Teraźniejszość
Dwa dni po
tym jak Caleb pojechał w podróż służbową, moja matka pakuje swoje torby i
informuje mnie, że ona również wyjeżdża.
- Nie
możesz mówić serio – mówię, patrząc jak zapina swoją walizkę. – Mówiłaś, że
chcesz zostać i pomóc.
- Tutaj
jest za gorąco – mówi, lekko dotykając włosów. – Wiesz, że nienawidzę
tutejszego lata.
- Jesteśmy
w klimatyzacji, mamo! Potrzebuję twojej pomocy.
- Poradzisz
sobie, Johanno.
Dostrzegam
niewielkie drżenie w jej głosie. Popada w jedną ze swoich depresji. Courtney
wiedziała, jak się nią zająć, kiedy taka się stawała. Ja zawsze wydawałam się
wszystko pogarszać. Ale Courtney tutaj nie ma; ja jestem. Co czyniło Najdroższą
Mamusię moją odpowiedzialnością.
Wzruszyłam
ramionami. – Dobra, zawieźmy cię na lotnisko. Caleb i tak wraca o północy.
Pozwolę jej
wrócić do jej willi w Michigan i wrzucać pigułki do ust jak Tic Taci, ukrywając
się przed światem.
W drodze
powrotnej z lotniska podkręcam radio i czuję się jak ptak po raz pierwszy
wypuszczony z gniazda. Estella zaczyna wrzeszczeć ze swojego fotelika pięć
minut po rozpoczęciu się mojej rozkoszy. Co to znaczy? Jest głodna? Ma chorobę
lokomocyjną? Jest mokra?
Niemal
zapomniałam, że była tam… tutaj… na tej planecie… w moim życiu.
Robię kilka
ćwiczeń Kegla i rozmyślam gorzko o Calebie – wolnego od dziecka Calebie, który
pławi się w bahamskim słońcu, popija swój przeklęty Bruichladdich i je
zapiekane kraby. To niesprawiedliwe. Potrzebuję niańki, czemu on tego nie
widzi? Caleb jest strasznie skrupulatny w tym, co jest właściwe i niewłaściwe.
Ze swoimi staromodnymi wartościami powinnam była wiedzieć, że będzie upierał
się, abym została w domu i sama ją wychowywała. On jest takim skautem. Kto
jeszcze wychowuje własne dzieci? Biała biedota, właśnie oni – bo nie stać ich
na pomoc.
Zagryzam
wargę i zwiększam głośność radia, aby zagłuszyć zawodzenie. W tej chwili brzmi
ona jak mały, przenikliwy alarm, ale co będzie za kilka miesięcy, gdy jej płuca
będą silniejsze? Jak ja zniosę ten hałas?
Próbuję
rozgryźć jak sprawić, żeby przestała płakać, kiedy coś żółtego przyciąga moją
uwagę. Żeby było jasne, żółty to straszny kolor. Nic dobrego nie wychodzi z
koloru, który reprezentuje żółtka, woskowinę i musztardę. Ten kolor jest
odpowiednikiem choroby; ropiejących ran i pryszczatych gęb, nikotyny plamiącej
zęby. Nic, nic, nic nie powinno być żółte, dlatego właśnie odwracam głowę, żeby
spojrzeć. Natychmiast skręcam samochodem w daleką prawą uliczkę i obracam
kierownicę, jakbym była w filiżance w Disney World. Rozbrzmiewają chóry klaksonów,
jak przecinam dwie alejki, by dojechać do placu. Wywracam oczami. Hipokryci.
Jeżdżenie
na Florydzie przypomina mi poruszanie się po zatłoczonym sklepie spożywczym –
albo tkwisz za pierdołą poruszającą się jedną milę na godzinę, albo jesteś
pchana w aleję z płatkami śniadaniowymi przez chuligana. Jestem dobrym
kierowcą, więc mogą się pieprzyć.
Jadę za
żółtym znakiem do centrum handlowego i spoglądam na puste witryny sklepowe,
jadąc na obrzeżach parkingu. Krzywe znaki wakatów wiszą w większości okien.
Stare nazwy sklepów wciąż przypięte nad drzwiami są przygnębiającym
przypomnieniem, że recesja przebiega na paluszkach przez cały kraj. Celuję
pistoletem zrobionym z palców w stary salon manicure i ciągnę za wymyślony
spust. Jak wiele małych marzeń osiągnęło dno w tej gównianej dziurze? W dalekim
prawym rogu blisko gargantuicznego kontenera na śmieci mieści się Słoneczny
Żłobek. Zatrzymuję samochód pod wstrętnym żółtkowym znakiem i stukam palcami w
kierownicę. Zrobić to czy nie zrobić? Równie dobrze mogłabym iść popatrzeć.
Wyskakuję,
kierując się do drzwi i przypominam sobie, że w samochodzie jest dziecko. A
niech to szlag! Wracam się, upewniając się, że nikt nie zobaczył mojego błędu i
odpinam fotelik samochodowy Estelli. Jest na szczęście cicho, jak przechodzę z
nią przez drzwi Słonecznego Żłobka. Pierwszą rzecz, którą dostrzegam to to, że
każdy może wejść sobie ot tak do tej gównianej placówki i porwać dziecko. Gdzie
są drzwi zamykane na kartę magnetyczną? Przyglądam się recepcjonistce. Jest
ubraną bez gustu dwudziestoparoletnią kobietą, mając niebieski cień do powiek
nad nudnymi brązowymi oczami. Ona chce chłopaka. Można to powiedzieć, dzięki
nadmiernemu wykorzystaniu perfum i dekoltowi. Ma kredkę do oczu na dolnej
powiece. Wszyscy wiedzą, że nie nakłada się kredki na dolną powiekę.
- Dzieeeń
dobry – ćwierkam radośnie.
Uśmiecha
się do mnie, unosząc brwi.
- Muszę
porozmawiać z pani dyrektorem – mówię głośno, na wypadek gdyby była tak wolna,
na jaką wygląda.
- O co
chodzi?
Czemu
ludzie zawsze zapychają recepcję półgłówkami?
- No cóż,
mam dziecko – odpowiadam opryskliwie - …a to jest żłobek.
Drga jej
nos. To jest jej jedyna oznaka, że po królewsku ją wkurzyłam. Tupię stopą o
linoleum, gdy wysyła wiadomość przez pager do dyrektora żłobka. Rozglądam się
wokoło, czekając. Bladożółte ściany, pomalowane na nich pomarańczowe słońca,
poplamiony niebieski dywan, a na nim rozrzucone Cheerios z dzisiejszego ranka.
Dyrektorka wkracza kilka minut później. Jest blondynką w trakcie kryzysu wieku
średniego, ma na sobie bluzkę „Połaskocz mnie Elmo”, zdarte z wierzchu różowe
tenisówki i dwa implanty piersi o wielkości melona. Przyglądam się jej z
obrzydzeniem i przyklejam uśmiech do twarzy.
Zanim mogę
wypowiedzieć, choć jedno słowo, ona się odzywa: - Wow, to noworodek.
- Urodziła
się przedwcześnie – kłamię. – Jest starsza niż na to wygląda.
- Jestem
Dieter – mówi, wyciągając rękę. Chwytam ją i ściskam.
- Chciałaby
pani wycieczkę po Słonecznym Żłobku?
Chcę
powiedzieć „do diabła nie”, ale potakuję uprzejmie i Dieter prowadzi mnie przez
parę podwójnych drzwi, które otwiera kartą magnetyczną.
Te miejsce
jest brudne, nawet Dieter musi to widzieć. Każde pomieszczenie ma własny
wyjątkowy zapach sików, mieszając się w – o mój Boże – subtelne połączenie.
Dieter albo jest uodporniona na ten zapach, albo decyduje się go zignorować. Ja
ledwo co mogę powstrzymać wymioty. Podkreśla proporcję uczniów/opiekunów, która
jest sześć do jednego i wskazuje radośnie klasę śpiewających czterolatków,
którym wszystkim spływają smarki z nosów.
Dzielenie
to troszczenie.
- Nasze
wyposażenie placu zabaw jest nowiutkie, ale oczywiście pani maluszek nie będzie
potrzebował go przez jakiś czas. – Otwiera drzwi oznaczone, jako „Maluszki” i
wchodzi do środka.
Natychmiast
jestem powitana wielorakimi dziecięcymi głosami, wszystkie ryczą jak małe osły.
To całkiem denerwujące i niemal od razu Estella się budzi i dołącza do chóru
osłów. Macham jej siodełkiem do przodu i do tyłu, i o dziwo, jej płacz
zmniejsza się do czasu, aż znowu jest cicho. Jest tutaj czysto. To oddaję
Dieter. Sześć łóżeczek jest przysuniętych do ściany. Każde ma wiszącego nad nim
szydełkowanego Muppeta.
- Dopiero
co pożegnaliśmy jedno z naszych dzieci – mówi mi Dieter. – Więc mamy miejsce
dla małej…
- Estelli.
– Uśmiecham się.
- To jest
panna Misty – mówi, przedstawiając mnie opiekunce. Uśmiecham się do kolejnej
przysadzistej dziewczyny, ściskam kolejną rękę z wyszczerbionym lakierem.
W końcu
decyduję się zostawić tam Estellę na próbę. Dieter to sugeruje. – Tylko na
kilka godzin, żeby zobaczyła pani jak będzie się czuć… - mówi. Zastanawiam się
czy to normalne – zostawianie dziecka z nieznajomymi, żeby zobaczyć jak będziesz się czuć. Mogłabym rozkroić się nożem i nic
bym nie poczuła. Potakuję.
- Nigdy nie
zostawiłam jej z nikim – mówię. To jest prawda… przeważnie.
Dieter kiwa
głową ze współczuciem. – Dobrze się nią zaopiekujemy. Tylko potrzebuję, żeby
wypełniła pani papiery.
Podaję
siodełko pannie Misty i robię pokaz, całując Estellę w czoło, po czym biegnę do
auta po torbę pieluszek, którą nosi ze sobą dobra matka.
Pół godziny
później, nareszcie jestem wolna – wolna od nieznośnego brzucha, wolna od
hałaśliwego dziecka… wolna, wolna, wolna. Właśnie wtedy dzwoni mój telefon.
Biorę go z siedzenia obok, gdzie go rzuciłam wcześniej i widzę, że dzwoni do
mnie Caleb. Uśmiecham się mimowolnie. Do dziś, kiedy Caleb dzwoni, mam motylki
w brzuchu. Zamierzam odebrać, gdy orientuję się, że zapewne dzwoni, aby zapytać
o Estellę. Zagryzam wargę i posyłam go do poczty głosowej. Nigdy nie mogę mu
powiedzieć, co właśnie zrobiłam. Prawdopodobnie wskoczyłby do pierwszego
dostępnego samolotu i wpadł do Miami, trzymając papiery rozwodowe. Może nawet
zwróciłby się do niej, żeby mu je
załatwiła. Wiem, że zachowuję się nierozsądnie i że on nie rozmawiał z nią
odkąd skończyła się moja rozprawa ponad półtora roku temu, lecz myśli o tej
wiedźmie z kruczoczarnymi włosami codziennie mnie dręczą. Chowam myśli o mojej
rozprawie i pełnomocniczce w głębi umysłu, aby później je przywrócić.
Jestem
zdeterminowana, żeby cieszyć się moim czasem wolnym od dziecka. Zatrzymuję się
w domu, żeby przebrać się z dżinsów w coś eleganckiego. Wybieram białe lniane
spodnie oraz bluzkę od Gucciego z mojej wycieczki zakupowej i wsuwam się w buty
z małymi obcasami. Kiedy już jestem z powrotem w aucie i w połowie drogi do
restauracji, zdaję sobie sprawę, że zapomniałam komórki na kuchennym blacie.
Spotykam
się z Katine i kilkoma naszymi przyjaciółkami na sushi i sake. Gdy wchodzę do
restauracji, wszystkie robią wokół mnie hałas, jakbym wyjechała na rok. Całuję
w powietrzu każdą z nich i siadamy, żeby złożyć zamówienie. Albo Katine
ostrzegła je, żeby nie pytały mnie o dziecko, albo nie obchodzi je to, ponieważ
żadna nie wspomina o niej ani słowa. Część mnie czuje ulgę, bo gdybym została
poproszona o opowiedzenie o moich uczuciach, jako nowa matka, to wybuchłabym
płaczem… choć czuję również lekkie poirytowanie. Nawet, jeżeli Estella była
tematem tabu, to przynajmniej mogły zapytać jak się czuję.
Ignoruję
to. Wypijam cztery małe kieliszki sake, po czym zamawiam wino.
Katine
unosi szklankę w moją stronę. – Za twój powrót! – krzyczy i wszystkie wypijamy.
Czuję się
fantastycznie. Oficjalnie wróciłam, chociaż była to ciężka dekada. Zamroczona
sake, przysięgam sobie, że trzydzieste lata będą najlepszymi latami w moim
życiu. Do piętnastej skończyłyśmy obiad i wszystkie jesteśmy zalane, ale
jeszcze nie gotowe na powrót do domu.
- A więc –
szepcze do mnie Katine, kiedy nareszcie opuszczamy restaurację. – Gdzie jest
dzieciak?
- Żłobek. –
Parskam śmiechem i zakrywam dłonią usta.
Katine
konspiracyjnie puszcza mi oko. Przecież to był jej pomysł.
- Caleb
wie? – pyta.
Patrzę na
nią jak na tępą blondynkę, którą jest. – Poważnie, Katine? Czy nosiłabym to,
gdyby Caleb wiedział, że jego maleństwo jest pod opieką obcego? – Pomachałam
jej obrączką.
Wytrzeszcza
oczy i ściąga wargi, jakby mi nie wierzyła. – Daj spokój. Caleb nigdy by cię
nie zostawił, mam na myśli, że miał szansę z tą dziewczyną Olivią i… - Kładzie
rękę na ustach i patrzy na mnie, jakby powiedziała za dużo.
Staję jak
wryta, gotowa ją spoliczkować. Suka. Jak śmie to wspominać!
Jestem bez
tchu, pełna sake i gniewu, gdy mówię: - Caleb przenigdy nie brał pod uwagę
zostawienia mnie. Ona była niczym. Nie rozgaduj takich kłamstw ludziom, Katine.
Wiem, że
moja twarz jest czerwona. Czuję jak pali mnie z rozżalenia. Katine opuszcza
brwi. Zniżają się głęboko, sprawiając wrażenie, że naprawdę jest jej przykro.
- Ja…
przepraszam – jąka się. – Nic nie miałam przez to na myśli.
Znam tę
śliczną blond diablicę zbyt dobrze, by kupić jej przeprosiny warte Emmy. Rzucam
jej lekceważące spojrzenie, a ona uśmiecha się do mnie z ckliwą słodkością.
- Chodziło
mi o to, że on cię kocha. Nawet taki seksowny tyłek nie mógłby ci go zabrać.
Teraz kipię
ze złości. Wspominanie imienia tej miernoty to jedno, ale dawać wiarę jej
wyraźnemu dobremu wyglądowi przekracza granicę przyjaciółki/lojalności.
- Leah,
poczekaj – woła za mną, kiedy oddalam się prędko. Nie czekam, aby usłyszeć jej
usprawiedliwienie – jej ulubioną rzecz, ponieważ jest z Rosji i nie zawsze
rozumie właściwy sposób na komunikowanie się, skoro angielski jest jej drugim
językiem. Słyszałam już wszystkie i znam moją oślizgłą najlepszą przyjaciółkę.
Lubi rzucać słodkie obelgi, oszczerstwa i potajemne zniewagi. Jesteś taka odważna, żeby założyć tę spódnicę,
ja bałabym się, że pokaże się mój cellulit. Katine cierpi na bulimię i nie
ma ani trochę cellulitu. Więc wyraźnie odnosiła się do mnie.
Katine
Reinlaskz jest tak zabawowa jak małpa w zoo, ale przeciwstaw się jej, a podrze
cię na strzępy. Nasza więź, która istniała od gimnazjum, była bezwzględną wojną
na posiadanie większych rzeczy od tej drugiej. Mój pierwszy samochód kosztował
sześćdziesiąt tysięcy, jej osiemdziesiąt. Moja słodka szesnastka miała trzystu
gości – jej czterystu. Jednak wygrałam z Calebem. Katine dwa razy się
rozwiodła. Pierwsze małżeństwo było ślubem w Vegas, które trwało około
dwadzieścia cztery godziny zanim zostało unieważnione, a drugie było z
pięćdziesięcioletnim potentatem naftowym, który okazał się być całkowitym
sknerą, kiedy już się pobrali. Jest przepełniona zazdrością, gdy chodzi o
Caleba – przystojnego, bogatego, dżentelmeńskiego, seksownego Caleba. Marzenie
każdej dziewczyny i ja go mam. Wykorzystuję każdą okazję, aby obnosić się moim
głównym życiowym triumfem, ale od tamtego problemu z Olivią, zazdrość Katine
została zastąpiona samozadowoleniem. Nawet miała czelność, żeby powiedzieć mi
kiedyś, że podziwiała zdrowy rozsądek Olivii.
Robię
krótkie, lekko wzburzone kroki do mojego samochodu, uważając, żeby nie
przewrócić się na obcasach i wsuwam się na miejsce kierowcy. Zegarek na desce
rozdzielczej wskazuje osiemnastą godzinę. Nie jestem w pozycji żeby jechać, ale
nawet nie mam komórki, żeby zadzwonić po kogoś. I do kogo bym zadzwoniła? Moje
przyjaciółki są podobnie pijane, a te które nie są tutaj uniosłyby brwi i
zaczęły plotkować, gdyby zobaczyły mnie taką.
Nagle
przypomniałam sobie o Estelli.
- Cholera.
– Walę ręką w kierownicę. Miałam odebrać ją o siedemnastej i nie mam jak
zadzwonić do żłobka. Odpalam auto i wycofuję z miejsca bez patrzenia. Słyszę
klakson, a potem rażący chrzęst metalu. Nawet nie muszę spojrzeć, żeby
wiedzieć, że jest źle. Wysiadam chwiejnie z samochodu i podchodzę na tył. Stary
Ford jest zgięty wokół zderzaka mojego Range Rovera. Wygląda to niemal
komicznie. Opanowuję ochotę na śmiech, po czym muszę powstrzymać chęć płaczu,
bo dostrzegam migoczące niebiesko-czerwone światła podjeżdżającego do nas
radiowozu. Kierowca jest starszym mężczyzną. Jego żona siedzi na miejscu
pasażera, trzymając się za szyję. Przewracam oczami i krzyżuję ramiona na
piersi, czekając na nieuchronne syreny ambulansu, które oznaczają pozwy.
Pochylam
się, żeby móc zobaczyć staruchę. – Naprawdę? – pytam przez okno. – Boli panią
szyja?
Faktycznie
ambulans wjeżdża za patrolowym wozem na parking. Lekarze wyskakują z samochodu
i podbiegają do Forda. Nie mogę zobaczyć, co dzieje się potem, ponieważ
podchodzi do mnie niegrzecznie wyglądający policjant i wiem, że mam parę sekund
na pozbieranie się i udawanie trzeźwej.
- Proszę
pani – odzywa się przez ciemne okulary. – Zdaje sobie pani sprawę, że wycofała
pani bez jednego spojrzenia? Widziałem całe zdarzenie.
Poważnie?
Byłam zaskoczona, że widział coś przez te okulary przeciwsłoneczne podobne do
tych, co miał Blade.
Uśmiecham
się niewinnie. – Wiem. Byłam spanikowana. Muszę odebrać dziecko od opiekunki –
kłamię – i jestem spóźniona…
Przygryzam
wargę, ponieważ to zazwyczaj ekscytuje mężczyzn, jak tak robię.
Przygląda
mi się przez chwilę i modlę się, żeby nie wyczuł alkoholu w moim oddechu.
Patrzę, jak jego wzrok kieruje się na tylne siedzenie, gdzie mieści się
podstawa fotelika Estelli.
- Muszę
zobaczyć pani licencję i rejestrację – mówi w końcu.
To jest
standardowa procedura – na razie wszystko idzie dobrze. Przechodzimy przez
proces związany z wypadkiem, który znam o wiele zbyt dobrze. Widzę, że
staruszka zostaje wprowadzona do ambulansu i obserwuję jak odjeżdżają z
migoczącymi światłami. Jej mąż, dość bezdusznie, zostaje, żeby zająć się
sprawami.
- Cholerni
oszuści – szepczę pod nosem.
Funkcjonariusz
posyła mi półuśmiech, ale wystarcza to, żeby powiedzieć mi, że jest po mojej
stronie. Podchodzę do niego i pytam, kiedy będę mogła odjechać, aby odebrać
córkę.
- Tak
trudno było ją zostawić – mówię mu. – Miałam obiad służbowy. – Kiwa głową,
jakby rozumiał.
- Damy pani
mandat – biorąc pod uwagę, że to była pani wina – odpowiada. – Potem może pani
jechać.
Oddycham z
ulgą. Nadjeżdża samochód pomocy drogowej i oddziela pojazdy. Uszkodzenie mojego
Range Rovera jest minimalne w porównaniu do Forda, który praktycznie złożony
jest w pół. Dowiaduję się, że towarzystwo ubezpieczeniowe Bernhard będzie
kontaktować się z moim i jestem pewna, że również w ciągu paru dni zatrudnią
prawnika.
Wyjeżdżam z
mojego miejsca; czując ulgę, że Rover jedzie tak samo, jak wcześniej. Poza
wgniecionym zderzakiem i paroma zarysowaniami mój drogi samochód wyszedł bez
szwanku. Ale jeszcze lepiej, ja wyszłam z tego bez szwanku. Mogłam zostać
aresztowana i oskarżona o prowadzenie pojazdu pod wpływem alkoholu. Dzięki
świetnemu aktorstwu i oczarowanemu glinie, unikam odpowiedzialności z drobnymi
kosztami.
Czuję się
prawie trzeźwo, jadąc ostrożnie do Słonecznego Żłobka. Kiedy zatrzymuję się na
parkingu, jest pusty. Nerwowo spoglądam na zegarek. Jest dziewiętnasta
dziesięć. Ktoś musiał zostać z nią do późna. Zapewne będą wściekli, ale kiedy
wyjaśnię co stało się z telefonem i wypadkiem, to zrozumieją. Przyciskam
dzwonek do drzwi, zanim dostrzegam, że w środku jest kompletnie ciemno.
Przyciskając ręce do szyby, zerkam do środka. Pusto. Zamknięte; zaryglowane.
Panikuję. To rodzaj paniki, który poczułam, gdy dowiedziałam się, że mogę iść
do więzienia za oszustwo farmaceutyczne. Panika, którą czułam, jak stałam przed
sędzią, spodziewając się usłyszeć wyrok skazujący, który dałby mi dwadzieścia
lat więzienia stanowego. To całkowicie samolubna panika. Panika typu – omójBoże
Caleb rozwiedzie się ze mną za zgubienie jego córki. Byłam matką od mniej niż
dwóch tygodni i już straciłam moje dziecko. Takie gówno dopada cię u Nancy
Grace. Nie cierpię tej blond suki.
Chodząc tam
i z powrotem po chodniku, zastanawiam się nad moimi opcjami. Mogłam zadzwonić
po policję. Jaka jest polityka dla rodziców, którym nie udało się odebrać
dzieci ze żłobka? Wysyłają je do opieki społecznej? Czy właścicielka zabiera je
do domu? Staram się przypomnieć sobie imię dyrektorki – Dieter. Czy ona w ogóle
podała mi swoje nazwisko? W każdym razie muszę dostać się do telefonu i to
szybko.
Jadę do
domu jakbym była Szybka i Wściekła – i wprowadzam auto na podjazd. Moja pilność
jest słyszalna, jak wbiegam do domu przez drzwi, nie przejmując się ich
zamknięciem i kieruję się do blatu kuchennego, gdzie zostawiłam moją komórkę.
Nie ma jej tam. Kręci mi się w głowie. Byłam taka pewna, że tam właśnie ją
zostawiłam. Jutro będę miała zabójczego kaca. Myśl! Po raz pierwszy żałuję, że nie posiadam naziemnej linii
telefonicznej. Kto potrzebuje jeszcze
linii naziemnej? Pamiętam jak mówiłam Calebowi, zanim się jej pozbyliśmy.
Obracam się w kierunku schodów i moje serce podskakuje z zaskoczenia.
- Szukasz tego?
Caleb
opiera się o framugę, patrząc na mnie. W jego ręce jest mój cenny iPhone.
Przyglądam się jego twarzy. Wygląda na spokojnego – to oznacza, że nie wie, iż
nie mam ze sobą Estelli – albo myśli, że jest ona z moją matką. Nie
powiedziałam mu, że dziś rano zawiozłam ją na lotnisko.
- Jesteś
wcześnie w domu – mówię szczerze zaskoczona.
Nie
uśmiecha się ani nie wita mnie ze zwyczajnym ciepłem, zamiast tego nie odrywa
spojrzenia od mojej twarzy – telefon trzyma palcami i wyciąga do mnie. Robię
kilka przezornych kroków w jego kierunku, uważając, aby nie pokazać mojego
pozostałego zamroczenia. Caleb odczytuje mnie jak niskogatunkową książkę.
Podnoszę się na palcach, żeby pocałować go w policzek i wyciągam telefon z jego
ręki. Teraz gdybym tylko mogła wyjść na zewnątrz, to może mogłabym coś
wymyślić, zadzwonić do kogoś… ZNALEŹĆ DZIECKO!
Cofam się
kilka kroków.
- Masz
nieodebrane połączenie. Właściwie, to czternaście – mówi swobodnie Caleb – zbyt
swobodnie – jak spokój przed burzą. Niskie, dudniące warknięcie nim wilk
rozszarpie ci tchawicę.
Przełykam
ślinę. Mam piasek w gardle i topię się… duszę. Rozglądam się po pokoju. Boże –
co on wie? Jak ja to naprawię?
-
Najwyraźniej zapomniałaś odebrać Estellę ze żłobka… - milknie. Niewidzialna
ręka otwiera mi szczękę i wlewa mi strach do gardła. Dławię się nim.
- Caleb… -
zaczynam. Unosi rękę, żeby mnie powstrzymać i robię to, bo nawet nie wiem,
jakie mogę dać usprawiedliwienie.
Zostawiłam
naszą córkę w obskurnym żłobku, ponieważ…
Szlag.
Nie jestem
taka kreatywna. Mój umysł przesiewa wszystkie możliwe usprawiedliwienia.
- Czy ona…
czy ona tutaj jest? – szepczę. Najbardziej wyrazistą częścią Caleba jest jego
szczęka. Używam jej, żeby odczytać jego emocje. Jest kwadratowa, męska –
złagodzona przez jego zbyt pełne wargi. Kiedy ta szczęka jest tobą zadowolona,
chcesz obrysować ją koniuszkami palców, unieść się na palcach u stóp, żeby ją
ucałować. Szczęka jest na mnie zła. Jego usta są blade i zaciśnięte z gniewu.
Boję się.
Caleb nic
nie mówi. To jest jego metoda bojowa. Rozgrzewa pokój swoją wściekłością i
czeka, aż wypocisz wyznanie. Nigdy nie był brutalny wobec kobiety, ale
postawiłabym swoje życie, że ta dziewczynka mogłaby sprawić, że zrobiłby
rzeczy, o których nigdy nie myślał.
Popełniam
błąd patrząc w kierunku schodów. To go naprawdę złości. Odpycha się od ściany i
podchodzi do mnie.
- Nic jej
nie jest – mówi przez zęby. – Wróciłem wcześniej, bo martwiłem się o ciebie.
Widocznie to nie o ciebie musiałem się martwić.
- To było
tylko kilka godzin – odpowiadam szybko. – Potrzebowałam trochę czasu dla
siebie, a moja matka po prostu wstała i mnie zostawiła…
Patrzy na
mnie przez kilka sekund, ale nie dlatego, że ocenia szczerość moich słów.
Zastanawia się jak mógł poślubić kogoś takiego jak ja. Widzę te kompletne
rozczarowanie. Zadrapuje przekonanie o własnej nieomylności, które przyciskam
do piersi. Czuję się jak porażka. Cóż, czego on oczekiwał – że będę dobrą
matką? Że wpadnę w tę rolę, której nie rozumiem?
Nie wiem,
co zrobić. Alkohol wciąż opiekuje się moim mózgiem i mogę myśleć tylko o
fakcie, że on mnie zostawi.
-
Przepraszam – szepczę, patrząc w podłogę. Udawanie skruszonej jest ciosem
poniżej pasa, zwłaszcza skoro jest mi bardziej przykro za zostanie przyłapaną
niż rzeczywisty czyn.
-
Przepraszasz za zostanie przyłapaną – odpowiada.
Podnoszę
gwałtownie głowę. Pieprzony czytacz w
myślach!
Jak on może
myśleć o mnie w najgorszy sposób? Jestem jego żoną! Na dobre i na złe, tak? Czy
może zło odnosi się do sytuacji, a nie osoby?
-
Zostawiłaś swoją nowonarodzoną córkę u zupełnie obcych ludzi. Nie jadła od
kilku godzin!
- W torbie
z pieluchami było mleko! – sprzeczam się.
- Za mało
na siedem godzin!
Patrzę
spode łba na kafelki. – Nie zdawałam sobie sprawy – mówię pokonana. Naprawdę
nie było mnie tak długo?
Czuję nagły
przypływ gniewu niedopuszczającego niczego do dyskusji. Czy to moja wina, że
nie czuję rodzicielskiego szczęścia, tak jak on? Otwieram usta, żeby mu to
powiedzieć, ale nie daje dojść mi do słowa.
- Nie, Leah
– ostrzega. – Nie ma na to żadnego usprawiedliwienia. Gdybym miał jakiś rozum,
to zabrałbym ją i odszedł. – Odwraca się, idąc do schodów.
Moje myśli
rozmazują się, jak zalewa mnie wściekłość. – Ona jest moja!
Zatrzymuje
się. To niespodziewane zatrzymanie, jakby moje słowa zmroziły jego nogi.
Gdy obraca
się, jego twarz jest poczerwieniała. – Jeszcze raz wykręcisz taki numer, a
będziesz krzyczeć to w sądzie.
Czuję
nacisk na klatce piersiowej, kiedy jego groźba omiata mnie jak chłodny wiatr.
On mówi poważnie. Caleb nigdy nie odezwał się do mnie z takim chłodem. Nigdy mi
nie groził. To przez dziecko. Ona go zmienia, nastawia przeciwko mnie.
Zatrzymuje się zanim dociera do schodów.
-
Zatrudniam nianię.
Słowa,
których pragnęłam, ale teraz nie czuję ich jak zwycięstwo. Caleb ustępuje
niańce, bo już mi nie ufa – jego żonie. Nagle nie chcę żadnej opiekunki.
- Nie –
mówię. – Mogę się nią zająć. Nie potrzebuję pomocy.
Ignoruje
mnie, biorąc dwa schody na raz. Podążam za nim, decydując się czy chcę błagać,
czy być agresywna.
-
Popełniłam jeden błąd, to już się nie wydarzy – mówię, podejmując błagający
sposób. – I nie możesz podejmować sam tej decyzji – to także moja córka. – Na
dodatek kapka agresji.
Wchodzi do
naszej sypialni, szukając czegoś w swoim stolik nocnym. Wyciąga swój „mały
czarny notes”, w którym często węszyłam. Idę za nim do jego gabinetu, gdzie
odłącza komórkę od ładowarki.
- Do kogo
dzwonisz? – pytam podejrzliwie.
Wskazuje mi
drzwi, każąc wyjść. Nie ustępuję; przytulam samą siebie, niepokój wiruje w moim
żołądku.
- Hej –
odzywa się do słuchawki. Jego głos jest intymny, pełen podtekstów. Wyraźnie
jest w poufałych kontaktach z osobą na drugim końcu linii. Czuję na kręgosłupie
lodowaty chłód. Istnieje tylko jedna
osoba, która sprawia, że jego głos jest taki łagodny, ale czemu miałby do niej
dzwonić? Śmieje się z czegoś, co powiedziała tamta osoba i odchyla się na
krześle.
O – Boże –
o – Boże. Niedobrze mi.
- Tak, chcę
– mówi poufale. – Możesz to załatwić? – Milczy, słuchając. – Zaufam
komukolwiek, kogo wyślesz. Nie – nie – nie mam z tym problemu. Więc dobrze,
jutro? Tak, podeślę ci adres… och, pamiętasz? – Uśmiecha się cierpko. – Do
zobaczenia.
Wskakuję do
akcji, jak tylko się rozłącza.
- Kto to
był? Czy to ona?
Przerywa
sortowanie papierów, aby spojrzeć na mnie pytająco. – Ona?
- Wiesz, o
kim mówię.
Nigdy o tym
nie rozmawiamy – o niej. Mięsień zaciska się w jego szczęce. Mam ochotę
wczołgać się pod jego biurko i schować głowę w kolanach.
CZEMU
JA
TO
POWIEDZIAŁAM?
- Nie –
odpowiada, powracając do przestawiania kartek. – To była stara przyjaciółka,
która posiada agencję nianiek w Boca. Ktoś przyjdzie jutro, żeby się ze mną
spotkać.
Opada mi
szczęka. Kolejna sekretna część jego życia, o której nic nie wiem. Jak do
diabła ma on kontakt z kimś, kto posiada agencję nianiek?
- To jest
bzdura – mówię, tupiąc nogą. – Pozwolisz mi przynajmniej ją poznać?
Caleb
wzrusza ramionami. – Być może, choć przypuszczam, że jutro będziesz miała kaca…
Więdnę w
duchu. On zawsze wie. Wszystko widzi. Zastanawiam się czy wydał mnie oddech,
czy jakimś cudem zobaczył obity zderzak mojego auta i zgadnął. Nie zamierzam
pytać. Szybko wychodzę z pokoju bez tłumaczenia się i wbiegam na piętro. Staję
w drzwiach naszej sypialni i zerkam w korytarz. Czuję czegoś ukłucie. Powinnam
iść ją sprawdzić? Dzisiaj praktycznie ją opuściłam. Przynajmniej powinnam upewnić
się, że nic jej nie jest. Cieszę się, że nie jest wystarczająco duża, żeby
wiedzieć, co zrobiłam. Dzieci mają ci za złe różne rzeczy.
Idąc cicho
korytarzem, otwieram palcem drzwi pokoju dziecinnego i zerkam do środka. Nie
wiem dlaczego czuję takie poczucie winy, patrząc na własne dziecko, ale tak
właśnie jest. Przekraczam odległość do jej łóżeczka, wstrzymując oddech. Śpi.
Caleb wykąpał ją i opatulił, chociaż zdołała uwolnić jedną rączkę i ssie ją.
Wyczuwam jej zapach z miejsca, gdzie stoję – lawendowe mydło, które kupił dla
niej Caleb zmieszane z owsiankowym zapachem noworodka. Wyciągam palec i dotykam
jej piąstki, po czym uciekam szybko z pokoju.