5.11.13

Dirty Red - rozdział 5

Teraźniejszość

Dwa dni po tym jak Caleb pojechał w podróż służbową, moja matka pakuje swoje torby i informuje mnie, że ona również wyjeżdża.
- Nie możesz mówić serio – mówię, patrząc jak zapina swoją walizkę. – Mówiłaś, że chcesz zostać i pomóc.
- Tutaj jest za gorąco – mówi, lekko dotykając włosów. – Wiesz, że nienawidzę tutejszego lata.
- Jesteśmy w klimatyzacji, mamo! Potrzebuję twojej pomocy.
- Poradzisz sobie, Johanno.
Dostrzegam niewielkie drżenie w jej głosie. Popada w jedną ze swoich depresji. Courtney wiedziała, jak się nią zająć, kiedy taka się stawała. Ja zawsze wydawałam się wszystko pogarszać. Ale Courtney tutaj nie ma; ja jestem. Co czyniło Najdroższą Mamusię moją odpowiedzialnością.
Wzruszyłam ramionami. – Dobra, zawieźmy cię na lotnisko. Caleb i tak wraca o północy.
Pozwolę jej wrócić do jej willi w Michigan i wrzucać pigułki do ust jak Tic Taci, ukrywając się przed światem.
W drodze powrotnej z lotniska podkręcam radio i czuję się jak ptak po raz pierwszy wypuszczony z gniazda. Estella zaczyna wrzeszczeć ze swojego fotelika pięć minut po rozpoczęciu się mojej rozkoszy. Co to znaczy? Jest głodna? Ma chorobę lokomocyjną? Jest mokra?
Niemal zapomniałam, że była tam… tutaj… na tej planecie… w moim życiu.
Robię kilka ćwiczeń Kegla i rozmyślam gorzko o Calebie – wolnego od dziecka Calebie, który pławi się w bahamskim słońcu, popija swój przeklęty Bruichladdich i je zapiekane kraby. To niesprawiedliwe. Potrzebuję niańki, czemu on tego nie widzi? Caleb jest strasznie skrupulatny w tym, co jest właściwe i niewłaściwe. Ze swoimi staromodnymi wartościami powinnam była wiedzieć, że będzie upierał się, abym została w domu i sama ją wychowywała. On jest takim skautem. Kto jeszcze wychowuje własne dzieci? Biała biedota, właśnie oni – bo nie stać ich na pomoc.
Zagryzam wargę i zwiększam głośność radia, aby zagłuszyć zawodzenie. W tej chwili brzmi ona jak mały, przenikliwy alarm, ale co będzie za kilka miesięcy, gdy jej płuca będą silniejsze? Jak ja zniosę ten hałas?
Próbuję rozgryźć jak sprawić, żeby przestała płakać, kiedy coś żółtego przyciąga moją uwagę. Żeby było jasne, żółty to straszny kolor. Nic dobrego nie wychodzi z koloru, który reprezentuje żółtka, woskowinę i musztardę. Ten kolor jest odpowiednikiem choroby; ropiejących ran i pryszczatych gęb, nikotyny plamiącej zęby. Nic, nic, nic nie powinno być żółte, dlatego właśnie odwracam głowę, żeby spojrzeć. Natychmiast skręcam samochodem w daleką prawą uliczkę i obracam kierownicę, jakbym była w filiżance w Disney World. Rozbrzmiewają chóry klaksonów, jak przecinam dwie alejki, by dojechać do placu. Wywracam oczami. Hipokryci.
Jeżdżenie na Florydzie przypomina mi poruszanie się po zatłoczonym sklepie spożywczym – albo tkwisz za pierdołą poruszającą się jedną milę na godzinę, albo jesteś pchana w aleję z płatkami śniadaniowymi przez chuligana. Jestem dobrym kierowcą, więc mogą się pieprzyć.
Jadę za żółtym znakiem do centrum handlowego i spoglądam na puste witryny sklepowe, jadąc na obrzeżach parkingu. Krzywe znaki wakatów wiszą w większości okien. Stare nazwy sklepów wciąż przypięte nad drzwiami są przygnębiającym przypomnieniem, że recesja przebiega na paluszkach przez cały kraj. Celuję pistoletem zrobionym z palców w stary salon manicure i ciągnę za wymyślony spust. Jak wiele małych marzeń osiągnęło dno w tej gównianej dziurze? W dalekim prawym rogu blisko gargantuicznego kontenera na śmieci mieści się Słoneczny Żłobek. Zatrzymuję samochód pod wstrętnym żółtkowym znakiem i stukam palcami w kierownicę. Zrobić to czy nie zrobić? Równie dobrze mogłabym iść popatrzeć.
Wyskakuję, kierując się do drzwi i przypominam sobie, że w samochodzie jest dziecko. A niech to szlag! Wracam się, upewniając się, że nikt nie zobaczył mojego błędu i odpinam fotelik samochodowy Estelli. Jest na szczęście cicho, jak przechodzę z nią przez drzwi Słonecznego Żłobka. Pierwszą rzecz, którą dostrzegam to to, że każdy może wejść sobie ot tak do tej gównianej placówki i porwać dziecko. Gdzie są drzwi zamykane na kartę magnetyczną? Przyglądam się recepcjonistce. Jest ubraną bez gustu dwudziestoparoletnią kobietą, mając niebieski cień do powiek nad nudnymi brązowymi oczami. Ona chce chłopaka. Można to powiedzieć, dzięki nadmiernemu wykorzystaniu perfum i dekoltowi. Ma kredkę do oczu na dolnej powiece. Wszyscy wiedzą, że nie nakłada się kredki na dolną powiekę.
- Dzieeeń dobry – ćwierkam radośnie.
Uśmiecha się do mnie, unosząc brwi.
- Muszę porozmawiać z pani dyrektorem – mówię głośno, na wypadek gdyby była tak wolna, na jaką wygląda.
- O co chodzi?
Czemu ludzie zawsze zapychają recepcję półgłówkami?
- No cóż, mam dziecko – odpowiadam opryskliwie - …a to jest żłobek.
Drga jej nos. To jest jej jedyna oznaka, że po królewsku ją wkurzyłam. Tupię stopą o linoleum, gdy wysyła wiadomość przez pager do dyrektora żłobka. Rozglądam się wokoło, czekając. Bladożółte ściany, pomalowane na nich pomarańczowe słońca, poplamiony niebieski dywan, a na nim rozrzucone Cheerios z dzisiejszego ranka. Dyrektorka wkracza kilka minut później. Jest blondynką w trakcie kryzysu wieku średniego, ma na sobie bluzkę „Połaskocz mnie Elmo”, zdarte z wierzchu różowe tenisówki i dwa implanty piersi o wielkości melona. Przyglądam się jej z obrzydzeniem i przyklejam uśmiech do twarzy.
Zanim mogę wypowiedzieć, choć jedno słowo, ona się odzywa: - Wow, to noworodek.
- Urodziła się przedwcześnie – kłamię. – Jest starsza niż na to wygląda.
- Jestem Dieter – mówi, wyciągając rękę. Chwytam ją i ściskam.
- Chciałaby pani wycieczkę po Słonecznym Żłobku?
Chcę powiedzieć „do diabła nie”, ale potakuję uprzejmie i Dieter prowadzi mnie przez parę podwójnych drzwi, które otwiera kartą magnetyczną.
Te miejsce jest brudne, nawet Dieter musi to widzieć. Każde pomieszczenie ma własny wyjątkowy zapach sików, mieszając się w – o mój Boże – subtelne połączenie. Dieter albo jest uodporniona na ten zapach, albo decyduje się go zignorować. Ja ledwo co mogę powstrzymać wymioty. Podkreśla proporcję uczniów/opiekunów, która jest sześć do jednego i wskazuje radośnie klasę śpiewających czterolatków, którym wszystkim spływają smarki z nosów.
Dzielenie to troszczenie.
- Nasze wyposażenie placu zabaw jest nowiutkie, ale oczywiście pani maluszek nie będzie potrzebował go przez jakiś czas. – Otwiera drzwi oznaczone, jako „Maluszki” i wchodzi do środka.
Natychmiast jestem powitana wielorakimi dziecięcymi głosami, wszystkie ryczą jak małe osły. To całkiem denerwujące i niemal od razu Estella się budzi i dołącza do chóru osłów. Macham jej siodełkiem do przodu i do tyłu, i o dziwo, jej płacz zmniejsza się do czasu, aż znowu jest cicho. Jest tutaj czysto. To oddaję Dieter. Sześć łóżeczek jest przysuniętych do ściany. Każde ma wiszącego nad nim szydełkowanego Muppeta.
- Dopiero co pożegnaliśmy jedno z naszych dzieci – mówi mi Dieter. – Więc mamy miejsce dla małej…
- Estelli. – Uśmiecham się.
- To jest panna Misty – mówi, przedstawiając mnie opiekunce. Uśmiecham się do kolejnej przysadzistej dziewczyny, ściskam kolejną rękę z wyszczerbionym lakierem.
W końcu decyduję się zostawić tam Estellę na próbę. Dieter to sugeruje. – Tylko na kilka godzin, żeby zobaczyła pani jak będzie się czuć… - mówi. Zastanawiam się czy to normalne – zostawianie dziecka z nieznajomymi, żeby zobaczyć jak będziesz się czuć. Mogłabym rozkroić się nożem i nic bym nie poczuła. Potakuję.
- Nigdy nie zostawiłam jej z nikim – mówię. To jest prawda… przeważnie.
Dieter kiwa głową ze współczuciem. – Dobrze się nią zaopiekujemy. Tylko potrzebuję, żeby wypełniła pani papiery.
Podaję siodełko pannie Misty i robię pokaz, całując Estellę w czoło, po czym biegnę do auta po torbę pieluszek, którą nosi ze sobą dobra matka.
Pół godziny później, nareszcie jestem wolna – wolna od nieznośnego brzucha, wolna od hałaśliwego dziecka… wolna, wolna, wolna. Właśnie wtedy dzwoni mój telefon. Biorę go z siedzenia obok, gdzie go rzuciłam wcześniej i widzę, że dzwoni do mnie Caleb. Uśmiecham się mimowolnie. Do dziś, kiedy Caleb dzwoni, mam motylki w brzuchu. Zamierzam odebrać, gdy orientuję się, że zapewne dzwoni, aby zapytać o Estellę. Zagryzam wargę i posyłam go do poczty głosowej. Nigdy nie mogę mu powiedzieć, co właśnie zrobiłam. Prawdopodobnie wskoczyłby do pierwszego dostępnego samolotu i wpadł do Miami, trzymając papiery rozwodowe. Może nawet zwróciłby się do niej, żeby mu je załatwiła. Wiem, że zachowuję się nierozsądnie i że on nie rozmawiał z nią odkąd skończyła się moja rozprawa ponad półtora roku temu, lecz myśli o tej wiedźmie z kruczoczarnymi włosami codziennie mnie dręczą. Chowam myśli o mojej rozprawie i pełnomocniczce w głębi umysłu, aby później je przywrócić.
Jestem zdeterminowana, żeby cieszyć się moim czasem wolnym od dziecka. Zatrzymuję się w domu, żeby przebrać się z dżinsów w coś eleganckiego. Wybieram białe lniane spodnie oraz bluzkę od Gucciego z mojej wycieczki zakupowej i wsuwam się w buty z małymi obcasami. Kiedy już jestem z powrotem w aucie i w połowie drogi do restauracji, zdaję sobie sprawę, że zapomniałam komórki na kuchennym blacie.
Spotykam się z Katine i kilkoma naszymi przyjaciółkami na sushi i sake. Gdy wchodzę do restauracji, wszystkie robią wokół mnie hałas, jakbym wyjechała na rok. Całuję w powietrzu każdą z nich i siadamy, żeby złożyć zamówienie. Albo Katine ostrzegła je, żeby nie pytały mnie o dziecko, albo nie obchodzi je to, ponieważ żadna nie wspomina o niej ani słowa. Część mnie czuje ulgę, bo gdybym została poproszona o opowiedzenie o moich uczuciach, jako nowa matka, to wybuchłabym płaczem… choć czuję również lekkie poirytowanie. Nawet, jeżeli Estella była tematem tabu, to przynajmniej mogły zapytać jak się czuję.
Ignoruję to. Wypijam cztery małe kieliszki sake, po czym zamawiam wino.
Katine unosi szklankę w moją stronę. – Za twój powrót! – krzyczy i wszystkie wypijamy.
Czuję się fantastycznie. Oficjalnie wróciłam, chociaż była to ciężka dekada. Zamroczona sake, przysięgam sobie, że trzydzieste lata będą najlepszymi latami w moim życiu. Do piętnastej skończyłyśmy obiad i wszystkie jesteśmy zalane, ale jeszcze nie gotowe na powrót do domu.
- A więc – szepcze do mnie Katine, kiedy nareszcie opuszczamy restaurację. – Gdzie jest dzieciak?
- Żłobek. – Parskam śmiechem i zakrywam dłonią usta.
Katine konspiracyjnie puszcza mi oko. Przecież to był jej pomysł.
- Caleb wie? – pyta.
Patrzę na nią jak na tępą blondynkę, którą jest. – Poważnie, Katine? Czy nosiłabym to, gdyby Caleb wiedział, że jego maleństwo jest pod opieką obcego? – Pomachałam jej obrączką.
Wytrzeszcza oczy i ściąga wargi, jakby mi nie wierzyła. – Daj spokój. Caleb nigdy by cię nie zostawił, mam na myśli, że miał szansę z tą dziewczyną Olivią i… - Kładzie rękę na ustach i patrzy na mnie, jakby powiedziała za dużo.
Staję jak wryta, gotowa ją spoliczkować. Suka. Jak śmie to wspominać!
Jestem bez tchu, pełna sake i gniewu, gdy mówię: - Caleb przenigdy nie brał pod uwagę zostawienia mnie. Ona była niczym. Nie rozgaduj takich kłamstw ludziom, Katine.
Wiem, że moja twarz jest czerwona. Czuję jak pali mnie z rozżalenia. Katine opuszcza brwi. Zniżają się głęboko, sprawiając wrażenie, że naprawdę jest jej przykro.
- Ja… przepraszam – jąka się. – Nic nie miałam przez to na myśli.
Znam tę śliczną blond diablicę zbyt dobrze, by kupić jej przeprosiny warte Emmy. Rzucam jej lekceważące spojrzenie, a ona uśmiecha się do mnie z ckliwą słodkością.
- Chodziło mi o to, że on cię kocha. Nawet taki seksowny tyłek nie mógłby ci go zabrać.
Teraz kipię ze złości. Wspominanie imienia tej miernoty to jedno, ale dawać wiarę jej wyraźnemu dobremu wyglądowi przekracza granicę przyjaciółki/lojalności.
- Leah, poczekaj – woła za mną, kiedy oddalam się prędko. Nie czekam, aby usłyszeć jej usprawiedliwienie – jej ulubioną rzecz, ponieważ jest z Rosji i nie zawsze rozumie właściwy sposób na komunikowanie się, skoro angielski jest jej drugim językiem. Słyszałam już wszystkie i znam moją oślizgłą najlepszą przyjaciółkę. Lubi rzucać słodkie obelgi, oszczerstwa i potajemne zniewagi. Jesteś taka odważna, żeby założyć tę spódnicę, ja bałabym się, że pokaże się mój cellulit. Katine cierpi na bulimię i nie ma ani trochę cellulitu. Więc wyraźnie odnosiła się do mnie.
Katine Reinlaskz jest tak zabawowa jak małpa w zoo, ale przeciwstaw się jej, a podrze cię na strzępy. Nasza więź, która istniała od gimnazjum, była bezwzględną wojną na posiadanie większych rzeczy od tej drugiej. Mój pierwszy samochód kosztował sześćdziesiąt tysięcy, jej osiemdziesiąt. Moja słodka szesnastka miała trzystu gości – jej czterystu. Jednak wygrałam z Calebem. Katine dwa razy się rozwiodła. Pierwsze małżeństwo było ślubem w Vegas, które trwało około dwadzieścia cztery godziny zanim zostało unieważnione, a drugie było z pięćdziesięcioletnim potentatem naftowym, który okazał się być całkowitym sknerą, kiedy już się pobrali. Jest przepełniona zazdrością, gdy chodzi o Caleba – przystojnego, bogatego, dżentelmeńskiego, seksownego Caleba. Marzenie każdej dziewczyny i ja go mam. Wykorzystuję każdą okazję, aby obnosić się moim głównym życiowym triumfem, ale od tamtego problemu z Olivią, zazdrość Katine została zastąpiona samozadowoleniem. Nawet miała czelność, żeby powiedzieć mi kiedyś, że podziwiała zdrowy rozsądek Olivii.
Robię krótkie, lekko wzburzone kroki do mojego samochodu, uważając, żeby nie przewrócić się na obcasach i wsuwam się na miejsce kierowcy. Zegarek na desce rozdzielczej wskazuje osiemnastą godzinę. Nie jestem w pozycji żeby jechać, ale nawet nie mam komórki, żeby zadzwonić po kogoś. I do kogo bym zadzwoniła? Moje przyjaciółki są podobnie pijane, a te które nie są tutaj uniosłyby brwi i zaczęły plotkować, gdyby zobaczyły mnie taką.
Nagle przypomniałam sobie o Estelli.
- Cholera. – Walę ręką w kierownicę. Miałam odebrać ją o siedemnastej i nie mam jak zadzwonić do żłobka. Odpalam auto i wycofuję z miejsca bez patrzenia. Słyszę klakson, a potem rażący chrzęst metalu. Nawet nie muszę spojrzeć, żeby wiedzieć, że jest źle. Wysiadam chwiejnie z samochodu i podchodzę na tył. Stary Ford jest zgięty wokół zderzaka mojego Range Rovera. Wygląda to niemal komicznie. Opanowuję ochotę na śmiech, po czym muszę powstrzymać chęć płaczu, bo dostrzegam migoczące niebiesko-czerwone światła podjeżdżającego do nas radiowozu. Kierowca jest starszym mężczyzną. Jego żona siedzi na miejscu pasażera, trzymając się za szyję. Przewracam oczami i krzyżuję ramiona na piersi, czekając na nieuchronne syreny ambulansu, które oznaczają pozwy.
Pochylam się, żeby móc zobaczyć staruchę. – Naprawdę? – pytam przez okno. – Boli panią szyja?
Faktycznie ambulans wjeżdża za patrolowym wozem na parking. Lekarze wyskakują z samochodu i podbiegają do Forda. Nie mogę zobaczyć, co dzieje się potem, ponieważ podchodzi do mnie niegrzecznie wyglądający policjant i wiem, że mam parę sekund na pozbieranie się i udawanie trzeźwej.
- Proszę pani – odzywa się przez ciemne okulary. – Zdaje sobie pani sprawę, że wycofała pani bez jednego spojrzenia? Widziałem całe zdarzenie.
Poważnie? Byłam zaskoczona, że widział coś przez te okulary przeciwsłoneczne podobne do tych, co miał Blade.
Uśmiecham się niewinnie. – Wiem. Byłam spanikowana. Muszę odebrać dziecko od opiekunki – kłamię – i jestem spóźniona…
Przygryzam wargę, ponieważ to zazwyczaj ekscytuje mężczyzn, jak tak robię.
Przygląda mi się przez chwilę i modlę się, żeby nie wyczuł alkoholu w moim oddechu. Patrzę, jak jego wzrok kieruje się na tylne siedzenie, gdzie mieści się podstawa fotelika Estelli.
- Muszę zobaczyć pani licencję i rejestrację – mówi w końcu.
To jest standardowa procedura – na razie wszystko idzie dobrze. Przechodzimy przez proces związany z wypadkiem, który znam o wiele zbyt dobrze. Widzę, że staruszka zostaje wprowadzona do ambulansu i obserwuję jak odjeżdżają z migoczącymi światłami. Jej mąż, dość bezdusznie, zostaje, żeby zająć się sprawami.
- Cholerni oszuści – szepczę pod nosem.
Funkcjonariusz posyła mi półuśmiech, ale wystarcza to, żeby powiedzieć mi, że jest po mojej stronie. Podchodzę do niego i pytam, kiedy będę mogła odjechać, aby odebrać córkę.
- Tak trudno było ją zostawić – mówię mu. – Miałam obiad służbowy. – Kiwa głową, jakby rozumiał.
- Damy pani mandat – biorąc pod uwagę, że to była pani wina – odpowiada. – Potem może pani jechać.
Oddycham z ulgą. Nadjeżdża samochód pomocy drogowej i oddziela pojazdy. Uszkodzenie mojego Range Rovera jest minimalne w porównaniu do Forda, który praktycznie złożony jest w pół. Dowiaduję się, że towarzystwo ubezpieczeniowe Bernhard będzie kontaktować się z moim i jestem pewna, że również w ciągu paru dni zatrudnią prawnika.
Wyjeżdżam z mojego miejsca; czując ulgę, że Rover jedzie tak samo, jak wcześniej. Poza wgniecionym zderzakiem i paroma zarysowaniami mój drogi samochód wyszedł bez szwanku. Ale jeszcze lepiej, ja wyszłam z tego bez szwanku. Mogłam zostać aresztowana i oskarżona o prowadzenie pojazdu pod wpływem alkoholu. Dzięki świetnemu aktorstwu i oczarowanemu glinie, unikam odpowiedzialności z drobnymi kosztami.
Czuję się prawie trzeźwo, jadąc ostrożnie do Słonecznego Żłobka. Kiedy zatrzymuję się na parkingu, jest pusty. Nerwowo spoglądam na zegarek. Jest dziewiętnasta dziesięć. Ktoś musiał zostać z nią do późna. Zapewne będą wściekli, ale kiedy wyjaśnię co stało się z telefonem i wypadkiem, to zrozumieją. Przyciskam dzwonek do drzwi, zanim dostrzegam, że w środku jest kompletnie ciemno. Przyciskając ręce do szyby, zerkam do środka. Pusto. Zamknięte; zaryglowane. Panikuję. To rodzaj paniki, który poczułam, gdy dowiedziałam się, że mogę iść do więzienia za oszustwo farmaceutyczne. Panika, którą czułam, jak stałam przed sędzią, spodziewając się usłyszeć wyrok skazujący, który dałby mi dwadzieścia lat więzienia stanowego. To całkowicie samolubna panika. Panika typu – omójBoże Caleb rozwiedzie się ze mną za zgubienie jego córki. Byłam matką od mniej niż dwóch tygodni i już straciłam moje dziecko. Takie gówno dopada cię u Nancy Grace. Nie cierpię tej blond suki.
Chodząc tam i z powrotem po chodniku, zastanawiam się nad moimi opcjami. Mogłam zadzwonić po policję. Jaka jest polityka dla rodziców, którym nie udało się odebrać dzieci ze żłobka? Wysyłają je do opieki społecznej? Czy właścicielka zabiera je do domu? Staram się przypomnieć sobie imię dyrektorki – Dieter. Czy ona w ogóle podała mi swoje nazwisko? W każdym razie muszę dostać się do telefonu i to szybko.
Jadę do domu jakbym była Szybka i Wściekła – i wprowadzam auto na podjazd. Moja pilność jest słyszalna, jak wbiegam do domu przez drzwi, nie przejmując się ich zamknięciem i kieruję się do blatu kuchennego, gdzie zostawiłam moją komórkę. Nie ma jej tam. Kręci mi się w głowie. Byłam taka pewna, że tam właśnie ją zostawiłam. Jutro będę miała zabójczego kaca. Myśl! Po raz pierwszy żałuję, że nie posiadam naziemnej linii telefonicznej. Kto potrzebuje jeszcze linii naziemnej? Pamiętam jak mówiłam Calebowi, zanim się jej pozbyliśmy. Obracam się w kierunku schodów i moje serce podskakuje z zaskoczenia.
- Szukasz tego?
Caleb opiera się o framugę, patrząc na mnie. W jego ręce jest mój cenny iPhone. Przyglądam się jego twarzy. Wygląda na spokojnego – to oznacza, że nie wie, iż nie mam ze sobą Estelli – albo myśli, że jest ona z moją matką. Nie powiedziałam mu, że dziś rano zawiozłam ją na lotnisko.
- Jesteś wcześnie w domu – mówię szczerze zaskoczona.
Nie uśmiecha się ani nie wita mnie ze zwyczajnym ciepłem, zamiast tego nie odrywa spojrzenia od mojej twarzy – telefon trzyma palcami i wyciąga do mnie. Robię kilka przezornych kroków w jego kierunku, uważając, aby nie pokazać mojego pozostałego zamroczenia. Caleb odczytuje mnie jak niskogatunkową książkę. Podnoszę się na palcach, żeby pocałować go w policzek i wyciągam telefon z jego ręki. Teraz gdybym tylko mogła wyjść na zewnątrz, to może mogłabym coś wymyślić, zadzwonić do kogoś… ZNALEŹĆ DZIECKO!
Cofam się kilka kroków.
- Masz nieodebrane połączenie. Właściwie, to czternaście – mówi swobodnie Caleb – zbyt swobodnie – jak spokój przed burzą. Niskie, dudniące warknięcie nim wilk rozszarpie ci tchawicę.
Przełykam ślinę. Mam piasek w gardle i topię się… duszę. Rozglądam się po pokoju. Boże – co on wie? Jak ja to naprawię?
- Najwyraźniej zapomniałaś odebrać Estellę ze żłobka… - milknie. Niewidzialna ręka otwiera mi szczękę i wlewa mi strach do gardła. Dławię się nim.
- Caleb… - zaczynam. Unosi rękę, żeby mnie powstrzymać i robię to, bo nawet nie wiem, jakie mogę dać usprawiedliwienie.
Zostawiłam naszą córkę w obskurnym żłobku, ponieważ…
Szlag.
Nie jestem taka kreatywna. Mój umysł przesiewa wszystkie możliwe usprawiedliwienia.
- Czy ona… czy ona tutaj jest? – szepczę. Najbardziej wyrazistą częścią Caleba jest jego szczęka. Używam jej, żeby odczytać jego emocje. Jest kwadratowa, męska – złagodzona przez jego zbyt pełne wargi. Kiedy ta szczęka jest tobą zadowolona, chcesz obrysować ją koniuszkami palców, unieść się na palcach u stóp, żeby ją ucałować. Szczęka jest na mnie zła. Jego usta są blade i zaciśnięte z gniewu. Boję się.
Caleb nic nie mówi. To jest jego metoda bojowa. Rozgrzewa pokój swoją wściekłością i czeka, aż wypocisz wyznanie. Nigdy nie był brutalny wobec kobiety, ale postawiłabym swoje życie, że ta dziewczynka mogłaby sprawić, że zrobiłby rzeczy, o których nigdy nie myślał.
Popełniam błąd patrząc w kierunku schodów. To go naprawdę złości. Odpycha się od ściany i podchodzi do mnie.
- Nic jej nie jest – mówi przez zęby. – Wróciłem wcześniej, bo martwiłem się o ciebie. Widocznie to nie o ciebie musiałem się martwić.
- To było tylko kilka godzin – odpowiadam szybko. – Potrzebowałam trochę czasu dla siebie, a moja matka po prostu wstała i mnie zostawiła…
Patrzy na mnie przez kilka sekund, ale nie dlatego, że ocenia szczerość moich słów. Zastanawia się jak mógł poślubić kogoś takiego jak ja. Widzę te kompletne rozczarowanie. Zadrapuje przekonanie o własnej nieomylności, które przyciskam do piersi. Czuję się jak porażka. Cóż, czego on oczekiwał – że będę dobrą matką? Że wpadnę w tę rolę, której nie rozumiem?
Nie wiem, co zrobić. Alkohol wciąż opiekuje się moim mózgiem i mogę myśleć tylko o fakcie, że on mnie zostawi.
- Przepraszam – szepczę, patrząc w podłogę. Udawanie skruszonej jest ciosem poniżej pasa, zwłaszcza skoro jest mi bardziej przykro za zostanie przyłapaną niż rzeczywisty czyn.
- Przepraszasz za zostanie przyłapaną – odpowiada.
Podnoszę gwałtownie głowę. Pieprzony czytacz w myślach!
Jak on może myśleć o mnie w najgorszy sposób? Jestem jego żoną! Na dobre i na złe, tak? Czy może zło odnosi się do sytuacji, a nie osoby?
- Zostawiłaś swoją nowonarodzoną córkę u zupełnie obcych ludzi. Nie jadła od kilku godzin!
- W torbie z pieluchami było mleko! – sprzeczam się.
- Za mało na siedem godzin!
Patrzę spode łba na kafelki. – Nie zdawałam sobie sprawy – mówię pokonana. Naprawdę nie było mnie tak długo?
Czuję nagły przypływ gniewu niedopuszczającego niczego do dyskusji. Czy to moja wina, że nie czuję rodzicielskiego szczęścia, tak jak on? Otwieram usta, żeby mu to powiedzieć, ale nie daje dojść mi do słowa.
- Nie, Leah – ostrzega. – Nie ma na to żadnego usprawiedliwienia. Gdybym miał jakiś rozum, to zabrałbym ją i odszedł. – Odwraca się, idąc do schodów.
Moje myśli rozmazują się, jak zalewa mnie wściekłość. – Ona jest moja!
Zatrzymuje się. To niespodziewane zatrzymanie, jakby moje słowa zmroziły jego nogi.
Gdy obraca się, jego twarz jest poczerwieniała. – Jeszcze raz wykręcisz taki numer, a będziesz krzyczeć to w sądzie.
Czuję nacisk na klatce piersiowej, kiedy jego groźba omiata mnie jak chłodny wiatr. On mówi poważnie. Caleb nigdy nie odezwał się do mnie z takim chłodem. Nigdy mi nie groził. To przez dziecko. Ona go zmienia, nastawia przeciwko mnie. Zatrzymuje się zanim dociera do schodów.
- Zatrudniam nianię.
Słowa, których pragnęłam, ale teraz nie czuję ich jak zwycięstwo. Caleb ustępuje niańce, bo już mi nie ufa – jego żonie. Nagle nie chcę żadnej opiekunki.
- Nie – mówię. – Mogę się nią zająć. Nie potrzebuję pomocy.
Ignoruje mnie, biorąc dwa schody na raz. Podążam za nim, decydując się czy chcę błagać, czy być agresywna.
- Popełniłam jeden błąd, to już się nie wydarzy – mówię, podejmując błagający sposób. – I nie możesz podejmować sam tej decyzji – to także moja córka. – Na dodatek kapka agresji.
Wchodzi do naszej sypialni, szukając czegoś w swoim stolik nocnym. Wyciąga swój „mały czarny notes”, w którym często węszyłam. Idę za nim do jego gabinetu, gdzie odłącza komórkę od ładowarki.
- Do kogo dzwonisz? – pytam podejrzliwie.
Wskazuje mi drzwi, każąc wyjść. Nie ustępuję; przytulam samą siebie, niepokój wiruje w moim żołądku.
- Hej – odzywa się do słuchawki. Jego głos jest intymny, pełen podtekstów. Wyraźnie jest w poufałych kontaktach z osobą na drugim końcu linii. Czuję na kręgosłupie lodowaty chłód.  Istnieje tylko jedna osoba, która sprawia, że jego głos jest taki łagodny, ale czemu miałby do niej dzwonić? Śmieje się z czegoś, co powiedziała tamta osoba i odchyla się na krześle.
O – Boże – o – Boże. Niedobrze mi.
- Tak, chcę – mówi poufale. – Możesz to załatwić? – Milczy, słuchając. – Zaufam komukolwiek, kogo wyślesz. Nie – nie – nie mam z tym problemu. Więc dobrze, jutro? Tak, podeślę ci adres… och, pamiętasz? – Uśmiecha się cierpko. – Do zobaczenia.
Wskakuję do akcji, jak tylko się rozłącza.
- Kto to był? Czy to ona?
Przerywa sortowanie papierów, aby spojrzeć na mnie pytająco. – Ona?
- Wiesz, o kim mówię.
Nigdy o tym nie rozmawiamy – o niej. Mięsień zaciska się w jego szczęce. Mam ochotę wczołgać się pod jego biurko i schować głowę w kolanach.
CZEMU
JA
TO
POWIEDZIAŁAM?
- Nie – odpowiada, powracając do przestawiania kartek. – To była stara przyjaciółka, która posiada agencję nianiek w Boca. Ktoś przyjdzie jutro, żeby się ze mną spotkać.
Opada mi szczęka. Kolejna sekretna część jego życia, o której nic nie wiem. Jak do diabła ma on kontakt z kimś, kto posiada agencję nianiek?
- To jest bzdura – mówię, tupiąc nogą. – Pozwolisz mi przynajmniej ją poznać?
Caleb wzrusza ramionami. – Być może, choć przypuszczam, że jutro będziesz miała kaca…
Więdnę w duchu. On zawsze wie. Wszystko widzi. Zastanawiam się czy wydał mnie oddech, czy jakimś cudem zobaczył obity zderzak mojego auta i zgadnął. Nie zamierzam pytać. Szybko wychodzę z pokoju bez tłumaczenia się i wbiegam na piętro. Staję w drzwiach naszej sypialni i zerkam w korytarz. Czuję czegoś ukłucie. Powinnam iść ją sprawdzić? Dzisiaj praktycznie ją opuściłam. Przynajmniej powinnam upewnić się, że nic jej nie jest. Cieszę się, że nie jest wystarczająco duża, żeby wiedzieć, co zrobiłam. Dzieci mają ci za złe różne rzeczy.
Idąc cicho korytarzem, otwieram palcem drzwi pokoju dziecinnego i zerkam do środka. Nie wiem dlaczego czuję takie poczucie winy, patrząc na własne dziecko, ale tak właśnie jest. Przekraczam odległość do jej łóżeczka, wstrzymując oddech. Śpi. Caleb wykąpał ją i opatulił, chociaż zdołała uwolnić jedną rączkę i ssie ją. Wyczuwam jej zapach z miejsca, gdzie stoję – lawendowe mydło, które kupił dla niej Caleb zmieszane z owsiankowym zapachem noworodka. Wyciągam palec i dotykam jej piąstki, po czym uciekam szybko z pokoju.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz