7.7.14

Thief - rozdział 13

Teraźniejszość

Wszystko jest ciemne bez Olivii. Ciągle czuję potrzebę na jej światło. Nie odezwała się do mnie odkąd wyszedłem z jej mieszkania tamtej nocy, kiedy powiedziała mi o Noah. Minął miesiąc i nie wiem, co postanowiła. Wiem, co ja postanowiłem.
Wysłałem jej wiadomość.
Rozwiedziona?
Odpisała niemal natychmiast.
O: Spieprzaj.
Jesteś w pracy?
O: Tak!
Będę tam za dziesięć minut.
O: Nie!
Wyłączam telefon i czekam. Siedziałem już na parkingu, kiedy wysłałem pierwszą wiadomość. Siedzę w aucie przez minutę, przesuwając palcem po dolnej wardze. Wiem, co zaraz zrobi, więc gdy widzę jak szybko opuszcza budynek, uśmiecham się ironicznie. Próbuje się zmyć zanim się pokażę. Wyskakuję z samochodu i idę do niej. Dostrzega mnie dopiero w ostatniej chwili. Ma wyciągnięte kluczyki, a jej obcasy stukają o chodnik, kiedy próbuje uciec.
- Wybierasz się gdzieś?
Jej ramiona unoszą się gwałtownie i obraca się na pięcie.
- Dlaczego jesteś zawsze tak cholernie wcześnie?
- Dlaczego próbujesz uciec?
Posyła mi nieprzyjemne spojrzenie, przesuwając spojrzeniem na prawo i lewo, jakby starała się znaleźć drogę ucieczki przede mną.
Wyciągam rękę. – Chodź, Księżno.
Rzuca spojrzenie przez ramię, po czym ujmuje moją rękę. Przyciągam ją do siebie i jej małe, ptasie kroki starają się dorównać moim. Nie puszczam jej dłoni, a ona nie próbuje jej wyrywać. Gdy patrzę na nią, widzę jak przygryza wargę. Wygląda na przerażoną. Powinna być przerażona.
Zatrzymuję się, żeby otworzyć jej drzwi i ruszam do moich. Ma na sobie czerwoną sukienkę z białymi kropkami. Dekolt sięga nisko. Nie spojrzała na mnie, odkąd wsiadła do samochodu; zamiast tego skupiona jest na swoich stopach. Czerwone szpilki, wyzierające z nich czerwone paznokcie. Ładnie. Jej styl to kombinacja Jacqueline Kennedy i cyganki – moja piękna sprzeczność. Jej włosy związane są w koka, którego utrzymuje ołówek. Wyciągam rękę i wysuwam ołówek. Jej włosy opadają wokół niej jak czarna woda.
Nie pyta, gdzie jedziemy. Jadę na plażę i zatrzymuję się blok dalej. Czeka, aż obejdę samochód, żeby otworzyć jej drzwi i chwyta mnie za rękę, wysiadając. Idziemy połączeni, dopóki nie dotarliśmy do piasku. Zatrzymuje się, żeby zdjąć buty, używając mojego ramienia, by utrzymać równowagę. Zwisają z jej koniuszków palców, gdy wyciąga do mnie wolną rękę. Biorę ją i splatamy palce. Na Florydzie jest teraz zima, więc jest tutaj tylko garstka plażowiczów, większość z nich z północy, białowłosi. Obszar plaży, na której przebywamy należy do hotelu. Stoją tutaj pokryte płótnem altany, a pod nimi krzesła ogrodowe. Znajdujemy puste i siadam, wyciągając nogi. Olivia chce usiąść obok mnie, ale ciągnę ją na moje krzesło. Siada między moimi nogami i opiera się o mój tors. Obejmuję ją ramieniem, a drugie podnoszę nad głową. Moje serce wariuje. Dawno nie trzymałem jej w ramionach. Tak naturalnie jest przebywać z nią w taki sposób. Wypowiadam jej imię, żeby zobaczyć tylko jak brzmi. Szturcha mnie łokciem w żebra.
- Nie rób tego.
- Czego? – pytam przy jej uchu.
- No na przykład nie mów takim głosem.
Powstrzymuję śmiech. Dostrzegam gęsią skórkę na jej odsłoniętej skórze. Najwyraźniej moje stare sztuczki działają.
- Więc masz fetysz dłoni i podniecasz się dźwiękiem mojego głosu?
- Nigdy nie mówiłam, że mam fetysz dłoni!
- Naprawdę? Zatem podniecasz się tylko dźwiękiem mojego głosu?
Próbuje mi się wyrwać i muszę użyć obu ramion, żeby zatrzymać ją na miejscu, śmiejąc się głośno.
Gdy nareszcie znowu się rozluźnia, zbieram jej włosy i przerzucam przez lewe ramię. Całuję odsłoniętą skórę na jej szyi i widzę jak drży. Całuję trochę wyżej i jej głowy przechyla się na bok, dając mi lepszy dostęp.
- Nie powinieneś… my… - Cichnie.
- Kocham cię – mówię jej do ucha. Próbuje się odsunąć, ale nadal obejmuję ją ramionami.
- Nie, Caleb…
Nagle wyrwała się ze swojego małego transu. Jej zgrabne nogi starają się zyskać kontrolę, żeby mogła się ode mnie odsunąć.
- Dlaczego nie?
- Bo to niewłaściwe.
- Niewłaściwe jest to, że cię kocham? Czy niewłaściwe jest, byś ty mnie kochała?
Teraz płacze, słyszę jak pociąga nosem.
- Żadne z tych. – Jej głos, który jest wysoki od emocji, łamie się. Łamie moją powściągliwość, łamie moją grę, łamie moje serce.
Kiedy się odzywam, mówię ochryple. Wpatruję się w wodę. – Nie mogę trzymać się od ciebie z daleka. Starałem się przez dziesięć lat.
Szlocha głośno i opuszcza głowę. Już nie stara się ode mnie odsunąć, ale próbuje zwiększyć między nami odległość. Pochyla się do przodu i od razu czuję stratę. Przeżyłem bez niej tyle lat, że odmawiam dania jej przestrzeni. Schwytałem ją i zamierzam z tego skorzystać. Wplatam dłonie w jej włosy, oplatając je wokół pięści i łagodnie ciągnę ją do tyłu, dopóki nie opiera głowy o mój tors. Pozwala mi na to wszystko i nie wydaje się zwracać uwagi na te krępowanie.
Krępowanie. Z wielką chęcią dałbym miłości mojego życia zasłużoną chłostę.
Całuję jej skroń, bo tylko tego mogę dosięgnąć i rozplatam nasze palce, otaczając ją ramionami. Przytula się do mnie i czuję ten znajomy ból w klatce piersiowej.
- Piotruś Pan – mówię.
Następuje pięć sekund ciszy, zanim odpowiada. – Kiedy jestem z tobą, wychodzi ze mnie każda emocja, jaką mogę odczuwać. Topię się w nich. Chcę do ciebie pobiec, a jednocześnie od ciebie uciec.
- Nie… nie uciekaj. Możemy to zrobić.
- Nie wiemy jak kochać się we właściwy sposób.
- Gówno prawda – mówię przy jej uchu. – Jesteś pełna miłości, której nie potrafisz pokazać. Nie potrafisz powiedzieć pewnych rzeczy. Już mi to nie przeszkadza. Wiem, co masz wewnątrz. Raniliśmy się nawzajem. Ale nie jesteśmy już dzieciakami, Olivia. Chcę ciebie. – Puszczam ją i obracam tak, że klęczy pomiędzy moimi rozpostartymi nogami.
Obejmuję jej twarz dłońmi, wsuwając palce we włosy i odgarniając je z jej twarzy. Teraz nie może odwrócić ode mnie wzroku.
- Chcę ciebie. – Już to raz powiedziałem, ale ona tego nie rozumie. Nadal sądzi, że ją zostawię. Bo już to zrobiłem.
Drży jej dolna warga.
- Chcę twoich dzieci, twojego gniewu i twoich zimnych, niebieskich oczu… - Duszę się moimi słowami i to ja odwracam wzrok. Przenoszę spojrzenie z powrotem na jej twarz i zdaję sobie sprawę, że jeśli teraz jej nie przekonam, to nigdy nie będę w stanie tego zrobić. – Chcę chodzić z tobą na rocznicowe kolacje, chcę pakować z tobą prezenty świąteczne. Chcę kłócić się z tobą o durne rzeczy, a potem trzymać cię w łóżku i ci to wynagradzać. Chcę mieć więcej walk ciastem i wycieczek kempingowych. Chcę twojej przyszłości, Olivio. Proszę, wróć do mnie.
Jej całe ciało się trzęsie. Łza spływa po jej policzku i chwytam ją kciukiem.
Łapię ją za kark i przysuwam do siebie, tak że dotykają się nasze czoła. Sunę dłońmi po jej plecach.
Jej usta się poruszają, próbuje sformułować słowa – a patrząc na wyraz jej twarzy to nie wiem czy chcę je usłyszeć. Nasze nosy są blisko siebie, gdybym przesunął głowę o pół centymetra do przodu – pocałowalibyśmy się. Czekam na nią.
Nasze oddechy się mieszają. Trzyma moją bluzkę w stalowym uścisku między pięściami. Rozumiem jej potrzebę, żeby czegoś się trzymać. Muszę mocno nad sobą panować, żeby nie przycisnąć jej do siebie.
Nasze klatki piersiowe unoszą się i opadają niczym fale. Szturcham jej nos moim i to zdaje się przełamać jej rezerwę. Oplata ramionami moją szyję, otwiera usta i mnie całuje.
Nie całowałem mojej dziewczynki od wielu miesięcy. Czuję się, jakby to był pierwszy raz. Siedzi na kolanach, pochylając się nade mną, więc muszę odchylić głowę, by sięgnąć jej ust. Moje dłonie są pod jej sukienką, na tyłach ud. Wyczuwam koniuszkami palców materiał jej majtek, ale nie ruszam dłońmi.
Całujemy się powoli, tylko wargami. Przerywamy co chwilę, żeby spojrzeć sobie w oczy. Jej włosy kreują kurtynę między nami, a światem. Całujemy się za nią, jak otacza nasze twarze, blokując wszystko na zewnątrz.
- Kocham cię – mówi w moje usta. Uśmiecham się tak szeroko, że przerywam pocałunek, by przekomponować usta. Gdy zaczynamy używać języków, szybko robi się gorąco. Olivia lubi gryźć, kiedy się całuje. To naprawdę, naprawdę sprawia mi przyjemność.
Mam serce w gardle, mózg w spodniach, ręce pod jej sukienką. Odsuwa się ode mnie i wstaje.
- Nie, dopóki nie zostanie sfinalizowany rozwód – mówi. – Odwieź mnie.
Podnoszę się i przyciągam ją do siebie. – Usłyszałem tylko weź mnie.
Obejmuje mnie za szyję, zębami przygryzając dolną wargę. Przyglądam się jej twarzy.
- Czemu się nie rumienisz? Bez względu na to, co powiem… nigdy się nie rumienisz.
Uśmiecha się ironicznie. – Bo jestem pieprzoną twardzielką.
- To na pewno – mówię cicho. Całuję ją w czubek nosa.

Kierujemy się do mojego samochodu. Gdy tylko zamykamy drzwi, rozbrzmiewa telefon Olivii.
Wyciąga go z torebki i jej twarz od razu ciemnieje.
- Co jest? – pytam.
Odwraca ode mnie wzrok, jej dłoń zamarła w powietrzu, wciąż ściskając telefon.

- To Noah. Chce pogadać.

25.6.14

Thief - rozdział 12

Przeszłość

Godzina czwarta, godzina piąta, godzina szósta, siódma. Wciąż nie wyszedłem z budynku. Czekałem cztery godziny na dokumenty. Dokumenty! Jakby reszta mojego życia zależała od podpisania moim imieniem jakiegoś kawałka papieru. Zerknąłem na zegarek. Miałem być u Olivii godzinę wcześniej. Sprawdziłem telefon. Nie zadzwoniła. Być może wciąż zajęta była pakowaniem.
- Caleb – mój współpracownik Neal, wsunął głowę za drzwi – zostajesz na przyjęciu?
Uśmiechnąłem się. – Nie, muszę być dzisiaj gdzieindziej.
Uniósł brwi. – Masz coś lepszego do roboty niż przebywanie na kolacji, którą organizuje twój szef dla potencjalnych klientów?
- Mój szef jest również moim ojczymem – powiedziałem, przyciskając klawisze klawiatury. – Jestem pewien, że może mnie to ominąć. – Moja sekretarka wsunęła głowę obok Neala.
- Caleb, jest tutaj Sidney Orrico. Mówi, że ma dla ciebie coś do podpisania.
Zeskoczyłem z krzesła. – Wyślij ją tutaj.
Neal uniósł brwi, ale jego głowa zniknęła i została zastąpiona przez Sydney.
- Hej, ty – powiedziała.
Wstałem i obszedłem biurko, żeby się z nią przywitać.
***
Sidney Orrico: brązowe loki, dołeczki, niebieskie oczy, długie nogi. Byliśmy sąsiadami, chodziliśmy do tej samej szkoły i nasze matki zaciągały nas na wydarzenia społeczne, po czym zmusiły nas do wspólnego spędzania czasu. Regularnie się widywaliśmy i siłą rzeczy, lub natury, zostaliśmy przyjaciółmi. A potem czymś więcej. Zaczęło się od pocałunku czwartego lipca. Po pierwszym pocałunku chowaliśmy się w pokoju rekreacyjnym w moim domu i całowaliśmy na stole bilardowym, przy każdej nadarzającej się okazji. Po paru tygodniach dotarłem do drugiej bazy. Pod koniec naszego wspólnego lata, odebrałem jej dziewictwo. Gdy zaczęliśmy jesienią szkołę, sprawy stały się niezręczne… naprawdę, naprawdę niezręczne.
Sidney chciała chłopaka. Ja chciałem przyjaciółkę z korzyściami. Mój piętnastoletni ja próbował jej to wyjaśnić, ale rozpłakała się, a potem pocałowałem ją, żeby stłumić te łzy. Potem uprawialiśmy seks i potem musiałem znowu jej wytłumaczyć całą sytuację z nieumawianiem się. Spoliczkowała mnie i przysięgła, że już nigdy się do mnie nie odezwie.
Nieprawda. Wciąż się do mnie odzywała. Piętnastoletnie dziewczyny są natarczywe – zwłaszcza kiedy sądzą, że są zakochane. Gdy przyłapała mnie w popularnej lodziarni na randce z inną dziewczyną, wpadła w szał, zrzucając mi na kolana całą miskę lodów czekoladowych.
Sidney Orrico.
Na szczęście dla mnie, dała mi spokój po incydencie z lodami. Przez jakiś czas umawiała się z moim bratem, a potem zerwała z nim dla rozgrywającego. Potem widywaliśmy się przypadkowo – przyjęcia świąteczne, bal szkolny, centrum handlowe. Kiedy zacząłem umawiać się z Olivią, nie widziałem jej od ponad roku. Ominęła college i poszła do wyższej szkoły nieruchomości. Mama powiedziała mi, że pracuje dla firmy deweloperskiej jej ojca. Wtedy zaczęło się robić ślisko.
Budowałem Olivii dom. Nasz dom. Była to decyzja, jaką podjąłem gdy tylko zdałem sobie sprawę, że chcę się z nią ożenić. Zatrudniłem architekta, by narysował plany kilka tygodni przed tym jak kupiłem pierścionek i skontaktowałem się z Gregiem Orrico, ojcem Sidney.
- Ten projekt zajmie jakiś rok, Caleb. Szczególnie z tymi wszystkimi dodatkowymi inspekcjami, które będą potrzebne na taras na dachu.
Stuknąłem długopisem o biurko. Pasowało, jeśli tylko fundamenty będą postawione do czasu, kiedy poproszę Olivię o rękę. Chciałem móc ją zabrać, żeby coś zobaczyła. Fundamenty tego, gdzie będziemy my.
Umówiliśmy się na spotkanie i popisanie całej papierkowej roboty. Zanim się rozłączyłem Greg powiedział mi, że Sidney będzie moim menadżerem projektu.
- Kurde – powiedziałem, ściskając telefon. Jeżeli Sidney była taka, jak ją pamiętałem…

Sidney uścisnęła mnie i wyciągnęła z torby plik papierów. – Denerwujesz się?
- Ani trochę, codziennie oświadczam się miłości mojego życia.
Uśmiechnęła się ironicznie i trzepnęła mnie papierami po głowie. – Więc zabierajmy się do pracy.
Rozłożyliśmy wszystko na moim biurku, a Sidney omówiła mi każdy formularz. Podpisałem jakąś połowę, kiedy Steve wszedł do mojego biura w garniturze.
- Sidney! – Patrzyłem, jak ją przytula. – Straciłaś wszystkie piegi i co się stało z metalem, który nosiłaś na zębach? – Sidney i Steve widywali się regularnie, ale to była ich zabawa. Czytałem dokumenty i czekałem, aż skończą.
- Czy to twój sposób na nazwanie mnie ładną?
Steve zaśmiał się. – Zostaniesz na przyjęciu?
Po raz pierwszy zauważyłem, że Sidney miała na sobie sukienkę. Wyglądało dla mnie, że miała zamiar zostać na przyjęciu. Moja matka musiała ją powiadomić o wszystkim.
- Zostaję – odparła. – Miałam nadzieję, że przekonam Caleba, by napił się ze mną drinka zanim odjedzie na swoim wierzchowcu.
- Nie mogę – powiedziałem, nie podnosząc wzroku. – Olivia na mnie czeka.
- Caleb – odezwał się Steve. – Musisz zrobić obchód zanim wyjdziesz. Niektórzy są twoimi klientami.
- Steve!
Zamknąłem z trzaskiem laptopa i spojrzałem na niego. – Dzisiaj oświadczam się mojej dziewczynie. Nie możesz mówić poważnie.
- Potrzebuję tylko parę minut. Zadzwoń do Olivii i powiedz, że się spóźnisz.
- Nie. – Wstałem i wziąłem moje kluczyki.
Sidney uniosła głowę z nad miejsca, gdzie analizowała moje dokumenty. – Znienawidzisz mnie.
Westchnąłem. – Czego zapomniałaś?
Zarumieniła się. – Mogę pobiec do biura i to wziąć. Wrócę za piętnaście minut.
- Co to jest, Sidney? Czy to nie może poczekać do wtorku?
Odchrząknęła. – Klucze od bramy do posiadłości. Nie będziesz mógł wejść.
Zacisnąłem usta i zamrugałem na nią ze sfrustrowaniem. Spokój, zachowaj spokój.
- W porządku. Idź! Pospiesz się! – Potaknęła i podskoczyła. Odwróciłem się do Steve’a. – Trzydzieści minut, podczas gdy Sidney nie ma. Tylko tyle. – Poklepał mnie po plecach. Zawołałem moją sekretarkę, która miała już na sobie suknię wieczorową.
- Możesz zadzwonić do Olivii, powiedzieć jej, że zostałem zatrzymany na trochę, ale przyjadę do niej tak szybko, jak będę mógł?
Potaknęła i podszedłem do małej szafy w moim biurze, gdzie trzymałem marynarkę.
Wsunąłem ręce w rękawy, przeklinając pod nosem. To był zły początek nocy, która miała być wielka. Pół godziny, tylko tyle. Potem się stąd wynoszę.

Kiedy wróciła, minęło kolejne półtora godziny. Zrezygnowałem z towarzystwa i wróciłem do biura, żeby zaczekać. Dzwoniłem do Olivii dwa razy, bez odpowiedzi. Pewnie była na mnie wściekła.
Sidney przeszła dziarsko przez drzwi, unosząc spódnicę i wyglądając na skruszoną.
- Korki, Caleb. Przepraszam cię.
Skinąłem głową i wyciągnąłem rękę po klucz. Wyglądała na taką opuszczoną, kiedy opuściła go na moją dłoń, że chwyciłem jej nadgarstek nim mogła się odsunąć.
- Sidney? Co się stało?
Jej dolna warga zadrżała. Odsunęła się ode mnie i podeszła do mojego biurka, opierając się o jego bok.
- Mogę zobaczyć pierścionek?
Przekrzywiłem głowę i oparłem się pokusie spojrzenia na zegarek. Ostatecznie potaknąłem i wyciągnąłem go z szuflady. Otworzyłem pudełko i pokazałem jej. Otworzyła szerzej oczy.
- Jest piękny – powiedziała. I rozpłakała się.
Zamknąłem pudełko i wsadziłem je do kieszeni. – Sidney? Co jest? Co się dzieje? – Złapałem ją za ramiona i spojrzała na mnie, tusz spływał po jej twarzy.
- Jestem w tobie zakochana.
Jej słowa mną wstrząsnęły. Podniosłem palec wskazujący i kciuk do czoła. To się nie działo. Musiałem znaleźć Olivię. Nie mogłem sobie z tym radzić. Nie chciałem.
- Sidney, ja…
Potrząsnęła głową. – Nie ma sprawy. Żyłam z tym przez długi czas. Po prostu jestem emocjonalna, bo ty przygotowujesz się do oświadczyn i…
Zacisnąłem zęby, zastanawiając się, co teraz począć. Widziałem tylko Olivię. Ale Sidney była moją przyjaciółką. Nie zwykłem mówić płaczącym kobietom, żeby się odpieprzyły. Dobra, mogłem zrobić to szybko. Podałem jej chusteczkę i zdołała otrzeć twarz.
- Sidney, spójrz na mnie.
Spojrzała.
- Byłem samotny. Całe życie. Byłem popularnym dzieciakiem. Zawsze otaczało mnie milion ludzi, ale byłem niewiarygodnie samotny. Nie wiedziałem, jak to wyleczyć. Do dnia, jak zobaczyłem Olivię. Po raz pierwszy zobaczyłem ją pod drzewem. – Roześmiałem się i potarłem po szczęce, wspominając. Nie ogoliłem się. Powinienem był się ogolić. – Gdy ją zobaczyłem, wiedziałem, że ona była tym, czego mi brakowało. To szalone, ale prawdziwe. Miałem ten przebłysk w głowie, gdzie widziałem jak siedzi ze mną przy kuchennym stole, jej włosy związane są w luźnego koka, popija kawę i śmieje się. Wtedy wiedziałem, że ją poślubię.
Sidney wpatrywała się we mnie z takim podziwem, że nie wiedziałem czy nie wyrządzałem więcej szkody niż dobrego. Miałem krótki moment, gdy marzyłem, żeby Olivia tak na mnie patrzyła. Musiałem z nią walczyć, żeby mnie pokochała. Ciągle walczyłem z nią emocjonalnie. Mógłbym być z taką kobietą, która mnie uwielbiała. Mógłbym przywołać stare uczucia do Sidney. Była piękna i życzliwa. Potrząsnąłem głową. Weź się w garść, Caleb. Powiedziałem jej to, co wiedziałem, iż było prawdą.
- Gdy go znajdziesz, jego imię będzie przepływać razem z krwią twoimi żyłami. Olivia przepływa przez moje. Przepływa przez moje serce, mózg, palce i penis. – Sidney roześmiała się przez łzy. Uśmiechnąłem się.
- Znajdziesz go, Sidney. Ale to nie ja. Należę do kogoś innego.
Przytuliłem ją. Siedziała na moim biurku i poklepałem ją po nodze. – Wracaj na przyjęcie, ja muszę iść.
Gdy uniosłem wzrok, Olivia stała na progu. Poczułem przypływ krwi do głowy. Czy słyszała, co powiedziałem Sidney? Widziała pudełko z pierścionkiem? Miałem moment paniki, gdzie nie wiedziałem, co robić.
Wypowiedziała moje imię. Patrzyłem jak Sidney zeskakuje z biurka i wychodzi szybko z pokoju. Rzuciła przez ramię spojrzenie na Olivię, zanim zamknęła drzwi.
Emocje Olivii były zamarznięte na jej twarzy. Powoli dotarło do mnie, co zobaczyła, kiedy weszła do pokoju. Jak to musiało wyglądać. Mocowałem się z tym, co jej powiedzieć. Jeśli wyjaśnię, kim jest Sidney, to będę musiał jej powiedzieć o pierścionku i domu. Zamierzałem wszystko wytłumaczyć, powiedzieć wszystko co zabierze ten wyraz z jej twarzy, kiedy po raz pierwszy wyznała mi miłość.
- Kochałam cię.
Moje serce bolało. To powinien być jeden z najszczęśliwszych momentów mojego życia. Ale nie mówiła mi tego dlatego, bo chciała. Mówiła mi to, żeby mnie zranić. Bo myślała, że ja zrobiłem coś, by zranić ją.
Usłyszałem słowa mojej matki, o tym, że ona jest zbyt złamana. Wszystko zmieniło się w tej chwili. Chciałbym, żeby tak nie było, ale było. Nie mogłem jej naprawić. Nie mogłem kochać jej wystarczająco, żeby oderwać wmocowany ból, który wpływał na wszystko, co robiła. Moje wyobrażenia o naszym wspólnym życiu przeszły z domku w świetle słońca i podwórka pełnego dzieci do Olivii płaczącej w kącie, obwiniającej mnie o popędzanie jej do czegoś, na co nie była gotowa.
Potem oskarżyła mnie o bycie takim, jak jej ojciec.
Ból był głęboki. Zwłaszcza dlatego, że ostatnie półtora roku spędziłem na pokazaniu jej, że nie jestem do niego podobny. Gdy wybiegła z mojego biura, myśląc, że ją zdradziłem, nie zatrzymałem jej.
Stałem w zamarciu, pudełko z pierścionkiem przyciskało się do mojego uda, pokój wirował wokół mnie.
Oparłem obie dłonie o biurko i zacisnąłem powieki, oddychając przez usta. Pięć minut. Całe moje życie zmieniło się w ciągu pięciu minut.
Ona chciała widzieć tylko zło. Może tak było najlepiej. Może ja widziałem tylko moją miłość i nie zważyłem konsekwencji tej miłości.
Steve wszedł do mojego biura i zatrzymał się gwałtownie.
- Czy ja właśnie widziałem Olivię?
Spojrzałem na niego piekącymi oczami. Musiał zobaczyć coś na mojej twarzy.
- Co się stało? – Zamknął drzwi i zrobił krok w moją stronę. Uniosłem rękę, żeby go zatrzymać i opuściłem głowę.
- Zobaczyła mnie tutaj z Sidney. Sądziła…
- Caleb – powiedział Steve. – Idź za nią.
Uniosłem głowę. Nie tego spodziewałem się usłyszeć. Szczególnie, że nie byłem pewien, jak bardzo wpłynęła na niego moja matka.
- Ona chce końca – odparłem. – Odkąd pierwszy raz się zeszliśmy. Zawsze szuka powodu, żebyśmy nie byli razem. Jakie możemy mieć życie, skoro ona to robi?
Steve potrząsnął głową. – Przy pewnych ludziach trzeba pracować więcej niż przy innych. Zakochałeś się w naprawdę skomplikowanej kobiecie. Możesz zważyć jak trudne mogą być i będą dla was sprawy, ale tak naprawdę musisz zastanowić się czy możesz bez niej żyć.
Sekundę później byłem za drzwiami. Nie. Nie, nie potrafiłem bez niej żyć.
Wziąłem schody. Wychodząc z mojego biura skręciła w lewo, zamiast iść do windy. Zeskakiwałem po dwa schody na raz. Kiedy wypadłem przez drzwi wyjściowe, na zewnątrz było ciemno. Boże, jak mogłem pozwolić by wymknął mi się ten dzień? Gdybym wyszedł, kiedy miałem to zrobić…
Jej samochodu nie było. Musiałem wrócić na górę po kluczyki. Prawdopodobnie nie pozwoli mi niczego wyjaśnić. Jeśli pojadę do jej mieszkania, kiedy jest w takim stanie, to nawet nie otworzy mi drzwi. Ale jeśli pozwolę by myśl, że ją zdradziłem siedziała w jej głowie zbyt długo, to zostanie tam na stałe. Uwierzy w to, i na tym się skończy. Więc co mogłem zrobić? Jak miałem zająć się tą sytuacją? Chodziłem nerwowo po moim biurze. Ona nie była jak inne kobiety. Nie mogłem pojawić się ot, tak i wmawiać jej, że się myli.
Kurwa. Było źle. Musiałem wymyślić sposób, żeby do niej dotrzeć.

Cammie.

- Ona jest ze mną – powiedziała Cammie, kiedy do niej zadzwoniłem.
- Daj mi ją do telefonu, Cammie. Proszę.
- Nie, ona nie chce z tobą rozmawiać. Musisz dać jej się uspokoić.

Rozłączyłem się, myśląc, że to właśnie zrobię. Ale po kilku godzinach pojechałem do Cammie. Gdy tam dojechałem i nie zobaczyłem samochodu Olivii, wiedziałem, że mnie okłamała. Więc pojechałem do hotelu.

Thief - rozdział 11

Teraźniejszość

Najpierw odwożę do domu Cammie. Kiedy wysiada z samochodu, całuje mnie w policzek i podtrzymuje mój wzrok przez sekundę dłużej niż normalnie. Wiem, że jest jej przykro. Po tych wszystkich latach Olivii i mnie, jakby mogło być inaczej? Kiwam jej głową, a ona zaciska usta i się uśmiecha. Gdy wracam do samochodu, Olivia mnie obserwuje.
- Czasami mam wrażenie, że ty i Cammie porozumiewacie się bez słów – mówi.
- Może to robimy.
Reszta drogi przemija w ciszy. Przypomina mi to naszą drogę powrotną z kempingu, kiedy było tyle do powiedzenia, ale brak na to odwagi. Jesteśmy teraz o wiele starsi, tyle się wydarzyło. Nie powinno to być takie trudne.
Zanoszę jej torbę na górę. Przytrzymuje mi drzwi wejściowe, kiedy docieramy na jej piętro, więc mijam ją i wchodzę do hallu. Raz jeszcze wyczuwam nieobecność Noah. Wydaje się, jakby żyła tutaj całkiem sama. Powietrze jest ciepłe. Wyczuwam ślady zapachu jej perfum w pewnych miejscach. Włącza klimatyzację i idziemy do kuchni.
- Herbaty? – pyta.
- Poproszę.
Mogę udawać przez kilka minut, że to jest nasz dom, a ona robi mi herbatę tak, jak każdego poranka. Przyglądam się, jak nastawia czajnik i wyciąga saszetki z herbatą. Pociera się po karku i chowa stopę za kolanem, czekając, aż zagotuje się woda. Potem zanosi szklany słoik kostek cukru oraz mały dzbaneczek z mlekiem do stołu i stawia je przede mną. Odwracam się i udaję, że jej nie obserwowałem. To lekko dziurawi moje serce. Zawsze mówiliśmy, że będziemy mieć kostki cukru zamiast prostego cukru. Wyciąga dwie filiżanki z szafki, stając na palcach, by dosięgnąć. Patrzę na jej twarz, kiedy wrzuca cztery kostki do mojej filiżanki. Miesza i wlewa do niej mleka. Sięgam po filiżankę, zanim zabiera rękę i dotykają się nasze palce. Jej oczy przenoszą się na moje. Uciekają. Ona pije swoją herbatę tylko z jedną kostką cukru. Uważamy blat stołu za coraz bardziej interesujący, jak mijają minuty. W końcu odstawiam filiżankę. Stuka o spodek. Pomiędzy nami czai się burza. Może dlatego pochłaniamy spokój. Podnoszę się i zabieram nasze filiżanki do zlewu. Obmywam je i stawiam na suszarce.
- Wciąż cię pragnę – odzywam się. Zaskakuję siebie samego, mówiąc to na głos. Nie wiem, czy ona ma tę samą reakcję, ponieważ stoję do niej plecami.
- Pieprz się.
Niespodzianka, niespodzianka.
Nie może się przede mną ukryć tą brudną buzią. Widzę, jak na mnie patrzy. Wyczuwam ukłucie żalu, kiedy nasza skóra przypadkowo się styka.
- Wybudowałem ci tamten dom – mówię, odwracając się. – Trzymałem go nawet po ślubie. Zatrudniłem architekta krajobrazu i faceta od basenu. Co dwa miesiące chodzi tam służba czyszcząca. Dlaczego miałbym to robić?
- Bo jesteś nostalgicznym durniem, który pozwala odejść przeszłości na tyle długo, aby pobrać się z inną kobietą.
- Masz rację. Jestem durniem. Ale, jak sama widzisz, jestem durniem, który nigdy tak naprawdę nie odpuszcza.
- Odpuść.
Potrząsam głową. – Uh-uh. Tym razem to ty znalazłaś mnie, pamiętasz?
Lekko się rumieni.
- Powiedz mi, dlaczego do mnie zadzwoniłaś.
- Kogo innego znam?
- Na przykład swojego męża.
Odwraca wzrok.
- Dobra – mówi w końcu. – Bałam się. O tobie pierwszym pomyślałam.
- Ponieważ…
- Niech to szlag, Caleb! – Uderza pięścią o stół i drży salaterka.
- Ponieważ… - powtarzam. Czy ona myśli, że przeraża mnie swoimi małymi napadami złości? Troszeczkę.
- Zawsze chcesz o wszystkim gadać za dużo.
- Nie ma czegoś takiego, jak gadanie o czymś za dużo. Brak komunikacji jest problemem.
- Powinieneś był zostać psychiatrą.
- Wiem. Nie zmieniaj tematu.
Przygryza paznokieć kciuka.
- Ponieważ jesteś moją kryjówką. Idę do ciebie, kiedy miesza mi się w głowie.
Mój język skręca się, wiąże, zamarza. Co mam na to powiedzieć? Tego się nie spodziewałem. Może więcej przekleństw. Więcej zaprzeczeń.
Potem wariuję. Naprawdę szaleję. To wynik napięcia pragnienia jej i pragnienia, żeby przyznała się do tego, że pragnie mnie.
Trzymam ręce na karku, przemierzając jej małą kuchnię. Chcę w coś uderzyć. Przerzucić krzesłem przez szklane pudełko, którym jest jej apartament. Nagle się zatrzymuję i obracam do niej.
- Zostaw go, Olivia. Zostaw go albo to jest koniec.
- Koniec. CZEGO? – Nachyla się nad blatem; jej palce są rozpostarte jak jej gniew. Jej słowa mnie nokautują. – Nigdy nie mieliśmy początku, środka czy pieprzonej minuty, by siebie kochać. Myślisz, że tego chcę? On nie zrobił niczego złego!
- Gówno prawda! Poślubił ciebie, a wiedział, że jesteś zakochana we mnie.
Odsuwa się, wyglądając na niepewną. Obserwuję, jak przechadza się po kuchni, jedną dłoń trzymając na czubku głowy, a drugą na biodrze. Gdy zatrzymuje się i staje do mnie twarzą, jej twarz jest wykrzywiona.
- Kocham go.
Przecinam kuchnię w ciągu dwóch sekund. Chwytam ją za ramię, żeby nie mogła uciec i schylam się, aż tkwię tuż przed jej twarzą. Ona musi zobaczyć prawdę. Mój głos brzmi na bardziej zwierzęcy niż ludzki; jak warknięcie.
- Bardziej niż mnie?
Światło wypływa z jej oczu i próbuje odwrócić wzrok.
Potrząsam nią. – Bardziej niż mnie?
- Nie kocham niczego bardziej od ciebie.
Zaciskam palce na jej ramieniu. – Więc dlaczego bawimy się w te durne gierki?
Wyrywa ramię, jej oczy migoczą.
- Zostawiłeś mnie w Rzymie! – Popycha mnie i cofam się o krok. – Zostawiłeś mnie dla tej rudej suki. Wiesz, jak bardzo to bolało? Przyleciałam powiedzieć ci, co czuję, a ty ode mnie odszedłeś.
Olivia rzadko pokazuje swoje cierpienie. Jest to tak niezwykłe, że nie wiem, jak sobie z tym poradzić.
- Była niestabilna emocjonalnie. Jej siostra się postrzeliła. Połknęła butelkę tabletek na sen, na litość boską! Próbowałem ją uratować. Nie potrzebowałaś mnie. Nigdy. Ciągle mi pokazywałaś, że mnie nie potrzebujesz.
Podchodzi do umywalki, podnosi szklankę, napełnia ją wodą, upija łyk i rzuca nią w moją głowę. Uchylam się i szklanka uderza o ścianę, rozpryskując się na tysiąc kawałków. Spoglądam na ścianę, gdzie roztrzaskało się szkło i przenoszę wzrok na Olivię.
- Doprowadzenie mnie do wstrząśnięcia mózgu nie rozwiąże naszych problemów.
- Byłeś jebanym tchórzem. Gdybyś porozmawiał ze mną po prostu tamtego dnia w sklepie muzycznym, bez kłamstw, to teraz by nas tutaj nie było.
Jej barki – które chwilę temu były naprężone w pozycji wojowniczej – robią się bezwładne. Pojedynczy szloch opuszcza jej usta. Podnosi rękę, żeby go złapać, ale jest za późno.
- Ożeniłeś się… miałeś dziecko… - Jej łzy spływają swobodnie, mieszając się z tuszem i pozostawiając za sobą czarne ślady na jej policzkach. – Miałeś ożenić się ze mną. To miało być moje dziecko. – Opada na kanapę stojącą za nią i oplata się ramionami.
Jej maleńka figura wstrząsana jest szlochem. Jej włosy opadły kaskadą na twarz i schyla głowę, celowo zasłaniając twarz.
Idę do niej. Podnoszę ją i zanoszę na blat, sadzając ją na nim, byśmy byli na równi wzrokowej. Próbuje ukryć się za swoimi włosami. Znowu sięgają jej niemal do talii, tak jak wtedy, kiedy ją poznałem. Ściągam z jej nadgarstka gumkę i rozdzielam jej włosy na trzy części.
- Czy to dziwne, że wiem, jak robić warkocza?
Śmieje się pomiędzy płaczem i przygląda mi się. Zawiązuję warkocz gumką i przerzucam go przez jej ramię. Teraz ją widzę.
Jej głos jest ochrypły, kiedy się odzywa. – Nie cierpię tego, że zawsze stroisz sobie żarty, gdy staram się nad sobą użalać.
- Nie cierpię tego, że zawsze doprowadzam cię do płaczu. – Masuję kciukiem jej nadgarstek w małych okręgach. Chcę bardziej jej dotknąć, ale wiem, że nie powinienem.
- Księżno, to nie była twoja wina. Tylko moja. Myślałem, że jeśli będziemy mieli czysty rejestr… - Mój głos milknie, bo nie ma czegoś takiego jak czysty rejestr. Teraz to wiem. Po prostu akceptuje się swój brudny rejestr i zabudowuje się go. Całuję jej nadgarstek. – Pozwól mi się nieść. Nigdy nie dam ci dotknąć ziemi. Zostałem stworzony do noszenia ciebie, Olivio. Jesteś pieprzenie ciężka z całym swoim poczuciem winy i nienawiścią do samej siebie. Ale mogę to zrobić. Bo cię kocham.
Przyciska do warg mały palec, jakby próbowała wszystko trzymać wewnątrz siebie. To jest nowy Oliviaizm. Podoba mi się. Odsuwam jej palec od warg i zamiast puścić jej rękę, splatam z nią palce. Boże, jak dawno to było, kiedy trzymałem jej dłoń? Czuję się jak mały chłopiec. Powstrzymuję uśmiech, który stara się opanować moją twarz.
- Powiedz mi – mówię. – Piotruś Pan…
- Noah – wzdycha.
- Gdzie on jest, Księżno?
- Teraz w Monachium. W zeszłym tygodniu w Sztokholmie, tydzień wcześniej Amsterdam. – Odwraca wzrok. – My nie… robimy sobie przerwę.
Kręcę głową. – Przerwę od czego? Małżeństwa czy siebie?
- Lubimy się. Chyba od małżeństwa.
- Cholera, to nie ma nawet sensu – odpowiadam. – Gdybyśmy byli poślubieni, nie wypuściłbym cię z mojego łóżka, nie wspominając o tym, że nie spuściłbym cię z oka.
Robi minę. – Co to ma niby znaczyć?
- Na świecie są faceci tacy, jak ja i nie pozwoliłbym im zbliżyć się do ciebie. W co on pogrywa?
Milczy przez długi czas. Potem wyrzuca z siebie:
- On nie chce mieć dzieci.
Twarz Estelli rozmazuje mi obraz zanim pytam…
- Dlaczego nie?
Wzrusza ramionami; próbuje udawać, że to nic takiego. – Jego siostra ma mukowiscydozę. On jest nosicielem. Widział. jak ona cierpi i nie chce przynosić na świat dzieci, ryzykując, że mogą mieć to samo.
Widzę, jak bardzo ją to martwi. Usta są zmarszczone, a oczy przesuwają się po blacie stołu, jakby szukała okruszka.
Przełykam ślinę. Dla mnie też jest to drażliwy temat.
- Wiedziałaś o tym, zanim za niego wyszłaś?
Potakuje. – Nie chciałam mieć dzieci, zanim go poślubiłam.
Wstaję. Nie chcę słuchać, jak to Noah sprawił, że pragnie teraz rzeczy, do których ja nie mogłem jej przekonać. Muszę wyglądać na obrażonego, bo wywraca oczami.
- Siadaj – mówi gniewnie. – Widzę, że nadal cackasz się ze swoim wewnętrznym dzieckiem.
Podchodzę do wysokiego okna, które otacza jej salon i wyglądam na zewnątrz. Zadaję pytanie, którego nie chcę zadawać, ale nie mogę nie wiedzieć. Jestem zazdrosny.
- Co zmieniło twoje zdanie?
- Ja się zmieniłam, Caleb. – Podnosi się i podchodzi, by stanąć obok mnie. Zerkam na nią i widzę, że splata ramiona na piersiach. Ma na sobie szarą, bawełnianą koszulkę z długimi rękawami i czarne spodnie, które zwisają nisko na jej biodrach, tak że ukazuje się kilka centymetrów jej skóry. Jej włosy są zaplątane w luźnego warkocza na jej ramieniu. Wpatruje się w ulice rozchodzące się pod nami. Wygląda na twardzielkę. Uśmiecham się ironicznie i potrząsam głową.
- Nigdy nie czułam, że zasługuję na dzieci. Do kitu, co nie? Mam wszystkie te wspaniałe tatusiowe problemy.
- Ach, człowieku. Nadal przez to przechodzisz?
Uśmiecha się.
- Trochę tu i tam. Mogę teraz uprawiać seks.
Unoszę jeden kącik ust i mrużę oczy. – Jestem pewien, że cię z tego wyleczyłem.
Jej rzęsy trzepoczą tak szybko, że mogłyby zdmuchnąć zapałkę. Przygryza wargę, by powstrzymać się od uśmiechu.
Odchylam głowę i wybucham śmiechem. Oboje rajcujemy się żenowaniem się nawzajem. Boże, kocham tę kobietę.
- Naprawdę to zrobiłeś – odpowiada. – Pomimo tego, co myślisz, to nie dzięki twoim sypialnianym ruchom. Chodziło o to, co zrobiłeś, żeby mnie odzyskać.
Unoszę brwi.
- Amnezja? – Jestem zaskoczony.
Powoli kiwa głową. Wciąż wygląda przez okno, ale ja nakierowuję teraz na nią całe ciało.
- Nie jesteś tą osobą… tą, która kłamie i robi szalone rzeczy. Ja taka jestem. Nie mogłam uwierzyć, że to zrobiłeś.
- Oszalałaś.
Posyła mi zirytowane spojrzenie.
- Złamałeś swój własny kodeks moralny. Stwierdziłam, że jeśli ktoś taki jak ty mógłby o mnie walczyć, to naprawdę mogę być coś warta.
Patrzę na nią poważnie. Nie chcę mówić zbyt dużo lub zbyt mało.
- Jesteś warta walki. Jeszcze się nie poddałem.
Unosi gwałtownie głowę. Wygląda na zaalarmowaną.
- Powinieneś. Jestem mężatką.
- Ta, wyszłaś za mąż, co nie? Ale zrobiłaś to tylko dlatego, że myślałaś, iż z nami koniec – a końca wcale nie ma. Nigdy go nie będzie. Jeżeli myślisz, że ten mały kawałek metalu na twoim palcu może osłonić twoje uczucia do mnie, to jesteś w błędzie. Nosiłem taki przez pięć lat i nie było dnia, kiedy nie życzyłem sobie, byś to była ty.
Patrzę na jej wargi - wargi, które chcę pocałować. Odwracam się i zabieram kluczyki, żeby wyjść nim zaczniemy się kłócić – albo całować. Ona zostaje przy oknie. Zanim wychodzę z salonu, wypowiadam jej imię.
- Olivio.
Patrzy na mnie przez ramię. Jej warkocz kołysze się na jej plecach jak wahadło.
- Twoje małżeństwo nie przetrwa. Powiedz Noah prawdę; bądź sprawiedliwa. Kiedy to zrobisz, znajdź mnie, a ja dam ci to dziecko.
Nie zostaję, by patrzeć na jej reakcję.
***
Czuję poczucie winy, że oferuję mojej byłej dziewczynie dziecko, kiedy moja obecna dziewczyna jest prawdopodobnie w moim domu, czekając na mnie – czekając, aż zaoferuję jej małżeństwo. Moje życie nabiera ostrości, gdy przechodzę przez drzwi wejściowe. Z głośników leci głośna muzyka. Idę i ją ściszam. Jessica stoi przy kuchence, przerzucając coś na patelni. Zadziwia mnie to, że chce jej się gotować, nawet wtedy, gdy nie pracuje. Pomyśleć by można, że już jej się to znudzi. Siadam na stołku i przyglądam się jej, dopóki się nie odwraca.
Musiała zobaczyć coś na mojej twarzy. Odkłada drewnianą łyżkę, którą trzyma i wyciera ręce o ręcznik, po czym podchodzi do mnie. Widzę jak sos, który gotuje, ścieka na blat z łyżki. Nie wiem dlaczego, ale nie mogę przestać patrzeć na tę łyżkę.
Zaciskam zęby, kiedy do mnie idzie. Nie chcę jej zranić, ale jeśli zrobię to, co z Leah, to zostanę przy niej tylko po to, żeby ochronić jej serce. Bez przekonania, ponieważ w życiu pragnę tylko chronić serce Olivii.
Gdy wyciąga do mnie rękę, chwytam jej dłonie i przytrzymuję je. Dostrzega zerwanie w moich oczach; potrząsa głową, zanim otworzyłem jeszcze usta.
- Wciąż kocham Olivię – odzywam się. – Nigdy nie będzie sprawiedliwe, kiedy będę z kimkolwiek innym. Nie chcę dawać ci swoich kawałków.
Jej łzy zbierają się, a potem wypływają.
- Chyba o tym wiedziałam – odpowiada, kiwając głową. – Nie o powodzie, ale jesteś inny. Myślałam, że to przez wydarzenie z Leah i Estellą.
Krzywię się.
- Bardzo mi przykro, Jessica.
- Ona jest suką, Caleb. Wiesz o tym, prawda?
- Jess…
- Nie, wysłuchaj mnie. Ona jest złą osobą. Broni złych ludzi. Potem nagle wydzwania do ciebie w środku nocy i chce, żebyś przyszedł jej na ratunek. Jest przebiegła.
Pocieram czoło.
- To nie tak. Ona taka nie jest. Jest mężatką, Jessica. Nie mogę z nią być. Po prostu nie chcę być z nikim innym.
Patrzę na łyżkę, po czym zmuszam się do spojrzenia na Jessicę.
- Chciałbym mieć dzieci.
Cofa się do tyłu. – Mówiłeś, że nie chcesz.
Potakuję. – Tak, przemawiało przeze mnie cierpienie. Przez to, co stało się z… Estellą. – To pierwszy raz, kiedy wypowiedziałem jej imię od bardzo długiego czasu. To boli.
- Zawsze chciałem rodziny. Ale nie chcę poślubić kogoś i udawać, że nie chcę dzieci.
Ona kręci głową; najpierw powoli, a potem coraz szybciej.
- Muszę iść – mówi. Biegnie do pokoju po swoje rzeczy. Nie zatrzymuję jej. Nie ma sensu. Raz jeszcze zraniłem kogoś przez moje uczucia do Olivii. Kiedy to ustanie? Czy kiedykolwiek ustanie? Nie mogę zrobić tego już nikomu innemu. Dla mnie musi być Olivia albo nikt inny.