Teraźniejszość
Podwozi
mnie do mojego samochodu, kiedy słońce zaczyna wschodzić. Nie chcieliśmy
wychodzić, ale oboje baliśmy się, że Bernie postanowi przyjść do biura w
sobotę.
- Później
zrobisz się przygnębiona – mówię, gdy wjeżdżamy na parking Fossy. – Będziesz
siebie nienawidzić i trochę popłaczesz, a potem pójdziesz do sklepu i kupisz
lody. Nie rób tego.
Spogląda na
mnie wielkimi oczami i widzę, jak zakrada się do nich poczucie winy.
- Nie wiem,
czego chcę – mówi. – Ale to było bardzo niewłaściwe i bardzo niesprawiedliwe
wobec Noah.
- Zostawił
cię.
- Tak.
- Bo ty
chcesz dziecka, a on nie.
- Tak –
mówi znowu.
- A zanim
odszedł jak często bywał w pobliżu?
Milczy
przez długi czas.
- To tak
jakby myślał, że może być poślubiony na jego warunkach. Mieć cię w domu wtedy,
kiedy będzie to dla niego wygodne, ale nigdy nie było go, kiedy ty go
potrzebowałaś.
- Przestań.
Chwytam jej
nadgarstek i przytrzymuję. – Dlaczego nie wrócił, gdy Dobson uciekł z tego
przeklętego zakładu?
-
Powiedział, że go złapią. Żeby nie podejmować żadnych pochopnych decyzji i
zaufać policji.
-
Dokładnie. Miał cię ochraniać. To była jego robota. Powinien wsiąść do samolotu
w chwili, kiedy się dowiedział.
- To
niesprawiedliwe – odpowiada, kręcąc głową. – On wie, że jestem twarda. Wie, że
potrafię sama się sobą zająć.
Wydaję
zdegustowany odgłos w gardle. To smutne.
- Posłuchaj
mnie. – Łapię jej twarz, żeby musiała na mnie patrzeć, gdy to mówię. – Wiem, że
o tym nie wiesz, ponieważ twój tata był bezużytecznym gnojkiem i nie zrobił
nic, żeby pokazać ci jak musisz być traktowana. Ale jesteś wystarczająco cenna
dla każdego mężczyzny w twoim życiu, żeby rzucił wszystko, aby cię ochronić.
Nie powinnaś być zmuszana do bycia silną na własną rękę, bo nikogo z tobą nie
będzie. Twój tata cię zawiódł. Noah cię zawiódł. Ja już nigdy cię nie zawiodę.
Całuję ją w
czoło, kiedy roni łzę. Tylko jedną.
- Ciągle
chodzimy w kółko, Olivia. Tutaj chodzi o ciebie i mnie, nie o ciebie i Noah.
Weź tylko parę tygodni. Spędź ze mną trochę czasu. Nie podejmuj żadnych decyzji
dopóki nie są to sprawiedliwe decyzje.
-
Sprawiedliwą decyzją byłoby zrobienie tego, co właściwe…
Przerywam
jej. – Dla ciebie. Tak, zrób to, co jest właściwe dla ciebie. Daj mi trochę
czasu, żebym ci pokazał.
Otwiera
różowe usta, żeby splunąć na mnie jadem.
- Cicho –
mówię. – Zapakuj torbę podróżną. Jest takie miejsce, gdzie chcę cię zabrać.
- Nie mogę
sobie ot, tak z tobą wyjechać! Mam pracę!
- Wiem, że
masz wolne. Bernie mi powiedziała.
Olivia
wygląda na osłupiałą. – Bernie? Kiedy rozmawiałeś z Bernie?
- Wpadłem
na nią w sklepie. Martwiła się o ciebie.
Jej usta są
szeroko otwarte. Potrząsa głową, jakby myśl, że ktokolwiek się o nią martwi
była niedorzeczna.
- Nic mi
nie jest – odpowiada stanowczo.
Chwytam jej
nadgarstek i przytulam do siebie, całując czubek jej głowy. – Wcale nie. Jestem
twoją bratnią duszą. Tylko ja wiem jak cię wyleczyć.
Odpycha
mnie, a kiedy ją puszczam, zamiast się odsunąć chowa twarz w moim torsie, jakby
próbowała się we mnie wtopić. Znowu ją przytulam, starając się nie śmiać.
- Daj
spokój, Księżno. To będzie jak wycieczka kempingowa.
- Tak,
będzie dokładnie tak samo. – Jej głos jest stłumiony przez moją klatkę
piersiową. – Tylko nie będziesz kłamał o amnezji, ja nie będę kłamała, że cię
nie znam, a twoja ruda dziewczyna suka nie będzie niszczyła mi mieszkania
podczas naszej nieobecności.
Ściskam ją
mocniej. Robi mi się niedobrze, że zrobiła to Leah. Rzeczy, które zrobiła, żeby
trzymać mnie z daleka od Olivii są szczególnie pokręcone. Prawie tak pokręcone
jak rzeczy, które zrobiłem, żebyśmy byli razem. Krzywię się i chwytam jej
ramiona, odsuwając ją, żeby widzieć jej twarz.
- Więc co
ty na to? Tak?
- Ile nas
nie będzie?
Myślę o
tym. – Cztery dni.
Kręci
głową. – Dwa.
- Trzy –
odpieram. – Musimy mieć jeden dzień na podróż.
Przekrzywia
głowę, patrząc na mnie ze zmarszczeniem brwi. – Nie jedziemy tak naprawdę na
kemping, prawda? Bo za każdym razem, gdy tam jedziemy – mamy jakiś emocjonalny
katalizator i naprawdę nie sądzę, że zniosę…
Zakrywam
dłonią jej usta. – Żadnego kempingu. Zapakuj coś ładnego do ubioru. Przyjadę
jutro po ciebie o ósmej rano.
- Dobrze. –
Próbuje zachowywać się nonszalancko, ale widzę, że jest podekscytowana.
Całuję ją w
czoło. – Pa, Księżno. Do zobaczenia.
Odchodzę,
nie patrząc na nią. Nie mam pojęcia, gdzie ją zabiorę, a nie mogę skłamać i nie
powiedzieć, że kemping nie przeszedł mi przez myśl. Ale kiedy tylko
przypomniała mi, że nasze obie wycieczki kempingowe skończyły się źle,
odrzuciłem ten pomysł. Potrzebowała czegoś, co przypomni jej jak dobrze jest
nam razem, a nie o gierkach, w które pogrywaliśmy. Wyciągam telefon, wsiadając
do mojego auta. Znam doskonałe miejsce i jest tylko kilka godzin stąd.
Pukam do
jej drzwi o 7:45.
- Zawsze
wcześnie – narzeka, otwierając je. Trzyma w ręce torbę. Biorę ją i obrzucam ją
wzrokiem. Ma na sobie znoszone dżinsy i dopasowaną bluzkę Marlinsów. Jej włosy
są mokre i luźno okalają jej twarz.
Dostrzega,
że przyglądam się jej koszulce i wzrusza ramionami. – Byłam na meczu – mówi.
Wyłapuję defensywę w jej głosie i uśmiecham się lekko.
- No co? –
Uderza mnie w ramię. – Lubię sport.
- Po
pierwsze to ja tutaj jestem Brytyjczykiem, nie ty. Mówi się sporty[1].
Po drugie, nienawidzisz sportów, sportu i sportowców. Z tego co pamiętam, kiedy
mi powiedziałaś, że profesjonalni sportowcy to marnotrawstwo przestrzeni.
Kącik jej
ust opada, kiedy marszczy czoło. – Noah lubi baseball. Byłam wspierająca.
- Ach.
Czuję
zazdrość, więc odwracam się i podchodzę do windy z jej torbą, gdy ona zamyka
mieszkanie.
Jedziemy na
dół w milczeniu; stoimy tak blisko siebie, że dotykają się boki naszych dłoni.
Gdy drzwi się rozsuwają, nie od razu wychodzimy.
- Ile
zajmie droga? – pyta, wsiadając do mojego samochodu.
- Nie
jedziemy – odpowiadam.
Potrząsa
głową, unosząc jedną brew.
-
Zobaczysz. Po prostu się zrelaksuj. Za niedługo tam będziemy.
Rzuca mi
nieprzyjemne spojrzenie i włącza radio. Podaję jej mojego iPoda i szuka w nim
Coldplay.
- Jesteś
szalona, niekonsekwentna i wredna, ale nigdy nie będę narzekać na twój gust
muzyczny.
-
Przepraszam – mówi, odstawiając iPoda i patrzy na mnie. – Ale czy nie
powinieneś oczarowywać mnie w ten weekend?
Chwytam jej
kolano i ściskam. – Właśnie to robię, Księżno. Komplement z obelgą. Tak jak to
lubisz.
Odpycha
moją rękę, ale uśmiecha się.
Jazda
zajmuje dwadzieścia minut. Gdy zatrzymuję się przy doku, Olivia wygląda na
zdezorientowaną. Wysiadam z auta i wyciągam jej torbę z bagażnika.
- Co to
jest?
- Przystań.
Tutaj trzymam moją łódkę.
- Twoją
łódkę?
- Tak,
kochanie.
Idzie za
mną do łódki. Wchodzę na nią pierwszy, stawiając nasze torby w małej kuchni, po
czym wracam do niej.
- Piotruś
Pan – mówi, nie odrywając wzroku od łódki. – Nazwałeś ją Piotruś Pan.
- Cóż,
kiedy ją kupiłem nazwałem ją Wielkie Nadzieje, ale Pip nie kończy z Estellą.
Więc zmieniłem na Piotruś Pan. Nie chciałem przynieść sobie pecha.
Jej nozdrza
się rozszerzają. A potem patrzy na mnie tymi swoimi dużymi oczami. – Nigdy nie
byłam na łódce. Na statku, ale one wyglądają na bardziej… bezpieczne.
Wyciągam
rękę i pomagam jej wejść. Chwieje się przez moment i wygląda jakby surfowała.
Następnie biegnie do kokpitu i opada na siedzenie, trzymając się obu stron
podbicia jej krzesła. Jest taką twardzielką, że zapominam jak mało życia
zasmakowała. Uśmiecham się i przygotowuję łódkę do wyruszenia.
Gdy
poruszamy się do przodu, ster łodzi rozcina fale, ona przysuwa się do mnie
bliżej na ławce. Unoszę ramię, obejmując ją, a ona przytula się do mnie. Nie
potrafię się nawet uśmiechnąć. Czuję się tak głęboko rozemocjonowany, że
steruję łódką w złym kierunku przez jakieś trzydzieści minut zanim zdaję sobie
sprawę z mojego błędu. W pewnej chwili, kiedy jesteśmy pośrodku niczego, gaszę
silnik i pozwalam jej na patrzenie.
- Czuję się
taka śmiertelna – odzywa się. – Zebrałam tak dużo zbroi przez lata; stopień
prawa, pieniądze, twarde serce. Ale tutaj nie mam nic i czuję się naga.
- Twoje
serce nie jest takie twarde – mówię, obserwując wodę. – Lubisz tylko tak
udawać.
Widzę kątem
oka, jak na mnie spogląda.
- Tylko ty
tak mówisz. Wszyscy inni mi wierzą.
- Tylko ja
cię znam.
- Więc
dlaczego zawsze tak łatwo dajesz mi odejść? Dlaczego nie wiesz, iż chcę, żebyś
o mnie walczył?
Wzdycham.
Oto jest. Prawda.
- Dużo
czasu zajęło mi rozgryzienie, o czym mówiłaś. I wydawało się, że ilekroć jedno
z nas wracało po te drugie, nie byliśmy gotowi. Ale dziesięć lat później jestem
tutaj. Walczę. Chciałbym myśleć, że nauczyłem się na swoich błędach. Chciałbym
również myśleć, że nareszcie doszliśmy do punktu, gdzie jesteśmy na siebie
gotowi.
Nie
odpowiada, ale wiem, że myśli. Może to jest w końcu nasz czas. Może.
Odpalam
silnik.
Dopływamy do
Tampa Bay około trzynastej. Zatrzymuję łódkę przy przystani i dzwonię po
taksówkę, żeby zabrała nas do miejsca wynajmu aut. Mają tylko dostępny minivan.
Olivia wybucha śmiechem, kiedy do niego wsiadamy.
- No co? –
pytam. – Nawet mi się podoba.
- Nie – mówi
stanowczo. – Nawet tego nie mów. Stracę do ciebie cały szacunek.
Uśmiecham
się i zawożę nas do hotelu. Odkładamy nasze torby i Olivia przegląda pokój,
kiedy wykonuję telefon, sprawdzając po raz drugi naszą rezerwację na kolację.
- Chodźmy
znaleźć coś na lunch – mówię. Wyciąga swoją kosmetyczkę, ale zabieram ją od
niej.
- Dzisiaj
bądź naga, w uczuciach i na twarzy.
Jej usta
drgają w uśmiechu, ale nie pozwala sobie na niego. Lecz widzę go w jej oczach.
To dla mnie wiele.
Idziemy do
małej restauracji, która sprzedaje tylko ryby, które sami łapią. Jest tuż nad
wodą. Nos Olivii jest spalony słońcem i dostrzegam garstkę piegów na jej
grzbiecie nosa oraz policzkach. Zamawia margaritę i przysięga, że to najlepsza,
jaką kiedykolwiek piła.
Po dwóch
robi się gadatliwa. Chodzimy po sklepach i opowiada mi o swoim życiu w
Teksasie.
-
Południowe piękności – zapewnia mnie – są najbardziej śmiercionośnymi
kreaturami na bożej ziemi. Jeżeli cię nie lubią, to nawet na ciebie nie
spojrzą, kiedy do nich mówisz. A potem dadzą ci komplement z ukrywającą się pod
nim najpodlejszą zniewagą.
Śmieję się.
– Jak sobie z tym radziłaś?
-
Niedobrze. Powstrzymywałam się od komplementów i otwarcie je obrażałam.
- Robi mi
się nieswojo od samego myślenia o tym – przyznaję. Gdy Olivia rzuca obelgą,
czujesz się, jakbyś został zaatakowany przez pociski słowne. Bardzo
nieprzyjemne doświadczenie.
Marszczy
twarz. – Cammie powiedziała, że jestem anty-Teksanką. Chciała wygonić mnie z
południa, bo powiedziała, że niszczę jego integralność.
- Och,
Cammie.
Uśmiecha
się tak szeroko. Wiem, jak bardzo ceni swoją najlepszą przyjaciółkę.
Zastanawiam się co by powiedziała, gdyby wiedziała, jaką udział miała Cammie w
trzymaniu mnie z daleka. To nie ma znaczenia. I tak nigdy jej nie powiem.
Patrzymy na
głupkowate bluzki Tampa Bay, kiedy nagle mówi. – Nadal mam swoją bluzę Kocieję na punkcie Georgii.
- Ja też.
Weźmy jedną z tych. Możemy mieć całą szafę skradzionych, ucieczkowych ubrań.
Wybiera
dwie koszulki z palmami, w najokropniejszym morskim odcieniu, jaki kiedykolwiek
widziałem. Mają napis Serca w Tampa Bay.
Jęczę. –
Zobacz na te ładne, dopasowane. – Pokazuję na bluzkę, w której dobrze czułbym
się w publice, a ona marszczy brwi.
- Gdzie w
tym zabawa? – Idzie do łazienki i zakłada swój nowy nabytek, po czym zmusza
mnie do tego samego. Pięć minut później idziemy ręka w rękę wzdłuż promenady, w
pasujących do siebie brzydkich bluzkach.
Uwielbiam
to.
[1]
Przetłumaczyłam dosłownie, a chodzi o to, że niby po brytyjsku na sport mówi
się po prostu sport, a po amerykańsku
sports. Ta.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz