25.7.14

Thief - rozdział 21

Przeszłość

Po studiach Cammie wróciła do Teksasu. Całkiem łatwo było ją odnaleźć – musiałem tylko podążać za jej jasno oświetlonym szlakiem medialnym. Założyłem konto na Facebooku. Zignorowała moich pierwszych pięć wiadomości, po czym po mojej szóstej próbie odesłała krótką wiadomość.
WTF, Caleb.
Ona chce, żeby zostawić ją w spokoju.
ODPIEPRZ SIĘ!
Wróciła ci pamięć?
Pieprzyć to, nic mnie to nie obchodzi.
Innymi słowy Cammie nie zamierzała mi pomóc. Brałem pod uwagę polecenie do Teksasu, ale nie miałem pojęcia, gdzie mieszkała Cammie. Jej profil był ustawiony na prywatny i zablokowała mnie. Czułem się jak prześladowca. Potem wypróbowałem college, ale nawet z moimi kontaktami w administracji Olivia nie zostawiła żadnego adresu do korespondencji. Przemyślałem resztę moich opcji: mogłem zatrudnić prywatnego detektywa… albo zostawić ją w spokoju. Przecież tego właśnie chciała. Nie wyjechałaby, dopóki tym razem nie miałaby definitywnie dosyć.
To bolało. Bardziej niż wtedy, jak odeszła za pierwszym razem. Za pierwszym razem byłem wściekły. Gniew sprawiał, że czułem się pewien swojej racji, co przeprowadziło mnie przez pierwszy rok po naszym rozstaniu. W drugim roku czułem się otępiały.
W trzecim roku wszystko poddawałem w wątpliwość. Tym razem było inaczej. Było realniej, jakbyśmy bez względu na to, co zrobili, to nigdy nie będziemy razem. Może po seksie zdała sobie sprawę, że już mnie nie kocha. Może arogancko myślałem, że kiedykolwiek mnie kochała. Ja bardziej ją kochałem, jeśli to było możliwe. Musiałem ją odnaleźć. Jeszcze jeden raz. Tylko jeden.

Jeden fałszywy profil Facebookowy później i byłem częścią rozległej sieci urzyjaciół Cammie. Cała jej galeria zdjęć mogła pojawić się za jednym kliknięciem, lecz wpatrywałem się w ekran komputera przez dobrych piętnaście minut zanim odważyłem się na przejrzenie ich. Bałem się zobaczyć życie Olivii – jak łatwo było jej o mnie zapomnieć. I tak przejrzałem nieskończenie długą kolekcję zdjęć z imprez. Olivia miała szczególną wprawę w unikaniu kamery. Myślałem, że czasami dostrzegłem jej włosy w rogu ujęcia albo w rozmazanym tle, ale nadal byłem taką nią pijany, iż pewnie widywałem ją we wszystkich miejscach, w których jej nie było. O ile wiedziałem, Olivia była na Sir Lance z Korpusem Pokoju. Czy Korpus Pokoju był na Sir Lance?
Szlag.
Cammie mieszkała w Grapevine. Pojadę tam. Porozmawiam z nią. Może powie mi, gdzie jest Olivia. Nie może się przede mną zamknąć, jeśli będę przed nią stał. Potarłem dłonią twarz. Kogo ja oszukiwałem? To była Cammie. Sprawiała, że kolor blond wyglądał jak kolor walki. Poczekałem miesiąc, walcząc ze świadomością, iż Olivia pewnie chciała, żeby zostawić ją w spokoju i moją potrzebą, aby przekonać ją, że wcale tego nie chce.
W końcu poprosiłem Steve’a o wolne. Niechętnie mi je dawał, ponieważ miałem czteromiesięczny urlop okolicznościowy podczas epizodu amnezji. Kiedy powiedziałem mu, że chodzi o Olivię, ustąpił.

Pojechałem. Tysiąc dwieście dziewięćdziesiąt mil Coldplay, Keane i Nine Inch Nails. Po drodze zatrzymywałem się w knajpach. W miejscach, gdzie takie imiona kelnerek jak Judy i Nancy oraz tapirowane włosy nigdy nie wyszły z mody. Podobało mi się to. Floryda potrzebowała odmiany. Zaczynało mnie męczyć przebywanie tam: pretensjonalność, gorąco, brak Olivii. Może było tam przyjemnie tylko przy Olivii. Miałem przeczucie, że jej również spodobałyby się Jude i Nancy. Jeśli jest w Grapevine i przekonam ją, żeby wróciła ze mną do domu, to wrócę z nią tą drogą. Przekonam ją, żeby zjadła smażonego kurczaka, makaron i ser na stole splamionym tyloma śladami po kubkach kawy, że zaczynało to wyglądać jak wzór. Będziemy jedli, dopóki nie przeżre nas tłuszcz, potem znajdziemy tani motel i pokłócimy się o to, gdzie będziemy się kochać, ponieważ ona nie będzie ufać czystości prześcieradeł. Zacałuję ją tak, że zapomni o prześcieradłach i będziemy szczęśliwi. W końcu szczęśliwi.

Przekroczyłem granicę stanu Teksas i postanowiłem zahaczyć o motel przed pojechaniem do Cammie. Musiałem się ogolić… wziąć prysznic. Wyglądać choć trochę przyzwoicie. Potem pomyślałem Pieprzyć to. Cammie mogła zobaczyć mnie w dokładnie takim stanie, brudnego i nieszczęśliwego. Przejechałem resztę drogi do jej domu i zatrzymałem się przed jej domem w tym samym czasie, co zaczęło pojawiać się słońce. Dom był kremowy i front był ceglany. Na oknach stały donice z kwiatami, przepełnione lawendą. Było tu zbyt uroczo jak na Cammie. Postanowiłem poczekać parę godzin, zdobyć jakieś śniadanie zanim zapukam. Cammie była znanym śpiochem. Ostatecznie postanowiłem, że najlepiej będzie ją zaskoczyć. W ten sposób być może powie mi więcej.
Zaparkowałem budynek dalej i podszedłem do jej drzwi wejściowych. Zamierzałem zadzwonić do drzwi, kiedy zza zakrętu wyjechał samochód i kierował się w moją stronę. Spojrzałem na niego i miałem dziwne przeczucie, że jechał do Cammie. Miałem dwie opcje… mogłem zejść podjazdem i zaryzykować minięcie auta, kiedy tutaj skręci albo mogłem wślizgnąć się za dom i tam poczekać. Wybrałem drugą opcję. Stałem z przyciśniętymi plecami do budynku, patrząc na ogrodzenie sąsiadów. Sąsiedzi mieli yorka. Widziałem, jak obwąchuje ogrodzenie.
Yorki były rozszczekanymi psami. Jeżeli mnie dostrzeże, bez wątpienia zacznie szczekać, dopóki ktoś nie wyjdzie na zewnątrz, by zobaczyć, o co chodzi.
Samochód wjechał na podjazd, tak jak przypuszczałem. Usłyszałem trzask drzwi i szuranie stóp, kiedy podeszli do drzwi. To pewnie Cammie, pomyślałem. Wracała od jakiegoś faceta, u którego spędziła noc. To nie była Cammie. Usłyszałem dwa głosy. Jeden należał do Olivii; drugi do mężczyzny. Niemal wypadłem zza domu i rzuciłem się w jej kierunku, gdy otworzyły się drzwi wejściowe i dosłyszałem pisk Cammie.
- Na pewno uprawialiście seks! – powiedziała.
Śmiech Olivii był wymuszony. Łajdak – kimkolwiek był – śmiał się razem z Cammie.
- To nie twój zasrany interes – usłyszałem warknięcie Olivii. – A teraz zejdź mi z drogi. Muszę przygotować się na zajęcia.
Zajęcia! Poczułem, jak opadam gwałtownie na ścianę. Oczywiście. Była w szkole prawniczej. Poznała faceta. Tak szybko. Nawet już o mnie nie myślała, a ja przejechałem tysiąc mil, żeby ją odzyskać.
Co za pieprzony żart.
Cammie musiała wejść z powrotem do domu, bo usłyszałem jak Olivia odwraca się w drzwiach i mu dziękuje.
- Do zobaczenia wieczorem – powiedziała. – Dzięki za zeszłą noc. Tego potrzebowałam.
Usłyszałem odległy odgłos całowania, po czym on wrócił do samochodu i odjechał. Stałem tam przez pięć minut, częściowo gotując się ze złości, częściowo cierpiąc, częściowo czując się jak jebany, żałosny dupek, zanim w końcu zapukałem do drzwi.
Cammie otworzyła drzwi, mając na sobie tylko koszulkę ze zdjęciem Johna Wayne’a. Trzymała filiżankę kawy, ale prawie ją upuściła, kiedy mnie zobaczyła. Zabrałem ją z jej bezwładnej ręki i upiłem łyka.
- O. Mój. Boże.
Wyszła na zewnątrz, zamykając za sobą drzwi.
- Chcę ją zobaczyć – powiedziałem. – Już.
- Czyś ty zwariował? Pokazujesz się ot, tak?
- Idź po nią – odparłem. Oddałem jej kawę, a ona gapiła się na mnie, jakbym poprosił o oddanie organu.
- Nie – powiedziała w końcu. – Nie pozwolę ci, żebyś znowu jej to zrobił.
- Co zrobił?
- Bawił się jej głową – odparła gniewnie. – Dobrze jej się żyje. Jest szczęśliwa. Musisz zostawić ją w spokoju.
- Ona mnie potrzebuje, Cammie. Jej miejsce jest przy mnie.
Przez chwilę myślałem, że mnie spoliczkuje. Zamiast tego napiła się swojej kawy.
- Nie. – Uniosła jeden palec z filiżanki, celując nim we mnie. – Jesteś kłamliwą, zdradliwą kanalią. Ona potrzebuje kogoś lepszego od ciebie.
Mentalnie zrobiłem krok w tył. Przeważnie była to prawda. Ale mogłem być dla niej lepszy. Mogłem być tym, kogo potrzebowała, ponieważ ją kochałem.
- Nikt jej nie pokocha tak jak ja – powiedziałem. – A teraz przesuń się, zanim ja ciebie przesunę. Bo zamierzam tam wejść…
Rozważała to przez chwilę, po czym odsunęła się w bok. – Dobra – powiedziała.
Otworzyłem drzwi, zrobiłem pierwszy krok do hallu…
Po mojej lewej znajdowała się kuchnia i coś, co wyglądało jak salon, a po prawej schody. Ruszyłem do schodów. Byłem na trzecim stopniu, kiedy usłyszałem za sobą wołanie Cammie.
- Była w ciąży, wiesz.
Zatrzymałem się.
- Co takiego?
- Po waszej małej randce pod światłem księżyca.
Obejrzałem się na nią, moje serce nagle obijało się dziko w piersi. Moje myśli skierowały się do tamtej nocy. Nie użyłem prezerwatywy. Nie wysunąłem się. Poczułem mrowienie na całym ciele. Była w ciąży. Była… była… była…
- Była?
Cammie zacisnęła mocno usta i uniosła brwi. Co ona sugerowała? Poczułem, jak ból zaczyna się w mojej klatce piersiowej i rozprzestrzenia po całym ciele. Dlaczego by to zrobiła? Jak mogła?
- Lepiej, żebyś zostawił ją w spokoju – powiedziała. – Pod mostem nie ma tylko wody, są robale, gówno i martwe ciała. Teraz wynoś się z mojego domu, zanim wezwę policję.

Nie musiała mówić mi dwa razy. Miałem dosyć. Dosyć. Na zawsze. Nigdy więcej.

17.7.14

Thief - rozdział 20

Teraźniejszość

Podwozi mnie do mojego samochodu, kiedy słońce zaczyna wschodzić. Nie chcieliśmy wychodzić, ale oboje baliśmy się, że Bernie postanowi przyjść do biura w sobotę.
- Później zrobisz się przygnębiona – mówię, gdy wjeżdżamy na parking Fossy. – Będziesz siebie nienawidzić i trochę popłaczesz, a potem pójdziesz do sklepu i kupisz lody. Nie rób tego.
Spogląda na mnie wielkimi oczami i widzę, jak zakrada się do nich poczucie winy.
- Nie wiem, czego chcę – mówi. – Ale to było bardzo niewłaściwe i bardzo niesprawiedliwe wobec Noah.
- Zostawił cię.
- Tak.
- Bo ty chcesz dziecka, a on nie.
- Tak – mówi znowu.
- A zanim odszedł jak często bywał w pobliżu?
Milczy przez długi czas.
- To tak jakby myślał, że może być poślubiony na jego warunkach. Mieć cię w domu wtedy, kiedy będzie to dla niego wygodne, ale nigdy nie było go, kiedy ty go potrzebowałaś.
- Przestań.
Chwytam jej nadgarstek i przytrzymuję. – Dlaczego nie wrócił, gdy Dobson uciekł z tego przeklętego zakładu?
- Powiedział, że go złapią. Żeby nie podejmować żadnych pochopnych decyzji i zaufać policji.
- Dokładnie. Miał cię ochraniać. To była jego robota. Powinien wsiąść do samolotu w chwili, kiedy się dowiedział.
- To niesprawiedliwe – odpowiada, kręcąc głową. – On wie, że jestem twarda. Wie, że potrafię sama się sobą zająć.
Wydaję zdegustowany odgłos w gardle. To smutne.
- Posłuchaj mnie. – Łapię jej twarz, żeby musiała na mnie patrzeć, gdy to mówię. – Wiem, że o tym nie wiesz, ponieważ twój tata był bezużytecznym gnojkiem i nie zrobił nic, żeby pokazać ci jak musisz być traktowana. Ale jesteś wystarczająco cenna dla każdego mężczyzny w twoim życiu, żeby rzucił wszystko, aby cię ochronić. Nie powinnaś być zmuszana do bycia silną na własną rękę, bo nikogo z tobą nie będzie. Twój tata cię zawiódł. Noah cię zawiódł. Ja już nigdy cię nie zawiodę.
Całuję ją w czoło, kiedy roni łzę. Tylko jedną.

- Ciągle chodzimy w kółko, Olivia. Tutaj chodzi o ciebie i mnie, nie o ciebie i Noah. Weź tylko parę tygodni. Spędź ze mną trochę czasu. Nie podejmuj żadnych decyzji dopóki nie są to sprawiedliwe decyzje.
- Sprawiedliwą decyzją byłoby zrobienie tego, co właściwe…
Przerywam jej. – Dla ciebie. Tak, zrób to, co jest właściwe dla ciebie. Daj mi trochę czasu, żebym ci pokazał.
Otwiera różowe usta, żeby splunąć na mnie jadem.
- Cicho – mówię. – Zapakuj torbę podróżną. Jest takie miejsce, gdzie chcę cię zabrać.
- Nie mogę sobie ot, tak z tobą wyjechać! Mam pracę!
- Wiem, że masz wolne. Bernie mi powiedziała.
Olivia wygląda na osłupiałą. – Bernie? Kiedy rozmawiałeś z Bernie?
- Wpadłem na nią w sklepie. Martwiła się o ciebie.
Jej usta są szeroko otwarte. Potrząsa głową, jakby myśl, że ktokolwiek się o nią martwi była niedorzeczna.
- Nic mi nie jest – odpowiada stanowczo.
Chwytam jej nadgarstek i przytulam do siebie, całując czubek jej głowy. – Wcale nie. Jestem twoją bratnią duszą. Tylko ja wiem jak cię wyleczyć.
Odpycha mnie, a kiedy ją puszczam, zamiast się odsunąć chowa twarz w moim torsie, jakby próbowała się we mnie wtopić. Znowu ją przytulam, starając się nie śmiać.
- Daj spokój, Księżno. To będzie jak wycieczka kempingowa.
- Tak, będzie dokładnie tak samo. – Jej głos jest stłumiony przez moją klatkę piersiową. – Tylko nie będziesz kłamał o amnezji, ja nie będę kłamała, że cię nie znam, a twoja ruda dziewczyna suka nie będzie niszczyła mi mieszkania podczas naszej nieobecności.
Ściskam ją mocniej. Robi mi się niedobrze, że zrobiła to Leah. Rzeczy, które zrobiła, żeby trzymać mnie z daleka od Olivii są szczególnie pokręcone. Prawie tak pokręcone jak rzeczy, które zrobiłem, żebyśmy byli razem. Krzywię się i chwytam jej ramiona, odsuwając ją, żeby widzieć jej twarz.
- Więc co ty na to? Tak?
- Ile nas nie będzie?
Myślę o tym. – Cztery dni.
Kręci głową. – Dwa.
- Trzy – odpieram. – Musimy mieć jeden dzień na podróż.
Przekrzywia głowę, patrząc na mnie ze zmarszczeniem brwi. – Nie jedziemy tak naprawdę na kemping, prawda? Bo za każdym razem, gdy tam jedziemy – mamy jakiś emocjonalny katalizator i naprawdę nie sądzę, że zniosę…
Zakrywam dłonią jej usta. – Żadnego kempingu. Zapakuj coś ładnego do ubioru. Przyjadę jutro po ciebie o ósmej rano.
- Dobrze. – Próbuje zachowywać się nonszalancko, ale widzę, że jest podekscytowana.
Całuję ją w czoło. – Pa, Księżno. Do zobaczenia.
Odchodzę, nie patrząc na nią. Nie mam pojęcia, gdzie ją zabiorę, a nie mogę skłamać i nie powiedzieć, że kemping nie przeszedł mi przez myśl. Ale kiedy tylko przypomniała mi, że nasze obie wycieczki kempingowe skończyły się źle, odrzuciłem ten pomysł. Potrzebowała czegoś, co przypomni jej jak dobrze jest nam razem, a nie o gierkach, w które pogrywaliśmy. Wyciągam telefon, wsiadając do mojego auta. Znam doskonałe miejsce i jest tylko kilka godzin stąd.

Pukam do jej drzwi o 7:45.
- Zawsze wcześnie – narzeka, otwierając je. Trzyma w ręce torbę. Biorę ją i obrzucam ją wzrokiem. Ma na sobie znoszone dżinsy i dopasowaną bluzkę Marlinsów. Jej włosy są mokre i luźno okalają jej twarz.
Dostrzega, że przyglądam się jej koszulce i wzrusza ramionami. – Byłam na meczu – mówi. Wyłapuję defensywę w jej głosie i uśmiecham się lekko.
- No co? – Uderza mnie w ramię. – Lubię sport.
- Po pierwsze to ja tutaj jestem Brytyjczykiem, nie ty. Mówi się sporty[1]. Po drugie, nienawidzisz sportów, sportu i sportowców. Z tego co pamiętam, kiedy mi powiedziałaś, że profesjonalni sportowcy to marnotrawstwo przestrzeni.
Kącik jej ust opada, kiedy marszczy czoło. – Noah lubi baseball. Byłam wspierająca.
- Ach.
Czuję zazdrość, więc odwracam się i podchodzę do windy z jej torbą, gdy ona zamyka mieszkanie.
Jedziemy na dół w milczeniu; stoimy tak blisko siebie, że dotykają się boki naszych dłoni. Gdy drzwi się rozsuwają, nie od razu wychodzimy.

- Ile zajmie droga? – pyta, wsiadając do mojego samochodu.
- Nie jedziemy – odpowiadam.
Potrząsa głową, unosząc jedną brew.
- Zobaczysz. Po prostu się zrelaksuj. Za niedługo tam będziemy.
Rzuca mi nieprzyjemne spojrzenie i włącza radio. Podaję jej mojego iPoda i szuka w nim Coldplay.
- Jesteś szalona, niekonsekwentna i wredna, ale nigdy nie będę narzekać na twój gust muzyczny.
- Przepraszam – mówi, odstawiając iPoda i patrzy na mnie. – Ale czy nie powinieneś oczarowywać mnie w ten weekend?
Chwytam jej kolano i ściskam. – Właśnie to robię, Księżno. Komplement z obelgą. Tak jak to lubisz.
Odpycha moją rękę, ale uśmiecha się.

Jazda zajmuje dwadzieścia minut. Gdy zatrzymuję się przy doku, Olivia wygląda na zdezorientowaną. Wysiadam z auta i wyciągam jej torbę z bagażnika.
- Co to jest?
- Przystań. Tutaj trzymam moją łódkę.
- Twoją łódkę?
- Tak, kochanie.
Idzie za mną do łódki. Wchodzę na nią pierwszy, stawiając nasze torby w małej kuchni, po czym wracam do niej.
- Piotruś Pan – mówi, nie odrywając wzroku od łódki. – Nazwałeś ją Piotruś Pan.
- Cóż, kiedy ją kupiłem nazwałem ją Wielkie Nadzieje, ale Pip nie kończy z Estellą. Więc zmieniłem na Piotruś Pan. Nie chciałem przynieść sobie pecha.
Jej nozdrza się rozszerzają. A potem patrzy na mnie tymi swoimi dużymi oczami. – Nigdy nie byłam na łódce. Na statku, ale one wyglądają na bardziej… bezpieczne.
Wyciągam rękę i pomagam jej wejść. Chwieje się przez moment i wygląda jakby surfowała. Następnie biegnie do kokpitu i opada na siedzenie, trzymając się obu stron podbicia jej krzesła. Jest taką twardzielką, że zapominam jak mało życia zasmakowała. Uśmiecham się i przygotowuję łódkę do wyruszenia.
Gdy poruszamy się do przodu, ster łodzi rozcina fale, ona przysuwa się do mnie bliżej na ławce. Unoszę ramię, obejmując ją, a ona przytula się do mnie. Nie potrafię się nawet uśmiechnąć. Czuję się tak głęboko rozemocjonowany, że steruję łódką w złym kierunku przez jakieś trzydzieści minut zanim zdaję sobie sprawę z mojego błędu. W pewnej chwili, kiedy jesteśmy pośrodku niczego, gaszę silnik i pozwalam jej na patrzenie.
- Czuję się taka śmiertelna – odzywa się. – Zebrałam tak dużo zbroi przez lata; stopień prawa, pieniądze, twarde serce. Ale tutaj nie mam nic i czuję się naga.
- Twoje serce nie jest takie twarde – mówię, obserwując wodę. – Lubisz tylko tak udawać.
Widzę kątem oka, jak na mnie spogląda.
- Tylko ty tak mówisz. Wszyscy inni mi wierzą.
- Tylko ja cię znam.
- Więc dlaczego zawsze tak łatwo dajesz mi odejść? Dlaczego nie wiesz, iż chcę, żebyś o mnie walczył?
Wzdycham. Oto jest. Prawda.
- Dużo czasu zajęło mi rozgryzienie, o czym mówiłaś. I wydawało się, że ilekroć jedno z nas wracało po te drugie, nie byliśmy gotowi. Ale dziesięć lat później jestem tutaj. Walczę. Chciałbym myśleć, że nauczyłem się na swoich błędach. Chciałbym również myśleć, że nareszcie doszliśmy do punktu, gdzie jesteśmy na siebie gotowi.
Nie odpowiada, ale wiem, że myśli. Może to jest w końcu nasz czas. Może.
Odpalam silnik.

Dopływamy do Tampa Bay około trzynastej. Zatrzymuję łódkę przy przystani i dzwonię po taksówkę, żeby zabrała nas do miejsca wynajmu aut. Mają tylko dostępny minivan. Olivia wybucha śmiechem, kiedy do niego wsiadamy.
- No co? – pytam. – Nawet mi się podoba.
- Nie – mówi stanowczo. – Nawet tego nie mów. Stracę do ciebie cały szacunek.
Uśmiecham się i zawożę nas do hotelu. Odkładamy nasze torby i Olivia przegląda pokój, kiedy wykonuję telefon, sprawdzając po raz drugi naszą rezerwację na kolację.
- Chodźmy znaleźć coś na lunch – mówię. Wyciąga swoją kosmetyczkę, ale zabieram ją od niej.
- Dzisiaj bądź naga, w uczuciach i na twarzy.
Jej usta drgają w uśmiechu, ale nie pozwala sobie na niego. Lecz widzę go w jej oczach. To dla mnie wiele.

Idziemy do małej restauracji, która sprzedaje tylko ryby, które sami łapią. Jest tuż nad wodą. Nos Olivii jest spalony słońcem i dostrzegam garstkę piegów na jej grzbiecie nosa oraz policzkach. Zamawia margaritę i przysięga, że to najlepsza, jaką kiedykolwiek piła.
Po dwóch robi się gadatliwa. Chodzimy po sklepach i opowiada mi o swoim życiu w Teksasie.
- Południowe piękności – zapewnia mnie – są najbardziej śmiercionośnymi kreaturami na bożej ziemi. Jeżeli cię nie lubią, to nawet na ciebie nie spojrzą, kiedy do nich mówisz. A potem dadzą ci komplement z ukrywającą się pod nim najpodlejszą zniewagą.
Śmieję się. – Jak sobie z tym radziłaś?
- Niedobrze. Powstrzymywałam się od komplementów i otwarcie je obrażałam.
- Robi mi się nieswojo od samego myślenia o tym – przyznaję. Gdy Olivia rzuca obelgą, czujesz się, jakbyś został zaatakowany przez pociski słowne. Bardzo nieprzyjemne doświadczenie.
Marszczy twarz. – Cammie powiedziała, że jestem anty-Teksanką. Chciała wygonić mnie z południa, bo powiedziała, że niszczę jego integralność.
- Och, Cammie.
Uśmiecha się tak szeroko. Wiem, jak bardzo ceni swoją najlepszą przyjaciółkę. Zastanawiam się co by powiedziała, gdyby wiedziała, jaką udział miała Cammie w trzymaniu mnie z daleka. To nie ma znaczenia. I tak nigdy jej nie powiem.
Patrzymy na głupkowate bluzki Tampa Bay, kiedy nagle mówi. – Nadal mam swoją bluzę Kocieję na punkcie Georgii.
- Ja też. Weźmy jedną z tych. Możemy mieć całą szafę skradzionych, ucieczkowych ubrań.
Wybiera dwie koszulki z palmami, w najokropniejszym morskim odcieniu, jaki kiedykolwiek widziałem. Mają napis Serca w Tampa Bay.
Jęczę. – Zobacz na te ładne, dopasowane. – Pokazuję na bluzkę, w której dobrze czułbym się w publice, a ona marszczy brwi.
- Gdzie w tym zabawa? – Idzie do łazienki i zakłada swój nowy nabytek, po czym zmusza mnie do tego samego. Pięć minut później idziemy ręka w rękę wzdłuż promenady, w pasujących do siebie brzydkich bluzkach.
Uwielbiam to.



[1] Przetłumaczyłam dosłownie, a chodzi o to, że niby po brytyjsku na sport mówi się po prostu sport, a po amerykańsku sports. Ta.

Thief - rozdział 19

Przeszłość

Drzwi były lekko uchylone, kiedy przyjechałem. Zamierzałem zapukać, gdy otworzyły się i wyszedł z nich mężczyzna trzymający worek śmieci. Cofnąłem się, zbyt zaskoczony, żeby się odezwać. Moje myśli popędziły w setkę kierunków. To nie był jej typ. Chciałem go zabić. Dlaczego wynosił jej śmieci? Często tutaj sypiał? Czekałem, aż podniesie wzrok, uważając, że każdy mężczyzna zasługiwał na szansę wytłumaczenia się zanim zostanie pobity.
Był trochę zaskoczony widząc mnie przed sobą. Spojrzał za mnie, by zobaczyć czy jestem z kimś innym i zapytał. – Pomóc w czymś?
Nie zamknął drzwi mieszkania Olivii i widziałem wnętrze.
Puste.
Poczułem, jak powietrze opuszcza moje płuca. Zamknąłem oczy, odchylając głowę. Nie, nie, nie.
Oddaliłem się, wsuwając ręce we włosy i wróciłem do miejsca, skąd konserwator patrzył na mnie dziwnie. Moja natychmiastowa zazdrość sprawiła, że przegapiłem uniform i plakietkę z imieniem. Dlaczego wyjechała? Dlaczego po prostu tu nie zostałem? Wiedziałem, że to zrobiła. Uciekała, kiedy się bała. Myślałem – co ja sobie myślałem? Że mogę ją zatrzymać, bo się kochaliśmy? Że jej demony nie odnajdą jej w gaju pomarańczowym, gdzie sprzedałem swoją duszę, by z nią być?
Spojrzałem na plakietkę przypiętą do jego bluzki.
- Miguel. – Mój głos brzmiał surowo nawet w moich uszach. Miguel uniósł brwi, patrząc jak z trudem wydobywam z siebie słowa. – Kiedy ona… jak dawno?
- Te mieszkanie jest otwarte od dwudziestu czterech godzin – odpowiedział, wskazując na mieszkanie za nim. – Mamy listę oczekujących. Musimy je przygotować na następnych dzierżawców.
Dwadzieścia cztery godziny? Gdzie ona pojechała? Czy od razu wyjechała? Czy coś ją wystraszyło?
Przeczesuję dłonią włosy. Zostawiłem ją zaledwie dwa dni temu, żeby rozwiązać moje sprawy. Tańczyłem z nią na parkingu zanim odjechałem. Próbowała wyznać mi prawdę, ale powstrzymałem ją. Gdy dowiedziałaby się o amnezji, wymyśliłaby każdy możliwy powód, żeby ode mnie uciec. Planowałem zamknąć ją w mieszkaniu, znowu się z nią kochać i przekonać, że może nam się udać. Ale najpierw musiałem rozwiązać pewne sprawy, aby zacząć nowe.
Zostawiłem Olivię i pojechałem prosto do domu Leah. Kiedy otworzyła drzwi widziałem, że płakała. Zajęło mi pół godziny złamanie jej serca. Bolało mnie to. Nie zrobiła nic, żeby zasłużyć na to, co jej robiłem. Powiedziałem jej, że kogoś poznałem. Nie pytała kogo, choć podejrzewałem, iż wiedziała, skro kilka tygodni wcześniej śledziła mnie do mieszkania Olivii. Zanim wyszedłem pocałowałem ją w czoło. Nie powiedziałem jej o amnezji. Nie chciałem jeszcze bardziej jej ranić.
Następnie pojechałem do mojego mieszkania. Stojąc pod prysznicem myślałem o naszym wspólnym tygodniu. Myślałem o gaju pomarańczowym, o tym jak smakowała, o tym, że jej skóra miała dotyk zimnego atłasu pod moimi palcami. Gdy pomyślałem o pierwszym momencie bycia wewnątrz niej, o tym jak jej oczy rozszerzyły się, a usta rozchyliły, musiałem oblać się zimną wodą.
Dała mi wszystko – wszystko, od czego wcześniej się powstrzymywała. Była inna. Ale również była taka sama. Uparta, wyzywająca… pełna kłamstw.
Wcześniej próbowałem ją złamać. Teraz pragnąłem ją taką, jaka była. Pragnąłem każdej pięknej skazy. Pragnąłem zabawnych ripost i chłodu, który tylko ja wiedziałem, jak rozgrzać. Pragnąłem kłótni, tarcia i seksu na zgodę. Pragnąłem, żeby każdego poranka budziła się w moim łóżku. Pragnąłem jej gównianego gotowania i jej pięknego, skomplikowanego umysłu.
Cofnąłem wszystko, w co wierzyłem, żeby z nią być. Wyrzuciłem prawdę przez okno. Tak bardzo się bałem, że o mnie zapomni, że kłamstwem wkradłem się z powrotem do jej życia. Teraz miałem wiele do wyjaśnienia.
Spojrzałem na Miguela. Nagle wydawał się być moim ostatnim sznurkiem do niej.
- Czy zostawiła coś? Notatkę… cokolwiek?
Miguel podrapał się po karku. – Nie, stary.
- Powiedziała, gdzie się wybiera?
Possał zęby. – Jestem tylko konserwatorem. Nie dają mi adresu do korespondencji. – Rozejrzał się, żeby zobaczyć czy jesteśmy sami. – Ale gdyby coś zostawiła to byłoby to w tym czarnym worku na śmieci, który tutaj postawię, kiedy jeszcze raz przejrzę mieszkanie.
Postawił worek na podłodze i rzucił mi spojrzenie, po czym wrócił do mieszkania i zamknął za sobą drzwi.
Podniosłem go i zważyłem w dłoni. Był lekki. Zostawiła mi coś, przekazując, gdzie pojechała? Czy Jim wrócił i ją odstraszył? Powiedział jej? Kucnąłem i odwróciłem worek do góry nogami, wysypując jego zawartość na ziemię. Pociłem się i moje dłonie były wilgotne, kiedy przeszukiwałem śmieci. Podarte papiery, rozbite szkło, rozkruszone płatki kwiatów… czego ja szukałem? Listu? Olivia nigdy nie napisałaby mi listu. To nie w jej stylu. To było w jej stylu – zostawienie mnie bez ostrzeżenia, wrzucenie mnie do ognia. Odrzuciłem worek. Połowa moje serca była złamana; druga była diabelsko, kurewsko wściekła. Kiedy worek opadł na ziemię, usłyszałem jak coś niewielkiego uderza o podłogę. Przesunąłem wzrokiem po ziemi, szukając rozpaczliwie wszystkiego, co mogłoby mnie do niej doprowadzić.
Znalazłem to między stopami.
Pens.
Zostawiła go mnie czy po prostu go zostawiła? Uniosłem go, trzymając między palcami. Kiedyś lśniąca powierzchnia miała lekko zielony odcień starzejącej się miedzi. To było jej pożegnanie? Czułem gniew i bardziej niż gniew czułem zdezorientowanie. Co ja zrobiłem? Gaj pomarańczowy, pocałunek na parkingu zanim odjechałem. Byłem taki pewien tego, co do niej czułem… tego, co ona czuła do mnie. Niemożliwe, że Olivia oddałaby mi się, gdyby nie była nas pewna. Więc dlaczego? DLACZEGO?
Podszedłem do krańca parkingu i podniosłem pięść, pensa przyciskając do wnętrza dłoni. Wyrzuć go, powiedziałem sobie. Napiąłem mięśnie, żeby nim rzucić.

Nie potrafiłem tego zrobić. Opuściłem rękę na bok. Schowałem pensa do kieszeni i pojechałem do domu.