17.7.14

Thief - rozdział 20

Teraźniejszość

Podwozi mnie do mojego samochodu, kiedy słońce zaczyna wschodzić. Nie chcieliśmy wychodzić, ale oboje baliśmy się, że Bernie postanowi przyjść do biura w sobotę.
- Później zrobisz się przygnębiona – mówię, gdy wjeżdżamy na parking Fossy. – Będziesz siebie nienawidzić i trochę popłaczesz, a potem pójdziesz do sklepu i kupisz lody. Nie rób tego.
Spogląda na mnie wielkimi oczami i widzę, jak zakrada się do nich poczucie winy.
- Nie wiem, czego chcę – mówi. – Ale to było bardzo niewłaściwe i bardzo niesprawiedliwe wobec Noah.
- Zostawił cię.
- Tak.
- Bo ty chcesz dziecka, a on nie.
- Tak – mówi znowu.
- A zanim odszedł jak często bywał w pobliżu?
Milczy przez długi czas.
- To tak jakby myślał, że może być poślubiony na jego warunkach. Mieć cię w domu wtedy, kiedy będzie to dla niego wygodne, ale nigdy nie było go, kiedy ty go potrzebowałaś.
- Przestań.
Chwytam jej nadgarstek i przytrzymuję. – Dlaczego nie wrócił, gdy Dobson uciekł z tego przeklętego zakładu?
- Powiedział, że go złapią. Żeby nie podejmować żadnych pochopnych decyzji i zaufać policji.
- Dokładnie. Miał cię ochraniać. To była jego robota. Powinien wsiąść do samolotu w chwili, kiedy się dowiedział.
- To niesprawiedliwe – odpowiada, kręcąc głową. – On wie, że jestem twarda. Wie, że potrafię sama się sobą zająć.
Wydaję zdegustowany odgłos w gardle. To smutne.
- Posłuchaj mnie. – Łapię jej twarz, żeby musiała na mnie patrzeć, gdy to mówię. – Wiem, że o tym nie wiesz, ponieważ twój tata był bezużytecznym gnojkiem i nie zrobił nic, żeby pokazać ci jak musisz być traktowana. Ale jesteś wystarczająco cenna dla każdego mężczyzny w twoim życiu, żeby rzucił wszystko, aby cię ochronić. Nie powinnaś być zmuszana do bycia silną na własną rękę, bo nikogo z tobą nie będzie. Twój tata cię zawiódł. Noah cię zawiódł. Ja już nigdy cię nie zawiodę.
Całuję ją w czoło, kiedy roni łzę. Tylko jedną.

- Ciągle chodzimy w kółko, Olivia. Tutaj chodzi o ciebie i mnie, nie o ciebie i Noah. Weź tylko parę tygodni. Spędź ze mną trochę czasu. Nie podejmuj żadnych decyzji dopóki nie są to sprawiedliwe decyzje.
- Sprawiedliwą decyzją byłoby zrobienie tego, co właściwe…
Przerywam jej. – Dla ciebie. Tak, zrób to, co jest właściwe dla ciebie. Daj mi trochę czasu, żebym ci pokazał.
Otwiera różowe usta, żeby splunąć na mnie jadem.
- Cicho – mówię. – Zapakuj torbę podróżną. Jest takie miejsce, gdzie chcę cię zabrać.
- Nie mogę sobie ot, tak z tobą wyjechać! Mam pracę!
- Wiem, że masz wolne. Bernie mi powiedziała.
Olivia wygląda na osłupiałą. – Bernie? Kiedy rozmawiałeś z Bernie?
- Wpadłem na nią w sklepie. Martwiła się o ciebie.
Jej usta są szeroko otwarte. Potrząsa głową, jakby myśl, że ktokolwiek się o nią martwi była niedorzeczna.
- Nic mi nie jest – odpowiada stanowczo.
Chwytam jej nadgarstek i przytulam do siebie, całując czubek jej głowy. – Wcale nie. Jestem twoją bratnią duszą. Tylko ja wiem jak cię wyleczyć.
Odpycha mnie, a kiedy ją puszczam, zamiast się odsunąć chowa twarz w moim torsie, jakby próbowała się we mnie wtopić. Znowu ją przytulam, starając się nie śmiać.
- Daj spokój, Księżno. To będzie jak wycieczka kempingowa.
- Tak, będzie dokładnie tak samo. – Jej głos jest stłumiony przez moją klatkę piersiową. – Tylko nie będziesz kłamał o amnezji, ja nie będę kłamała, że cię nie znam, a twoja ruda dziewczyna suka nie będzie niszczyła mi mieszkania podczas naszej nieobecności.
Ściskam ją mocniej. Robi mi się niedobrze, że zrobiła to Leah. Rzeczy, które zrobiła, żeby trzymać mnie z daleka od Olivii są szczególnie pokręcone. Prawie tak pokręcone jak rzeczy, które zrobiłem, żebyśmy byli razem. Krzywię się i chwytam jej ramiona, odsuwając ją, żeby widzieć jej twarz.
- Więc co ty na to? Tak?
- Ile nas nie będzie?
Myślę o tym. – Cztery dni.
Kręci głową. – Dwa.
- Trzy – odpieram. – Musimy mieć jeden dzień na podróż.
Przekrzywia głowę, patrząc na mnie ze zmarszczeniem brwi. – Nie jedziemy tak naprawdę na kemping, prawda? Bo za każdym razem, gdy tam jedziemy – mamy jakiś emocjonalny katalizator i naprawdę nie sądzę, że zniosę…
Zakrywam dłonią jej usta. – Żadnego kempingu. Zapakuj coś ładnego do ubioru. Przyjadę jutro po ciebie o ósmej rano.
- Dobrze. – Próbuje zachowywać się nonszalancko, ale widzę, że jest podekscytowana.
Całuję ją w czoło. – Pa, Księżno. Do zobaczenia.
Odchodzę, nie patrząc na nią. Nie mam pojęcia, gdzie ją zabiorę, a nie mogę skłamać i nie powiedzieć, że kemping nie przeszedł mi przez myśl. Ale kiedy tylko przypomniała mi, że nasze obie wycieczki kempingowe skończyły się źle, odrzuciłem ten pomysł. Potrzebowała czegoś, co przypomni jej jak dobrze jest nam razem, a nie o gierkach, w które pogrywaliśmy. Wyciągam telefon, wsiadając do mojego auta. Znam doskonałe miejsce i jest tylko kilka godzin stąd.

Pukam do jej drzwi o 7:45.
- Zawsze wcześnie – narzeka, otwierając je. Trzyma w ręce torbę. Biorę ją i obrzucam ją wzrokiem. Ma na sobie znoszone dżinsy i dopasowaną bluzkę Marlinsów. Jej włosy są mokre i luźno okalają jej twarz.
Dostrzega, że przyglądam się jej koszulce i wzrusza ramionami. – Byłam na meczu – mówi. Wyłapuję defensywę w jej głosie i uśmiecham się lekko.
- No co? – Uderza mnie w ramię. – Lubię sport.
- Po pierwsze to ja tutaj jestem Brytyjczykiem, nie ty. Mówi się sporty[1]. Po drugie, nienawidzisz sportów, sportu i sportowców. Z tego co pamiętam, kiedy mi powiedziałaś, że profesjonalni sportowcy to marnotrawstwo przestrzeni.
Kącik jej ust opada, kiedy marszczy czoło. – Noah lubi baseball. Byłam wspierająca.
- Ach.
Czuję zazdrość, więc odwracam się i podchodzę do windy z jej torbą, gdy ona zamyka mieszkanie.
Jedziemy na dół w milczeniu; stoimy tak blisko siebie, że dotykają się boki naszych dłoni. Gdy drzwi się rozsuwają, nie od razu wychodzimy.

- Ile zajmie droga? – pyta, wsiadając do mojego samochodu.
- Nie jedziemy – odpowiadam.
Potrząsa głową, unosząc jedną brew.
- Zobaczysz. Po prostu się zrelaksuj. Za niedługo tam będziemy.
Rzuca mi nieprzyjemne spojrzenie i włącza radio. Podaję jej mojego iPoda i szuka w nim Coldplay.
- Jesteś szalona, niekonsekwentna i wredna, ale nigdy nie będę narzekać na twój gust muzyczny.
- Przepraszam – mówi, odstawiając iPoda i patrzy na mnie. – Ale czy nie powinieneś oczarowywać mnie w ten weekend?
Chwytam jej kolano i ściskam. – Właśnie to robię, Księżno. Komplement z obelgą. Tak jak to lubisz.
Odpycha moją rękę, ale uśmiecha się.

Jazda zajmuje dwadzieścia minut. Gdy zatrzymuję się przy doku, Olivia wygląda na zdezorientowaną. Wysiadam z auta i wyciągam jej torbę z bagażnika.
- Co to jest?
- Przystań. Tutaj trzymam moją łódkę.
- Twoją łódkę?
- Tak, kochanie.
Idzie za mną do łódki. Wchodzę na nią pierwszy, stawiając nasze torby w małej kuchni, po czym wracam do niej.
- Piotruś Pan – mówi, nie odrywając wzroku od łódki. – Nazwałeś ją Piotruś Pan.
- Cóż, kiedy ją kupiłem nazwałem ją Wielkie Nadzieje, ale Pip nie kończy z Estellą. Więc zmieniłem na Piotruś Pan. Nie chciałem przynieść sobie pecha.
Jej nozdrza się rozszerzają. A potem patrzy na mnie tymi swoimi dużymi oczami. – Nigdy nie byłam na łódce. Na statku, ale one wyglądają na bardziej… bezpieczne.
Wyciągam rękę i pomagam jej wejść. Chwieje się przez moment i wygląda jakby surfowała. Następnie biegnie do kokpitu i opada na siedzenie, trzymając się obu stron podbicia jej krzesła. Jest taką twardzielką, że zapominam jak mało życia zasmakowała. Uśmiecham się i przygotowuję łódkę do wyruszenia.
Gdy poruszamy się do przodu, ster łodzi rozcina fale, ona przysuwa się do mnie bliżej na ławce. Unoszę ramię, obejmując ją, a ona przytula się do mnie. Nie potrafię się nawet uśmiechnąć. Czuję się tak głęboko rozemocjonowany, że steruję łódką w złym kierunku przez jakieś trzydzieści minut zanim zdaję sobie sprawę z mojego błędu. W pewnej chwili, kiedy jesteśmy pośrodku niczego, gaszę silnik i pozwalam jej na patrzenie.
- Czuję się taka śmiertelna – odzywa się. – Zebrałam tak dużo zbroi przez lata; stopień prawa, pieniądze, twarde serce. Ale tutaj nie mam nic i czuję się naga.
- Twoje serce nie jest takie twarde – mówię, obserwując wodę. – Lubisz tylko tak udawać.
Widzę kątem oka, jak na mnie spogląda.
- Tylko ty tak mówisz. Wszyscy inni mi wierzą.
- Tylko ja cię znam.
- Więc dlaczego zawsze tak łatwo dajesz mi odejść? Dlaczego nie wiesz, iż chcę, żebyś o mnie walczył?
Wzdycham. Oto jest. Prawda.
- Dużo czasu zajęło mi rozgryzienie, o czym mówiłaś. I wydawało się, że ilekroć jedno z nas wracało po te drugie, nie byliśmy gotowi. Ale dziesięć lat później jestem tutaj. Walczę. Chciałbym myśleć, że nauczyłem się na swoich błędach. Chciałbym również myśleć, że nareszcie doszliśmy do punktu, gdzie jesteśmy na siebie gotowi.
Nie odpowiada, ale wiem, że myśli. Może to jest w końcu nasz czas. Może.
Odpalam silnik.

Dopływamy do Tampa Bay około trzynastej. Zatrzymuję łódkę przy przystani i dzwonię po taksówkę, żeby zabrała nas do miejsca wynajmu aut. Mają tylko dostępny minivan. Olivia wybucha śmiechem, kiedy do niego wsiadamy.
- No co? – pytam. – Nawet mi się podoba.
- Nie – mówi stanowczo. – Nawet tego nie mów. Stracę do ciebie cały szacunek.
Uśmiecham się i zawożę nas do hotelu. Odkładamy nasze torby i Olivia przegląda pokój, kiedy wykonuję telefon, sprawdzając po raz drugi naszą rezerwację na kolację.
- Chodźmy znaleźć coś na lunch – mówię. Wyciąga swoją kosmetyczkę, ale zabieram ją od niej.
- Dzisiaj bądź naga, w uczuciach i na twarzy.
Jej usta drgają w uśmiechu, ale nie pozwala sobie na niego. Lecz widzę go w jej oczach. To dla mnie wiele.

Idziemy do małej restauracji, która sprzedaje tylko ryby, które sami łapią. Jest tuż nad wodą. Nos Olivii jest spalony słońcem i dostrzegam garstkę piegów na jej grzbiecie nosa oraz policzkach. Zamawia margaritę i przysięga, że to najlepsza, jaką kiedykolwiek piła.
Po dwóch robi się gadatliwa. Chodzimy po sklepach i opowiada mi o swoim życiu w Teksasie.
- Południowe piękności – zapewnia mnie – są najbardziej śmiercionośnymi kreaturami na bożej ziemi. Jeżeli cię nie lubią, to nawet na ciebie nie spojrzą, kiedy do nich mówisz. A potem dadzą ci komplement z ukrywającą się pod nim najpodlejszą zniewagą.
Śmieję się. – Jak sobie z tym radziłaś?
- Niedobrze. Powstrzymywałam się od komplementów i otwarcie je obrażałam.
- Robi mi się nieswojo od samego myślenia o tym – przyznaję. Gdy Olivia rzuca obelgą, czujesz się, jakbyś został zaatakowany przez pociski słowne. Bardzo nieprzyjemne doświadczenie.
Marszczy twarz. – Cammie powiedziała, że jestem anty-Teksanką. Chciała wygonić mnie z południa, bo powiedziała, że niszczę jego integralność.
- Och, Cammie.
Uśmiecha się tak szeroko. Wiem, jak bardzo ceni swoją najlepszą przyjaciółkę. Zastanawiam się co by powiedziała, gdyby wiedziała, jaką udział miała Cammie w trzymaniu mnie z daleka. To nie ma znaczenia. I tak nigdy jej nie powiem.
Patrzymy na głupkowate bluzki Tampa Bay, kiedy nagle mówi. – Nadal mam swoją bluzę Kocieję na punkcie Georgii.
- Ja też. Weźmy jedną z tych. Możemy mieć całą szafę skradzionych, ucieczkowych ubrań.
Wybiera dwie koszulki z palmami, w najokropniejszym morskim odcieniu, jaki kiedykolwiek widziałem. Mają napis Serca w Tampa Bay.
Jęczę. – Zobacz na te ładne, dopasowane. – Pokazuję na bluzkę, w której dobrze czułbym się w publice, a ona marszczy brwi.
- Gdzie w tym zabawa? – Idzie do łazienki i zakłada swój nowy nabytek, po czym zmusza mnie do tego samego. Pięć minut później idziemy ręka w rękę wzdłuż promenady, w pasujących do siebie brzydkich bluzkach.
Uwielbiam to.



[1] Przetłumaczyłam dosłownie, a chodzi o to, że niby po brytyjsku na sport mówi się po prostu sport, a po amerykańsku sports. Ta.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz