszcząc i goniąc się nawzajem, dopóki nie miałyśmy kłopotów. Moja zirytowana matka wysyłała nas na podwórko z naszą nianią Mattią, podczas gdy ona odpoczywała. Mattia często podróżowała do sklepu z rzeczami za jednego dolara, żeby kupić coś do zabawy na zewnątrz. Uważałyśmy z Courtney, że było to nieskończenie zabawne, iż można było pójść do sklepu, a tym wszystko było za dolara, podczas gdy my spędzałyśmy większość eskapad zakupowych w dusznych butikach. Przynosiła nam kredę do chodnika, skakanki, hula hop i oczywiście nasze ulubione – bańki mydlane.
Matti zawsze zostawiała je na koniec. Udawała, że zostawiła wielki różowy pojemnik w środku, a my wzdychałyśmy i marudziłyśmy. W ostatniej chwili wyciągała je zza pleców, a my podskakiwałyśmy i klaskałyśmy jakby była taka sprytna. Nazywałyśmy bańki „pustymi planetami”, a gra polegała na przebiciu jak najwięcej pustych planet zanim same wybuchną, a ich szczątki polecą w stronę ziemi. Mattia stała pod drzewem w cieniu i nadmuchiwała nam je. Nasze nogi były wiecznie posiniaczone od tej gry. Zwykłyśmy podstawiać sobie nogi, żeby pierwszym dosięgnąć pustej planety. Biegałyśmy tak szybko, iż Mattia mawiała, że wyglądamy jak niewyraźne plamy. Nazywała nas Rudą i Krukiem przez nasze kolory włosów. Pod koniec gry liczyłyśmy ile baniek przebiłyśmy. Dwadzieścia siedem dla Rudej, dwadzieścia dwa dla Kruka, ogłaszała. Potem kulałyśmy radośnie do środka, pocierając posiniaczoną skórę i prosząc o lizaki. Matka nienawidziła siniaków. Kazała nam zakładać rajstopy, żeby je zakryć. Matka nienawidziła większości rzeczy powiązanych ze mną – kołtunów w moich włosach po kąpieli, koloru moich włosów, mojego sposobu przeżuwania, tego jak za głośno się śmiałam, tego jak pstrykałam paznokciami o kciuk, kiedy miałam kłopoty. Gdybyście mnie zapytali, wtedy albo teraz, co tak naprawdę we mnie lubiła, nie byłabym w stanie wam odpowiedzieć. Mogłam wam powiedzieć tylko tyle, że moje dzieciństwo było zimnym pryśnięciem baniek na mojej skórze. Court i ja śmiejące się i wdychające zupowate powietrze. Mattia ściskająca mnie, aby wynagrodzić ostre słowa zdystansowanej matki.

Matka kochała moją siostrę. Moja siostra zasługiwała na miłość. Pamiętam jak raz weszłam do nich, jak czesała włosy Courtney po kąpieli. Opowiadała jej historię jak była małą dziewczynką. Courtney chichotała, a matka śmiała się razem z nią.
- Byłybyśmy dobrymi przyjaciółkami, gdybyśmy dorastały razem. Jesteś dokładnie taka jak ja, gdy byłam w twoim wieku. – Usiadłam ma brzegu wanny, żeby im się przyglądać.
- A co z Jo? – zapytała Courtney, posyłając mi uśmiech, któremu brakowało dwóch przednich zębów. – Czy z nią też byłabyś dobrymi przyjaciółkami?
Było tak jakby w ogóle mnie nie zauważyła w pokoju, dopóki Court nie wymówiła mojego imienia. Powoli do mnie zamrugała i uśmiechnęła się do swojej najmłodszej córki. – Och, znasz Johannę i jej książki. Nie miałaby czasu, żeby bawić się z nami przy tym całym jej czytaniu.
Chciałam jej powiedzieć, że spaliłabym każdą książkę, którą miałam, żeby być częścią ich małego klubu matka/córka. Zamiast tego tylko wzruszyłam ramionami. Courtney była bardzo podobna do matki; jedyną różnicą było to, że ona naprawdę mnie lubiła.
Powinnam być o nią zazdrosna, ale nie byłam. Była tą miłą w rodzinie; tą, która wcześnie wstawała w moje urodziny, wypełniała talerz małymi ciasteczkami i przynosiła je do mojego pokoju, śpiewając „Lake of Fire” Nirvany. Moje urodziny były czwartego lipca – ogromne obciążenie dla moich rodziców, którzy robili tego dnia przyjęcie dla towarzystwa. Ale Court zawsze upewniała się, że ten dzień jest specjalny. Gdy moje szóstki były niezauważalne, przyklejała moją kartę z ocenami do lodówki i czerwonym markerem zaznaczała kółkiem moją średnią ocen. Była miłością w moim życiu wyzutym z miłości… ciepłym kocem w rodzinie ozięble emocjonalnych temperatur. Kiedy wszyscy inni omijali mnie wzrokiem, moja siostra skupiała na mnie uwagę. Miałyśmy więź, a więzi były trudne do zdobycia.
Gdy po raz pierwszy przyprowadziłam Caleba do domu, mój ojciec mnie zauważył. Tak jakby nareszcie mógł na mnie spojrzeć, teraz gdy zabezpieczyłam mężczyznę kalibru Caleba. Nie tylko był moim nowym amantem z pieniędzmi, również mówił poprawnym językiem, był przyzwoity, ambitny… i znał cholernie dużo sportowych drobiazgów.
Zaprosili nas na kolację. Przyglądałam im się, siedząc na kanapie. Tata śmiał się ze wszystkiego, co Caleb powiedział, a matka kręciła się wokół niego jakby był błękitnokrwisty. Moja siostra siedziała obok mnie – tak blisko, że dotykały się nasze nogi. Gdy byłyśmy razem, zawsze byłyśmy tak blisko. Był to cichy bunt przeciwko naszym rodzicom. Starasz się stworzyć między nami podział, ale opieramy się. Kiedy rodzice byli rozproszeni Calebem, Court szturchnęła mnie łokciem w żebra i poruszyła brwiami. Wybuchłam śmiechem.
- Zdaje mi się, że dobrze tego wybrałaś – powiedziała. – Dobry w łóżku?
Zrobiłam minę. – Czemu miałabym być z kimś, kto nie byłby dobry?
Uniosła brwi. – No nie wiem, Lee, pamiętasz tamtego faceta z liceum? Tego z dołeczkiem w brodzie?
Prychnęłam w kieliszek wina. Kirby, tak miał na imię. Same to imię powinno było powiedzieć mi wszystko. Nie można było brać mężczyzny, którego imię brzmiało jak awatar gry wideo. Zwłaszcza, kiedy jego głowa była pomiędzy twoimi nogami i zaczynał nucić Kiss, robiąc agresywne dźgnięcia językiem.
- Kobiety, nie dziewczynki rządzą moim światem, mówię, one rządzą moim światem… - Moja siostra zaśpiewała tekst piosenki, zamykając oczy i przygryzając wargę, tak jak robił to Kirby.
Wybuchłyśmy śmiechem, zarabiając pełne dezaprobaty spojrzenie od matki. Przysięgam, że ta kobieta nadal potrafiła sprawić, że czułam się jak piętnastolatka. Spojrzałam na nią wyzywająco i zaśmiałam się głośniej. Miałam dwadzieścia osiem pieprzonych lat. Już nie mogła mnie kontrolować.
Myślałam, że wszystko poszło wspaniale, dopóki nie wsiedliśmy do samochodu. Caleb przytrzymywał mi otwarte drzwi, kiedy nagle powiedział. – Twój tata jest szowinistą.
Mrugnęłam ze zdziwieniem. Nie powiedział tego jak oskarżenie. Bardziej była to obserwacja. Prawdziwa obserwacja. Wzruszyłam ramionami.
- Jest trochę staromodny.
Caleb przytulił mnie. Patrzył na mnie dziwnie ze zmarszczonymi brwiami i ustami zaciśniętymi w zamyśleniu. Nauczyłam się, że była to jego „psychoanalizuję cię” mina. Chciałam się odsunąć, żeby nie mógł zajrzeć w głąb mnie, ale odsuwanie się od Caleba było jak zamykanie się w zamrażarce. Jeżeli rzucał na ciebie światło, chciało się stać pod jego ciepłem, wszystko to wchłonąć. Żałosne. A także przepiękne. Nikt nigdy nie dał mi tyle ciepła. Uczepiłam się jego ramion i pozwoliłam mu psychoanalizować mnie, tak jak tego pragnął. Chciałam wiedzieć, co widział, kiedy patrzył na mnie tak intensywnie. Przerwał urok, nagle uśmiechając się szeroko.
- Więc będziesz siedzieć w domu, boso i zaciążona?
Uniosłam brwi. Kiedy on to powiedział, to nie brzmiało tak źle. – Czy to będzie twój dom? – zapytałam. Byłam wstydliwa. Pocałował mnie w czubek nosa.
- Może, kochanie.
Puścił mnie zbyt szybko. Chciałam tam zostać i porozmawiać o tym z kogo dziećmi będę zaciążona, czy podłoga na której będą stały moje bose nogi będzie drewniana czy kafelkowa? Czy będziemy mieszkać w dwupiętrowym domu czy w domu na farmie? Kręciło mi się w głowie. Dla mnie było to równie dobre co oświadczyny. Ten mężczyzna był złoty. Sprawił nawet, że mój ojciec patrzył na mnie jak na człowieka. Byliśmy ze sobą dopiero od ośmiu miesięcy, ale jeśli rozegram dobrze moje karty to będę miała pierścionek na wiosnę. Był to dla mnie szczęśliwy wieczór.

Nie zajęło mi długo uświadomienie sobie, że Caleb był moją pustą planetą.

20.11.13

Dirty Red - rozdział 9

Teraźniejszość

Jestem w kuchni w dresach i koszulce bez rękawów, robiąc smoothie, kiedy Sam przychodzi nazajutrz do pracy. Powinnam obserwować Estellę – która drzemie w przenośnym łóżeczku – podczas gdy Caleb bierze prysznic, ale gdy Sam staje w drzwiach wejściowych, zdążyłam już zapomnieć gdzie ją postawiłam.
- Jak się masz? – wita mnie ciepło Sam, trzymając worek marynarski na ramieniu. Zastanawiam się czy planuje zostać na noc. Jestem przerażona tą myślą.
- Zatem gdzie moja opłata? – pyta, pocierając razem ręce i uśmiechając się. Przez minutę myślę, że nawiązuje do karty kredytowej – ponieważ często tak mówię, gdy przeglądam zakupy i przeszukuję torebkę w poszukiwaniu mojej American Express – a wtedy zdaję sobie sprawę, że mówi o dziecku. Muszę powstrzymać się z całych sił, aby nie wywrócić oczami.
Nienasycony głód dziecka ratuje mnie, jak zaczyna kwilić gdzieś za moim ramieniem. Wtedy przypominam sobie, że zaniosłam ją do jadalni. Spoglądam w kierunku jej łóżeczka z irytacją.
- Ja do niej pójdę – mówi Sam, przejmując kontrolę i mnie omija. Wzruszam obojętnie ramionami i idę do mojego laptopa. Wraca do pokoju kołysząc ją w ramionach, w chwili jak Caleb schodzi po głównych schodach – jego włosy nadal są mokre od prysznica. Czuję przypływ żądzy tylko na niego patrząc. Caleb ignoruje mnie i podchodzi do Sama, żeby klepnąć go w plecy, jakby byli starymi przyjaciółmi. Nie odezwał się do mnie od naszej późnej przejażdżki do szpitala, poza zapytaniem o dziecko albo wygłoszeniem instrukcji. Odwracam się, dąsając podczas gdy oni dyskutują rzeczy, które mnie nie interesują. Planuję wycieczkę do spa i decyduję jak wiele zabiegów uda mi się zmieścić w osiem godzin, gdy Caleb woła moje imię. Rozpaczliwie chcąc być w centrum uwagi, opuszczam komputer i patrzę na niego z nadzieją.
- Nie będę w domu do późna – mówi. – Mam kolację biznesową.
Potakuję. Pamiętam, że kiedyś towarzyszyłam mu w takich kolacjach. Otwieram usta, aby powiedzieć mu, że chciałabym przyjść, ale pocałował dziecko i jest w połowie drogi do drzwi. Pusta planeta.
Skupiam uwagę na męskiej niańce.
- Więc jesteś spokrewniony ze swoją szefową – mówię głupio, wgryzając się w jabłko. Sam unosi na mnie brew, ale nie odpowiada. Mój umysł podąża do miejsca, gdzie zastanawiam się czy Caleb przespał się kiedykolwiek z Cammie.
- Czy ty… um… spędzasz z nią dużo czasu?
Wzrusza ramionami. – Cammie ma wiele przyjaciół. Martini z dziewczynami nie bardzo mnie interesuje.
- Ale nie chcesz kogoś poznać? – pytam, odrywając się od tematu. Jest dosyć przystojny, jeżeli interesujesz się typem muzyka grungy. Halooo, grunge umarł z Kurtem Cobainem.
- Czy tam spędzałabyś czas, gdybyś była wolna? – Pytając, patrzy prosto na mnie. Proste pytanie, lecz wyraz jego oczu sprawia, że czuję się jakbym była przesłuchiwana.
- Nie jestem wolna – odpowiadam gniewnie.
- Dowód. – Podnosi dziecko. Odwracam wzrok.
- Poznałeś jakąś jej przyjaciółkę? – Mam na dzieję na jakieś odniesienie do Olivii. Miło byłoby wiedzieć czy jakoś w tym gra.
Sam udaje głupiego. Nie mogę stwierdzić czy coś wie.
- Ech, parę tu i tam – odpowiada, przecierając usta Estelli ścierką od beknięć. – Jesteś pewna, że nie chcesz tego robić? – Wskazuje na dziecko. – Nie chcę zabierać ci czasu z nią.
Gdy spuszcza na nią wzrok, wywracam oczami.
- Nie, jest dobrze – mówię uprzejmie.
- Nie nawiązujesz z nią więzi, co? – pyta, nie patrząc na mnie.
Cieszę się, że nie widzi mojej twarzy. Jest wstrząśnięta. Zmuszam rysy do wygładzenia się w neutralności.
- Czemu tak mówisz? – Zmrużam oczy. – Znasz mnie od kiedy? Pięciu minut?
- Nie ma czego się wstydzić – mówi, ignorując mnie. – Większość kobiet doświadcza pewną formę depresji po porodzie.
- Okej, doktorze Philu. Nie mam depresji! – Odwracam się, ale zaraz obracam się z powrotem. – Jak śmiesz mnie osądzać – myślisz, że masz kwalifikacje, aby mnie „diagnozować”, psychologu? Dlaczego nie przyjrzysz się własnym umiejętnościom wychowawczym? Masz dziecko w Puerto Rico, kolego… bez ciebie.
Sam wydaje się niewzruszony moimi słowami. Zamiast odsunąć się tak jak tego pragnę, on patrzy na mnie z zamyśleniem.
- Caleb jest całkiem miłym facetem.
Gapię się na niego. Jakie ma to znaczenie? Czy to był jakiś psychologiczny trik? Pewnego rodzaju pułapka, która potwierdzi mu, że cierpię na depresję poporodową? Oblizuję wargi i staram się zobaczyć jego punkt widzenia.
- Tak? I?
Nie śpieszy się z odpowiedzią, odkładając butelkę na blat i kładzie Estellę na ramieniu na kolejną rundę bekania.
- Czemu poślubił taką dziewczynę jak ty?
Najpierw myślę, że źle go usłyszałam. Na pewno nie… nie mógł powiedzieć tego, co myślę. Jest pomocą – podrzędną męską niańką. Ale kiedy patrzy na mnie wyczekująco, czekając na odpowiedź, zaczyna drgać mi oko – żenująca reakcja. Czuję się ciężko od wściekłości. Jakbym mogła ją unieść z ramion, gdzie wylądowała i rzucić nią w niego.
Takie niegrzeczne! Niestosowne!
Przez chwilę myślę nad zwolnieniem go, a wtedy widzę mleko wylewające się z ust Estelii i spływające po jego koszulce. Marszczę nos. Lepiej on niż ja. Odwracam się na pięcie i wbiegam po schodach, jakby same macierzyństwo mnie goniło.
Kiedy zamykam drzwi sypialni, moją pierwszą myślą jest seks. Mam ochotę zerwać z kogoś ubrania – oczywiście z Caleba. Gdy miałam siedemnaście lat, mój terapeuta powiedział mi, że używam seksu, aby nadać sobie ważność. Natychmiast się z nim przespałam.
Drugą rzeczą, która wpadła mi do głowa, jest pudełko papierosów, które trzymam w schowane w szufladzie na bieliznę. Idę tam i przesuwam ręką po drewnianym tyle szuflady. Wciąż tam jest, do połowy pełne. Wyciągam zapalniczkę z aranżacji jedwabnych kwiatków i kieruję się na balkon połączony do sypialni. Nie paliłam od szóstego miesiąca ciąży, kiedy zwędziłam jednego papierosa po szczególnie stresującym wieczorze w domu moich teściów. Zapalam papierosa, powtarzając w głowie nieuprzejme komentarze Sama. Będę musiała pogadać z Calebem. Oczywiście Sam nie może dalej dla nas pracować po powiedzeniu mi takich okropnych, poniżających rzeczy.     
Zastanawiam się co miał na myśli, mówiąc „taką dziewczynę jak ty”? Ludzie użyli tego tekstu względem mnie wiele razy w moim życiu, ale zazwyczaj był to komplement albo pochlebstwo perspektyw mojej wspaniałej przyszłości. Taka dziewczyna jak ty może zajść daleko w świecie modelingu. Dziewczyna taka jak ty może być kimkolwiek chce być. Dziewczyna taka jak ty może mieć każdego mężczyznę, jakiego zapragnie.
Sam powiedział to inaczej. Nie było komplementów, tylko… czemu poślubił taką dziewczynę jak ty?
Pociągam papierosem, ciesząc się komfortem, który przynosi. Czemu kiedykolwiek zrezygnowałam z tych rzeczy? A tak… ponieważ chciałam mieć przeklęte dziecko. Gaszę resztkę na kamiennym wykończeniu balkonu i umiejętnie wrzucam go do krzaków na parterze. Caleb nie może znieść smrodu dymu papierosowego; właściwie to był jego jedyne zażalenie do mnie, kiedy umawialiśmy się ze sobą. Błagał, prosił i zaatakował seksem, żeby zmusić mnie do zaprzestania palenia, ale ostatecznie to zajście w ciążę przekonało mnie do rzucenia nałogu. Będę musiała wziąć prysznic, jeżeli nie chce zostać przyłapana. Mam już wystarczająco kłopotów. Rozbieram się do biustonosza i majtek, po czym kieruję się do łazienki, gdy widzę Sama pojawiającego się w ogrodzie z Estellą. Wozi ją w wózku – trzytysięczno dolarowym zakupie, którego jeszcze nawet nie dotknęłam. Przyglądam mu się zmrużonymi oczami, jak idzie ścieżką ogrodową, zastanawiając się czy widział jak palę. Postanawiam, że to nie ma znaczenia. Pod koniec dnia już go nie będzie.
- Twoje dni są policzone, kolego – mówię zwięźle, przed zamknięciem drzwi łazienki.
Caleb wraca do domu, gdy Sama już nie ma, co zarówno pokrzyżowało moje plany i pozostawiło mnie samą z dzieckiem. Żuję seler naciowy, kiedy wchodzi do domu, trzymając jedzenie na wynos.
Kładzie torbę na blacie kuchennym i idzie prosto na górę, żeby sprawdzić dziecko. Ignoruję ich, grzebiąc w torbie, aby zobaczyć co mi przyniósł. Gdy schodzi na dół, trzyma ją na rękach.
- Co…? Czemu ją obudziłeś?
Miałam nadzieję na spędzenie z nim trochę czasu bez jej ingerencji.
Wzdycha, otwierając lodówkę. – Jest noworodkiem. Je co trzy godziny, Leah. Nie spała.
Spoglądam na elektroniczną nianię i przypominam sobie, że wyłączyłam ją, żeby się zdrzemnąć. Musiałam zapomnieć ją włączyć. Zastanawiam się jak długo nie spała.
- Och.
Patrzę jak wkłada do podgrzewacza butelek zimne mleko z piersi. Mogę policzyć na palcach jednej ręki ile razy ją karmiłam. Jak do tej pory Caleb albo Sam ją karmili.
- Dzisiaj ona ma sześć tygodni – mówi. Odliczałam dni, kiedy znowu będę mogła z nim spać. Niemal nie udało mi się dojść do sześciu tygodni, kiedy w zeszłym tygodniu wrócił z biegu. Jest w najlepszej formie, gdy jest spocony.
Jedzenie w torbie wywołuje mój ślinotok. Zaczynam jeść bez niego. Przyniósł masalę z kurczaka z mojego ulubionego miejsca. Jemy tamtejsze jedzenie tak często, że mam rozpracowane wszystkie kalorie. Jeżeli zjem jedną całą pierś kurczaka, pięć pieczarek i zeskrobię większość sosu, to przybiorę tylko dwieście kalorii. Muszę zmusić się do przestania jeść. Chcę ostatni kawałek kurczaka, ale jeśli staram się stracić wagę po ciąży…
On wciąż na mnie nie spojrzał.
- Dziękuję za kolację – odzywam się. – Moje ulubione.
Kiwa głową.
- Zamierzasz już nigdy się do mnie nie odezwać?
- Nie wybaczyłem ci.
Wzdycham. – Naprawdę? Nie zauważyłam.
Zaciska usta. Zeskakuję z taboretu i wykonuję odważne posunięcie. Unosi brwi, gdy delikatnie wyjmuję dziecko z jego rąk i kładę ją na przedramionach, tak jak widziałam to u Sama.
- Szybciej beka tym sposobem – mówię mu, naśladując ruchy Sama. Dziecko znakomicie współpracuje, bekając głośno kilka sekund po moim małym poklepaniu. Przenoszę ją na zgięcie ramienia i sięgam po resztę butelki. Caleb przygląda się temu bez słowa.
Uśmiecham się do niego słodko.
No dalej, ty łajdaku. Wybacz mi.
Karmię ją resztą butelki i powtarzam trik z bekaniem.
- Chcesz ją odłożyć czy ja powinnam?
Bierze ją ode mnie, ale tym razem patrzy mi w oczy przez jedną… dwie… trzy sekundy.
PUNKT!
Kiedy odkłada ją do snu, biegnę na górę, żeby założyć coś seksownego. Jestem tak zdenerwowana, gdy wracam do kuchni; otwieram torbę mrożonych brokuł i wpycham ich garść do ust.

Mam na sobie czarną koszulę nocną. Nie jest arogancka. Nie chcę, żeby Caleb wiedział, że staram się o seks na zgodę. Przechadzam się po kuchni, dopóki nie wraca. Kiedy słyszę go na schodach, robię pokaz ponownego mycia butelek, które Sam wymył wcześniej. Słyszę go za sobą. Zatrzymuję się w wejściu i uśmiecham się, wiedząc, że patrzy.
Gdy przenosi się do salonu, idę za nim. Kiedy siada, wspinam się na kanapę obok niego.
- To już więcej się nie zdarzy. Miałam problem z nawiązaniem z nią więzi. Teraz jest lepiej. Musisz mi uwierzyć.
Kiwa głową. Widzę, że go nie przekonałam, ale zmieni zdanie. Pogram w mamusię i wkrótce będzie patrzył na mnie jak kiedyś. Całuję go w szyję.
- Nie, Leah.
Odsuwam się, mrużąc oczy. Kto teraz używał seksu jako broni?
- Chcę przeprosić. – Wydymam trochę usta, ale wygląda na zirytowanego.
- Więc przeproś Estellę. – Wtedy wstaje i odchodzi. Przewracam się na plecy i wpatruję w sufit. Odrzucenie. Czy to kiedykolwiek wcześniej mi się przydarzyło? Nie mogłam sobie przypomnieć. Wszystko wymykało mi się z ręki.

Chcę do kogoś zadzwonić – przyjaciółki… mojej siostry. Muszę porozmawiać o tym, co się właśnie stało, zdobyć jakąś perspektywę. Sięgam po komórkę i przewijam kontakty. Zatrzymuję się, trafiając na Katine. Będzie tylko w połowie słuchać tego, co mam do powiedzenia i za pięć minut będziemy gadać o niej. Przewijam dalej. Docieram do Court i wali mi serce. Court! Wykręcam jej numer. Zanim nawiązuje się połączenie, rozłączam się.

Dirty Red - rozdział 8

Przeszłość

Nie interesowały mnie zobowiązujące związki. Dopóki Caleb mnie nie odrzucił – wtedy już interesowały. Odbyliśmy rozmowę, taką, w której zapytałam go, gdzie zmierzamy, a on spojrzał na mnie jak na ufoludka.
- Wiedziałaś – powiedział. – Kiedy związałaś się ze mną, wiedziałaś, że nie szukam zobowiązania.
Odparłam, że ja również niczego nie szukałam. Że sprawy się zmieniają, gdy ludzie klikają.
Lecz Caleb był niewzruszony. Nie był gotowy. Nie chciał mnie. Chciał ją. Niedokładnie tak powiedział, ale wiedziałam to w podświadomości. Wiedziałam przez sposób w jaki zawsze odwracał wzrok, kiedy ją wspominałam. Nawet nie chciał powiedzieć mi jej imienia. Ktokolwiek go zniszczył, zniszczył wszystko dla mnie.
Czułam się jak malutki kawałek zwróconej obierki po ziemniaku. On chciał tylko się ze mną pieprzyć. Siedziałam skulona na swojej kanapie, po opuszczeniu jego mieszkania w ataku furii. Chciałam zrobić coś destrukcyjnego. Zadzwoniłam do wszystkich moich zdzirowatych koleżanek i umówiłam się na drinki.
Poszłam do baru i w ciągu godziny zdobyłam trzy numery. Zazwyczaj nie poświęcałam czasu żadnemu z kretynów, którzy do mnie podchodzili, ale był tam lekarz z akcentem, który uważałam za pociągający. Wsunęłam jego numer do torebki i wypiłam następnego drinka.
Gdy opuściłam bar, byłam już dosyć wstawiona. Nic nowego. Wsiadłam do mojego auta po pożegnaniu się z moimi przyjaciółkami i nie przejechałam nawet pięciu budynków, wjeżdżając w zaparkowany powóz. Odjechałam prędko, zanim ktokolwiek mógłby mnie zauważyć, ale byłam poważnie wstrząśnięta.
Zadzwoniłam do mojej matki.
Jej głos był niecierpliwy, kiedy odebrała.
- Mamo, miałam wypadek. Możesz po mnie przyjechać?
- Jestem w łóżku.
- Wiem. Przepraszam. Jestem pijana. Potrzebuję cię, mamo.
Westchnęła ciężko. Usłyszałam w tle głos ojca i jej gniewny głos. – To Leah. Wpakowała się w jakieś kłopoty. Chce, żebym po nią przyjechała.
Wymienili się słowami, których nie usłyszałam, po czym wróciła na linię. – Czy ktoś cię widział?
Powiedziałam jej, że nie.
- Dobrze – powiedziała.
Rozmawiali jeszcze przez chwilę. Ojciec brzmiał na rozgniewanego.
Czekałam cierpliwie, rozmasowując głowę. Przy uderzeniu walnęła w kierownicę i wyczuwałam początki bólu głowy.
Jej głos wrócił na linię. – Tatuś wysyła Cliffa. Przywiezie cię do domu.
Cliff był kierowcą ojca. Mieszkał w małym mieszkanku w ich dwunastoakrowej posiadłości. Podziękowałam jej, starając się ukryć rozczarowanie w głosie i podałam jej adres miejsca, gdzie byłam.
Czego ja oczekiwałam? Mojej matki wskakującej do jej małego, czerwonego Mercedesa i przyjeżdżającej na mój ratunek? Uścisku? Starłam łzy z twarzy i odepchnęłam zranione uczucia.
- Nie bądź takim pieprzonym dzieciakiem – powiedziałam do siebie.

Cliff przyjechał dziesięć minut później. Zaparkował swoją furgonetkę w wolnym miejscu i wsiadł na miejsce kierowcy mojego auta. Spojrzałam na niego z wdzięcznością.
- Dzięki, Cliff.
Skinął i wyjechał autem na drogę. Dobrą cechą Cliffa było to, że nie był gadułą. Kiedy wjechaliśmy przez bramy rezydencji, wszystkie światła były zgaszone. Przeszłam chwiejnie przez drzwi frontowe – które zostały dla mnie otwarte – i obmacałam drogę do pokoju gościnnego. Brak czekającej matki, brak czekającego ojca.
Przemyłam się w łazience, nałożyłam plaster na rozcięciu na czole i przełknęłam trzy tabletki Advil na ból głowy. Wchodząc do łóżka, zasnęłam, myśląc o Calebie.
Obudziłam się na dźwięk mojego imienia. To był głos mojej matki, zniecierpliwiony. Usiadłam szybko i skrzywiłam się na ból przeszywający głowę. Stała obok mojego łóżka, w pełni ubrana, jej włosy ufryzowane były na czubku jej głowy w idealnym koku. Jej usta były ciemnoczerwone i zaciśnięte. Była na mnie zła. Raz jeszcze się skrzywiłam i podciągnęłam kołdrę pod brodę.
- Cześć, mamo.
- Wstawaj.
- Okej…
- Twój ojciec jest bardzo rozgniewany, Johanno. Już trzeci raz w tym roku miałaś wypadek samochodowy.
Przesunęłam się niekomfortowo. Miała rację.
- W tej chwili je śniadanie. Chce, abyś zeszła na dół i z nim porozmawiała.
Potaknęłam. Oczywiście, że posłał moją matkę. Jego wieczna wysłanniczka, ojciec nigdy ze mną nie rozmawiał dopóki nie wysłał matki, żeby wezwała mnie na spotkanie. Nawet kiedy byłam małą dziewczynką, pamiętam jak mnie tak wzywano, gdy zrobiłam coś złego.

Prędko ubrałam się w ubrania z zeszłej nocy i zeszłam z nią do jadalni. Siedział na swoim tradycyjnym miejscu na czele stołu z rozłożoną przed sobą gazetą. Przy jego łokciu stał kubek kawy, ser kozi i omlet ze szpinakiem. Nie podniósł wzroku, jak weszłam.
- Siadaj – rzekł. Popędziłam do krzesła, a gosposia przyniosła mi kawę i małą, białą tabletkę.
- Johanno – powiedział, składając gazetę i spoglądając na mnie twardymi, szarymi oczami. – Postanowiłem, że w twoim najlepszym interesie będzie przyjść pracować dla mnie.
Spięłam się. Miałam już pracę. Pracowałam jako kasjerka w miejskim banku. Mój ojciec nie zatrudniał rodziny; nazywał to konfliktem interesów. Właśnie w zeszłym roku mój kuzyn błagał, żeby przyjąć go jako księgowego i ojciec odmówił.
- D… dlaczego?
Zmarszczył brwi. „Dlaczego” nie było słowem, które lubił słyszeć mój ojciec.
- Chodzi mi o to, że… nie wierzysz w mieszanie rodziny z pracą – dodałam szybko. Zaczęły pocić mi się dłonie. Boże, dlaczego wypiłam tyle zeszłej nocy?
Mój ojciec był przystojny. Miał oliwkową skórę i jasnoszare oczy. Spędzał dziesięć godzin tygodniowo na siłowni od wielu lat i miał budowę ciała na udowodnienie tego. Z moimi rudymi włosami i bladą skórą, w ogóle nie byłam do niego podobna.
Spojrzał mi prosto w oczy i w tamtej chwili wiedziałam, o czym mówił.
Tępy ból przeszedł przez moją klatkę piersiową, jakby czegoś szukał. Odnalazł moje serce, rozerwał je i wsunął się do środka. Podniosłam swoje emocje z podłogi i popatrzyłam ojcu w oczy. Jeżeli chciał, abym porzuciła pracę i pracowała dla niego, to porzucę pracę i będę dla niego pracowała.
- Tak, tatusiu.
- Zaczniesz w poniedziałek. Możesz wziąć Lincolna, podczas gdy twój samochód będzie w warsztacie. Zostaw swoje kluczyki Cliffowi.
Ponownie otworzył gazetę i wiedziałam, że zostałam zwolniona.
Wstałam, pragnąc powiedzieć coś jeszcze, pragnąc, żeby on powiedział coś jeszcze.
- Pa, tatusiu.
Nawet nie zwrócił uwagi na to, że się odezwałam.
Matka czekała na mnie w holu. Podała mi kluczyki do Lincolna. Była to tak dobrze naoliwiona operacja.

Pojechałam prosto do banku i poinformowałam ich, że nie wrócę do pracy. Potem skierowałam się do domu w centrum miasta z całkowitym zamiarem wypicia butelki wina i pójściem spać. Gdy dotarłam do domu, Caleb siedział u mojego progu. Zatrzymałam się gwałtownie. Był w swoim ubraniu roboczym: szarych spodniach, białej koszuli na guziki, rękawy podwinięte do łokci. Siedział z rozłożonymi nogami, łokcie opierając na kolanach i patrzył w ziemię, wyglądając na głęboko zamyślonego. Kiedy usłyszał moje obcasy na betonie, podniósł wzrok… uśmiechnął się. To był jego krzywy uśmiech. Sięgał jego oczu i sprawiał, iż zastanawiałaś się czy wyobrażał sobie ciebie nago. Boże, byłam taka stracona w tym mężczyźnie. Przeszłam obok niego i otworzyłam drzwi. Jak je otworzyłam, podniósł się i wszedł za mną do środka.
Po wszystkim zamówiliśmy tajskie jedzenie i jedliśmy je w łóżku. Nadal było mi trochę źle po rozmowie z tatą – nie wspominając, że znowu przespałam się z Calebem po tym jak powiedział mi, że mnie nie chce.
- Czemu tutaj przyszedłeś? Nie możesz przychodzić na przelotny seks, a potem mówić mi, że nie jestem wystarczająco dobra aby być twoją dziewczyną.
Odłożył swój pojemnik na boczny stolik i odwrócił się do mnie twarzą.
- Tego nie powiedziałem.
- Nie musiałeś, dupku. Czyny przemawiają głośniej niż słowa.
Skinął głową. Moje pałeczki zamarły w połowie drogi do ust. Oczekiwałam, że przynajmniej będzie się bronił… zaprzeczy temu.
- Masz rację. Przepraszam.
Zabrał moje pudełko curry i pałeczki, stawiając je obok jego. Wytarłam usta tyłem dłoni, kiedy był rozproszony. Działo się coś wielkiego. Czułam to.
Wciągnął mnie na swoje kolana tak, że siedziałam na nim okrakiem.
- Powiem o tym tylko ten raz. Żadnych pytań, dobra?
Potaknęłam.
- Byłem z nią trzy lata. Kochałem ją… kocham ją – poprawił się. Poczułam przypływ zazdrości. Tylko to zrobiła – przepłynęła przeze mnie, nie znajdując sobie miejsca. Wydawało mi się, że wybuchnę od ciśnienia. Zagryzłam wnętrze policzków.
- Nigdy nie przestaje się kogoś kochać, gdy jest się w tym tak głęboko. – W tamtej chwili jego oczy lekko przygasły. – W każdym razie, byliśmy naprawdę młodzi… i głupi. Nie mogłem kontrolować jej w sposób, jaki chciałem; była dla mnie zbyt silna. Pewnej nocy popełniłem bardzo złą decyzję, a ona mnie przyłapała.
- Zdradziłeś ją? – Do tej chwili trzymałam usta na kłódkę, za bardzo bojąc się odezwać, na wypadek gdyby miało to rozbić jego rzadki gadatliwy moment.
Mięśnie w jego szczęce zacisnęły się, a nozdrza rozszerzyły.
- Tak… nie. – Potarł czoło. – Ja… - Opuścił rękę na moje biodro. Wyglądał na tak udręczonego, że uniosłam rękę do jego policzka. Mało wiedziałam o ojcu Caleba. Był osławionym kobieciarzem. Obecnie był poślubiony z kobietą młodszą ode mnie. Jego czwarte małżeństwo. Z tego co dowiedziałam się od Caleba, był bardzo przeciwny zachowaniu ojca, więc zdrada była dla mnie całkowitym zaskoczeniem.
- Ja nie zdradzam, Leah. Ale, Boże, ta kobieta nikomu nie ufa…
Wzięłam głęboki wdech i pozwoliłam wypłynąć mu przez usta. Obserwował mnie ostrożnie, próbując ocenić moją reakcję.
- Ale zrobiłeś coś z nią?
- Nie technicznie… nie.
Nie rozumiałam tego, co mówił. Czy uważał, że zdradził tylko dlatego, że chciał zdradzić? Czy chciał zdradzić?
- Leah. – Przerzucił moje włosy przez ramię, palcami muskając moją skórę. Zadrżałam. Odbywaliśmy poważną dyskusję, a ja myślałam tylko o…
Potrząsnęłam głową z frustracją. – Albo ją pieprzyłeś, albo nie.
Westchnął. – Nigdy jej nie zdradziłem. Nie w tradycyjnym sensie tego słowa.
- Boże, nie wiem nawet co to znaczy.
Odchylił głowę, wybuchając śmiechem. – Najwyraźniej nasze moralne kompasy nie wskazują tego samego kierunku.
Zarumieniłam się. Rzadka dla mnie rzecz.
- Leah – powiedział. – Lubię cię. Bardziej niż powinienem. Ale nadal jestem bałaganem. Nie mogę być w związku, jeżeli jestem tylko w połowie drogi. Nadal ją kocham.
Łzy wezbrały mi się w oczach. Mówił mi, że nawet nie mógł spróbować mnie pokochać, ponieważ kochał kogoś innego.
- Cholera. – Zsunęłam z niego nogi i usiadłam na mojej stronie łóżka. Kołdra spłynęła na jego talię. Spojrzałam na niego kątem oka. Jego twarz była bezbarwna.
- Więc o co ci chodzi? Mogę ci przypomnieć, że to ty pojawiłeś się na moim progu, a nie na odwrót?
Roześmiał się i popychając mnie na plecy, pochylił się nade mną.
- Czuję do ciebie wielki pociąg. – Pocałował mnie w nos. – Zależy mi na tobie. Kiedy wyszłaś tamtej nocy, byłaś zraniona.
- Tak, byłam.
- A teraz?
Uśmiechnęłam się do niego. – Teraz jestem zraniona w inny sposób.
Zaśmiał się. Miał świetny śmiech. Zaczynał się dudnieniem w jego piersi i wydobywał się w gładkiej, ochrypłej fali. Za każdym razem gdy go rozśmieszałam, triumfowałam.
Niespodziewanie spoważniałam. – Mogę sprawić, że o niej zapomnisz.
Jego usta nadal były uniesione w półuśmiechu. Jego oczy zaszły mgłą, jak spojrzał na moje usta.
- Tak?
Skinęłam. – Tak.
- Dobrze, Ruda – powiedział, delikatnie nakręcając wokół palca pasmo moich włosów.
Zachichotałam – również niezwykła dla mnie rzecz. Ruda. Podobało mi się.
Pocałował mnie łagodnie, przesuwając się na mnie.
Kochaliśmy się. Po raz pierwszy w życiu ktoś się ze mną kochał. Zawsze to był tylko seks.

Zakochałam się tamtego dnia. 

11.11.13

Dirty Red - rozdział 7

Teraźniejszość

Budzę się na dźwięk alarmu. Najwyraźniej jest zepsuty, bo piszczenie nie jest ciągłe, tylko wyje jak syrena. Wszystko wydaje się gęste, jakby mój mózg został zamoczony w miodzie. Sięgam do budzika – żeby go wyłączyć, a wtedy otwieram oczy. To nie alarm. Podnoszę się, rozglądając po słabo oświetlonej sypialni, kołdra zsunęła się na moją talię. Według mojej komórki jest trzecia nad ranem. Strona łóżka Caleba nie została dotknięta. Zastanawiam się czy jest w pokoju gościnnym, po czym znowu to słyszę – dźwięk płaczącego dziecka. Idę chwiejnie do pokoju dziecinnego. Gdzie jest Caleb? Musi z nią być. Wchodzę do pokoju dziecinnego i widzę, jak przemierza pokój, trzymając ją w ramionach. Jego telefon jest wciśnięty między jego bark, a ucho i mówi szybko. Dziecko nie tylko płacze, ona wrzeszczy jakby coś ją bolało.
- Co…? – urywam, kiedy unosi palec, aby mnie uciszyć.
Kończy rozmowę i odrzuca telefon na bok. – Weź swoje rzeczy, zabieramy ją na ostry dyżur.
Potakuję bez słowa i biegnę, żeby narzucić na siebie jakieś ubrania. Dresy, jego bluzka Pink Floyda… zbiegam po schodach i spotykam się z nim przy drzwiach. Przypina dziecko do jej fotelika samochodowego. Nie przestała płakać, odkąd zostawiłam ich w pokoju.
- Co się dzieje? – pytam. – Jest chora?
Przytakuje ponuro głową i wychodzi z nią przez drzwi. Trzymam się go blisko i wskakuję na miejsce pasażera.
Przypominam sobie rzeczy, które czytałam o systemie odpornościowym dziecka. Nie powinno się przebywać z nimi przy innych dzieciach, w obcych miejscach. Trzymać je w domu do czasu, aż zbudują przeciwciała na wiele pływających wirusów.
Cholera. On jeszcze bardziej mnie znienawidzi.
- Ma czterdziestostopniową gorączkę. – Siada za kierownicą, odpalając silnik.
- Och.
Spogląda na mnie kątem oka, jak wyjeżdżamy z podjazdu. Co to było? Zirytowanie? Rozczarowanie?
Wiercę się przez całą dziesięciominutową jazdę, rzucając spojrzenia na tylne siedzenie, gdzie jest ona przypięta. Powinnam była usiąść z nią na tyle? Jakie są pieprzone reguły postępowania bycia matką? Gdy podjeżdżamy, wyskakuje z samochodu, zanim mam szansę w ogóle otworzyć swoje drzwi. Fotelik samochodowy zostaje odpięty i Caleb jest w połowie drogi do drzwi ostrego dyżuru, kiedy ja dopiero wygładzam włosy. Wchodzę za nim do środka. Jest przy recepcji pielęgniarek, gdy automatyczne drzwi otwierają mi się z sykiem.
Ona podsuwa mu podkładkę z dokumentacją i mówi mu, żeby ją wypełnił. Wyciągam przed nim rękę i zabieram ją z lady. On nie jest w stanie wypełnić dokumentację. Zanoszę ją do krzesła i biorę się do pracy.
Widzę niepokój na jego twarzy, jak rozmawia z pielęgniarką. Przerywam, żeby mu się przyjrzeć. Rzadkością jest widzenie go w taki sposób – wrażliwego, zamartwiającego się – kąciki jego ust są opuszczone, gdy zgadza się z czymś, co mówi ona i patrzy w fotelik na dziecko. Zerka na mnie i znika za drzwiami ostrego dyżuru razem z pielęgniarką, nawet nie pytając mnie czy chcę iść. Nie jestem pewna co zrobić, więc pytam pielęgniarkę przy biurku czy mogę iść z nimi, podając jej formularze. Patrzy na mnie, jakbym była idiotką.
- Nie jest pani matką?
Matką. Nie jej matką czy matką dziecka – po prostu matką.
Patrzę na jej mocno kręcone włosy i brwi, które potrzebują depilacji.
- Tak, jestem macicą, która nosiła dziecko – warczę. Przechodzę przez drzwi ostrego dyżuru, nie czekając na odpowiedź.
Muszę zerkać do kilku osłoniętych pomieszczeń, zanim ich znajduję. Caleb nie zwraca uwagi na moją obecność. Obserwuje pielęgniarkę podłączającą Estellę do kroplówki, podczas gdy wyjaśnia ona ryzyka odwodnienia.
- Gdzie wsadzą igłę? – pytam, bo jej rączki są wyraźnie za małe.
Posyła mi współczujące spojrzenie, mówiąc nam, że igła kroplówki zostanie wprowadzony do żyły na głowie Estelli. Twarz Caleba blednie. Nie będzie w stanie na to patrzeć, znam go. Prostuję plecy z powagą. Przynajmniej mogę być jakimś pożytkiem. Mogę zostać nią, kiedy będą wykonywali tę procedurę, a Caleb poczeka na zewnątrz. Nie jestem delikatna ani podatna na łzy, lecz gdy to sugeruję, patrzy na mnie chłodno i mówi:
- Tylko dlatego, że czuję się przez to źle, nie oznacza że zostawię ją samą.
Zamknęłam rozchylone usta. Nie mogę uwierzyć, że on to powiedział. Nie zostawiłam jej samej. Była pod opieką profesjonalistów.
Dąsam się na twardym, nieszczęsnym krześle, podczas gdy Estella zawodzi na ostrym dyżurze. Wygląda smętnie i malutko pod piszczącymi maszynami i przewodami, które odchodzą od jej małej główki.
Caleb wygląda jakby był na skraju łez, ale trzyma ją na rękach, uważając, aby nie ruszyć przewodów. Raz jeszcze jestem oszołomiona jego naturalnością. Myślałam, że tak samo będzie dla mnie – że w chwili jak spojrzę na moje dziecko, to będę wiedzieć co robić i poczuję natychmiastowy związek. Przygryzam wargę i zastanawiam się czy powinnam zaoferować się do jej potrzymania.
To jest trochę moja wina, że tutaj jest. Zanim mogę wstać, lekarz odsuwa zasłonę, która oddziela nas od zatłoczonego pomieszczenia ostrego dyżuru. Jest w średnim wieku i łysieje. Przed przywitaniem się z nami, przygląda się podkładce w jego ręce.
- Co my tutaj mamy? – pyta, lekko dotykając głowy Estelli. Caleb wyjaśnia jej objawy, a lekarz słucha, badając ją. Wspomina, że została zabrana do żłobka, a ja posyłam mu nieprzyjemne spojrzenie.
- Jej system odpornościowy potrzebuje czasu na rozwinięcie – mówi, zabierając stetoskop z jej klatki piersiowej. – W mojej opinii ona jest zbyt młoda na żłobek. Zazwyczaj kobiety biorą krótki urlop macierzyński przed wysłaniem dziecka do opieki na pełnym etacie.
Caleb rzuca mi spojrzenie. Kipi. Absolutnie kipi ze złości.
Skupiam się na pudełku lateksowych rękawiczek. Będzie na mnie krzyczał. Nienawidzę kiedy na mnie krzyczy. Na mojej skórze na pewno zrobiły się plamy; widomy znak, że robię w portki ze strachu.
- Przyjmę ją, abyśmy mogli monitorować ją przez czterdzieści osiem godzin. W innym wypadku może się odwodnić. Ktoś powinien przyjść za kilka minut, żeby wziąć ją na pediatrię.
Gdy tylko wychodzi z pomieszczenia, Caleb odwraca się do mnie.
- Idź do domu.
Patrzę na niego z otwartymi ustami.
- Nie używaj na mnie tego swojego przemądrzałego tonu – syczę. – Podczas gdy ty włóczysz się po całym kraju, ja tkwię w domu…
- Nosiłaś tę małą dziewczynkę, Leah, w swoim ciele. – Robi gest rękami, który sprawia, że wygląda jakby trzymał niewidzialną piłkę. Wtedy równie nagle opuszcza ramiona po bokach. – Jak możesz być taka bezduszna?
- Ja… ja nie wiem. – Marszczę czoło. Nigdy tak o tym nie pomyślałam. – Myślałam, że to był chłopak. Czułabym się inaczej, gdyby…
- Dostałaś coś… życie. To jest o wiele ważniejsze niż robienie zakupów i picie z twoimi pieprzonymi przyjaciółeczkami.
Drgam na jego „p” bombę. Caleb rzadko kiedy używa przekleństw.
- Jestem więcej niż tylko tym – mówię. – Wiesz, że tak jest.
Jego następne słowa dźgają moją duszę, rozkładając mnie w najgłębszym bólu jaki kiedykolwiek czułam.
- Chyba wmawiałem sobie, że taka jesteś.
Wstaję gwałtownie, ale kolana mnie zawodzą. Muszę oprzeć się o ścianę. On nigdy nie mówił do mnie w taki sposób.
Zajmuje mi kilka sekund wyduszenie jakichkolwiek słów. – Powiedziałeś, że nigdy mnie nie zranisz.
Jego oczy są oziębłe. – Tak było zanim zadarłaś z moją córką.
Wychodzę, nim mogłabym wybuchnąć.

Czterdzieści osiem godzin później Caleb wraca ze szpitala z dzieckiem. Widziałam go dwa razy, kiedy tam był – dwa razy, żeby przynieść mleko z piersi. Siedzę przy kuchennym stole, czytając magazyn i jem fasolę szparagową prosto z zamrażarki, kiedy wchodzi do domu, trzymając jej fotelik. Ma więcej zarostu na twarzy niż kiedykolwiek widziałam, a jego oczy są ciemne i zmęczone. Zanosi ją do jej pokoju, nie odzywając się do mnie. Spodziewam się, że od razu zejdzie na dół i da mi podsumowanie tego, co powiedział lekarz. Kiedy tego nie robi, idę na górę, zobaczyć gdzie jest. Słyszę lecący prysznic, więc postanawiam zaczekać na łóżku.
Gdy wychodzi z łazienki, ma ręcznik owinięty wokół pasa. Moją pierwszą myślą jest jaki on jest wspaniały. Chcę na niego skoczyć, pomimo tego, co mi powiedział. Zatrzymał zarost. Nawet mi się podoba. Patrzę jak opuszcza ręcznik i zakłada bokserki. Najlepszą rzeczą w Calebie nie jest jego doskonałe ciało, jego półuśmiechy czy jeszcze seksowniejszy głos… tylko jego maniera. Przekomarzanie się, to jak przesuwa paznokciem kciuka po dolnej wardze, kiedy myśli, to jak przygryza język, gdy jest podniecony. To jak zmusza mnie, żebym na niego patrzyła, kiedy mam orgazm. Potrafi rozebrać cię spojrzeniem, sprawia, że czujesz się jakbyś stała przed nim naga. Wiem z doświadczenia, że przyjemnością jest stanie nagą przed Calebem. Myślę o sposobach, które mogłabym użyć – przeprosiny i seks na zgodę… policzek w twarz i gniewny seks. Jestem niezwykle biegła w uwodzeniu go. Prawdopodobnie nie uwierzy w żadne moje przeprosiny. Próbuję czegoś nowego.
- Bardziej się postaram.
Dalej ubiera się bez patrzenia na mnie… dżinsy, koszulka. Nie wiem co robić i po raz pierwszy uświadamiam sobie, że mogłam posunąć się trochę za daleko. Tak dobrze ukrywam swoje prawdziwe ja od Caleba. Staram się spełniać jego oczekiwania. Tym razem przyłapał mnie z majtkami w dole.
- Myślę, że mam depresję poporodową – wypalam.
Patrzy na mnie. Wzdycham z ulgą. Najlepszym sposobem na manipulowanie Calebem jest kłamanie na temat stanu zdrowia. Sam przeżył amnezję wywołaną wstrząsem i stresem. Jeżeli ktokolwiek mógł zrozumieć niewygodny stan zdrowia, to powinien być to on.
- Pójdę… pójdę z tym do lekarza. Jestem pewna, że on mi coś zaleci… - milknę.
Widzę jego profil w lustrze. Jego jabłko Adama podskakuje, kiedy przełyka ślinę i opiera czoło o kciuka.
- Muszę przeprowadzić rozmowę z nianią – mówi. – Później o tym pogadamy.
Wychodzi z pokoju, nie oglądając się za siebie.

Nie zamierzam się ukrywać, kiedy Caleb będzie przeprowadzał rozmowę z potencjalną niańką Estelli. Ubieram się w rumiany strój od Chanel i siadam w salonie, żeby poczekać. Ktoś, do kogo zadzwonił Caleb tamtej nocy, przychodzi z kandydatem na nianię i chcę zobaczyć, z kim rozmawiał tak poufale. Zastanawiam się czy ta osoba była częścią jego życia, gdy miał amnezję. Jest jeszcze wiele rzeczy, których nie wiem o tym okresie jego życia i ciągle rozmyślam nad tym co zrobił bez mojej kontroli.
Dzwoni dzwonek do drzwi. Podnoszę się, wygładzając spódnicę. Caleb przygląda mi się podejrzliwie, przechodząc przez hol. Słyszę jak wita się z nimi ciepło i kilka sekund później pojawia się za rogiem. Pierwszego widzę mężczyznę. Jest niższy od Caleba i krępy. Jest uderzająco podobny do Dermota Mulroney’a – gdyby Dermot miał kozią bródkę, kudłate włosy i ubrany był jak flejtuch. Spoglądam na jego spodnie i bluzkę zapinaną na guziki. Ma jedne z tych wstrętnych tatuaży na ramionach – które wyzierają spod jego mankietów. Od razu go nie lubię. Niestety to on prawdopodobnie jest właścicielem agencji. Powinien przynajmniej wyprasować swoje ubrania.
Dziewczyna idącą za nim zdobywa moją uszczypliwą aprobatę. Jest małą blondynką z ładną owalną twarzą. Wygląda dosyć niewinnie, poza tym że ma mocno zakreślone, prowokujące oczy. W przeciwieństwie do jej niechlujnego pracodawcy, ma na sobie najnowszy, szarozielony kostium Dolce z dokładnie taką samą parą Louboutins, które mam w swojej szafie. W jaki sposób niania może pozwolić sobie na zakup takich drogich ubrań? A wtedy zdaję sobie sprawę, że prawdopodobnie ma jeden ładny kostium, który trzyma na rozmowy, żeby zrobić wrażenie na potencjalnych pracodawcach. Nie pozwolę jej mieć takiego makijażu przy Estelli. Nie chcę, żeby sąsiedzi pomyśleli, że mam nianię z usług towarzyskich. A poza tym w moim domu muszę być najpiękniejszą kobietą. Zapisuję sobie w głowie, aby powiedzieć jej, że jej uniform ma składać się ze spodni khaki i białej koszulki polo, po czym uśmiecham się do nich uprzejmie.
- Leah – odzywa się szorstko Caleb. – To jest Cammie Chase. – Niańka uśmiecha się – jednym z tych zadowolonych, wykrzywionych uśmiechów, gdzie przechyla się jeden kącik ust. Do niej także nie czuję sympatii.
- A to jest Sam Foster.
Sam wyciąga do mnie rękę.
- Jak się masz? – pyta powoli, utrzymując ze mną niekomfortowy kontakt wzrokowy. Zauważam, że jego ręce są szorstkie; nie jestem do tego przyzwyczajona. Mężczyźni obracający się w moich kręgach mają gładką skórę biznesmena, ich jedyną pracą jest stukanie w klawiaturę. Jego ręka zostaje w mojej i to ja pierwsza muszę się odsunąć.
Oferuję im coś do picia. Sam odmawia, lecz Cammie uśmiecha się do mnie śmiało i prosi o Perrier. Patrzę od jej pracodawcy na nią i zastanawiam się czy zrobi jej wyrzuty za taką niegrzeczną prośbę, ale on rozmawia z Calebem i nic nie dostrzega. Postanawiam udawać miłą. I tak nie dam jej tej roboty, więc czemu nie można odesłać jej z kilkoma łykami Perriera.
Udaję się do kuchni i wracam z tacą, niosąc zieloną butelkę wody gazowanej, szklankę i dwa piwa z lodówki – jedno dla Caleba, a drugie dla Sama – chociaż odmówił napoju. Patrzą na mnie, jak stawiam ją na stole.
Gdy tylko zajmuję miejsce, Cammie spogląda na mnie wyczekująco i pyta: - Masz limonkę?
Wymaga ode mnie całej kontroli, żebym nie otworzyła szeroko ust. Z pewnością tym razem Sam coś powie. Ale uśmiecha się do mnie uprzejmie i ignoruje dziwaczną prośbę małej czarownicy.
- Mamy trochę w szufladzie lodówki – naciska Caleb. Piorunuję go wzrokiem za zachęcanie takiego zachowania od potencjalnej pomocy i wstaję, żeby po nią iść.
Kiedy powracam ze schludnie pokrojoną limonką, Cammie bierze ją ode mnie bez chociażby podziękowania.
Siadam nadąsana, nawet nie zmuszając się do uśmiechu.
- A więc… - mówię, odwracając ciało od Cammie i skierowuję uwagę na Sama. – Skąd znasz mojego męża?
Sam wygląda na zdezorientowanego. Marszczy brwi i przesuwa spojrzeniem od Caleba do mnie.
- Nie znam – odpowiada. – Spotykamy się po raz pierwszy.
Mrugam ze skonsternowaniem.
Caleb, który jest wygodnie ułożony dwuosobowej kanapie jakby odwiedzał starych znajomych, uśmiecha się do mnie porozumiewawczo. Znam ten uśmiech. Jest rozbawiony moim kosztem.
Spoglądam na ich twarze i wolno składam razem kawałki obrazku. Śmiałość Cammie, drogie ubranie…
Staram się nie pokazywać szoku, gdy nagle wszystko ma sens. Nie przeprowadzamy rozmowy z Cammie na stanowisko niani Estelli – przeprowadzamy rozmowę z Samem!
Widzę na ich twarzach, że wiedzą o moim błędzie. Żenujące. Mała blond suka, którą widzę teraz w nowym świetle, gdy wiem, że ma własną firmę, uśmiecha się, po raz pierwszy pokazując zęby. Wyraźnie jest zachwycona moją omyłką. Sam wygląda na nieco bardziej speszonego. Uprzejmie odwraca ode mnie wzrok, a ja odchrząkuję.
- Przypuszczam, że wszystko pomyliłam – mówię wspaniałomyślnie, chociaż wewnątrz gotuję się ze złości.
Następuje wspólny śmiech – najgłośniej śmieje się Cammie – a wtedy Caleb odwraca się do Sama.
- Opowiedz mi o swoim doświadczeniu – mówi.
Sam staje na wysokości zadania, wymieniając doświadczenie w opiece nad dziećmi. Posiada stopień magistra w psychologii dziecięcej z Uniwersytetu w Seattle. Praktykował klinicznie przez dwa lata, po czym postanowił, że nie lubi polityki bycia doradcą – że było to dla niego zimne i bezduszne. Zdecydował się przeprowadzić gdzieś do słońca – na Południową Florydę – i zdobyć stopień w muzyce, którą planował wykorzystać, kiedy otworzy ośrodek integracyjny dla maltretowanych dzieci.
- Muzyka leczy ludzi – mówi. – Widziałem co może zrobić z załamanym dzieckiem i chcę włączyć ją do ośrodka, ale najpierw muszę mieć w tym stopień naukowy.
- Więc – odzywam się bardziej sceptycznie niż chciałam. – Spędziłeś siedem lat zdobywając stopień magistra, a teraz chcesz być nianią?
Caleb odchrząkuje i ściąga ramiona z oparcia kanapy, gdzie leżały. – Leah chodzi o to, że dlaczego nie będziesz praktykował na pół etatu, w tym czasie kończąc stopień? Dlaczego być nianią, kiedy korzyść finansowa nie jest taka wielka?
Unoszę nos, czekając na jego odpowiedź.
Sam śmieje się nerwowo, odsuwając włosy z twarzy.
- Właściwie, to bycie doradcą nie bardzo zapełnia ci kieszenie, jeśli wiesz o co mi chodzi. Robiłem dla powodów innych niż pieniądze. I nie jestem tani, jako opieka dla dziecka – odpowiada szczerze. – Zauważcie, że siedzę w waszym salonie, co jest znaczącym dla średnio-klasowej Ameryki.
Kręcę nosem na jego wzmiankę o naszych pieniądzach. Zostałam nauczona, że słowne wytykanie rzeczy było złymi manierami.
- Mam córkę – dodaje. – Rozstaliśmy się z jej matką dwa lata temu, ale można powiedzieć, że dobrze znam się na opiece nad dziećmi.
- Gdzie jest twoja córka? – pytam.
Caleb rzuca mi ostrzegawcze spojrzenie, ale ignoruję go. Nie chcę, żeby jakieś dzikie dziecko biegało po moim domu w dni, kiedy będzie się nią opiekował. A poza tym, może zarazić niemowlę jakąś chorobą. Tego nie mogę wspomnieć po mojej ostatniej eskapadzie.
- Jest w Puerto Rico z jej matką – mówi.
Wyobrażam sobie pięknie egzotyczną latynoską kobietę, która dzieliła jego dom, ale nie nazwisko. Ich córka prawdopodobnie ma włosy matki i jasne oczy ojca.
- Jej matka wróciła ci tam, kiedy się rozstaliśmy. Między innymi dlatego wybrałem przyjechanie na Florydę – żebym w weekendy mógł polecieć zobaczyć się z nią. – Zastanawiam się co za kobieta zabiera dziecko tak wiele kilometrów od jej ojca, zwłaszcza kiedy może go wykorzystać w weekendy jako niańkę.
- Sam – odzywa się w końcu Cammie – jest moim kuzynem. Obiecałam mu moją najlepszą pracę i gdy zadzwonił Caleb wiedziałam, że będzie to doskonała okazja.
- A skąd znasz Caleba? – pytam, nareszcie mając możliwość na zadanie pytania, które toczyło się po mojej głowie.
Po raz pierwszy Cammie wygląda, jakby nie była pewna co odpowiedzieć. Spogląda na Caleba, który uśmiecha się do mnie pobłażliwie.
- Chodziliśmy razem do college’u – odpowiada prosto. – I szczerze mówiąc, Sam, jeżeli Cammie cię poleca – rodzina czy nie – wierzę, że jesteś najlepszy. – Puszcza oko do Cammie, która unosi brwi, uśmiechając się.
Pobudza się alarm w mojej głowie. Caleb był mistrzowskim graczem koszykówki w college’u. Przespał się z całym składem cheerleaderek, a potem poznał tę dewastującą wszystko sukę Olivię. Zmrużam oczy na Cammie. Czy ona zna Olivię? Czy rywalizowały o mojego męża? Moje pytania są pozostawione bez odpowiedzi, jak pieniądze stają się tematem rozmowy.
Do połowy słucham Caleba oferującego Samowi sowitą pensję, którą akceptuje i zanim mogę zaprotestować, że wolałabym tradycjonalną żeńską niańkę – najlepiej taką z dużym tyłkiem i wielką brodawką na twarzy – Caleb już stoi i ściska rękę Sama.
Jest postanowione. Sam będzie zajmował się Estellą pięć dni w tygodniu, z wolnymi wieczorami, żeby chodzić na zajęcia. Zaczyna od jutra, ponieważ Caleb wyjeżdża za dwa dni w kolejną podróż służbową i przed wyjazdem chce się upewnić, że Sam będzie o wszystkim wiedział. Co jest kodem na: Moja żona nie wie, co robi i muszę cię nauczyć jak przymusić ją do używania odciągacza pokarmu.
Wzdycham pokonana i siedzę w miejscu, kiedy Caleb odprowadza ich do drzwi.

No cóż, wyszło na moje – tak jakby.