17.6.14

Thief - rozdział 7


Teraźniejszość
 

Dzwoni mój telefon. Uchylam jedną powiekę. Przez żaluzje nie prześwituje światło, co oznacza, iż albo jest zbyt, kurwa, późno, albo zbyt, kurwa, wcześnie, by dzwonić. Odbieram i przyciskam telefon do ucha.

- Halo.

- Caleb?

Siadam na łóżku i spoglądam na Jessicę, by zobaczyć, czy ją obudziłem. Śpi na brzuchu, jej twarz schowana jest przez włosy.

- Tak? – Pocieram oczy i zginam nogi w kolanach.

- To ja.

Parę sekund zajmuje mi domyślenie się, kim jest „ja”.

- Olivia?

Zerkam na zegarek i widzę, że jest 4:49. Zsuwam nogi z łóżka, trzymając telefon między barkiem a uchem. Zanim wymawia kolejne słowo, mam na sobie spodnie i sięgam po buty.

- Caleb, przepraszam… nie wiedziałam, do kogo zadzwonić.

- Nie przepraszaj, tylko powiedz, co się dzieje.

- To Dobson – odpowiada. Jej słowa są pomieszane i szybkie. – Od roku wysyła mi listy. Zeszłej nocy uciekł z Selbet. Policja myśli, że jedzie tutaj.

Odrywam telefon od ucha, żeby założyć koszulkę.

- Gdzie jest Noah?

Po drugiej stronie linii następuje cisza i myślę, że się rozłączyła.

- Olivia?

- Nie tutaj.

- W porządku – mówię. – W porządku. Będę tam za pół godziny.

Budzę Jessicę i informuję ją, gdzie jadę.

- Chcesz, żebym pojechała z tobą? – pyta, ledwo co otwierając oczy.

- Nie trzeba.

Całuję ją w skroń, a ona opada na poduszkę z ulgą. Wyczuwam sól w powietrzu, kiedy wychodzę z windy i wchodzę do garażu. Zawsze można wyczuć najmocniej ocean wcześnie rano, kiedy spaliny samochodowe oraz ludzkie zanieczyszczenia nie obudziły się jeszcze do pracy.

Pół godziny zajmuje mi dojechanie do Sunny Isles Beach, gdzie jej apartament unosi się ponad wszystkimi innymi, jedną stroną wychodząc na miasto, a drugą na ocean. To jedyny budynek mieszkalny z odblaskowymi oknami na zewnątrz. Gdy wchodzę do hallu, nocny kierownik patrzy na mnie, jakby zastanawiał, czy nazywam się Dobson i uciekłem właśnie z szalonego miasteczka.

- Pani Kaspen dała nam surowe polecenie, żeby nikogo nie wpuszczać – mówi.

- Proszę do niej zadzwonić – odpowiadam, pokazując na telefon.

Wtedy słyszę za sobą jej głos. – W porządku, Nick.

Odwracam się i widzę, jak idzie w moim kierunku. Ubrana jest w białe spodnie od yogi i pasującą bluzę. Kaptur zasłania jej włosy, ale parę kosmyków wymknęło się na zewnątrz, obramowując jej zaniepokojoną twarz. Robię to, co przychodzi naturalnie. W dwóch krokach podchodzę do niej i przyciągam do siebie. Chowa twarz w mojej klatce piersiowej, gdzie ledwo co może nabrać tchu i unosi ramiona w górę, zamiast objąć mnie wokoło. Zawsze tak się przytulaliśmy. Nazywała to Ciosem Podbródkowym. Na studiach mawiała „Cios Podbródkowy, Caleb”. Ludzie patrzyli na nas, jakbym zamierzał ją uderzyć.

- Boisz się? – pytam czubka jej głowy.

Kiwa głowa przy moim torsie. – To waśnie, kulwa, ostaję. – Jej głos jest stłumiony, więc unoszę jej brodę. Jej wargi znajdują się parę centymetrów od moich. Pamiętam jak miękkie są jej usta i muszę powstrzymać chęć, by jej posmakować. Co doprowadza mnie do najważniejszego pytania.

- Gdzie twój mąż, Olivia?

Wygląda na tak smutną, że niemal żałuję pytania.

- Nie pytaj mnie o to dzisiaj, dobra?

- Dobra – odpowiadam, patrząc w jej oczy. – Chcesz iść na jakieś śniadranie? – Uśmiecha się leciutko na moją niepoprawną wymowę słowa. Kiedyś tak robiliśmy.

Robiliśmy.

Kiedyś.

Spogląda nerwowo w stronę wejścia budynku.

- Księżno – mówię, ściskając jej ramiona. – Mam cię. – Posyłam jej mały uśmiech.

- To dobrze – kiwa głową – bo jeśli on mnie dostanie, to mam wielkie, jebane kłopoty.

Śmieję się na jej ponury humor i kieruję ją do drzwi.

Tam spotykamy się czołowo z Cammie.

- Co, do diabła! – mówi, podnosząc ręce w powietrzu. – Nie wiedziałam, że to zjednoczenie popieprzonego związku.

Olivia zakrywa oczy. – Nie osądzaj mnie.

Cammie klepie mnie po tyłku i przytula Olivię. – Powiedziałam ci, że zaraz będę, nie musiałaś po niego dzwonić.

- Najpierw do niego zadzwoniłam – odpowiada. – Przy nim czuję się bezpieczniej niż przy tobie.

- To jego masywny penis, co nie? Mógłby po prostu przywalić nim Dobsonowi i…

- Weźmy mój samochód – odzywam się, otwierając drzwi. Cammie przechodzi obok mnie i siada wygodnie na tylnym siedzeniu. – Cześć, Cammie.

Uśmiecha się do mnie i potrząsam głową. Najlepsza przyjaciółka Olivii jest jej całkowitym przeciwieństwem. Ich dwójka zawsze była dziwną rzeczą do ujrzenia. Tak, jakby obserwowało się ulewę, kiedy na niebie nie było żadnych chmur. W jednej chwili kłóciły się, a w drugiej trzymały się siebie kurczowo w rozpaczy.

- No spójrzcie na nas – mówi Cammie. – Znowu wszyscy razem, jakby osiem pieprzonych lat kłamstw i bzdur nigdy nie miało miejsca.

Patrzę na nią w przednim lusterku. – Jesteś zła?

- Nie, nie – wszystko w porządku. A z tobą? Ze mną wszystko w porządku. – Zakłada ramiona na piersiach i wygląda przez okno.

Zerkam na Olivię, która patrzy przez swoje okno, zbyt rozproszona, aby zwracać uwagę.

- Możemy dzisiaj się nie kłócić, Cam? – pyta bez przekonania. – On jest tutaj, bo go o to poprosiłam.

Marszczę brwi. Dobrze wiem, żeby nie pytać, co się między nimi dzieje. Mogłoby to poskutkować meczem wrzasków. Skręcam w parking Waffle House. Olivia przygląda się mojej dłoni, kiedy zmieniam biegi.

- Więc powiedziałaś mu o Noah, O?

- Zamknij się, Cammie – odpowiada gniewnie. Patrzę na nią kątem oka, czując ciekawość.

- Co miałaś mi powiedzieć?

Olivia nagle obraca się na miejscu i celuje palcem w Cammie. – Zniszczę cię.

- Dlaczego miałabyś to zrobić, kiedy jesteś taka dobra w niszczeniu samej siebie?

Otwieram swoje drzwi. – Gofry. Mmmm. – Jeszcze kilka złośliwych uwag krąży w powietrzu, aż je uciszam.

- Nikt się nie odzywa, dopóki nie zje pięciu kęsów jedzenia.

Gdy miały po dwadzieścia lat, zaczynały się kłócić, jak tylko miały niski poziom cukru we krwi. Dziesięć lat później niewiele się zmieniło. Trzeba je karmić albo cię zamordują. Jak gremliny.

Obie są skwaszone i posłuszne, dopóki kelnerka nie przynosi naszych posiłków. Kroję swojego omleta i patrzę, jak one powoli wychodzą ze swoich skorup. Po kilku minutach śmieją się i dzielą się swoim jedzeniem.

- Co mówi policja, Olivia?

Odkłada widelec i ociera usta. – Po tym jak wygrałam sprawę, on był przekonany, że to dlatego, iż go kocham i powinniśmy być razem. Więc uciekł i sądzę, że jedzie po swoją pannę młodą.

- Wygląda na to, że często się to zdarza – odzywa się Cammie z pełną buzią. – Twoi starzy klienci mają obsesję na punkcie twoim i autodestrukcji. – Zlizuje syrop z palców i patrzy znacząco na mnie.

Kopię Cammie pod stołem.

- Au!

Olivia podpiera brodę na rękach. – Nie chcielibyście, żeby Dobson zamiast mnie, pokochał Leah?

Staram się nie roześmiać – naprawdę staram. Ale te jej małe uwagi… ona jest po prostu tak cholernie…

Cammie rzuca mi nieprzyjemne spojrzenie. – Przestań tak na nią patrzeć.

Nie odpowiadam, ponieważ dokładnie wiem, o czym ona mówi. Puszczam oko Olivii. Moja była żona oskarżyła mnie o to samo. Kiedy na nią patrzę, nie potrafię oderwać wzroku. Było tak od pierwszego dnia, kiedy zobaczyłem ją pod drzewem. Od tamtej pory całe inne piękno przypominało mi ją. Bez względu na to, co to jest, jest to tylko odbicie Olivii. Ta mała czarownica rzuciła na mnie urok.

Pochwytuję wzrok Olivii i pozostajemy tak przez dobre sześć sekund, połączeni w spojrzeniu tak intymnym, że boli mnie brzuch, gdy odwracamy wzrok. Widzę, jak jej gardło pracuje, gdy stara się przełknąć swoje emocje. Wiem, co ona myśli.

Dlaczego?

Myślę o tym każdego dnia.

 
Płacę rachunek i wracamy do mojego auta. Dziewczyny nie chcą wracać do Olivii.

- Caleb, on mógłby cię zmiażdżyć – mówi Cammie. – Widziałam go osobiście. Bez obrazy, ale nie sądzę, że dałbyś mu radę. On. Cię. Zmiażdży.

Olivia trzyma głowę między kolanami. Nie chce robić sobie żartów z czegoś tak poważnego, ale jest to trudne, kiedy Cammie i ja wszystko bierzemy lekko. Widzę, jak jej plecy trzęsą się od cichego śmiechu. Wyciągam rękę i strzelam jej biustonoszem.

- Ty też, Księżno? Nie sądzisz, że mógłbym zająć się Dobbiem?

- Dobbie torturował małe zwierzątka, kiedy tylko nauczył się chodzić. Raz widziałam, jak odgryzł głowę myszy i zjadł ją.

Robię minę. – Serio?

- Nie. Ale mięso je bardzo krwiste.

Prycham. – Czy to prawda, co mówią o jego matce? Że molestowała wszystkie te dzieci w kościele?

Olivia podnosi jakiś kłaczek ze spodni i wzrusza ramionami. – Na to wygląda. Wiele razy mówił o rzeczach, które robiła mu matka. To ma sens – jego potrzeba na, um… zmuszanie kobiet do kochania go, po posiadaniu takiej matki.

- Szlag – mówi Cammie z tylnego siedzenia. – A ja myślałam, że to ciebie popaprały problemy tatusiowe.

- Czy kiedykolwiek był agresywny wobec ciebie? – Spoglądam na nią kątem oka.

- Nie, nie, był bardzo cichy. Niemal zachowywał się jak dżentelmen. Dziewczyny powiedziały mi, że prosił o pozwolenie zanim je gwałcił. To chore, prawda? Pozwól mi cię zgwałcić… najpierw cię zapytam i zabiję, jeśli odmówisz, ale i tak zapytam.

Opada jeden kącik jej ust i potrząsa głową. – Ludzie są tacy popaprani. My wszyscy. Tylko siebie krzywdzimy.

- Niektórzy z nas trochę bardziej, nie sądzisz? Na przykład, nasz dobry przyjaciel Dobson mógłby stać się adwokatem wykorzystywanych dzieci zamiast stać się seryjnym gwałcicielem.

- Tak – mówi. – Jego umysł był rozbity. Nie wszystkie ofiary molestowania mają siłę, by przetrwać to, co przetrwał on i mieć potem mózg w jednym kawałku.

Kocham ją. Boże, tak bardzo ją kocham.

- Możemy nie wracać do mojego mieszkania? – pyta. – Dziwnie jest tam być.

- Co z domem Cammie? – sugeruję.

Cammie kręci głową. – Mieszkam z moim chłopakiem, bo remontuję mój dom. Olivia go nienawidzi.

Patrzę na zegarek. Jessica będzie u mnie, dopóki nie pojedzie do pracy za parę godzin. Zostaje u mnie tylko kilka nocy w tygodniu, ale i tak nie podoba mi się pomysł, by zabrać Olivię gdzieś, gdzie uprawiałem seks z innymi kobietami.

- Możemy pojechać do hotelu – mówię. – Schować się, dopóki go nie złapią.

Olivia potrząsa głową. – Nie, kto wie, ile to potrwa? Po prostu zabierz mnie do domu, w porządku.

Widzę strach na jej twarzy i znowu chcę zapytać, gdzie jest Noah.

- Mam pomysł – mówię. Gdy na mnie naciskają, nie mówię im, co to jest. To jest absurdalny pomysł, ale podoba mi się. Zawracam i wprowadzam auto we wczesno-poranny ruch uliczny, kierując się z powrotem do jej mieszkania.

- Chcesz zabrać jakieś ubrania? – Kiwa głową.

Zatrzymujemy się na krótko przy jej budynku. Idę na górę do jej mieszkania, na wypadek, gdyby Dobson obserwował i wyciągam z jej szafy torbę. Otwieram parę szuflad w jej komodzie, aż znajduję bieliznę. Wrzucam ją do torby. Potem idę do jej szafy i przypadkowo wybieram kilka przedmiotów dla niej i Cammie. Nim wychodzę, zatrzymuję się przy drugiej szafie. Jego.

Otwieram drzwi, nie wiedząc, czego się spodziewać. Są tam jego ubrania, wszystkie wiszące schludnie na wieszakach. Zamykam drzwi trochę mocniej niż zamierzałem. Zatrzymuję się jeszcze na chwilę w salonie. Jest tam stół, na którym trzymał whisky w karafce. Butelka jest pusta. Otwieram ją i obracam do góry nogami.

Sucha.

Jak długo go nie ma? Dlaczego? Dlaczego mi nie powiedziała?

 
Nic nie mówię, gdy wracam do samochodu. Cammie chrapie cicho na tylnym siedzeniu.

Podaję jej torbę, a ona mówi bezgłośnie dziękuję.
Dla ciebie wszystko, Księżno, dla ciebie wszystko.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz