17.6.14

Thief - rozdział 8


Przeszłość
 

Mydło oblewało przednią szybę i samochód drżał, kiedy strumienie wody uderzały o okna. Olivia oderwała się od moich ust i spojrzała przez ramię. Obsypałem pocałunkami elegancką linię jej szyi, po czym wplotłem palce w jej włosy, nakierowując jej wargi na moje usta. Rzeczy wymykały się spod kontroli – dla Olivii. Dla mnie, to było normalne. Dziewczyna siedziała okrakiem na moich kolanach, mając na sobie spódniczkę… w myjni samochodowej… teraz mogło być tylko lepiej. Nie z Olivią. Nic nie będzie teraz lepsze. Pomimo faktu, że była moją dziewczyną… kochałem ją i pragnąłem, by znalazła się na mnie naga, to nie chciałem zabierać jej czegoś, czego nie była gotowa dać.

Chwyciłem ją w pasie i przeniosłem ją na jej własne siedzenie. Potem chwyciłem kierownicę i pomyślałem o mojej praciotce Inie. Ciotka Ina miała sześćdziesiąt siedem lat i miała brodawki… obrzydliwe… wystające – brodawki. Pomyślałem o jej podbródkach, grubych kostkach i włosach, które wyrastały z jej brodawki na ramieniu. Ciotka Ina wydawała się załatwić sprawę. Czułem, że mam trochę lepszą kontrolę.

Olivia fuknęła na siedzeniu obok mnie. – Czemu zawsze to robisz? Dobrze się bawiłam.

Nie otwierałem oczu i oparłem głowę o zagłówek. – Księżno, czy chcesz uprawiać seks?

Jej odpowiedź nadeszła szybko. – Nie.

- Więc jaki jest sens w robieniu tego?

Przez chwilę się namyślała. – Nie wiem. Wszyscy inni tak się wygłupiają. Czemu my nie możemy… no wiesz?

- Nie, nie wiem – powiedziałem, odwracając się, by na nią spojrzeć. – Może poinformujesz mnie, co dokładnie masz na myśli?

Zarumieniła się. – Nie możemy dojść do kompromisu? – szepnęła, nie patrząc na mnie.

- Mam dwadzieścia trzy lata. Uprawiam seks od piętnastego roku życia. Sądzę, że teraz robię kompromis. Jeśli prosisz mnie, bym obmacywał cię jak piętnastolatek, to nie zrobię tego.

- Wiem – powiedziała słabo. – Przepraszam… po prostu nie mogę.

Jej głos wyciągnął mnie z mojego samolubstwa. To nie była jej wina. Już czekałem rok. Poczekam kolejny – chciałem czekać. Ona była tego warta.

Pragnąłem jej.

- W wygłupianiu się chodzi o to – powoli kierujesz się w stronę seksu. Zaczyna się z rękoma, a potem ustami i zanim się zorientujesz robisz wszystko to naraz, przez cały czas.

Zaczerwieniła się.

- Kiedy zaczniesz, to nie zatrzymujesz się. To wolna droga do seksu. Więc jeżeli naprawdę nie jesteś gotowa na seks, nie zaczynaj robić innych rzeczy. Tylko mówię.

Otworzyłem butelkę wody, która stała na mojej podstawce i upiłem łyk. Myjnia samochodowa brzęczała wokół nas, pasy mydlanej gumy uderzały o metal. Czułem te uderzenia.

Znowu wspięła się na moje kolana. Boże, mam nadzieję, że nie czuje mojej erekcji. Położyła ręce na mojej twarzy i przycisnęła nos do mojego. Jej nos był zimny. To była łagodniejsza strona Olivii. Ta strona powodowała, że chciałem stanąć nad nią jak dominujący męski alfa i szczerzyć zęby na każdego, kto się do niej zbliży.

- Przepraszam, Caleb. Przepraszam, że jestem taka popaprana.

Objąłem ją w talii. – Nie jesteś popaprana, tylko niezaspokojona seksualnie.

Zachichotała. Ten dźwięk był taki dziewczęcy i delikatny. Gdy kobieta wydawała ten odgłos, nie potrafiłem powstrzymać uśmiechu.

Spojrzałem na jej smukłe nogi. Musiałbym tylko rozpiąć spodnie, ona była już tuż…

- Będziesz musiała wrócić na swoje miejsce. – Mój głos był szorstki.

Wycofała się, wyglądając na skruszoną.

Siedzieliśmy w ciszy przez kilka minut, kiedy nadeszła kolej suszarek. Obserwowałem, jak krople wody przesuwały się po przedniej szybie, dopóki nie zniknęły. W co ja się wpakowałem? Zakochałem się w kimś, kogo nie mogłem naprawić. Mój trener nazywał mnie naprawiaczem. Zaczęło się na drugim roku studiów, gdy zobaczyłem, jak paru nowicjuszy w mojej drużynie miało trudności z grą. Ćwiczyłem z nimi na boku, aż poprawiła się ich defensywa. Trener zawsze wykorzystywał moje boczne projekty jako starter. Na trzecim roku przyszło do mnie dziesięciu facetów i poprosiło o prywatne treningi. Nie wiem dlaczego, ale byłem w tym dobry. Teraz moja potrzeba naprawiania przeniosła się na kobiety, które mi się podobały. Pomyślałem o mojej byłej dziewczynie - Jessice. Była doskonała, dopóki…

Zacisnąłem zęby. Może dlatego nic się pomiędzy nami nie ułożyło. Była zbyt doskonała. Olivia była pięknie rozbita. Rysy w jej osobowości były bardziej dziełami sztuki niż skazami. Kochałem sztukę ze skazą. Posąg Lorenza zrobiony przez Michała Anioła ze swoją spaczoną podstawą, która wznosiła się, aby zmieścić jego stopę, brakujące brwi Mony Lisy. Skazy były poważnie niedoceniane. Były piękne, jeśli tak się na nie spojrzało.

Wiedziałem, że okłamywałem samego siebie, myśląc, że mogę ją naprawić. Ale było za późno. Nie wiedziałem, jak odpuścić. Ona pierwsza przerwała ciszę.

- Chciałabym wiedzieć, o czym myślisz – powiedziała.

- Zawsze istnieje możliwość, żeby mnie zapytać. – Wrzuciłem bieg i ruszyłem do przodu. Przyglądała się mojej ręce na dźwigni zmiany biegów – zawsze to robiła.

Mycie auta – skończone. Nieugięta potrzeba, by znaleźć się wewnątrz niej – nieskończona.

- Czuję się, jakbyś zawsze próbowała wślizgnąć mi się do umysłu. Jesteś jak Piotruś Pan – zawsze wchodzisz oknami i sprawiasz kłopoty.

Zmarszczyła nos. – Czy ty naprawdę nazwałeś mnie Piotrusiem Panem?

- Nazywałem cię gorzej. – Włączyłem się do ruchu ulicznego.

- Lamą – powiedziała. – Bardzo mi się podobało.

Roześmiałem się na jej wyraźny sarkazm i czar pożądania został przerwany. Powróciłem do samej potrzeby przebywania w jej towarzystwie.

- Piotruś Pan chce wślizgnąć się do twojego umysłu i wiedzieć, co myślisz – spróbowała znowu. Patrzyła na mnie tak poważnie, że się poddałem.

Zatrzymaliśmy się na czerwonym świetle. Wyciągnąłem rękę i chwyciłem jej dłoń. Dobra, jeśli chciała moich myśli, to dam je jej. Może dobrze jej zrobi bycie w umyśle normalnego, dorosłego mężczyzny. Może będzie się bawić ze wspomnianym „normalnym, dorosłym mężczyzną” z większą ostrożnością. Uniosłem jej palce do ust i pocałowałem je. Wyczarowałem obrazek jej siedzącej na moich kolanach i zniżyłem głos, by wiedziała, że nie żartuję.

- Jeżeli usiądziesz na moich kolanach, mając na sobie spódnicę i znowu tak mnie pocałujesz, to ściągnę ci majtki i cię przelecę.

Jej twarz zbladła. Dobrze. Potrzebowałem, by bała się tego na tyle, żeby więcej tego nie robić. Nie byłem Supermanem. Byłem mężczyzną – mężczyzną, który bardzo chciał kochać się ze swoją dziewczyną.

Nie puściła mojej dłoni, jak już, to ścisnęła ją mocniej. Spojrzałem na nią kątem oka. Przygryzała dolną wargę, wpatrując się w przednią szybę zaszklonymi oczami.

Zdusiłem śmiech. Na Boga, chyba naprawdę ją podnieciłem. Moja mała Księżna – zawsze niespodzianka.

Od tamtego dnia Piotruś Pan był naszym kodem słownym na – o czym myślisz?

***

- Piotruś Pan.

- Zostaw mnie w spokoju.

- To ty wymyśliłaś tę grę.

Leżeliśmy na jej podłodze, niby mając sesję nauki. Jej wargi wciąż były opuchnięte po naszej sesji całowania.

- Jestem pokryta pyłem Cheetosów i staram się uczyć. Denerwujesz mnie, bo przez ostatnie czterdzieści minut gapisz się na mnie, a to nie pozwala mi się skoncentrować. – Włożyła do ust kolejnego Cheetosa i pozwoliła mu się rozpłynąć. Chwyciłem jej dłoń i wsadziłem między wargi jeden z jej palców, zlizując „pył Cheetosów”. To był nowy Olivializm.

Jej oczy zaszkliły się na moment i opuściłem jej rękę.

- Od kiedy czytasz gazetę? – Była trochę schowana pod jej ciałem. Uniosła żebra, bym mógł ją wyciągnąć i przewróciłem się na plecy.

- Zobaczyłam ją, kiedy stałam przy kasie w spożywczaku. – Wyglądała na lekko winną. Rozłożyłem gazetę i spojrzałem na pierwszą stronę.

- Laura – powiedziałem. Nie chciałem mówić tego głośno, ale widok jej zdjęcia mnie zaskoczył. Robiło mi się niedobrze w żołądku, ilekroć o tym myślałem.

- Nowe poszlaki w sprawie Laury Hilberson – przeczytałem. Gazeta pisała, iż jedna z jej kart kredytowych została wykorzystana na stacji paliwowej w Mississippi. Ponieważ stacja paliwowa nie miała nadzoru kamer, nie byli w stanie zrobić zdjęcia temu, kto używał karty. Nastolatek za ladą był na haju w tamtym czasie i niczego nie pamiętał.

- Chodziłeś z nią – powiedziała Olivia. Potaknąłem. Odsunęła podręcznik na bok i oparła głowę na pięści. – Więc jaka była? Myślisz, że mogłaby ot tak zniknąć? Myślisz, że ktoś ją porwał?

Podrapałem się po brzuchu. – To trwało przez jakiś tydzień. Nie bardzo ją znałem. – To nieprawda. Czemu kłamię?

Olivia wiedziała, że kłamię.

- Powiedz mi – powiedziała.

- Nie ma o czym mówić, Księżno.

- Caleb, jesteś jednym z najbardziej spostrzegawczych ludzi, jakich znam. Naprawdę mi mówisz, że nie masz żadnego spostrzeżenia co do tej sytuacji?

Mój mózg się zamknął i nie wiedziałem, w którą stronę posłać mój język. To był bardzo drażliwy temat. Zamierzałem powiedzieć kolejne kłamstwo – a może to była prawda, kiedy Cammie wpadła do pokoju, ratując mnie.

- O mój Boże! Uprawialiście seks?

Włożyłem ręce pod głowę, przyglądając się, jak zaczęły swoją zwyczajną wesołą sprzeczkę.

Gdzie była Laura? To było szalone.

***

Laura Hilberson była nałogową kłamczuchą. Wiedziałem to po trzech randkach. Była ładną dziewczyną, nieśmiałą przez większość czasu, ale wszyscy zdawali się wiedzieć, kim jest. Może dlatego, że jej rodzice posiadali jacht, a ona zapraszała na niego wszystkich co weekend. Nasz college był prywatny. Olivia była jedną z garstki studentów, którzy uczęszczali do niego na pełnym stypendium. Nikt inny tak naprawdę nie potrzebuje stypendium.

Zaprosiłem Laurę na randkę po tym jak zostaliśmy przydzieleni razem do projektu grupowego na zajęciach hiszpańskiego. Na pierwszej randce powiedziała mi, że jej najlepsza przyjaciółka umarła w wypadku czterokołowca trzy lata temu. Płakała, opowiadając mi o tym, mówiąc mi, że była z tą dziewczyną bliżej niż ze swoim rodzeństwem. Gdy zapytałem, ile ma braci i sióstr, zamilkła tylko na chwilę, po czym powiedziała – ośmioro. Ośmioro rodzeństwa. Wow!, pomyślałem. Jej rodzice musieli być całkiem elastyczni. Jak udawało im się w ogóle przytulać wszystkich jednego dnia?

Drugą randkę spędziliśmy na jachcie jej rodziców. Mimo wszystkich ich pieniędzy, byli prostymi ludźmi. Jej matka zrobiła nam na lunch kanapki, jeden plasterek indyka, biały chleb i pomidor. Mówili o ich kościele i wycieczkach misyjnych, na jakie wybierała się Laura w liceum. Gdy zapytałem, czy jechało z nią jej rodzeństwo, spojrzeli na mnie pusto. Laura zobaczyła wtedy stado delfinów i wszyscy skupiliśmy się na ich zabawie w wodzie. Potem wróciliśmy do ich domu, bym mógł odebrać swoje auto. Mieszkali w skromnym dwupiętrowym domu, jedyną oznaką ich pieniędzy był tylko jacht, który nazywali swoim szaleństwem.

Oprowadziła mnie po domu, podczas gdy jej mama dała nam colę z lodówki w garażu. Policzyłem sypialnie: jedna, druga, trzecia, czwarta. Każda miała wielkie łóżko, poza Laury – powiedziała, że woli podwójne. Kiedy zapytałem, gdzie wszyscy śpią, powiedziała, że większość jej rodzeństwa jest od niej starsza i już się wyprowadzili.

Mój wewnętrzny alarm odezwał się, kiedy żegnałem się z jej rodziną w hallu. Na ścianie obok drzwi frontowych wisiał duży montaż zdjęć rodzinnych. Dziadkowie, Boże Narodzenia, imprezy urodzinowe – przyjrzałem się każdemu, kiedy gawędziliśmy o szkole i nadchodzących egzaminach. Gdy w końcu się pożegnałem, szedłem do mojego auta, wiedząc dwie rzeczy: Laura była jedynym dzieckiem i Laura była nałogową kłamczuchą.

Randka trzecia nigdy nie powinna była się wydarzyć. Byłem mocno odrzucony, kiedy wszystko to rozgryzłem. To była randka grupowa i wylądowałem w parze z Laurą. Wybraliśmy się na przejażdżkę, by obejrzeć mecz Yankeesów z Rays. Wszyscy wiedzieli, że to będzie zawstydzający mecz dla Raysów, ale chcieliśmy wydostać się z miasta i trochę się zabawić, zanim zabiją nas egzaminy. Laura jechała ze mną i jeszcze jedną parą. Siedziała na przednim siedzeniu, opowiadając o swojej ostatniej wycieczce do Tampy, kiedy jej siostra zgubiła się na plaży i jej rodzice musieli zadzwonić po policję.

- Myślałem, że jesteś najmłodsza – powiedziałem.

- To było dawno temu. Myślę, że ona miała tylko pięć lat – odparła.

- Więc ty ile miałaś?

- Trzy – odpowiedziała szybko.

- I pamiętasz jak to się stało?

Milczała chwilę. – Nie. Ale rodzice ciągle mi o tym opowiadają.

- Czy twoja siostra jest teraz na studiach?

- Nie. Jest w wojsku.

- W jakim oddziale?

- Jest w marynarce wojennej.

Uniosłem brwi. Sprawdziłem przednie lusterko, by zobaczyć czy John i Amy usłyszeli ją z tyłu.

Oboje opierali się o siebie, śpiąc.

Cholera.

Było ciemno. Cieszyłem się, że nie widziała w pełni wyrazu mojej twarzy. W marynarce wojennej nie było kobiet. Mogę nie być w pełni Amerykaninem, ale był to dość znany fakt. Albo przynajmniej tak sądziłem.

- Cóż, to imponujące – powiedziałem, nie mając nic lepszego do powiedzenia. – Musisz być dumna. – Albo łżesz.

Przez resztę jazdy pytałem, co robi każde z rodzeństwa, a ona miała odpowiedź za każdym razem.

W tamtym momencie robiłem to tylko dla śmiechu. Następnego dnia na meczu baseballu, usiadłem między moimi dwoma kolegami, bym nie musiał siedzieć obok niej. Kłamstwa mnie męczyły. Ale tamtej nocy wróciłem po więcej.

Wypytałem ją o jej wycieczki misyjne, próbując rozszyfrować jej psychologię. Chrześcijanie nie powinni kłamać – w każdym razie nie tak bardzo. To była iluzja. Może miała nie po kolei w głowie. Socjalnie zachowywała się normalnie. Boże. To było szokujące. Zacząłem żałować, że studiuję biznes zamiast psychologii. Później tego tygodnia zapytałem o nią jedną z dziewczyn w naszej grupie.

- Jest spoko – powiedziała. – Trochę cicha.

- Ta. Pewnie dlatego, że jest najmłodsza z całego rodzeństwa – powiedziałem.

Tori zmarszczyła brwi. – Ma tylko dwoje – brata i siostrę. Oboje studiują za granicą.

O, do diabła, nie.

Już nigdy więcej nie odezwałem się do Laury. Nie potrafiłem rozgryźć, czy ona wiedziała, iż kłamie, czy może to robiła, bo miała coś nie tak z mózgiem. A może uważała, że to zabawne. Kto, do diabła, wie? Nie zostałem, by się dowiedzieć. Kiedy powiedzieli, że zaginęła, od razu pomyślałem, że celowo zniknęła. Potem poczułem poczucie winy za takie myślenie.

Prawdopodobnie została uprowadzona, a ja wymyślałem sobie historyjki, które odpowiadały mojej interpretacji jej osoby.



Znaleźli ją na Miami Airport. Gdy gazety zaczęły informować o jej uprowadzeniu przez mężczyznę o imieniu Devon, starałem się tego nie kwestionować. Starałem. Olivia była zafascynowana tą sprawą. Czytała wszystko, co mogła. Nie wiem czy to dlatego, że studiowała prawo, czy może miała osobistą więź z Laurą. Trzymałem moje opinie przy sobie i liczyłem na to, że wszystko z nią w porządku.

Potem nastąpił wieczór po narodzinach Estelli. Robiłem kolację, a wiadomości leciały cicho w telewizorze. Usłyszałem jej imię. Cicho, ale moje uszy były dostrojone na to imię. Wyszedłem z kuchni, widząc, że Leah próbuje zmienić kanał.

- Nie – powiedziałem. Olivia była na moim ekranie, idąc obok mężczyzny, który musiał być chyba Dobsonem Orchardem. Oddaliła się od prasy i wsiadła z nim do auta.

Nie, Olivia.

Chciałem jej powiedzieć, by trzymała się z daleka od tej sprawy. By trzymała się z daleka od niego. Chciałem dotknąć jej jedwabistych, czarnych włosów, objąć ją i ochraniać. Miałem sucho w ustach, kiedy wiadomości zmieniły się w reklamy.

Wtedy zdałem sobie sprawę, że pokazali zdjęcie Laury, opisując ją jako jedną z jego pierwszych ofiar. Dobson/Devon…

Zapomnij o tym, pomyślałem. Została odurzona. Może źle dosłyszała imię. Może wiadomości źle je zapisały. Może wskoczyła do pociągu Dobsona, bo chciała się przejechać. Gdy była w college’u, chciała być czegoś częścią, ośmioosobowej rodziny. Może, tylko może, znalazła to w twarzach uprowadzonych, napadniętych ofiar Dobsona. Niech mnie szlag, wybierałem do towarzystwa najdziwniejsze kobiety.

Thief - rozdział 7


Teraźniejszość
 

Dzwoni mój telefon. Uchylam jedną powiekę. Przez żaluzje nie prześwituje światło, co oznacza, iż albo jest zbyt, kurwa, późno, albo zbyt, kurwa, wcześnie, by dzwonić. Odbieram i przyciskam telefon do ucha.

- Halo.

- Caleb?

Siadam na łóżku i spoglądam na Jessicę, by zobaczyć, czy ją obudziłem. Śpi na brzuchu, jej twarz schowana jest przez włosy.

- Tak? – Pocieram oczy i zginam nogi w kolanach.

- To ja.

Parę sekund zajmuje mi domyślenie się, kim jest „ja”.

- Olivia?

Zerkam na zegarek i widzę, że jest 4:49. Zsuwam nogi z łóżka, trzymając telefon między barkiem a uchem. Zanim wymawia kolejne słowo, mam na sobie spodnie i sięgam po buty.

- Caleb, przepraszam… nie wiedziałam, do kogo zadzwonić.

- Nie przepraszaj, tylko powiedz, co się dzieje.

- To Dobson – odpowiada. Jej słowa są pomieszane i szybkie. – Od roku wysyła mi listy. Zeszłej nocy uciekł z Selbet. Policja myśli, że jedzie tutaj.

Odrywam telefon od ucha, żeby założyć koszulkę.

- Gdzie jest Noah?

Po drugiej stronie linii następuje cisza i myślę, że się rozłączyła.

- Olivia?

- Nie tutaj.

- W porządku – mówię. – W porządku. Będę tam za pół godziny.

Budzę Jessicę i informuję ją, gdzie jadę.

- Chcesz, żebym pojechała z tobą? – pyta, ledwo co otwierając oczy.

- Nie trzeba.

Całuję ją w skroń, a ona opada na poduszkę z ulgą. Wyczuwam sól w powietrzu, kiedy wychodzę z windy i wchodzę do garażu. Zawsze można wyczuć najmocniej ocean wcześnie rano, kiedy spaliny samochodowe oraz ludzkie zanieczyszczenia nie obudziły się jeszcze do pracy.

Pół godziny zajmuje mi dojechanie do Sunny Isles Beach, gdzie jej apartament unosi się ponad wszystkimi innymi, jedną stroną wychodząc na miasto, a drugą na ocean. To jedyny budynek mieszkalny z odblaskowymi oknami na zewnątrz. Gdy wchodzę do hallu, nocny kierownik patrzy na mnie, jakby zastanawiał, czy nazywam się Dobson i uciekłem właśnie z szalonego miasteczka.

- Pani Kaspen dała nam surowe polecenie, żeby nikogo nie wpuszczać – mówi.

- Proszę do niej zadzwonić – odpowiadam, pokazując na telefon.

Wtedy słyszę za sobą jej głos. – W porządku, Nick.

Odwracam się i widzę, jak idzie w moim kierunku. Ubrana jest w białe spodnie od yogi i pasującą bluzę. Kaptur zasłania jej włosy, ale parę kosmyków wymknęło się na zewnątrz, obramowując jej zaniepokojoną twarz. Robię to, co przychodzi naturalnie. W dwóch krokach podchodzę do niej i przyciągam do siebie. Chowa twarz w mojej klatce piersiowej, gdzie ledwo co może nabrać tchu i unosi ramiona w górę, zamiast objąć mnie wokoło. Zawsze tak się przytulaliśmy. Nazywała to Ciosem Podbródkowym. Na studiach mawiała „Cios Podbródkowy, Caleb”. Ludzie patrzyli na nas, jakbym zamierzał ją uderzyć.

- Boisz się? – pytam czubka jej głowy.

Kiwa głowa przy moim torsie. – To waśnie, kulwa, ostaję. – Jej głos jest stłumiony, więc unoszę jej brodę. Jej wargi znajdują się parę centymetrów od moich. Pamiętam jak miękkie są jej usta i muszę powstrzymać chęć, by jej posmakować. Co doprowadza mnie do najważniejszego pytania.

- Gdzie twój mąż, Olivia?

Wygląda na tak smutną, że niemal żałuję pytania.

- Nie pytaj mnie o to dzisiaj, dobra?

- Dobra – odpowiadam, patrząc w jej oczy. – Chcesz iść na jakieś śniadranie? – Uśmiecha się leciutko na moją niepoprawną wymowę słowa. Kiedyś tak robiliśmy.

Robiliśmy.

Kiedyś.

Spogląda nerwowo w stronę wejścia budynku.

- Księżno – mówię, ściskając jej ramiona. – Mam cię. – Posyłam jej mały uśmiech.

- To dobrze – kiwa głową – bo jeśli on mnie dostanie, to mam wielkie, jebane kłopoty.

Śmieję się na jej ponury humor i kieruję ją do drzwi.

Tam spotykamy się czołowo z Cammie.

- Co, do diabła! – mówi, podnosząc ręce w powietrzu. – Nie wiedziałam, że to zjednoczenie popieprzonego związku.

Olivia zakrywa oczy. – Nie osądzaj mnie.

Cammie klepie mnie po tyłku i przytula Olivię. – Powiedziałam ci, że zaraz będę, nie musiałaś po niego dzwonić.

- Najpierw do niego zadzwoniłam – odpowiada. – Przy nim czuję się bezpieczniej niż przy tobie.

- To jego masywny penis, co nie? Mógłby po prostu przywalić nim Dobsonowi i…

- Weźmy mój samochód – odzywam się, otwierając drzwi. Cammie przechodzi obok mnie i siada wygodnie na tylnym siedzeniu. – Cześć, Cammie.

Uśmiecha się do mnie i potrząsam głową. Najlepsza przyjaciółka Olivii jest jej całkowitym przeciwieństwem. Ich dwójka zawsze była dziwną rzeczą do ujrzenia. Tak, jakby obserwowało się ulewę, kiedy na niebie nie było żadnych chmur. W jednej chwili kłóciły się, a w drugiej trzymały się siebie kurczowo w rozpaczy.

- No spójrzcie na nas – mówi Cammie. – Znowu wszyscy razem, jakby osiem pieprzonych lat kłamstw i bzdur nigdy nie miało miejsca.

Patrzę na nią w przednim lusterku. – Jesteś zła?

- Nie, nie – wszystko w porządku. A z tobą? Ze mną wszystko w porządku. – Zakłada ramiona na piersiach i wygląda przez okno.

Zerkam na Olivię, która patrzy przez swoje okno, zbyt rozproszona, aby zwracać uwagę.

- Możemy dzisiaj się nie kłócić, Cam? – pyta bez przekonania. – On jest tutaj, bo go o to poprosiłam.

Marszczę brwi. Dobrze wiem, żeby nie pytać, co się między nimi dzieje. Mogłoby to poskutkować meczem wrzasków. Skręcam w parking Waffle House. Olivia przygląda się mojej dłoni, kiedy zmieniam biegi.

- Więc powiedziałaś mu o Noah, O?

- Zamknij się, Cammie – odpowiada gniewnie. Patrzę na nią kątem oka, czując ciekawość.

- Co miałaś mi powiedzieć?

Olivia nagle obraca się na miejscu i celuje palcem w Cammie. – Zniszczę cię.

- Dlaczego miałabyś to zrobić, kiedy jesteś taka dobra w niszczeniu samej siebie?

Otwieram swoje drzwi. – Gofry. Mmmm. – Jeszcze kilka złośliwych uwag krąży w powietrzu, aż je uciszam.

- Nikt się nie odzywa, dopóki nie zje pięciu kęsów jedzenia.

Gdy miały po dwadzieścia lat, zaczynały się kłócić, jak tylko miały niski poziom cukru we krwi. Dziesięć lat później niewiele się zmieniło. Trzeba je karmić albo cię zamordują. Jak gremliny.

Obie są skwaszone i posłuszne, dopóki kelnerka nie przynosi naszych posiłków. Kroję swojego omleta i patrzę, jak one powoli wychodzą ze swoich skorup. Po kilku minutach śmieją się i dzielą się swoim jedzeniem.

- Co mówi policja, Olivia?

Odkłada widelec i ociera usta. – Po tym jak wygrałam sprawę, on był przekonany, że to dlatego, iż go kocham i powinniśmy być razem. Więc uciekł i sądzę, że jedzie po swoją pannę młodą.

- Wygląda na to, że często się to zdarza – odzywa się Cammie z pełną buzią. – Twoi starzy klienci mają obsesję na punkcie twoim i autodestrukcji. – Zlizuje syrop z palców i patrzy znacząco na mnie.

Kopię Cammie pod stołem.

- Au!

Olivia podpiera brodę na rękach. – Nie chcielibyście, żeby Dobson zamiast mnie, pokochał Leah?

Staram się nie roześmiać – naprawdę staram. Ale te jej małe uwagi… ona jest po prostu tak cholernie…

Cammie rzuca mi nieprzyjemne spojrzenie. – Przestań tak na nią patrzeć.

Nie odpowiadam, ponieważ dokładnie wiem, o czym ona mówi. Puszczam oko Olivii. Moja była żona oskarżyła mnie o to samo. Kiedy na nią patrzę, nie potrafię oderwać wzroku. Było tak od pierwszego dnia, kiedy zobaczyłem ją pod drzewem. Od tamtej pory całe inne piękno przypominało mi ją. Bez względu na to, co to jest, jest to tylko odbicie Olivii. Ta mała czarownica rzuciła na mnie urok.

Pochwytuję wzrok Olivii i pozostajemy tak przez dobre sześć sekund, połączeni w spojrzeniu tak intymnym, że boli mnie brzuch, gdy odwracamy wzrok. Widzę, jak jej gardło pracuje, gdy stara się przełknąć swoje emocje. Wiem, co ona myśli.

Dlaczego?

Myślę o tym każdego dnia.

 
Płacę rachunek i wracamy do mojego auta. Dziewczyny nie chcą wracać do Olivii.

- Caleb, on mógłby cię zmiażdżyć – mówi Cammie. – Widziałam go osobiście. Bez obrazy, ale nie sądzę, że dałbyś mu radę. On. Cię. Zmiażdży.

Olivia trzyma głowę między kolanami. Nie chce robić sobie żartów z czegoś tak poważnego, ale jest to trudne, kiedy Cammie i ja wszystko bierzemy lekko. Widzę, jak jej plecy trzęsą się od cichego śmiechu. Wyciągam rękę i strzelam jej biustonoszem.

- Ty też, Księżno? Nie sądzisz, że mógłbym zająć się Dobbiem?

- Dobbie torturował małe zwierzątka, kiedy tylko nauczył się chodzić. Raz widziałam, jak odgryzł głowę myszy i zjadł ją.

Robię minę. – Serio?

- Nie. Ale mięso je bardzo krwiste.

Prycham. – Czy to prawda, co mówią o jego matce? Że molestowała wszystkie te dzieci w kościele?

Olivia podnosi jakiś kłaczek ze spodni i wzrusza ramionami. – Na to wygląda. Wiele razy mówił o rzeczach, które robiła mu matka. To ma sens – jego potrzeba na, um… zmuszanie kobiet do kochania go, po posiadaniu takiej matki.

- Szlag – mówi Cammie z tylnego siedzenia. – A ja myślałam, że to ciebie popaprały problemy tatusiowe.

- Czy kiedykolwiek był agresywny wobec ciebie? – Spoglądam na nią kątem oka.

- Nie, nie, był bardzo cichy. Niemal zachowywał się jak dżentelmen. Dziewczyny powiedziały mi, że prosił o pozwolenie zanim je gwałcił. To chore, prawda? Pozwól mi cię zgwałcić… najpierw cię zapytam i zabiję, jeśli odmówisz, ale i tak zapytam.

Opada jeden kącik jej ust i potrząsa głową. – Ludzie są tacy popaprani. My wszyscy. Tylko siebie krzywdzimy.

- Niektórzy z nas trochę bardziej, nie sądzisz? Na przykład, nasz dobry przyjaciel Dobson mógłby stać się adwokatem wykorzystywanych dzieci zamiast stać się seryjnym gwałcicielem.

- Tak – mówi. – Jego umysł był rozbity. Nie wszystkie ofiary molestowania mają siłę, by przetrwać to, co przetrwał on i mieć potem mózg w jednym kawałku.

Kocham ją. Boże, tak bardzo ją kocham.

- Możemy nie wracać do mojego mieszkania? – pyta. – Dziwnie jest tam być.

- Co z domem Cammie? – sugeruję.

Cammie kręci głową. – Mieszkam z moim chłopakiem, bo remontuję mój dom. Olivia go nienawidzi.

Patrzę na zegarek. Jessica będzie u mnie, dopóki nie pojedzie do pracy za parę godzin. Zostaje u mnie tylko kilka nocy w tygodniu, ale i tak nie podoba mi się pomysł, by zabrać Olivię gdzieś, gdzie uprawiałem seks z innymi kobietami.

- Możemy pojechać do hotelu – mówię. – Schować się, dopóki go nie złapią.

Olivia potrząsa głową. – Nie, kto wie, ile to potrwa? Po prostu zabierz mnie do domu, w porządku.

Widzę strach na jej twarzy i znowu chcę zapytać, gdzie jest Noah.

- Mam pomysł – mówię. Gdy na mnie naciskają, nie mówię im, co to jest. To jest absurdalny pomysł, ale podoba mi się. Zawracam i wprowadzam auto we wczesno-poranny ruch uliczny, kierując się z powrotem do jej mieszkania.

- Chcesz zabrać jakieś ubrania? – Kiwa głową.

Zatrzymujemy się na krótko przy jej budynku. Idę na górę do jej mieszkania, na wypadek, gdyby Dobson obserwował i wyciągam z jej szafy torbę. Otwieram parę szuflad w jej komodzie, aż znajduję bieliznę. Wrzucam ją do torby. Potem idę do jej szafy i przypadkowo wybieram kilka przedmiotów dla niej i Cammie. Nim wychodzę, zatrzymuję się przy drugiej szafie. Jego.

Otwieram drzwi, nie wiedząc, czego się spodziewać. Są tam jego ubrania, wszystkie wiszące schludnie na wieszakach. Zamykam drzwi trochę mocniej niż zamierzałem. Zatrzymuję się jeszcze na chwilę w salonie. Jest tam stół, na którym trzymał whisky w karafce. Butelka jest pusta. Otwieram ją i obracam do góry nogami.

Sucha.

Jak długo go nie ma? Dlaczego? Dlaczego mi nie powiedziała?

 
Nic nie mówię, gdy wracam do samochodu. Cammie chrapie cicho na tylnym siedzeniu.

Podaję jej torbę, a ona mówi bezgłośnie dziękuję.
Dla ciebie wszystko, Księżno, dla ciebie wszystko.

Thief - rozdział 6


Przeszłość


Miałem ją. Nie był to mocny uchwyt, ale nareszcie ją miałem. Łatwo nawiązaliśmy związek. Codzienna rutyna była lekka i świeża. Droczyliśmy się, całowaliśmy, rozmawialiśmy godzinami o rzeczach, które miały znaczenie i o tych, co znaczenia nie miały. Nigdy nie potrafiłem przewidzieć, co zaraz powie. Podobało mi się to. Tak bardzo różniła się od dziewczyn, do których byłem przyzwyczajony. Nawet Jessica – która była najbliższa temu, bym się w niej zakochał – nigdy nie wydobyła ze mnie takich uczuć, co Olivia.

Pewnego dnia rozmawialiśmy o tym, ile chcemy dzieci – albo może ja o tym mówiłem. Olivia uciekała od przyszłości.

- Pięcioro – chcę pięcioro.

Uniosła brew i zmarszczyła nos. – To za dużo. Co jeśli twoja żona nie będzie tylu chciała?

Pojechaliśmy na plażę i leżeliśmy na kocu, udając, że wpatrujemy się w gwiazdy, ale przeważnie patrzyliśmy na siebie.

- Sądzę, że ty i ja dojdziemy do kompromisu.

Zaczęła szybko mrugać, jakby coś wleciało do jej oka.

- Nie chcę dzieci – powiedziała, odwracając wzrok.

- Tak, chcesz.

Nienawidziła, kiedy to robiłem – mówiłem jej, że myli się co do własnych myśli.

Podparłem się na łokciach i spojrzałem na wodę, by uniknąć jej nieprzyjemnego spojrzenia.

- Nie zniszczysz ich – powiedziałem. – Nie będziesz jak twój ojciec i nie skończysz jak twoja matka, bo nigdy cię nie zostawię.

- Więc umrę na raka.

- Nie, nie umrzesz. Będziesz regularnie się badała.

- Jakim cudem zawsze, kurwa, wiesz, co myślę?

Spojrzałem na nią. Siedziała, przyciskając kolana do klatki piersiowej i opierając ręce na kolanach. Jej włosy związane były na czubku jej głowy w ogromnym, niemal komicznym węźle. Chciałem je rozpuścić, ale wyglądała tak uroczo, że je zostawiłem.

- Widzę cię, nawet gdy sądzisz, że nie patrzę. Prawdopodobnie mam na twoim punkcie większą obsesję, niż jest to zdrowe.

Próbowała przełknąć uśmiech, ale widziałem, jak chowa się w kącikach jej ust. Przewróciłem ją na plecy. Zachichotała. Rzadko kiedy chichotała… mógłbym pewnie zliczyć na dwóch rękach ilość razy, gdy usłyszałem ten odgłos.

- Niczego nie pokazujesz. Dlatego właśnie cię lubię, Olivio – bez drugiego imienia – Kaspen. Każesz mi zapracować na każdy uśmiech, każdy chichot…

Potrząsnęła głową. – Ja nie chichoczę.

- Czyżby? – Przesunąłem palcami po jej żebrach. Połaskotałem ją. Chichotała tak mocno, iż sam zacząłem się śmiać.

Gdy otrzeźwieliśmy, położyła się z głową na mojej klatce piersiowej. Jej następne słowa mnie zaskoczyły. Leżałem tak nieruchomo, jak tylko potrafiłem, ledwie oddychając, obawiając się, iż jeśli się poruszę, to przestanie mówić od serca.

- Moja mama chciała sześcioro dzieci. Miała tylko mnie, a to do kitu, bo byłam totalną dziwaczką.

- Wcale nie – powiedziałem.

Obróciła głowę, żeby na mnie spojrzeć.

- Obrysowywałam usta czarną kredką do oczu i siadałam po turecku na kuchennym stole… medytując.

- Nie tak źle – odparłem. – Prosiłaś o uwagę.

- Dobra, kiedy miałam dwanaście lat, zaczęłam pisać listy do mojej biologicznej matki, bo chciałam zostać adoptowana.

Potrząsnąłem głową. – Twoje dzieciństwo było do bani, chciałaś nowej rzeczywistości.

Prychnęła głośno. – Myślałam, że w moim odpływie prysznicowym żyje syrena i nazywałam ją Sarah, rozmawiałam z nią.

- Żywa wyobraźnia – odparłem. Stawała się coraz bardziej uparta, jej małe ciało wierciło się w moim uścisku.

- Robiłam papier z kłaczków z suszarki.

- Głupie.

- Chciałam zjednoczyć się z naturą, więc zaczęłam gotować trawę i pić ją z odrobinką brudu jako cukrem.

Milczałem chwilę. – Dobra, to jest dziwne.

- Dziękuję! – powiedziała. Potem znowu spoważniała. – Moja mama kochała mnie mimo tego wszystkiego.

Zacisnąłem wokół niej ramiona. Bałem się, że wiatr, woda… życie zabierze ją ode mnie. Nie chciałem, żeby odleciała.

- Gdy była w szpitalu do końca, bardzo cierpiała, ale martwiła się tylko o mnie – urwała, śmiejąc się krótko. – Nie miała włosów. Jej głowa wyglądała jak lśniące jajo i zawsze była zimna. Próbowałam zrobić jej na drutach czapkę, ale wyszła okropnie, pełna dziur, ale ona oczywiście i tak ją nosiła.

Słyszałem jej łzy. Bolało mnie serce, jakby trzymała je w swojej piąstce.

- Ciągle mnie pytała „Jesteś głodna? Jesteś zmęczona? Jesteś smutna?” – Załamał jej się głos. Pogłaskałem ją po plecach, starając się ją pocieszyć, ale wiedziałem, że nie mogłem.

- Zamieniłabym się z nią miejscami.

Jej szloch rozerwał mnie na pół, wyciągając wszystko na zewnątrz. Usiadłem i wciągnąłem ją na kolana, kiedy płakała.

Jej cierpienie było tak ostre. Nie można było jej dotknąć, nie czując jak przecina również ciebie. Chciałem owinąć się wokół niej i wchłonąć resztę ciosów, które przyniesie życie.

W tamtym momencie moje serce przewlekło się z jej sercem. Tak, jakby ktoś wyciągnął igłę krawiecką i przyszył do jej duszy moją. Jak jedna kobieta mogła być tak ostra oraz bezbronna równocześnie? Cokolwiek przydarzy się jej, przydarzy się także mnie. Jakikolwiek ból poczuje, ja także go poczuję. Chciałem tego – to było zaskakujące. Samolubny, egocentryczny Caleb Drake kochał dziewczynę tak mocno, iż wyczuwał, jak zmienia się, by mieścić jej potrzeby.

Zakochałem się.

Mocno.

Na resztę tego życia i pewnie następnego.

Pragnąłem jej – każdego cala jej upartego, wojowniczego, uszczypliwego serca.

***

Kilka miesięcy później po raz pierwszy powiedziałem jej, że ją kocham. Kochałem ją od jakiegoś czasu, ale wiedziałem, że nie była gotowa, by to usłyszeć. W chwili, gdy te słowa wyszły z moich ust, wyglądała, jakby chciała wepchnąć je tam z powrotem. Rozszerzyły się jej nozdrza, a skóra się zarumieniła. Nie potrafiła powiedzieć tego samego. Byłem rozczarowany, lecz nie zaskoczony. Wiedziałem, że mnie kochała, ale chciałem to usłyszeć. Im bardziej mnie odrzucała, tym bardziej agresywnie walczyłem, by rozwalić jej mury. Czasami naciskałem zbyt mocno… tak jak na wycieczce kempingowej. Starałem się udowodnić jej, że nie była tak niezależna, jak myślała. Chciałem jej pokazać, że w porządku jest być bezbronną i mnie pragnąć. Dla kogoś takiego, jak Olivia, seks był bezpośrednio związany z jej uczuciami. Próbowała udawać, że seks nie był dla niej ważny; że może mieć zdrowy związek bez niego. Ale jej ciało było jej kartą. Im dłużej opierała się seksowi, tym dłużej trzymała się swojej władzy.

 

Kiedy wszedłem do tamtego namiotu, byłem zdeterminowany, by pozbawić ją jej władzy.

- Jesteś panią swojego własnego ciała, tak?

Wyzywająco wysunęła podbródek.

- Tak.

- Zatem nie będziesz miała problemu je kontrolować.

Dostrzegałem niepewność w jej oczach, kiedy szedłem jej w kierunku. Jeśli chciała bawić się w gierki, to ja będę bawił się mocniej. Była poza własną ligą. Przez ostatni rok musiałem zwalczać każde pragnienie, każdą potrzebę, którą miałem. Chciałem tylko dwóch słów. Dwóch słów, których nie chciała mi dać i teraz za to zapłaci.

Próbowała uciec, ale chwyciłem ją za nadgarstek i przyciągnąłem do siebie.

Pohamowanie, które trwało od roku stało już na krawędzi klifu. Pozwoliłem zawisnąć mu tam przez minutę, po czym zepchnąłem je w dół i pocałowałem ją. Całowałem ją tak, jak całowałbym doświadczoną dziewczynę. Całowałem ją tak, jak za pierwszym razem w basenie – zanim dowiedziałem się, że była tak rozdarta. Odpowiedziała lepiej, niżbym się spodziewał. Było prawie tak, jakby czekała, aż ją tak pocałuję. Parę razy próbowała mnie odepchnąć, ale bez przekonania. A nawet wtedy nie przestawała mnie całować. Jej umysł walczył z samym sobą. Postanowiłem trochę jej pomóc. Odrywając się od niej, chwyciłem jej cienką koszulkę i przedarłem ją na pół. Rozerwała się jak papier. Otworzyła szeroko usta, gdy zsunąłem pozostały materiał z jej ramion i odrzuciłem na bok. Znowu przyciągnąłem ją do siebie i pocałowałem, palcami odnajdując zapięcie jej biustonosza i go odpinając. Teraz przyciskała się do mnie, skóra do skóry. Ściągnąłem jej spodnie, a ona jęknęła w moje usta, jakby to była najlepsza i najgorsza rzecz, jaką kiedykolwiek zrobiłem.

Dyszała w moje usta – Boże, byłem taki podniecony. Trochę zwolniłem. Nie chciałem spieszyć się z całowaniem wszystkich miejsc, których pragnąłem, a na co nigdy mi nie pozwolono – przestrzeni pomiędzy piersiami, wnętrz ud, pieprzyków na plecach.

Miała słodkie miejsce tuż ponad obojczykiem, gdzie zagłębiała się szyja. Słuchałem z satysfakcją tempa jej oddechów, wycałowując sobie drogę w dół. Właśnie dotarłem do jej idealnych sutków, kiedy oparła się o mnie, jakby jej pożądanie było za ciężkie i nie umiała stać. Położyłem ją na ziemi i znalazłem się nad nią. Ssałem jej sutki i zsunąłem rękę do wnętrza jej uda. Miała na sobie czarne, koronkowe majtki; wyróżniały się na tle jej kremowej skóry. Zatrzymałem rękę, kiedy dotarła do skrzyżowania jej ud. Chciałem, żeby ona tego pragnęła. Musnąłem kciukiem koronkę, a ona drgnęła pode mną. Zastanawiałem się, czy ktokolwiek inny kiedykolwiek jej tam dotknął. Miałem trudności z kontrolowaniem samego siebie. Wciągnąłem powietrze w jej włosach. Pachniały świeżym praniem.

- Wciąż masz kontrolę?

Skinęła głową. Czułem, jak się trzęsie i chciałem powiedzieć gówno prawda.

- Zatrzymaj mnie – powiedziałem. – Jeżeli masz kontrolę, to mnie zatrzymaj.

Ściągnąłem spodnie dresowe, które nadal były na jej kostkach. Spojrzała na mnie zaszklonymi oczami, jakby zatrzymywanie mnie było ostatnią rzeczą, jakiej chciała.

Wtedy się ocknąłem. Moja gra zaczynała robić się toksyczna. Wciągnąłem mocno powietrze przez nos. Teraz mógłbym ją wziąć. Pozwoliłaby mi. Ale to nie byłoby sprawiedliwe. Manipulowałem nią. Potem byłaby na mnie wściekła – zamknęłaby się w sobie i straciłbym ją. Po prostu potrzebowałem, żeby mnie zauważyła.

- Do kogo należysz?

Oblizała usta. Jej dłonie chwytały się moich ramion. Wyczuwałem lekki nacisk, gdy przyciągnęła mnie do siebie. Milcząco mnie prosiła. Powstrzymywałem się – nauczyła mnie jak. Potrząsnęła głową, nie rozumiejąc.

Zmusiłem ją do spojrzenia mi w oczy, żeby mnie zobaczyła.

Położyłem dłoń na jej klatce piersiowej. Wyczuwałem jej serce… bijące dla mnie.

Pragnę jej. Pragnę jej. Pragnę jej. Proszę, Olivia. Pozwól mi siebie mieć…

- Do kogo należysz?

Jej oczy zwilgotniały. Rozumiała. Jej ciało opadło bezwładne.

- Do ciebie – odparła cicho.

Jej bezbronność, ciało, włosy – wszystko to mnie podniecało. Nigdy w życiu nie pragnąłem kobiety bardziej od niej.

Odrzuciłem głowę, zamknąłem oczy i zsunąłem się z niej.

Nie patrz na nią. Jeśli znowu na nią spojrzysz, to wylądujesz wewnątrz niej.

- Dziękuję.

Po czym wyszedłem tak szybko, jak mogłem, by wziąć bardzo zimny prysznic.


Nie potrafiła spojrzeć na mnie przez cały tydzień.