Teraźniejszość
Najpierw
odwożę do domu Cammie. Kiedy wysiada z samochodu, całuje mnie w policzek i
podtrzymuje mój wzrok przez sekundę dłużej niż normalnie. Wiem, że jest jej
przykro. Po tych wszystkich latach Olivii i mnie, jakby mogło być inaczej?
Kiwam jej głową, a ona zaciska usta i się uśmiecha. Gdy wracam do samochodu,
Olivia mnie obserwuje.
- Czasami
mam wrażenie, że ty i Cammie porozumiewacie się bez słów – mówi.
- Może to
robimy.
Reszta
drogi przemija w ciszy. Przypomina mi to naszą drogę powrotną z kempingu, kiedy
było tyle do powiedzenia, ale brak na to odwagi. Jesteśmy teraz o wiele starsi,
tyle się wydarzyło. Nie powinno to być takie trudne.
Zanoszę jej
torbę na górę. Przytrzymuje mi drzwi wejściowe, kiedy docieramy na jej piętro,
więc mijam ją i wchodzę do hallu. Raz jeszcze wyczuwam nieobecność Noah. Wydaje
się, jakby żyła tutaj całkiem sama. Powietrze jest ciepłe. Wyczuwam ślady
zapachu jej perfum w pewnych miejscach. Włącza klimatyzację i idziemy do
kuchni.
- Herbaty?
– pyta.
- Poproszę.
Mogę udawać
przez kilka minut, że to jest nasz dom, a ona robi mi herbatę tak, jak każdego
poranka. Przyglądam się, jak nastawia czajnik i wyciąga saszetki z herbatą.
Pociera się po karku i chowa stopę za kolanem, czekając, aż zagotuje się woda.
Potem zanosi szklany słoik kostek cukru oraz mały dzbaneczek z mlekiem do stołu
i stawia je przede mną. Odwracam się i udaję, że jej nie obserwowałem. To lekko
dziurawi moje serce. Zawsze mówiliśmy, że będziemy mieć kostki cukru zamiast
prostego cukru. Wyciąga dwie filiżanki z szafki, stając na palcach, by
dosięgnąć. Patrzę na jej twarz, kiedy wrzuca cztery kostki do mojej filiżanki.
Miesza i wlewa do niej mleka. Sięgam po filiżankę, zanim zabiera rękę i
dotykają się nasze palce. Jej oczy przenoszą się na moje. Uciekają. Ona pije
swoją herbatę tylko z jedną kostką cukru. Uważamy blat stołu za coraz bardziej
interesujący, jak mijają minuty. W końcu odstawiam filiżankę. Stuka o spodek.
Pomiędzy nami czai się burza. Może dlatego pochłaniamy spokój. Podnoszę się i
zabieram nasze filiżanki do zlewu. Obmywam je i stawiam na suszarce.
- Wciąż cię
pragnę – odzywam się. Zaskakuję siebie samego, mówiąc to na głos. Nie wiem, czy
ona ma tę samą reakcję, ponieważ stoję do niej plecami.
- Pieprz
się.
Niespodzianka, niespodzianka.
Nie może
się przede mną ukryć tą brudną buzią. Widzę, jak na mnie patrzy. Wyczuwam
ukłucie żalu, kiedy nasza skóra przypadkowo się styka.
-
Wybudowałem ci tamten dom – mówię, odwracając się. – Trzymałem go nawet po
ślubie. Zatrudniłem architekta krajobrazu i faceta od basenu. Co dwa miesiące
chodzi tam służba czyszcząca. Dlaczego miałbym to robić?
- Bo jesteś
nostalgicznym durniem, który pozwala odejść przeszłości na tyle długo, aby
pobrać się z inną kobietą.
- Masz
rację. Jestem durniem. Ale, jak sama widzisz, jestem durniem, który nigdy tak
naprawdę nie odpuszcza.
- Odpuść.
Potrząsam głową. – Uh-uh. Tym razem to ty znalazłaś mnie, pamiętasz?
Lekko się rumieni.
- Powiedz mi, dlaczego do mnie zadzwoniłaś.
- Kogo innego znam?
- Na przykład swojego męża.
Odwraca wzrok.
- Dobra – mówi w końcu. – Bałam się. O tobie pierwszym pomyślałam.
- Ponieważ…
- Niech to szlag, Caleb! – Uderza pięścią o stół i drży salaterka.
- Ponieważ…
- powtarzam. Czy ona myśli, że przeraża mnie swoimi małymi napadami złości?
Troszeczkę.
- Zawsze
chcesz o wszystkim gadać za dużo.
- Nie ma
czegoś takiego, jak gadanie o czymś za dużo. Brak komunikacji jest problemem.
-
Powinieneś był zostać psychiatrą.
- Wiem. Nie
zmieniaj tematu.
Przygryza
paznokieć kciuka.
- Ponieważ
jesteś moją kryjówką. Idę do ciebie, kiedy miesza mi się w głowie.
Mój język
skręca się, wiąże, zamarza. Co mam na to powiedzieć? Tego się nie spodziewałem.
Może więcej przekleństw. Więcej zaprzeczeń.
Potem
wariuję. Naprawdę szaleję. To wynik napięcia pragnienia jej i pragnienia, żeby
przyznała się do tego, że pragnie mnie.
Trzymam
ręce na karku, przemierzając jej małą kuchnię. Chcę w coś uderzyć. Przerzucić
krzesłem przez szklane pudełko, którym jest jej apartament. Nagle się
zatrzymuję i obracam do niej.
- Zostaw
go, Olivia. Zostaw go albo to jest koniec.
- Koniec.
CZEGO? – Nachyla się nad blatem; jej palce są rozpostarte jak jej gniew. Jej
słowa mnie nokautują. – Nigdy nie mieliśmy początku, środka czy pieprzonej minuty, by siebie kochać. Myślisz, że
tego chcę? On nie zrobił niczego złego!
- Gówno
prawda! Poślubił ciebie, a wiedział, że jesteś zakochana we mnie.
Odsuwa się,
wyglądając na niepewną. Obserwuję, jak przechadza się po kuchni, jedną dłoń
trzymając na czubku głowy, a drugą na biodrze. Gdy zatrzymuje się i staje do
mnie twarzą, jej twarz jest wykrzywiona.
- Kocham
go.
Przecinam
kuchnię w ciągu dwóch sekund. Chwytam ją za ramię, żeby nie mogła uciec i
schylam się, aż tkwię tuż przed jej twarzą. Ona musi zobaczyć prawdę. Mój głos
brzmi na bardziej zwierzęcy niż ludzki; jak warknięcie.
- Bardziej
niż mnie?
Światło
wypływa z jej oczu i próbuje odwrócić wzrok.
Potrząsam
nią. – Bardziej niż mnie?
- Nie
kocham niczego bardziej od ciebie.
Zaciskam
palce na jej ramieniu. – Więc dlaczego bawimy się w te durne gierki?
Wyrywa
ramię, jej oczy migoczą.
-
Zostawiłeś mnie w Rzymie! – Popycha mnie i cofam się o krok. – Zostawiłeś mnie
dla tej rudej suki. Wiesz, jak bardzo to bolało? Przyleciałam powiedzieć ci, co
czuję, a ty ode mnie odszedłeś.
Olivia
rzadko pokazuje swoje cierpienie. Jest to tak niezwykłe, że nie wiem, jak sobie
z tym poradzić.
- Była
niestabilna emocjonalnie. Jej siostra się postrzeliła. Połknęła butelkę
tabletek na sen, na litość boską! Próbowałem ją uratować. Nie potrzebowałaś
mnie. Nigdy. Ciągle mi pokazywałaś, że mnie nie potrzebujesz.
Podchodzi
do umywalki, podnosi szklankę, napełnia ją wodą, upija łyk i rzuca nią w moją
głowę. Uchylam się i szklanka uderza o ścianę, rozpryskując się na tysiąc
kawałków. Spoglądam na ścianę, gdzie roztrzaskało się szkło i przenoszę wzrok
na Olivię.
-
Doprowadzenie mnie do wstrząśnięcia mózgu nie rozwiąże naszych problemów.
- Byłeś
jebanym tchórzem. Gdybyś porozmawiał ze mną po prostu tamtego dnia w sklepie
muzycznym, bez kłamstw, to teraz by nas tutaj nie było.
Jej barki –
które chwilę temu były naprężone w pozycji wojowniczej – robią się bezwładne.
Pojedynczy szloch opuszcza jej usta. Podnosi rękę, żeby go złapać, ale jest za
późno.
- Ożeniłeś
się… miałeś dziecko… - Jej łzy spływają swobodnie, mieszając się z tuszem i
pozostawiając za sobą czarne ślady na jej policzkach. – Miałeś ożenić się ze
mną. To miało być moje dziecko. – Opada na kanapę stojącą za nią i oplata się
ramionami.
Jej maleńka
figura wstrząsana jest szlochem. Jej włosy opadły kaskadą na twarz i schyla
głowę, celowo zasłaniając twarz.
Idę do
niej. Podnoszę ją i zanoszę na blat, sadzając ją na nim, byśmy byli na równi
wzrokowej. Próbuje ukryć się za swoimi włosami. Znowu sięgają jej niemal do
talii, tak jak wtedy, kiedy ją poznałem. Ściągam z jej nadgarstka gumkę i
rozdzielam jej włosy na trzy części.
- Czy to
dziwne, że wiem, jak robić warkocza?
Śmieje się
pomiędzy płaczem i przygląda mi się. Zawiązuję warkocz gumką i przerzucam go
przez jej ramię. Teraz ją widzę.
Jej głos
jest ochrypły, kiedy się odzywa. – Nie cierpię tego, że zawsze stroisz sobie
żarty, gdy staram się nad sobą użalać.
- Nie
cierpię tego, że zawsze doprowadzam cię do płaczu. – Masuję kciukiem jej
nadgarstek w małych okręgach. Chcę bardziej jej dotknąć, ale wiem, że nie
powinienem.
- Księżno,
to nie była twoja wina. Tylko moja. Myślałem, że jeśli będziemy mieli czysty
rejestr… - Mój głos milknie, bo nie ma czegoś takiego jak czysty rejestr. Teraz
to wiem. Po prostu akceptuje się swój brudny rejestr i zabudowuje się go.
Całuję jej nadgarstek. – Pozwól mi się nieść. Nigdy nie dam ci dotknąć ziemi.
Zostałem stworzony do noszenia ciebie, Olivio. Jesteś pieprzenie ciężka z całym
swoim poczuciem winy i nienawiścią do samej siebie. Ale mogę to zrobić. Bo cię
kocham.
Przyciska
do warg mały palec, jakby próbowała wszystko trzymać wewnątrz siebie. To jest
nowy Oliviaizm. Podoba mi się. Odsuwam jej palec od warg i zamiast puścić jej
rękę, splatam z nią palce. Boże, jak
dawno to było, kiedy trzymałem jej dłoń? Czuję się jak mały chłopiec.
Powstrzymuję uśmiech, który stara się opanować moją twarz.
- Powiedz
mi – mówię. – Piotruś Pan…
- Noah –
wzdycha.
- Gdzie on
jest, Księżno?
- Teraz w
Monachium. W zeszłym tygodniu w Sztokholmie, tydzień wcześniej Amsterdam. –
Odwraca wzrok. – My nie… robimy sobie przerwę.
Kręcę
głową. – Przerwę od czego? Małżeństwa czy siebie?
- Lubimy
się. Chyba od małżeństwa.
- Cholera,
to nie ma nawet sensu – odpowiadam. – Gdybyśmy byli poślubieni, nie wypuściłbym
cię z mojego łóżka, nie wspominając o tym, że nie spuściłbym cię z oka.
Robi minę.
– Co to ma niby znaczyć?
- Na
świecie są faceci tacy, jak ja i nie pozwoliłbym im zbliżyć się do ciebie. W co
on pogrywa?
Milczy
przez długi czas. Potem wyrzuca z siebie:
- On nie
chce mieć dzieci.
Twarz
Estelli rozmazuje mi obraz zanim pytam…
- Dlaczego
nie?
Wzrusza
ramionami; próbuje udawać, że to nic takiego. – Jego siostra ma mukowiscydozę.
On jest nosicielem. Widział. jak ona cierpi i nie chce przynosić na świat
dzieci, ryzykując, że mogą mieć to samo.
Widzę, jak
bardzo ją to martwi. Usta są zmarszczone, a oczy przesuwają się po blacie
stołu, jakby szukała okruszka.
Przełykam
ślinę. Dla mnie też jest to drażliwy temat.
-
Wiedziałaś o tym, zanim za niego wyszłaś?
Potakuje. –
Nie chciałam mieć dzieci, zanim go poślubiłam.
Wstaję. Nie
chcę słuchać, jak to Noah sprawił, że pragnie teraz rzeczy, do których ja nie
mogłem jej przekonać. Muszę wyglądać na obrażonego, bo wywraca oczami.
- Siadaj –
mówi gniewnie. – Widzę, że nadal cackasz się ze swoim wewnętrznym dzieckiem.
Podchodzę
do wysokiego okna, które otacza jej salon i wyglądam na zewnątrz. Zadaję
pytanie, którego nie chcę zadawać, ale nie mogę nie wiedzieć. Jestem zazdrosny.
- Co
zmieniło twoje zdanie?
- Ja się
zmieniłam, Caleb. – Podnosi się i podchodzi, by stanąć obok mnie. Zerkam na nią
i widzę, że splata ramiona na piersiach. Ma na sobie szarą, bawełnianą koszulkę
z długimi rękawami i czarne spodnie, które zwisają nisko na jej biodrach, tak
że ukazuje się kilka centymetrów jej skóry. Jej włosy są zaplątane w luźnego
warkocza na jej ramieniu. Wpatruje się w ulice rozchodzące się pod nami.
Wygląda na twardzielkę. Uśmiecham się ironicznie i potrząsam głową.
- Nigdy nie
czułam, że zasługuję na dzieci. Do kitu, co nie? Mam wszystkie te wspaniałe
tatusiowe problemy.
- Ach,
człowieku. Nadal przez to przechodzisz?
Uśmiecha
się.
- Trochę tu
i tam. Mogę teraz uprawiać seks.
Unoszę
jeden kącik ust i mrużę oczy. – Jestem pewien, że cię z tego wyleczyłem.
Jej rzęsy
trzepoczą tak szybko, że mogłyby zdmuchnąć zapałkę. Przygryza wargę, by
powstrzymać się od uśmiechu.
Odchylam
głowę i wybucham śmiechem. Oboje rajcujemy się żenowaniem się nawzajem. Boże, kocham tę kobietę.
- Naprawdę
to zrobiłeś – odpowiada. – Pomimo tego, co myślisz, to nie dzięki twoim
sypialnianym ruchom. Chodziło o to, co zrobiłeś, żeby mnie odzyskać.
Unoszę
brwi.
- Amnezja?
– Jestem zaskoczony.
Powoli kiwa
głową. Wciąż wygląda przez okno, ale ja nakierowuję teraz na nią całe ciało.
- Nie
jesteś tą osobą… tą, która kłamie i robi szalone rzeczy. Ja taka jestem. Nie
mogłam uwierzyć, że to zrobiłeś.
-
Oszalałaś.
Posyła mi
zirytowane spojrzenie.
- Złamałeś
swój własny kodeks moralny. Stwierdziłam, że jeśli ktoś taki jak ty mógłby o
mnie walczyć, to naprawdę mogę być coś warta.
Patrzę na
nią poważnie. Nie chcę mówić zbyt dużo lub zbyt mało.
- Jesteś
warta walki. Jeszcze się nie poddałem.
Unosi
gwałtownie głowę. Wygląda na zaalarmowaną.
-
Powinieneś. Jestem mężatką.
- Ta,
wyszłaś za mąż, co nie? Ale zrobiłaś to tylko dlatego, że myślałaś, iż z nami
koniec – a końca wcale nie ma. Nigdy go nie będzie. Jeżeli myślisz, że ten mały
kawałek metalu na twoim palcu może osłonić twoje uczucia do mnie, to jesteś w
błędzie. Nosiłem taki przez pięć lat i nie było dnia, kiedy nie życzyłem sobie,
byś to była ty.
Patrzę na
jej wargi - wargi, które chcę pocałować. Odwracam się i zabieram kluczyki, żeby
wyjść nim zaczniemy się kłócić – albo całować. Ona zostaje przy oknie. Zanim
wychodzę z salonu, wypowiadam jej imię.
- Olivio.
Patrzy na
mnie przez ramię. Jej warkocz kołysze się na jej plecach jak wahadło.
- Twoje
małżeństwo nie przetrwa. Powiedz Noah prawdę; bądź sprawiedliwa. Kiedy to zrobisz,
znajdź mnie, a ja dam ci to dziecko.
Nie
zostaję, by patrzeć na jej reakcję.
***
Czuję
poczucie winy, że oferuję mojej byłej dziewczynie dziecko, kiedy moja obecna
dziewczyna jest prawdopodobnie w moim domu, czekając na mnie – czekając, aż
zaoferuję jej małżeństwo. Moje życie nabiera ostrości, gdy przechodzę przez
drzwi wejściowe. Z głośników leci głośna muzyka. Idę i ją ściszam. Jessica stoi
przy kuchence, przerzucając coś na patelni. Zadziwia mnie to, że chce jej się
gotować, nawet wtedy, gdy nie pracuje. Pomyśleć by można, że już jej się to
znudzi. Siadam na stołku i przyglądam się jej, dopóki się nie odwraca.
Musiała
zobaczyć coś na mojej twarzy. Odkłada drewnianą łyżkę, którą trzyma i wyciera
ręce o ręcznik, po czym podchodzi do mnie. Widzę jak sos, który gotuje, ścieka
na blat z łyżki. Nie wiem dlaczego, ale nie mogę przestać patrzeć na tę łyżkę.
Zaciskam
zęby, kiedy do mnie idzie. Nie chcę jej zranić, ale jeśli zrobię to, co z Leah,
to zostanę przy niej tylko po to, żeby ochronić jej serce. Bez przekonania,
ponieważ w życiu pragnę tylko chronić serce Olivii.
Gdy wyciąga
do mnie rękę, chwytam jej dłonie i przytrzymuję je. Dostrzega zerwanie w moich
oczach; potrząsa głową, zanim otworzyłem jeszcze usta.
- Wciąż
kocham Olivię – odzywam się. – Nigdy nie będzie sprawiedliwe, kiedy będę z
kimkolwiek innym. Nie chcę dawać ci swoich kawałków.
Jej łzy
zbierają się, a potem wypływają.
- Chyba o
tym wiedziałam – odpowiada, kiwając głową. – Nie o powodzie, ale jesteś inny.
Myślałam, że to przez wydarzenie z Leah i Estellą.
Krzywię
się.
- Bardzo mi
przykro, Jessica.
- Ona jest
suką, Caleb. Wiesz o tym, prawda?
- Jess…
- Nie,
wysłuchaj mnie. Ona jest złą osobą. Broni złych ludzi. Potem nagle wydzwania do
ciebie w środku nocy i chce, żebyś przyszedł jej na ratunek. Jest przebiegła.
Pocieram
czoło.
- To nie
tak. Ona taka nie jest. Jest mężatką, Jessica. Nie mogę z nią być. Po prostu
nie chcę być z nikim innym.
Patrzę na
łyżkę, po czym zmuszam się do spojrzenia na Jessicę.
- Chciałbym
mieć dzieci.
Cofa się do
tyłu. – Mówiłeś, że nie chcesz.
Potakuję. –
Tak, przemawiało przeze mnie cierpienie. Przez to, co stało się z… Estellą. –
To pierwszy raz, kiedy wypowiedziałem jej imię od bardzo długiego czasu. To
boli.
- Zawsze
chciałem rodziny. Ale nie chcę poślubić kogoś i udawać, że nie chcę dzieci.
Ona kręci
głową; najpierw powoli, a potem coraz szybciej.
- Muszę iść
– mówi. Biegnie do pokoju po swoje rzeczy. Nie zatrzymuję jej. Nie ma sensu.
Raz jeszcze zraniłem kogoś przez moje uczucia do Olivii. Kiedy to ustanie? Czy kiedykolwiek ustanie? Nie mogę zrobić tego
już nikomu innemu. Dla mnie musi być Olivia albo nikt inny.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz