25.6.14

Thief - rozdział 11

Teraźniejszość

Najpierw odwożę do domu Cammie. Kiedy wysiada z samochodu, całuje mnie w policzek i podtrzymuje mój wzrok przez sekundę dłużej niż normalnie. Wiem, że jest jej przykro. Po tych wszystkich latach Olivii i mnie, jakby mogło być inaczej? Kiwam jej głową, a ona zaciska usta i się uśmiecha. Gdy wracam do samochodu, Olivia mnie obserwuje.
- Czasami mam wrażenie, że ty i Cammie porozumiewacie się bez słów – mówi.
- Może to robimy.
Reszta drogi przemija w ciszy. Przypomina mi to naszą drogę powrotną z kempingu, kiedy było tyle do powiedzenia, ale brak na to odwagi. Jesteśmy teraz o wiele starsi, tyle się wydarzyło. Nie powinno to być takie trudne.
Zanoszę jej torbę na górę. Przytrzymuje mi drzwi wejściowe, kiedy docieramy na jej piętro, więc mijam ją i wchodzę do hallu. Raz jeszcze wyczuwam nieobecność Noah. Wydaje się, jakby żyła tutaj całkiem sama. Powietrze jest ciepłe. Wyczuwam ślady zapachu jej perfum w pewnych miejscach. Włącza klimatyzację i idziemy do kuchni.
- Herbaty? – pyta.
- Poproszę.
Mogę udawać przez kilka minut, że to jest nasz dom, a ona robi mi herbatę tak, jak każdego poranka. Przyglądam się, jak nastawia czajnik i wyciąga saszetki z herbatą. Pociera się po karku i chowa stopę za kolanem, czekając, aż zagotuje się woda. Potem zanosi szklany słoik kostek cukru oraz mały dzbaneczek z mlekiem do stołu i stawia je przede mną. Odwracam się i udaję, że jej nie obserwowałem. To lekko dziurawi moje serce. Zawsze mówiliśmy, że będziemy mieć kostki cukru zamiast prostego cukru. Wyciąga dwie filiżanki z szafki, stając na palcach, by dosięgnąć. Patrzę na jej twarz, kiedy wrzuca cztery kostki do mojej filiżanki. Miesza i wlewa do niej mleka. Sięgam po filiżankę, zanim zabiera rękę i dotykają się nasze palce. Jej oczy przenoszą się na moje. Uciekają. Ona pije swoją herbatę tylko z jedną kostką cukru. Uważamy blat stołu za coraz bardziej interesujący, jak mijają minuty. W końcu odstawiam filiżankę. Stuka o spodek. Pomiędzy nami czai się burza. Może dlatego pochłaniamy spokój. Podnoszę się i zabieram nasze filiżanki do zlewu. Obmywam je i stawiam na suszarce.
- Wciąż cię pragnę – odzywam się. Zaskakuję siebie samego, mówiąc to na głos. Nie wiem, czy ona ma tę samą reakcję, ponieważ stoję do niej plecami.
- Pieprz się.
Niespodzianka, niespodzianka.
Nie może się przede mną ukryć tą brudną buzią. Widzę, jak na mnie patrzy. Wyczuwam ukłucie żalu, kiedy nasza skóra przypadkowo się styka.
- Wybudowałem ci tamten dom – mówię, odwracając się. – Trzymałem go nawet po ślubie. Zatrudniłem architekta krajobrazu i faceta od basenu. Co dwa miesiące chodzi tam służba czyszcząca. Dlaczego miałbym to robić?
- Bo jesteś nostalgicznym durniem, który pozwala odejść przeszłości na tyle długo, aby pobrać się z inną kobietą.
- Masz rację. Jestem durniem. Ale, jak sama widzisz, jestem durniem, który nigdy tak naprawdę nie odpuszcza.
- Odpuść.
Potrząsam głową. – Uh-uh. Tym razem to ty znalazłaś mnie, pamiętasz?
Lekko się rumieni.
- Powiedz mi, dlaczego do mnie zadzwoniłaś.
- Kogo innego znam?
- Na przykład swojego męża.
Odwraca wzrok.
- Dobra – mówi w końcu. – Bałam się. O tobie pierwszym pomyślałam.
- Ponieważ…
- Niech to szlag, Caleb! – Uderza pięścią o stół i drży salaterka.
- Ponieważ… - powtarzam. Czy ona myśli, że przeraża mnie swoimi małymi napadami złości? Troszeczkę.
- Zawsze chcesz o wszystkim gadać za dużo.
- Nie ma czegoś takiego, jak gadanie o czymś za dużo. Brak komunikacji jest problemem.
- Powinieneś był zostać psychiatrą.
- Wiem. Nie zmieniaj tematu.
Przygryza paznokieć kciuka.
- Ponieważ jesteś moją kryjówką. Idę do ciebie, kiedy miesza mi się w głowie.
Mój język skręca się, wiąże, zamarza. Co mam na to powiedzieć? Tego się nie spodziewałem. Może więcej przekleństw. Więcej zaprzeczeń.
Potem wariuję. Naprawdę szaleję. To wynik napięcia pragnienia jej i pragnienia, żeby przyznała się do tego, że pragnie mnie.
Trzymam ręce na karku, przemierzając jej małą kuchnię. Chcę w coś uderzyć. Przerzucić krzesłem przez szklane pudełko, którym jest jej apartament. Nagle się zatrzymuję i obracam do niej.
- Zostaw go, Olivia. Zostaw go albo to jest koniec.
- Koniec. CZEGO? – Nachyla się nad blatem; jej palce są rozpostarte jak jej gniew. Jej słowa mnie nokautują. – Nigdy nie mieliśmy początku, środka czy pieprzonej minuty, by siebie kochać. Myślisz, że tego chcę? On nie zrobił niczego złego!
- Gówno prawda! Poślubił ciebie, a wiedział, że jesteś zakochana we mnie.
Odsuwa się, wyglądając na niepewną. Obserwuję, jak przechadza się po kuchni, jedną dłoń trzymając na czubku głowy, a drugą na biodrze. Gdy zatrzymuje się i staje do mnie twarzą, jej twarz jest wykrzywiona.
- Kocham go.
Przecinam kuchnię w ciągu dwóch sekund. Chwytam ją za ramię, żeby nie mogła uciec i schylam się, aż tkwię tuż przed jej twarzą. Ona musi zobaczyć prawdę. Mój głos brzmi na bardziej zwierzęcy niż ludzki; jak warknięcie.
- Bardziej niż mnie?
Światło wypływa z jej oczu i próbuje odwrócić wzrok.
Potrząsam nią. – Bardziej niż mnie?
- Nie kocham niczego bardziej od ciebie.
Zaciskam palce na jej ramieniu. – Więc dlaczego bawimy się w te durne gierki?
Wyrywa ramię, jej oczy migoczą.
- Zostawiłeś mnie w Rzymie! – Popycha mnie i cofam się o krok. – Zostawiłeś mnie dla tej rudej suki. Wiesz, jak bardzo to bolało? Przyleciałam powiedzieć ci, co czuję, a ty ode mnie odszedłeś.
Olivia rzadko pokazuje swoje cierpienie. Jest to tak niezwykłe, że nie wiem, jak sobie z tym poradzić.
- Była niestabilna emocjonalnie. Jej siostra się postrzeliła. Połknęła butelkę tabletek na sen, na litość boską! Próbowałem ją uratować. Nie potrzebowałaś mnie. Nigdy. Ciągle mi pokazywałaś, że mnie nie potrzebujesz.
Podchodzi do umywalki, podnosi szklankę, napełnia ją wodą, upija łyk i rzuca nią w moją głowę. Uchylam się i szklanka uderza o ścianę, rozpryskując się na tysiąc kawałków. Spoglądam na ścianę, gdzie roztrzaskało się szkło i przenoszę wzrok na Olivię.
- Doprowadzenie mnie do wstrząśnięcia mózgu nie rozwiąże naszych problemów.
- Byłeś jebanym tchórzem. Gdybyś porozmawiał ze mną po prostu tamtego dnia w sklepie muzycznym, bez kłamstw, to teraz by nas tutaj nie było.
Jej barki – które chwilę temu były naprężone w pozycji wojowniczej – robią się bezwładne. Pojedynczy szloch opuszcza jej usta. Podnosi rękę, żeby go złapać, ale jest za późno.
- Ożeniłeś się… miałeś dziecko… - Jej łzy spływają swobodnie, mieszając się z tuszem i pozostawiając za sobą czarne ślady na jej policzkach. – Miałeś ożenić się ze mną. To miało być moje dziecko. – Opada na kanapę stojącą za nią i oplata się ramionami.
Jej maleńka figura wstrząsana jest szlochem. Jej włosy opadły kaskadą na twarz i schyla głowę, celowo zasłaniając twarz.
Idę do niej. Podnoszę ją i zanoszę na blat, sadzając ją na nim, byśmy byli na równi wzrokowej. Próbuje ukryć się za swoimi włosami. Znowu sięgają jej niemal do talii, tak jak wtedy, kiedy ją poznałem. Ściągam z jej nadgarstka gumkę i rozdzielam jej włosy na trzy części.
- Czy to dziwne, że wiem, jak robić warkocza?
Śmieje się pomiędzy płaczem i przygląda mi się. Zawiązuję warkocz gumką i przerzucam go przez jej ramię. Teraz ją widzę.
Jej głos jest ochrypły, kiedy się odzywa. – Nie cierpię tego, że zawsze stroisz sobie żarty, gdy staram się nad sobą użalać.
- Nie cierpię tego, że zawsze doprowadzam cię do płaczu. – Masuję kciukiem jej nadgarstek w małych okręgach. Chcę bardziej jej dotknąć, ale wiem, że nie powinienem.
- Księżno, to nie była twoja wina. Tylko moja. Myślałem, że jeśli będziemy mieli czysty rejestr… - Mój głos milknie, bo nie ma czegoś takiego jak czysty rejestr. Teraz to wiem. Po prostu akceptuje się swój brudny rejestr i zabudowuje się go. Całuję jej nadgarstek. – Pozwól mi się nieść. Nigdy nie dam ci dotknąć ziemi. Zostałem stworzony do noszenia ciebie, Olivio. Jesteś pieprzenie ciężka z całym swoim poczuciem winy i nienawiścią do samej siebie. Ale mogę to zrobić. Bo cię kocham.
Przyciska do warg mały palec, jakby próbowała wszystko trzymać wewnątrz siebie. To jest nowy Oliviaizm. Podoba mi się. Odsuwam jej palec od warg i zamiast puścić jej rękę, splatam z nią palce. Boże, jak dawno to było, kiedy trzymałem jej dłoń? Czuję się jak mały chłopiec. Powstrzymuję uśmiech, który stara się opanować moją twarz.
- Powiedz mi – mówię. – Piotruś Pan…
- Noah – wzdycha.
- Gdzie on jest, Księżno?
- Teraz w Monachium. W zeszłym tygodniu w Sztokholmie, tydzień wcześniej Amsterdam. – Odwraca wzrok. – My nie… robimy sobie przerwę.
Kręcę głową. – Przerwę od czego? Małżeństwa czy siebie?
- Lubimy się. Chyba od małżeństwa.
- Cholera, to nie ma nawet sensu – odpowiadam. – Gdybyśmy byli poślubieni, nie wypuściłbym cię z mojego łóżka, nie wspominając o tym, że nie spuściłbym cię z oka.
Robi minę. – Co to ma niby znaczyć?
- Na świecie są faceci tacy, jak ja i nie pozwoliłbym im zbliżyć się do ciebie. W co on pogrywa?
Milczy przez długi czas. Potem wyrzuca z siebie:
- On nie chce mieć dzieci.
Twarz Estelli rozmazuje mi obraz zanim pytam…
- Dlaczego nie?
Wzrusza ramionami; próbuje udawać, że to nic takiego. – Jego siostra ma mukowiscydozę. On jest nosicielem. Widział. jak ona cierpi i nie chce przynosić na świat dzieci, ryzykując, że mogą mieć to samo.
Widzę, jak bardzo ją to martwi. Usta są zmarszczone, a oczy przesuwają się po blacie stołu, jakby szukała okruszka.
Przełykam ślinę. Dla mnie też jest to drażliwy temat.
- Wiedziałaś o tym, zanim za niego wyszłaś?
Potakuje. – Nie chciałam mieć dzieci, zanim go poślubiłam.
Wstaję. Nie chcę słuchać, jak to Noah sprawił, że pragnie teraz rzeczy, do których ja nie mogłem jej przekonać. Muszę wyglądać na obrażonego, bo wywraca oczami.
- Siadaj – mówi gniewnie. – Widzę, że nadal cackasz się ze swoim wewnętrznym dzieckiem.
Podchodzę do wysokiego okna, które otacza jej salon i wyglądam na zewnątrz. Zadaję pytanie, którego nie chcę zadawać, ale nie mogę nie wiedzieć. Jestem zazdrosny.
- Co zmieniło twoje zdanie?
- Ja się zmieniłam, Caleb. – Podnosi się i podchodzi, by stanąć obok mnie. Zerkam na nią i widzę, że splata ramiona na piersiach. Ma na sobie szarą, bawełnianą koszulkę z długimi rękawami i czarne spodnie, które zwisają nisko na jej biodrach, tak że ukazuje się kilka centymetrów jej skóry. Jej włosy są zaplątane w luźnego warkocza na jej ramieniu. Wpatruje się w ulice rozchodzące się pod nami. Wygląda na twardzielkę. Uśmiecham się ironicznie i potrząsam głową.
- Nigdy nie czułam, że zasługuję na dzieci. Do kitu, co nie? Mam wszystkie te wspaniałe tatusiowe problemy.
- Ach, człowieku. Nadal przez to przechodzisz?
Uśmiecha się.
- Trochę tu i tam. Mogę teraz uprawiać seks.
Unoszę jeden kącik ust i mrużę oczy. – Jestem pewien, że cię z tego wyleczyłem.
Jej rzęsy trzepoczą tak szybko, że mogłyby zdmuchnąć zapałkę. Przygryza wargę, by powstrzymać się od uśmiechu.
Odchylam głowę i wybucham śmiechem. Oboje rajcujemy się żenowaniem się nawzajem. Boże, kocham tę kobietę.
- Naprawdę to zrobiłeś – odpowiada. – Pomimo tego, co myślisz, to nie dzięki twoim sypialnianym ruchom. Chodziło o to, co zrobiłeś, żeby mnie odzyskać.
Unoszę brwi.
- Amnezja? – Jestem zaskoczony.
Powoli kiwa głową. Wciąż wygląda przez okno, ale ja nakierowuję teraz na nią całe ciało.
- Nie jesteś tą osobą… tą, która kłamie i robi szalone rzeczy. Ja taka jestem. Nie mogłam uwierzyć, że to zrobiłeś.
- Oszalałaś.
Posyła mi zirytowane spojrzenie.
- Złamałeś swój własny kodeks moralny. Stwierdziłam, że jeśli ktoś taki jak ty mógłby o mnie walczyć, to naprawdę mogę być coś warta.
Patrzę na nią poważnie. Nie chcę mówić zbyt dużo lub zbyt mało.
- Jesteś warta walki. Jeszcze się nie poddałem.
Unosi gwałtownie głowę. Wygląda na zaalarmowaną.
- Powinieneś. Jestem mężatką.
- Ta, wyszłaś za mąż, co nie? Ale zrobiłaś to tylko dlatego, że myślałaś, iż z nami koniec – a końca wcale nie ma. Nigdy go nie będzie. Jeżeli myślisz, że ten mały kawałek metalu na twoim palcu może osłonić twoje uczucia do mnie, to jesteś w błędzie. Nosiłem taki przez pięć lat i nie było dnia, kiedy nie życzyłem sobie, byś to była ty.
Patrzę na jej wargi - wargi, które chcę pocałować. Odwracam się i zabieram kluczyki, żeby wyjść nim zaczniemy się kłócić – albo całować. Ona zostaje przy oknie. Zanim wychodzę z salonu, wypowiadam jej imię.
- Olivio.
Patrzy na mnie przez ramię. Jej warkocz kołysze się na jej plecach jak wahadło.
- Twoje małżeństwo nie przetrwa. Powiedz Noah prawdę; bądź sprawiedliwa. Kiedy to zrobisz, znajdź mnie, a ja dam ci to dziecko.
Nie zostaję, by patrzeć na jej reakcję.
***
Czuję poczucie winy, że oferuję mojej byłej dziewczynie dziecko, kiedy moja obecna dziewczyna jest prawdopodobnie w moim domu, czekając na mnie – czekając, aż zaoferuję jej małżeństwo. Moje życie nabiera ostrości, gdy przechodzę przez drzwi wejściowe. Z głośników leci głośna muzyka. Idę i ją ściszam. Jessica stoi przy kuchence, przerzucając coś na patelni. Zadziwia mnie to, że chce jej się gotować, nawet wtedy, gdy nie pracuje. Pomyśleć by można, że już jej się to znudzi. Siadam na stołku i przyglądam się jej, dopóki się nie odwraca.
Musiała zobaczyć coś na mojej twarzy. Odkłada drewnianą łyżkę, którą trzyma i wyciera ręce o ręcznik, po czym podchodzi do mnie. Widzę jak sos, który gotuje, ścieka na blat z łyżki. Nie wiem dlaczego, ale nie mogę przestać patrzeć na tę łyżkę.
Zaciskam zęby, kiedy do mnie idzie. Nie chcę jej zranić, ale jeśli zrobię to, co z Leah, to zostanę przy niej tylko po to, żeby ochronić jej serce. Bez przekonania, ponieważ w życiu pragnę tylko chronić serce Olivii.
Gdy wyciąga do mnie rękę, chwytam jej dłonie i przytrzymuję je. Dostrzega zerwanie w moich oczach; potrząsa głową, zanim otworzyłem jeszcze usta.
- Wciąż kocham Olivię – odzywam się. – Nigdy nie będzie sprawiedliwe, kiedy będę z kimkolwiek innym. Nie chcę dawać ci swoich kawałków.
Jej łzy zbierają się, a potem wypływają.
- Chyba o tym wiedziałam – odpowiada, kiwając głową. – Nie o powodzie, ale jesteś inny. Myślałam, że to przez wydarzenie z Leah i Estellą.
Krzywię się.
- Bardzo mi przykro, Jessica.
- Ona jest suką, Caleb. Wiesz o tym, prawda?
- Jess…
- Nie, wysłuchaj mnie. Ona jest złą osobą. Broni złych ludzi. Potem nagle wydzwania do ciebie w środku nocy i chce, żebyś przyszedł jej na ratunek. Jest przebiegła.
Pocieram czoło.
- To nie tak. Ona taka nie jest. Jest mężatką, Jessica. Nie mogę z nią być. Po prostu nie chcę być z nikim innym.
Patrzę na łyżkę, po czym zmuszam się do spojrzenia na Jessicę.
- Chciałbym mieć dzieci.
Cofa się do tyłu. – Mówiłeś, że nie chcesz.
Potakuję. – Tak, przemawiało przeze mnie cierpienie. Przez to, co stało się z… Estellą. – To pierwszy raz, kiedy wypowiedziałem jej imię od bardzo długiego czasu. To boli.
- Zawsze chciałem rodziny. Ale nie chcę poślubić kogoś i udawać, że nie chcę dzieci.
Ona kręci głową; najpierw powoli, a potem coraz szybciej.
- Muszę iść – mówi. Biegnie do pokoju po swoje rzeczy. Nie zatrzymuję jej. Nie ma sensu. Raz jeszcze zraniłem kogoś przez moje uczucia do Olivii. Kiedy to ustanie? Czy kiedykolwiek ustanie? Nie mogę zrobić tego już nikomu innemu. Dla mnie musi być Olivia albo nikt inny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz