28.1.14

Dirty Red - rozdział 12

Przeszłość

Moja siostra była taka piękna, że patrzenie na nią kłuło w oczy – a Bóg wiedział, że przez wiele lat jej się przyglądałam. Była ode mnie młodsza. Tylko o rok, ale jednak. Trochę niezręcznie było wielbić młodszą siostrzyczkę. Trudno było tego nie robić, skoro w chwili, kiedy wchodziło do pokoju, wędrowało do niej każde spojrzenie, jakby z jej porów wypływała jakaś eteryczna magia. Przez długi czas wierzyłam, że kiedy dobiegnę do pewnego wieku, to też będę miała ten magiczny sok – nie ma mowy. Przypominałam niedożywioną, naćpaną dziwkę z aparatem na zębach i tenisówkami za tysiąc dwieście dolarów. Courtney sprawiała, że chciałam umrzeć – zwłaszcza, kiedy umawiała się ze wszystkimi chłopcami, którzy mi się podobali, a potem ich porzucała. Nigdy nie potrafiłam się na nią złościć. Byłyśmy drużyną – Court i Jo – dopóki Jo nie zechciała zostać Leah, a wtedy były Court i Lee. Pomimo naszej bliskości, kiedy dorastałyśmy nie można była zaprzeczyć dołowi, którą tworzyły nasze różnice. Nasza przyjaźń osłabła na rok w gimnazjum. Zostawiła mnie dla cheerleaderek. Obserwowałam jak zdobywała nowych przyjaciół z mojego miejsca na trybunie, wyciągając chleb z aparatu i próbując rozgryźć, dlaczego nie pojawiły się jeszcze moje piersi.
Nie jestem ani trochę podobna do reszty rodziny. Każde z nich, z wyjątkiem mojej matki, ma kruczoczarne włosy. Dopasować to do popisowej oliwkowej skóry Smithów i zielonych oczów i wyglądają jak armia pięknych Greków. Ja urodziłam się czerwona: moja skóra, włosy i gorące, kapryśne nastawienie. Matka opowiadała mi, że płakałam przez tydzień po tym jak przywieźli mnie do domu. Powiedziała, że straciłam głos i słychać było tylko wydobywające się ze mnie powietrze, jak robiłam krzyczące miny.
Nasza matka zachęcała Courtney do robienia wszystkich typowo dziewczęcych rzeczy – cheerleadowania, modelingu i kradnięcia chłopaków innych dziewczyn. Mnie, z drugiej strony, zachęcano do diety, zwłaszcza podczas ostatniej klasy gimnazjum. Byłam trochę pucołowata. Zaczęłam zajadać swoje uczucia, kiedy odkryłam chłopców, odrzucenie i mini batoniki. W ciągu kilku miesięcy zmieniłam się z niedożywionej na pulchną.
- Poważnie będziesz tego żałować – powiedziała matka, znajdując mój schowek. Schowałam tuzin różnorodnych pudełek w starym pudełku po popcornie w spiżarni. – Masz już rude włosy, teraz chcesz dodać kilogramy dodatkowego ciała? – Żeby podkreślić jej zdanie, chwyciła garść tłuszczu na mojej talii i uszczypnęła go tak, że krzyknęłam. Potrząsnęła głową. – Jesteś beznadziejna, Johanno. – A potem wyrzuciła wszystkie moje batoniki do kosza.
Przygryzłam wargę, powstrzymując się przed płaczem. Kiedy zobaczyła, że walczę ze łzami, trochę złagodniała. Może i ona kiedyś była pulchna, pomyślałam z nadzieją.
- Proszę. – Otworzyła lodówkę i przycisnęła mi do piersi torebkę mrożonego groszku. – Kiedy zechcesz objadać się pierdołami, zjedź to. Pomyśl o tym, jak o zimnym smakołyku… jak lody. – Gdy wyglądałam na pełną wątpliwości, złapała mnie za brodę i zmusiła mnie do spojrzenia na nią. – Lubisz chłopców?
Potaknęłam.
- Nie dostaniesz ich, jeżeli będziesz jadła batoniki, zaufaj mi. Jeszcze nikt nie poderwał chłopaka z okruszkami słodyczy na twarzy.
Zaniosłam torebkę mrożonego groszku do mojego pokoju i usiadłam po turecku na podłodze. Wpatrując się w plakat Jonathana Taylora Thomasa, zjadłam całą torebkę, groszek po groszku.
Byłam trochę frajerowata. Lubiłam chłopców, ale lubiłam również matematykę i nauki ścisłe. Ale matematyka i nauki ścisłe nie poświęcały ci uwagi. Była to jednostronna, sucha miłość. Chciałam, żeby ludzie patrzyli na mnie tak jak na Court. Przewróciłam się na plecy, przeżuwając groszek. Nawet je lubiłam.
Następnego dnia poprosiłam Court, żeby przedstawiła mnie jej przyjaciółkom.
- Śmiejesz się z cheerleaderek – powiedziała.
- Już nie będę. Chcę, żeby ludzie mnie lubili.
Skinęła głową. – Polubią, Lee. Ja cię lubię.

Court zaprosiła mnie na pidżama party ze wszystkimi jej rozchichotanymi przyjaciółkami. Pomimo jej gwarancji, jej przyjaciółki mnie nie polubiły. Były trzynastoletnimi sukami, opętane opiniami ich matek. Prawie każde zdanie kończyły słowami skarbie albo świetnie. Nie chciałam być taka jak te dziewczyny. Nie chciałam być jak moja matka. Kiedy jedna z nich zapytała dlaczego koleguję się z kujonami matematycznymi, pękłam.
- Mówią o bardziej interesujących rzeczach niż wy.
Dziewczyna – Britney – spojrzała na mnie, jakbym była czymś wstrętnym. Przekrzywiła głowę na bok i uśmiechnęła się do mnie. Widziałam niemal jak jej matka ubrana w sweterek robi to samo. – To lesbijka – ogłosiła całemu pokojowi. Reszta dziewczyn potaknęła, jakby było to dopuszczalne wyjaśnienie mojej dziwności.
Mina Court zrzedła. Wyglądała jakby była bardzo mną rozczarowana.
- Nie jestem lesbijka – powiedziałam. Ale mój głos był słaby, nieprzekonujący. Dziewczyny uwierzyły już w słowo Britney. Nie patrzyły mi w oczy.
Przyjrzałam się ich głupim, wylakierowanym, upstrzonymi różem głowom i powiedziałam głośno. – Pieprzcie się! – Po czym wypadłam z pokoju. Czułam się trochę winna za rzucenie cienia na życie towarzyskie Court. Poradzi sobie. Była zbyt ładna, żeby tak się nie stało. Kiedy wróciła do domu, wpadła do mojego pokoju i skrzyżowała ramiona na piersiach.
- Czemu to zrobiłaś? – zapytała. – Prosisz mnie o pomoc, a potem zachowujesz się jak idiotka przed moimi przyjaciółkami.
Pokręciłam głową. Żartowała sobie?
- Court, to one. O czym ty gadasz?
- Przez ciebie wyglądam bardzo źle, Leah! Jesteś taka samolubna. Mam dosyć twoich fochów.
Odwróciła się, żeby odejść, ale wstałam i chwyciłam ją za ramię. Nie mogłam uwierzyć, że to mówiła. Tak jakby one powoli skradały kawałki jej mózgu i zastępowały je takimi z mniejszą funkcjonalnością.
- To nie fair! Jesteś moją siostrą. Jak możesz brać ich stronę? Britney wszystkich okłamała. Wiesz, że nie jestem lesbijką.
Courtney wyrwała ramię. – Nie wiem tego.
Otworzyłam i zamknęłam w szoku usta. Moja siostra – moja Courtney nigdy tak się do mnie nie odezwała. Nigdy nie brała przeciwko mnie. Czułam się jakby ktoś wypalał dziurę w mojej klatce piersiowej, tak bardzo to bolało.
- Wszystko mi rujnujesz – powiedziała w końcu. – One są moimi przyjaciółkami. Ty jesteś moją siostrą. Przejmuję się, kiedy mówią o tobie różne rzeczy. Proszę tylko, żebyś zostawiła to w spokoju i nie była już wredna. Utrudniasz mi wszystko.
Przełknęłam moją odpowiedź i skinęłam głową. Mogłam to dla niej zrobić.

Po tamtym dniu nigdy nie rozmawiałyśmy o tym, co się stało, ale przez długi czas dziwnie zachowywała się wobec mnie. Jej przyjaciółki zawsze prychały, kiedy mijały mnie na korytarzu naszej prywatnej szkoły. Rozpowiadały również plotki – powiedziały ludziom, że przyłapały mnie na masturbowaniu się na pidżama party. A Court nigdy nie powiedziała słowa w mojej obronie. Ja nigdy nie powiedziałam słowa w mojej obronie. Zastanawiałam się czy ona im wierzyła.
W ciągu paru tygodni byłam lesbijką dla każdego popularnego dzieciaka w siódmej i ósmej klasie. Gdy plotki w końcu dotarły do moich rodziców, w wakacje wysłali mnie na katolicki obóz. Uwielbiałam go. Poznałam syna pastora i straciłam dziewictwo w krzakach za wspólną łazienką. Wróciłam do domu z potwierdzonym smakiem na mężczyzn. Oczywiście nie powstrzymało to plotek o lesbijce, kiedy szkoła znowu się zaczęła. Britney osobiście zajęła się poinformowaniem każdej dziewczyny w jej klasie i mojej, że nie powinny rozbierać się przy mnie w szatni. Chłopcy szturchali się łokciami na korytarzach, podśmiewając się i robiąc komentarze, kiedy przechodziłam obok. To było okropne. Bolesne. Courtney ich nie poprawiała – to było najgorsze. Nasza więź wystrzępiła się i pękła, wszystko to pod okrutnymi paluszkami Władców Liceum. Poniekąd przyzwyczaiłam się do tego, tak jak przyzwyczaiłam się  podejścia moich rodziców do mnie, czyli „daję ci wolną rękę”.
Trzymałam głowę w dole, umawiałam się z chłopcami w klubie matematycznym, którzy wytrzymywali ze mną psychicznie i nigdy nie przestali spiskować przeciwko Britney i jej lokajom. Zmieniłam się tamtego roku i nikt tego nie dostrzegł. Byli zbyt zajęci bojkotowaniem mnie, żeby zauważyć, że pojawiły się u mnie miseczki C. Nauczyłam się jak używać suszarki i makijażu. Straciłam dziecięcą pulchność.

Tego samego roku moja siostra i Britney zakochały się w chłopaku o imieniu Paul. Obie go pragnęły. Żeby uratować ich przyjaźń, obie dziewczyny wyrzekły się go w emocjonalnym uścisku, zapewniając, że nic – zwłaszcza facet – nie może wejść między ich przyjaźń. Britney wytrzymała rok zanim się z nim przespała. Moja siostra była zdruzgotana. Nie lubiłam widzieć płaczącej Courtney. A robiła to przez dwa tygodnie. Pewnego dnia nawet przyłapałam ją na trzymaniu w łazience butelki tabletek nasennych.
- Nie dla chłopaka, Courtney – powiedziałam, wyrywając butelkę z jej palców. – Poważnie, kiedy zrobiłaś się taka słaba?
Wypłakiwała ciche łzy, wpatrując się we mnie podbitymi oczami. Wtedy zdałam sobie sprawę, że prawdopodobnie zawsze była słaba. Stawiała się naszym rodzicom, kiedy chodziło o mnie, ponieważ oni ją faworyzowali. Nie był to akt odwagi, żeby przeciwstawiać się twoim rodzicom, kiedy nigdy nie podnieśli na ciebie głosu. Odprowadziłam ją do jej sypialni i położyłam do łóżka. Potem położyłam się obok niej, żebym mogła ją obserwować.

Następnego dnia osaczyłam Britney przy jej szafce. Była oficjalnie dziewczyną Paula, a kiedy zerwała więź z moją siostrą, nie musiałam już trzymać buzi na kłódkę.
- Jesteś bezwartościową zdzirą, wiesz o tym? – Szturchnęłam ją w obojczyk, podkreślając swoje zdanie.
Paul czekał na nią kilka metrów dalej.
Britney spiorunowała mnie wzrokiem, odsuwając moją rękę.
- Fuu! Nie dotykaj mnie, lesbo – warknęła. Zignorowałam ją, odwracając uwagę na Paula. Wszystko to zaplanowałam. Paul uśmiechał się lekko. Mogłam dostrzec słowa walka babek tworzące się w jego miniaturowym, słabo rozwiniętym móżdżku. Zebrało się wokół nas paru ludzi, żeby zobaczyć, co się dzieje.
- A ty – powiedziałam, patrząc na Paula. – Będziesz tego potrzebował… - Rzuciłam mu prezerwatywę. Odbiła się od jego torsu i wylądowała pomiędzy jego Nike’ami. Spojrzał na mnie, a potem na czerwony kwadracik przy jego stopach. – Ona ma opryszczki, dupku.
Wyraz jego twarzy był warty każdego lesbijskiego komentarza, które wypowiedziała Britney przez dwa ostatnie lata. Zanim odeszłam, zerknęłam na Britney. Jej twarz była pobladła. Nie miałam wiedzieć o opryszczkach. Ściany w moim domu były cienkie, a ona spała u mojej siostry o jedną noc za wiele.

Zrujnowanie reputacji Britney tak jak ona zrujnowała moją było toporem, którego potrzebowałam, aby poluzować moje kajdany. Zaczęło się od Britney, ale wkrótce spałam z chłopakami wszystkich dziewczyn. Podobało mi się to, jak łatwo potrafiłam sprawić, żeby podążali za mną faceci, wymachując im seksem przed twarzą. Podobało mi się to, jak ich dziewczyny przychodziły do szkoły z czerwonymi, opuchniętymi oczami od płaczu, kiedy dowiedziały się, że ich chłopaki je zdradzali.

Nie dołączyłam do popularnych dziewczyn tak jak moja siostra; ja je przewyższałam. Wysoko leciałam i nie zamierzałam przestawać.

30.12.13

Dirty Red - rozdział 11

Teraźniejszość

Podskakuję, słysząc samochód Caleba na podjeździe. Byliśmy razem od ponad pięciu lat, ale nadal mam motylki w brzuchu, ilekroć wchodzi do pokoju. Staram się nie wyglądać na będącą w potrzebie, ale kiedy jego klucz przekręca się w zamku i wchodzi do środka, rzucam się na niego. Potrzebuję, żeby mi wybaczył. Byłam w wiecznym zmierzchu odkąd przestał uśmiechać się do mnie.
Zaskakuję go, śmieje się, jak mój ciężar popycha go na ścianę. Oplatam go nogami w pasie i przyciskam nos do jego nosa. Chcę obcałowywać się z nim tak jak robiliśmy to, gdy się poznaliśmy, ale pierwszą rzeczą, która mówi jest… - Gdzie Stella?
Uśmiech opuszcza moją twarz. Nie cierpię tego. Skąd mam to wiedzieć?
Wzdycham i zsuwam się z jego ciała, rozczarowana. – Zapewne z tamtym kolesiem.
Caleb mruży na mnie oczy; jego usta są prostą linią.
- W ogóle spędziłaś z nią dzisiaj czas?
- Tak – warczę. – Nakarmiłam ją rano, bo męska niańka się spóźnił.
Mięśnie w jego szczęce drgają, jak zaciska zęby. One drgają. Ja się krzywię.
Drganie… skrzywienie… drganie… skrzywienie.
Czuję się samolubnie wściekła. Nie było to niezwykłe dla matek aby polegały na niańkach w opiekowaniu się dziećmi. W moich kręgach było to idealnie normalne. Czemu on zawsze musi sprawiać, że czuję się gorsza?
Podwijam górną wargę na zębach. – Uważasz, że Olivia byłaby lepszą matką ode mnie?
Przez chwilę w jego oczach błyska nieskrywany gniew. Odwraca się, obraca z powrotem do mnie, po czym znowu się odwraca, jakby nie wiedział czy stanąć twarzą w twarz z faktem, że wypowiedziałam jej imię.
Chcę kłótni. Za każdym razem gdy patrzy na mnie, jakbym była olbrzymim rozczarowaniem, moje myśli pędzą do Olivii. To dla mnie jak zmienianie biegów; uruchamiają to rozczarowane oczy Caleba. Nagle jestem w tym magicznym miejscu, gdzie zwalniam sprzęgło, dociskam pedał gazu i mój umysł pędzi do Olivii. Pieprzyć. Tę. Sukę. Jaką ona ma nad nim moc? Chcę do niego podbiec, walnąć go pięściami w tors za ciągłe porównywanie mnie w myślach do niej. Albo może to ja porównuję się do niej w myślach? Boże, życie jest takie zagmatwane.
Wtedy Sam wchodzi do pokoju z dzieckiem. Wściekłość na twarzy Caleba znika i niespodziewanie wygląda, jakby chciał się rozpłakać. Znam tę minę; czuje ulgę – czuje ulgę, że ma coś innego ode mnie. Odwracam się, kierując do drzwi.
- Gdzie się wybierasz? – pyta Caleb.
- Dzisiaj spędzam czas z Samem – mówię. Unikam twarzy Sama i biorę moją torebkę.
- Chodźmy, Samuel – warczę. Widzę jak ukrywa uśmiech, posłusznie pochylając głowę i podchodzi do mnie. Wychodzę z domu i schodzę po schodach, zanim Caleb może cokolwiek powiedzieć. Słyszę jak rozmawiają krótko za mną, ale jestem w połowie drogi do samochodu Sama i postanawiam, że zatrzymanie się do podsłuchania zniszczy moją wiarygodność. Caleb zapewne ostrzega go przed moją skłonnością do wojowniczości, kiedy jestem pijana. Sam podbiega minutę później. Bez słowa otwiera mi drzwi od strony pasażera, a ja wsiadam do środka. Ma dżipa, taki typ, który nie ma dachu ani prawdziwych okien. Usadawiam się na siedzeniu i patrzę się prosto przed siebie. Zniszczę Olivię. Znajdę ją i stłukę ją na kwaśne jabłko za zrujnowanie mojego życia.
- Gdzie zmierzamy? – pyta Sam, wyjeżdżając z podjazdu.
- Zadzwoń do tej swojej zdzirowatej kuzynki – odpowiadam. – Jedziemy tam, gdzie jest ona.
Unosi brwi, ale nie robi ruchu do swojej komórki.
- Jest dzisiaj u Matki Gothel – wyjaśnia. – Byłaś tam kiedyś?
Potrząsam głową.
- Świetnie. To miejsca dla ciebie. – Wjeżdża dżipem w ruch uliczny, a ja podtrzymuję się drzwi. To będzie długa jazda.

Matka Gothel nie jest miejscem dla mnie. Oświadczam to głośno, jak wchodzimy do środka. Bramkarz z paroma kolczykami na twarzy sprawdza nasze dowody. Przygląda mi się w sposób, który sprawia, że swędzi mnie skóra i łapię Sama za ramię.
- Co to jest za miejsce, u licha? – szepczę, gdy wchodzimy do pomieszczenia oświetlonego jaskrawoniebieskimi światłami.
- Bar fajek wodnych – mówi. Podnosi brwi. – Emo bar fajek wodnych.
Marszczę nos. – Czemu tutaj przyszła? – Wyobrażałam sobie wszystkie luksusowe bary na Mizner Avenue, rzut beretem od tej przygnębiającej dziury.
- Przechodzi przez fazy – odpowiada, kiwając głową barmanowi. – W zeszłym miesiącu były herbaciarnie.
Zamawia dwa martini. Gdy biorę swoje, zastanawiam się skąd wiedział, że je piję?
- Nie palniesz mi kazania na temat alkoholizowania mleka z piersi? – pytam ponad brzegiem szklanki. Jęczy i próbuje mi ją zabrać.
- Cholera, zapomniałem – mówi. – Trudno zapamiętać, że taka zimna jędza jak ty jest matką.
Burczę, trzymając szklankę poza jego zasięgiem. Trafione.
Zmierzamy do stolika, wokół którego skupiona jest mała grupka ludzi. Dostrzegam blond głowę Cammie podskakująco z ożywieniem, jak opowiada historię. Kiedy zauważa Sama na jej twarzy pojawia się uśmiech… aż widzi i mnie. Mruga szybko, jakby próbowała wyrzucić mnie z jej wizji. Uśmiecham się słodko, kierując w jej stronę. Ta suka ma informację o Olivii. Czuję to. Pochylam się, żeby ucałować jej policzek. Lubię witać się po europejsku.
- Sam – odzywa się z napięciem – nie wiedziałam, że przyprowadzisz… gościa. – Przekrzywia głowę tak jak robią to tylko piękności z Południa. Rozpoznaję jej akcent z Teksasu.
- Pierwsze wyjście od porodu? – pyta mnie.
Sam burczy za mną. Obracam się, posyłając mu ostrzegawcze spojrzenie i odwracam z powrotem do Cammie.
- Jasne – odpowiadam. – Sam był wystarczająco miły, żeby pozwolić mi przyjść ze sobą. Fajny bar! – Rozglądam się z udawanym zainteresowaniem. Kiedy wracam do niej spojrzeniem, kończy wywracać oczami.
Wskazuje na dwa wolne krzesła. Biorę te najbliższe niej, a Sam siada obok mnie. Przedstawia wszystkich przy stole. Grupka składa się z dwóch pełnomocników, zawodowego deskorolkarza, który ciągle rzuca spojrzenia na odkryty dekolt Cammie i pary wytatuowanych lesbijek z tuzinem kolczyków.
Przez następną godzinę słucham jak paplają o najbardziej monotonnych tematach na świecie. Bawię się włosami i staram się nie ziewać. Sam patrzy na mnie z rozbawieniem, wciągając się w ich rozmowy. Dwa razy bierze mnie z zaskoczenia, pytając o opinię o politykach.
- Naprawdę, Sam – warczę w końcu, kiedy nikt nie słucha. – Możesz przestać?
Uśmiecha się szeroko. – Jedynie staram się być przyjazny.
Skąd ktoś z tak wieloma tatuażami wie o polityce? Czy jestem stereotypowa? Szkoda. Pochylam się do jego ucha, żeby mnie usłyszał. Cammie marszczy brwi.
On jest gejem! Chcę do niej krzyknąć. A nawet gdyby nie był, poważnie, ja nie umawiam się z niechlujnymi facetami.
- Dam ci sto dolców, jeśli zabierzesz stąd wszystkich, żebym mogła porozmawiać sam na sam z twoją zdzirowatą kuzyneczką.
Sam wstaje i klaszcze w dłonie. – Kupię wszystkim drinka, poza Cammie.
Cammie wywraca oczami, ale zostaje w miejscu. Wszyscy inni idą za Samem do baru, śmiejąc się i klepiąc się po plecach.
Patrzy na mnie wyczekująco, jakby wiedziała o moim planie.
Przysięgam, że ta suka i ja mówimy tym samym językiem… w innych akcentach.
- Olivia Kaspen – mówię. Jej twarz niczego nie pokazuję. – Znasz ją?
Jej usta podnoszą się w uśmiechu i raz kiwa głową, przyznając, że ją zna. Czuję palący żar zaczynający się w klatce piersiowej i rozkładający się w reszcie ciała. Emocjonalne fajerwerki. Wiedziałam! Oblizuję usta i wyciągam papierosa z torebki.
- Stąd znasz Caleba – mówię. Potakuje, a na jej ustach wciąż tkwi ten okropny uśmiech. Zaciągam się papierosem, patrząc na nią spod rzęs.
- Dlaczego on ją kocha? – Po raz pierwszy wyraziłam słowami te pytanie, chociaż rozmyślałam nad nim Bóg wie jak wiele lat. Olivia była atrakcyjna – jeżeli interesowało się zdzirami. Miała za dużo włosów i szeroko rozstawione oczy, ale byłam w jej towarzystwie wystarczająco dużo czasu podczas mojej rozprawy, żeby wiedzieć jak reagowali na nią mężczyźni. Była powściągliwa, chłodna. To było tajemnicze. Przeklęci mężczyźni i ich przeklęte tajemnice. Nigdy nie widziałam, aby się uśmiechała. Ani razu. Trudno było uwierzyć, że ktoś tak żywy i ciepły jak Caleb mógł żywić uczucia do emocjonalnej cnotki.
Cammie przygląda mi się, starając się postanowić jak bardzo chce odpowiedzieć. Zastanawiam się jak dobrze zna Olivię. Nigdy nie przyszło mi to do głowy, aż do teraz, że może być z nią w dobrej przyjaźni.
Ostatecznie odchrząkuje. – Cóż, jest taką samą suką jak ty. Caleba zawsze ciągnęło do typu Cruelli De Ville. Ale jeżeli chcesz szczerej odpowiedzi… - milknie. Zespół wchodzi na scenę i zaczyna robić się głośno. Pochylam się, głodna odpowiedzi.
- Oni iskrzą – mówi. Odsuwam się gwałtownie. Co to znaczy, do diabła? – Kiedy są razem, to tak jakby wprowadzić do tego samego pokoju huragan i tornado – czuje się napięcie. Dopóki nie zobaczyłam ich razem, nie wierzyłam w frazes bratnich dusz.
Dosyć usłyszałam. Jest mi niedobrze. Rozglądam się, szukając mojego kierowcy i nigdzie go nie widzę, ale Cammie nie skończyła.
- Wiem, że celowo zaszłaś w ciążę – mówi, wyciągając papierosa z moich palców i zaciąga się. Mrugam na nią, zbyt zaintrygowana, żeby się kłócić. Skąd mogłaby to wiedzieć?
- Teraz masz faceta… i dziecko. Wygrałaś. Więc dlaczego pytasz o Olivię?
Rozważam kłamstwo, powiedzenie jej, iż upewniam się, że zniknęła na dobre albo jakąś taką bzdurę.
Cammie uśmiecha się z wyższością. – Chcesz wiedzieć dlaczego on ją kocha, Leah? – Wyolbrzymia ah w moim imieniu. Wzdrygam się.
Co za suka.
Potrząsam głową, ale mała blondynka jest mądrzejsza niż na to wygląda.
Gasi mojego papierosa. – Nie znajdziesz na to odpowiedzi od nikogo innego niż Caleba. Gdybym była tobą to zostawiłabym to w spokoju. Idź cieszyć się życiem, które dla siebie skradłaś. Olivia nie pojawi się na twoim progu zapłakana, jeżeli tym się zamartwiasz.
Czuję ciepło na twarzy, przypominając sobie jak poszłam za Calebem do mieszkania Olivii. To była informacja wewnętrzna. Mała suka prawdopodobnie jest jej najlepszą przyjaciółką.
- Nie zostawiłby mnie dla niej, nawet gdyby to zrobiła – mówię to z większą pewnością siebie, niż czuję.
Cammie podnosi brwi i wzrusza ramionami. – Więc dlaczego się przejmujesz?
Przełykam ciężko ślinę. Dlaczego się przejmuję? Nie jest tak, że dorastałam w domu, gdzie moi rodzice byli szaleńczo w sobie zakochani. Matka poślubiła ojca dla pieniędzy, mówiła mi to przy wielu okazjach. Mam swojego faceta, więc dlaczego rozdrapuję strupa?
- Ja… sama nie wiem.
- Nie jest fajnie być drugim wyborem, co? – Ściąga z języka kawałek tytoniu i odrzuca go z koniuszka palca. – Istnieje możliwość, że czujesz się, iż jesteś warta więcej niż być żoną Caleba z litości, a jeśli to prawda, to powinnaś teraz opuścić statek. To tylko kwestia czasu zanim saga Caleba i Olivii ponownie się rozpocznie.
Jej słowa palą mnie. Wiercę się na krześle, czując przeszywający mnie ból. – Myślałam, że mówiłaś, iż ona poszła dalej ze swoim życiem? – syczę.
- No i co? – Cammie wzrusza ramionami. – Ich historia nigdy się nie skończy. Ma męża, wiesz? Więc technicznie masz trochę czasu, żeby sprawić, aby twój mąż się w tobie zakochał.
Nie mogę ukryć zaskoczenia. Nie poślubiła Turnera, to na pewno. Wydzwaniał do mnie, kiedy z nim zerwała, błagając mnie abym pogadał z nią w jego imieniu. Głupi Turner.
Po tej całej porażce z amnezją, włamałam się do jej mieszkania i znalazłam listy od Caleba z datą jego czasów college’u. Nie zajęło mi długo zorientowanie się, że była jego byłą dziewczyną, próbującą go wyrolować. Zaszantażowałam ją do opuszczenia miasta, po czym zatrudniłam prywatnego detektywa, który wytropił ją w Teksasie. Znajomy chodził do tej samej szkoły prawniczej co Olivia, więc wykonałam telefon, wymieniłam się paroma biletami na Super Bowl i BAM! Potem dowiedziałam się, że są zaręczeni. Co za szczęście! Turner był matołem. Jak kobieta mogła przejść od Caleba do tego półgłówka było poza moim pojęciem. W każdym razie myślałam, że na dobre zniknęła z mojego życia, dopóki Caleb nie zatrudnił jej jako mojej pełnomocniczki – dobrą rzecz zrobił, ponieważ wygrała rozprawę i uratowała mnie przed dziesięcioma latami w więzieniu stanowym.
Nie mówię tego Cammie, której południowy akcent nagle zaczyna mnie denerwować. Czy to ona była tą przyjaciółką, z którą Olivia zamieszkała w Teksasie?
Nie rozmawiamy już o niczym więcej, gdy Sam postanawia powrócić do stolika w tym dokładnym momencie. Wstaję, żeby wyjść. Cammie już na mnie nie patrzy, całuje się z deskorolkarzem, który jedną ręką trzyma ją za klatkę piersiową, a drugą trzyma nad głową, robiąc palcami rogi Black Sabbath.
Odwracam się zdegustowana i podążam za Samem do samochodu.
- Dostałaś odpowiedzi, których potrzebowałaś? – pyta, jak jesteśmy w drodze.
Patrzę na niego ze zdziwieniem. – O czym mówisz?
Unosi jeden kącik ust i spogląda na mnie kątem oka. – Jest moją kuzynką i ma usta papli. Mówiła mi o tej lasce.
Gapię się na niego z otwartymi ustami. – Wiedziałeś, że przyjaźni się z Olivią i nic mi nie powiedziałeś?
- Na to miałaś nadzieję, prawda? Chciałaś wiedzieć, czy ją zna?
Ma rację, ale nadal jestem zła.
- Jestem twoją szefową – mówię. – Powinieneś był mi powiedzieć. I co z ciebie za gej? Powinieneś kochać plotki i dramat.
Odrzuca głowę i wybucha śmiechem. Pomimo złych wiadomości wirujących w mojej głowie, uśmiecham się. Może nie jest taki zły. Postanawiam przestać próbować skłonić Caleba do zwolnienia go.
Gdy wracam do domu Caleb jest już w łóżku – nie w naszym, ale na bliźniaczym łóżku w pokoju dziecięcym. Sprawdzam zapas mleka w lodówce, na szczęście jest dosyć zamrożonego na dzień lub dwa – wystarczająco czasu aby martini usunęły się z mojego organizmu. Wywracam oczami. Caleb prawdopodobnie sprawdzi mój poziom alkoholu we krwi zanim pozwoli mi znowu odessać mleko.

Idę do łóżka, wciąż mając na sobie ubrania, smutniejsza niż kiedykolwiek. 

Dirty Red - rozdział 10

Przeszłość

Pamiętam wilgotne wakacje z powietrzem tak gęstym, że wydawało się, iż wdychasz zupę do płuc. Robiłyśmy się nerwowe w domu – moja siostra i ja, biegałyśmy korytarzami naszego wielkiego domu, wrzeszcząc i goniąc się nawzajem, dopóki nie miałyśmy kłopotów. Moja zirytowana matka wysyłała nas na podwórko z naszą nianią Mattią, podczas gdy ona odpoczywała. Mattia często podróżowała do sklepu z rzeczami za jednego dolara, żeby kupić coś do zabawy na zewnątrz. Uważałyśmy z Courtney, że było to nieskończenie zabawne, iż można było pójść do sklepu, a tym wszystko było za dolara, podczas gdy my spędzałyśmy większość eskapad zakupowych w dusznych butikach. Przynosiła nam kredę do chodnika, skakanki, hula hop i oczywiście nasze ulubione – bańki mydlane.
Matti zawsze zostawiała je na koniec. Udawała, że zostawiła wielki różowy pojemnik w środku, a my wzdychałyśmy i marudziłyśmy. W ostatniej chwili wyciągała je zza pleców, a my podskakiwałyśmy i klaskałyśmy jakby była taka sprytna. Nazywałyśmy bańki „pustymi planetami”, a gra polegała na przebiciu jak najwięcej pustych planet zanim same wybuchną, a ich szczątki polecą w stronę ziemi. Mattia stała pod drzewem w cieniu i nadmuchiwała nam je. Nasze nogi były wiecznie posiniaczone od tej gry. Zwykłyśmy podstawiać sobie nogi, żeby pierwszym dosięgnąć pustej planety. Biegałyśmy tak szybko, iż Mattia mawiała, że wyglądamy jak niewyraźne plamy. Nazywała nas Rudą i Krukiem przez nasze kolory włosów. Pod koniec gry liczyłyśmy ile baniek przebiłyśmy. Dwadzieścia siedem dla Rudej, dwadzieścia dwa dla Kruka, ogłaszała. Potem kulałyśmy radośnie do środka, pocierając posiniaczoną skórę i prosząc o lizaki. Matka nienawidziła siniaków. Kazała nam zakładać rajstopy, żeby je zakryć. Matka nienawidziła większości rzeczy powiązanych ze mną – kołtunów w moich włosach po kąpieli, koloru moich włosów, mojego sposobu przeżuwania, tego jak za głośno się śmiałam, tego jak pstrykałam paznokciami o kciuk, kiedy miałam kłopoty. Gdybyście mnie zapytali, wtedy albo teraz, co tak naprawdę we mnie lubiła, nie byłabym w stanie wam odpowiedzieć. Mogłam wam powiedzieć tylko tyle, że moje dzieciństwo było zimnym pryśnięciem baniek na mojej skórze. Court i ja śmiejące się i wdychające zupowate powietrze. Mattia ściskająca mnie, aby wynagrodzić ostre słowa zdystansowanej matki.

Matka kochała moją siostrę. Moja siostra zasługiwała na miłość. Pamiętam jak raz weszłam do nich, jak czesała włosy Courtney po kąpieli. Opowiadała jej historię jak była małą dziewczynką. Courtney chichotała, a matka śmiała się razem z nią.
- Byłybyśmy dobrymi przyjaciółkami, gdybyśmy dorastały razem. Jesteś dokładnie taka jak ja, gdy byłam w twoim wieku. – Usiadłam ma brzegu wanny, żeby im się przyglądać.
- A co z Jo? – zapytała Courtney, posyłając mi uśmiech, któremu brakowało dwóch przednich zębów. – Czy z nią też byłabyś dobrymi przyjaciółkami?
Było tak jakby w ogóle mnie nie zauważyła w pokoju, dopóki Court nie wymówiła mojego imienia. Powoli do mnie zamrugała i uśmiechnęła się do swojej najmłodszej córki. – Och, znasz Johannę i jej książki. Nie miałaby czasu, żeby bawić się z nami przy tym całym jej czytaniu.
Chciałam jej powiedzieć, że spaliłabym każdą książkę, którą miałam, żeby być częścią ich małego klubu matka/córka. Zamiast tego tylko wzruszyłam ramionami. Courtney była bardzo podobna do matki; jedyną różnicą było to, że ona naprawdę mnie lubiła.
Powinnam być o nią zazdrosna, ale nie byłam. Była tą miłą w rodzinie; tą, która wcześnie wstawała w moje urodziny, wypełniała talerz małymi ciasteczkami i przynosiła je do mojego pokoju, śpiewając „Lake of Fire” Nirvany. Moje urodziny były czwartego lipca – ogromne obciążenie dla moich rodziców, którzy robili tego dnia przyjęcie dla towarzystwa. Ale Court zawsze upewniała się, że ten dzień jest specjalny. Gdy moje szóstki były niezauważalne, przyklejała moją kartę z ocenami do lodówki i czerwonym markerem zaznaczała kółkiem moją średnią ocen. Była miłością w moim życiu wyzutym z miłości… ciepłym kocem w rodzinie ozięble emocjonalnych temperatur. Kiedy wszyscy inni omijali mnie wzrokiem, moja siostra skupiała na mnie uwagę. Miałyśmy więź, a więzi były trudne do zdobycia.
Gdy po raz pierwszy przyprowadziłam Caleba do domu, mój ojciec mnie zauważył. Tak jakby nareszcie mógł na mnie spojrzeć, teraz gdy zabezpieczyłam mężczyznę kalibru Caleba. Nie tylko był moim nowym amantem z pieniędzmi, również mówił poprawnym językiem, był przyzwoity, ambitny… i znał cholernie dużo sportowych drobiazgów.
Zaprosili nas na kolację. Przyglądałam im się, siedząc na kanapie. Tata śmiał się ze wszystkiego, co Caleb powiedział, a matka kręciła się wokół niego jakby był błękitnokrwisty. Moja siostra siedziała obok mnie – tak blisko, że dotykały się nasze nogi. Gdy byłyśmy razem, zawsze byłyśmy tak blisko. Był to cichy bunt przeciwko naszym rodzicom. Starasz się stworzyć między nami podział, ale opieramy się. Kiedy rodzice byli rozproszeni Calebem, Court szturchnęła mnie łokciem w żebra i poruszyła brwiami. Wybuchłam śmiechem.
- Zdaje mi się, że dobrze tego wybrałaś – powiedziała. – Dobry w łóżku?
Zrobiłam minę. – Czemu miałabym być z kimś, kto nie byłby dobry?
Uniosła brwi. – No nie wiem, Lee, pamiętasz tamtego faceta z liceum? Tego z dołeczkiem w brodzie?
Prychnęłam w kieliszek wina. Kirby, tak miał na imię. Same to imię powinno było powiedzieć mi wszystko. Nie można było brać mężczyzny, którego imię brzmiało jak awatar gry wideo. Zwłaszcza, kiedy jego głowa była pomiędzy twoimi nogami i zaczynał nucić Kiss, robiąc agresywne dźgnięcia językiem.
- Kobiety, nie dziewczynki rządzą moim światem, mówię, one rządzą moim światem… - Moja siostra zaśpiewała tekst piosenki, zamykając oczy i przygryzając wargę, tak jak robił to Kirby.
Wybuchłyśmy śmiechem, zarabiając pełne dezaprobaty spojrzenie od matki. Przysięgam, że ta kobieta nadal potrafiła sprawić, że czułam się jak piętnastolatka. Spojrzałam na nią wyzywająco i zaśmiałam się głośniej. Miałam dwadzieścia osiem pieprzonych lat. Już nie mogła mnie kontrolować.
Myślałam, że wszystko poszło wspaniale, dopóki nie wsiedliśmy do samochodu. Caleb przytrzymywał mi otwarte drzwi, kiedy nagle powiedział. – Twój tata jest szowinistą.
Mrugnęłam ze zdziwieniem. Nie powiedział tego jak oskarżenie. Bardziej była to obserwacja. Prawdziwa obserwacja. Wzruszyłam ramionami.
- Jest trochę staromodny.
Caleb przytulił mnie. Patrzył na mnie dziwnie ze zmarszczonymi brwiami i ustami zaciśniętymi w zamyśleniu. Nauczyłam się, że była to jego „psychoanalizuję cię” mina. Chciałam się odsunąć, żeby nie mógł zajrzeć w głąb mnie, ale odsuwanie się od Caleba było jak zamykanie się w zamrażarce. Jeżeli rzucał na ciebie światło, chciało się stać pod jego ciepłem, wszystko to wchłonąć. Żałosne. A także przepiękne. Nikt nigdy nie dał mi tyle ciepła. Uczepiłam się jego ramion i pozwoliłam mu psychoanalizować mnie, tak jak tego pragnął. Chciałam wiedzieć, co widział, kiedy patrzył na mnie tak intensywnie. Przerwał urok, nagle uśmiechając się szeroko.
- Więc będziesz siedzieć w domu, boso i zaciążona?
Uniosłam brwi. Kiedy on to powiedział, to nie brzmiało tak źle. – Czy to będzie twój dom? – zapytałam. Byłam wstydliwa. Pocałował mnie w czubek nosa.
- Może, kochanie.
Puścił mnie zbyt szybko. Chciałam tam zostać i porozmawiać o tym z kogo dziećmi będę zaciążona, czy podłoga na której będą stały moje bose nogi będzie drewniana czy kafelkowa? Czy będziemy mieszkać w dwupiętrowym domu czy w domu na farmie? Kręciło mi się w głowie. Dla mnie było to równie dobre co oświadczyny. Ten mężczyzna był złoty. Sprawił nawet, że mój ojciec patrzył na mnie jak na człowieka. Byliśmy ze sobą dopiero od ośmiu miesięcy, ale jeśli rozegram dobrze moje karty to będę miała pierścionek na wiosnę. Był to dla mnie szczęśliwy wieczór.

Nie zajęło mi długo uświadomienie sobie, że Caleb był moją pustą planetą.