5.3.14

Dirty Red - rozdział 23

Teraźniejszość

Ona wygląda tak samo. Kruczoczarne włosy opadają lekko do jej pasa. Wygląda niemal jak cyganka w niebieskich lnianych spodniach i kremowej obcisłej koszulce zwisającej luźno z jednego ramienia. Przyglądam się jej okrągłym złotym kolczykom, które są tak wielkie, że włożyłabym do nich rękę. Sprawiają, że wygląda egzotycznie i lekko niebezpiecznie. Zawsze sprawiała, że czułam się pospolita.
Jej spojrzenie przesuwa się po garstce gości w knajpie, szukając twarzy, którą rozpozna; starszym mężczyźnie, parze, która dzieli tę samą stronę loży, dwójce kelnerów wkładających sztućce do serwetek… i mnie.
Widzę jak szok opanowuje jej rysy – rozchylenie ust, leciutkie rozszerzenie się bieli wokół jej tęczówek. Nagle sztywnieje. Jej oczy rzucają się w cztery kąty pomieszczenia i wiem, że go szuka. Kręcę głową, informując ją, że go tutaj nie ma. Upijam łyk kawy i czekam.
Rusza stanowczo w kierunku mojego stolika. Gdy dociera do miejsca, gdzie siedzę, nie siada, ale patrzy na mnie wyczekująco.
- Stara klientka? – pyta sucho.
- Cóż, jestem, prawda? – Pokazuję jej, żeby usiadła. Wysłałam anonimową wiadomość do jej biura, twierdząc, że jestem starą klientką w prawnych kłopotach. Poprosiłam ją, żeby spotkała się ze mną w knajpie o nazwie U Tiffany. Nie miałam pojęcia czy przyjdzie, ale lepsze to było od pokazania się w jej biurze.
Ostrożnie siada na miejscu naprzeciwko mnie, ani na chwilę nie odrywając wzroku od mojej twarzy.
- Czego do cholery chcesz?
Krzywię się. Louboutins czy nie, wciąż jest taką samą prostaczką jak kiedyś.
- Pomyślałabym, że mogłabyś przejrzeć dla mnie ten dokument. – Sięgam do torebki i wyciągam papiery, które ukradłam z segregatora Caleba. Kładąc je na stoliku, przysuwam je do niej.
- Co to jest? – pyta. Przygląda mi się z niesmakiem. Jak ona śmie tak na mnie patrzeć? Własnoręcznie zrujnowała moje życie. Miałabym wszystko gdyby nie jej pokrętne, sięgające za daleko ręce.
Również prawdopodobnie byłabym także w więzieniu. Odsuwam tę myśl. Teraz nie jest pora na wdzięczność. Teraz jest pora na odpowiedzi. Przysuwam do niej dokumenty.
- Spójrz. Sama zobacz.
Bez poruszania głową patrzy na papiery, potem na mnie. Jest to gładki, twardy, imponujący kawałek zastraszania. Sztuka języka jej ciała jest czymś, co można podziwiać.
- Czemu chciałabym to zrobić? – pyta.
Sprawia, że czuję chłód. Przypominam sobie stanie w miejscu świadka i moje serce przyśpiesza. Ćwiczę, żeby zobaczyć, czy ja też potrafię to zrobić.
- Należy to do Caleba – odpowiadam, poruszając tylko ustami.
Nie wiem czy to wzmianka jego imienia czy może działa moje naśladowanie języka jej ciała, ale napina się.
Kelner podchodzi do naszego stolika. Olivia sięga po papiery.
- Proszę przynieść jej kawę, dwie śmietanki – mówię, odsyłając go. Szybko odchodzi. Olivia, czytając, na chwilę unosi na mnie wzrok. Przez dziewięć miesięcy spędzałam z nią niemal każdy dzień. Wiem, co lubi.
Sączę moją kawę, gdy czyta, przyglądając się jej twarzy.
Dociera jej kawa. Bez unoszenia wzroku ściąga pokrywki ze śmietanek i wlewa je do kawy.
Podnosi filiżankę do ust, ale w połowie drogi jej ręka zamiera. Kawa wylewa się na stolik, gdy odstawia mocno filiżankę. Wstaje gwałtownie.
- Skąd to masz?
Odsuwa się od stolika, kręcąc głową. – Dlaczego na tym jest moje imię?
Przesuwam językiem po zębach. – Miałam nadzieję, że ty możesz mi to powiedzieć?
Rusza piorunem do drzwi. Podnoszę się, rzucając dwudziestkę na stolik i idę za nią.
Podążam za nią na parking i osaczam ją przy stoisku z gazetami. – Masz mi wyjaśnić dlaczego twoje imię jest na tym akcie prawnym razem z imieniem mojego męża!
Jej twarz jest wyprana z koloru. Kręci głową. – Nie wiem, Leah. On nigdy… nie wiem.
Zakrywa twarz dłońmi i słyszę jej szloch. Przez to tylko jeszcze bardziej się złoszczę. Robię groźny krok w jej stronę.
- Sypiasz z nim, prawda?
Zabiera ręce i piorunuje mnie wzrokiem.
- Nie. Oczywiście, że nie! Kocham mojego męża. – Jest wyraźnie urażona, że mogłabym oskarżyć ją o taką rzecz.
- Ja kocham mojego! – Mój głos się łamie. - …więc dlaczego on kocha ciebie?
Patrzy na mnie z prawdziwym wstrętem.
- Nie kocha – odpowiada prosto. – Wybrał ciebie. – Boli ją wymówienie tych słów do mnie. Widzę jak te uczucie wylewa się z jej skóry.
Unoszę akt prawny, potrząsając nim. – Kupił ci dom. Dlaczego kupił ci pieprzony dom?
Wyrywa akt z moich rąk i wskazuje na datę. – Przegapiłaś ten mały szczegół? Długo przed tobą, Leah. – Wpycha mi go w pierś. – Ale ty o tym wiesz. Zatem dlaczego podstępem skłoniłaś mnie do przyjścia tutaj?
Przełykam ślinę – nerwowa reakcja. Ona to widzi i uśmiecha się okrutnie.
- Powinnam była pozwolić im wrzucić cię do więzienia, wiesz.
Odwraca się, podchodząc do drzwi jej samochodu. Jej oświadczenie doprowadza mnie do szału. Idę za nią, wbijając paznokcie we wnętrze dłoni, oddycham przez nos.
- Żebyś mogła go mieć? – wypalam. Krew huczy mi w uszach. Cały czas zadaję sobie te pytanie. Powtarzam je. – Powinnaś była przegrać sprawę, żebyś mogła go mieć?
Zamiera, patrzy na mnie przez ramię.
- Tak.
Nie spodziewałam się prawdy. Przeraża mnie. Otwieram usta – z trudem wyrzucam słowa. – Myślałam, że kochasz swojego męża.
Wydmuchuje powietrze przez nos. Ten czyn przypomina mi wzburzonego konia. Jej oczy unoszą się z moich butów i lądują z obrzydzeniem na mojej twarzy.

- Twojego też kocham.

Dirty Red - rozdział 22

Przeszłość

Dzień mojego ślubu wyglądał bardziej jak koronacja niż rzeczywisty ślub. W jakiś sposób była to dla mnie koronacja. Wygrałam moją koronę. Miałam, dość możliwie, najseksowniejszego, najbardziej ujmującego mężczyznę, jakiego miał do zaoferowania świat. Pobiłam wredną, kruczoczarną wiedźmę, żeby go dostać. Czułam triumf. Długo na to czekałam.
Myślałam o tych wszystkich rzeczach, kiedy stałam przed lustrem w sukience koloru kości słoniowej. Miała sercowy dekolt, spódnicę syreny. Moje włosy były spięte, zakręcone w coś co wyglądało jak muszla, a do boku przypięty był śliczny biały kwiatek. Chciałam rozpuścić włosy, ale Caleb prosił, żeby je spięła. Zrobiłabym dla niego wszystko.
Wyjrzałam przez okno na rozciągające się podwórko moich rodziców. Zaczynali przybywać goście; odźwierni kierowali ich do miejsc. Niebo przygaszało i nareszcie zaczęło pokazywać się tysiąc światełek, które nalegałam, aby zostały zawieszone na drzewach.
Olbrzymi namiot stał po lewej, gdzie odbędzie się przyjęcie. Na prawo znajdował się basen rozmiarów olimpijskich. Rodzice zamówili szklaną podłogę nałożoną na basen, gdzie Caleb i ja złożymy sobie przysięgi. Będziemy chodzili po wodzie. Podskakiwałam na samą myśl. Krzesła ustawione były wokoło basenu. Wokoło będziemy mieli widownię. Caleb śmiał się, kiedy dzień wcześniej zobaczył to po raz pierwszy. Nie cierpiał tego, że moja rodzina próbowała przewyższyć Jonesów.
- Miłość jest prosta – powiedział wtedy. – Im więcej pompy dodajesz ślubowi, tym mniej szczere to się robi.
Nienawidziłam tego. Śluby były lukrem na resztę twojego życia. Jeżeli lukier nie był dobry, to kto chciał próbować babeczki?
Przez dobre piętnaście minut gapiliśmy się na tę szklaną podłogę, kiedy nareszcie powiedziałam. – Chciałam być Małą Syrenką. – Początkowo się zaśmiał, a potem jego twarz spoważniała. Pociągnął za jeden z moich loków. – Będzie pięknie, Lee. Będziesz Małą Syrenką. Przepraszam, odzywał się we mnie palant.

Moja matka wpadła do pokoju dziesięć minut przed ślubem. Tego dnia widziałam ją po raz pierwszy. Nachyliła się nade mną, gdy Courtney nakładała mi szminkę. Katine, która była po drugiej stronie pokoju dokańczając własny makijaż, spotkała moje spojrzenie w lustrze. Bardzo dobrze była zaznajomiona z moją matką i jej popisami. Stłumiłam wzrastające mdłości, jak Courtney przetarła moje wargi chusteczką.
- Cześć, mamo – powiedziałam, odwracając się do niej z uśmiechem.
- Dlaczego wybrałaś ten odcień, Leah? Wyglądasz jak wampir.
Spojrzałam na siebie w lustrze. Courtney nałożyła mój firmowy odcień czerwieni. Być może wyglądało to odrobinę zbyt gotycko jak na ślub. Sięgnęłam po chusteczkę i starłam ją, wskazując na różaną szminkę. – Wypróbujmy tę.
Matka obserwowała z satysfakcją, jak nakładana była nowa szminka. – Wszyscy już prawie są. Będzie to najbardziej imponujący ślub roku, mogę ci to zagwarantować.
Promieniałam.
- I najpiękniejsza panna młoda – odezwała się moja siostra, nakładając róż na moje policzki.
- Oraz najseksowniejszy pan młody – rzuciła przez ramię Katine.
Zachichotałam, wdzięczna za ich wsparcie.
- Tak, miejmy tylko nadzieję, że tym razem będzie w stanie go przytrzymać – powiedziała matka. Katine opuściła szczoteczkę tuszu do rzęs.
- Mamo! – powiedziała gniewnie Courtney. – To niestosowne. Możesz przestać być jędzą?
Mnie nigdy nie upiekłoby się za powiedzenie czegoś takiego. Mama zmarszczyła brwi na swoją ulubioną córkę. Wyczuwałam kłótnię.
Położyłam rękę na ramieniu Courtney. Nie chciałam, żeby dziś były kłótnie. Chciałam, żeby wszystko było idealne. Przełknęłam ból i uśmiechnęłam się do mamy.
- Kochamy się – powiedziałam z przekonaniem. – Nie muszę niczego przytrzymywać. On jest mój.
Uniosła idealne brwi, zaciskając usta. – Zawsze istnieje coś, co kochają bardziej – powiedziała. – Kobieta albo samochód, albo…
Urwała, ale dokończyłam za nią w głowie – albo druga córka…
Courtney, nieświadoma faworyzowania naszego ojca, nałożyła więcej różu na moich policzkach. – Przesadzasz, mamo. Nie każdy mężczyzna taki jest.
Matka uśmiechnęła się z pobłażaniem do młodszej córki, przesuwając ręką po jej policzku. – Nie, moje kochanie – powiedziała – nie dla ciebie.
Usłyszałam aluzję. Courtney nie. Spojrzałam na jej rękę na policzku mojej siostry i zabolało mnie. Nigdy mnie nie dotykała, dopóki nie musiała. Nawet gdy byłam mała, szczęście miała, kiedy przytulono mnie w moje urodziny. Odwracając się od nich, pomyślałam o Calebie i od razu poczułam się lepiej. Dzisiaj zaczniemy własną rodzinę. Nigdy, przenigdy nie będę traktowała mojego dziecka, tak jak oni traktowali mnie. Niezależnie od sytuacji. Caleb będzie najlepszym tatą na świecie. Będę w stanie spojrzeć w tył na moje stare życie ze smutkiem, promieniejąc w różowych oparach nowego. Caleb.
Miałam go. Może nikogo innego, ale on mi wystarczał.
Pięć minut zanim wszystko miało się zacząć ktoś zapukał do drzwi. Mama już wyszła, a ze mną były tylko Katine i Courtney.
Courtney pobiegła, żeby zobaczyć kto to, podczas gdy Katine pomogła mi założyć buty.
Wróciła, uśmiechając się lekko. – To Caleb. Chce z tobą porozmawiać.
Katine potrząsnęła głową. – Nie ma mowy! Nie może jej jeszcze zobaczyć. Jestem rozwiedziona i wiecie co? Pozwoliłam dupkowi zobaczyć się zanim wzięliśmy ślub – powiedziała to rzeczowo, jakby był to jedyny powód dla którego jej małżeństwo się rozpadło.
Spojrzałam na drzwi, rytm mojego serca przyśpieszył. Mnie to nie przeszkadzało. – Wy idźcie na dół. Zobaczę się z wami za chwilę.
Katine założyła ramiona na piersiach, jakby nigdzie się nie wybierała.
- Katine – powiedziałam – Brian zostawił cię, bo przespałaś się z jego bratem, nie dlatego, że zobaczył cię w sukni ślubnej. A teraz wynocha.
Courtney chwyciła Katine za ramię, zanim mogłaby odpyskować i wyciągnęła ją z pokoju.
Wygładziłam sukienkę, szybko spoglądając w lustro zanim podeszłam do drzwi. O czym mógłby ze mną rozmawiać? Nagle zrobiło mi się niedobrze. Co jeśli chciał wszystko odwołać? Czy w ogóle istniał dobry powód, dla którego pan młody żądał rozmowy z panną młodą przed ich ślubem?
Uchyliłam drzwi.
- Nie powinieneś mnie widzieć – powiedziałam.
Roześmiał się, co od razu mnie uspokoiło. Śmiejący się mężczyzna nie przychodził zrywać z narzeczoną.
- Odwróć się – odparł. – A ja wejdę tyłem.
- Dobra.
Obróciłam się plecami do drzwi i odeszłam parę kroków. Usłyszałam wchodzącego do środka Caleba. Stanął przyciskając plecy do moich pleców. Sięgnął po moje dłonie i staliśmy tak dobrą minutę, gdy się odezwał.
- Obrócę się… - powiedział.
- Nie!
Zaczął się śmiać i wiedziałam, że się droczył.
Ścisnęłam jego dłonie. On ścisnął moje.
- Leah. – Jego głos dotykał mojego imienia w sposób, który sprawił, że zamknęłam oczy. Wszystko co spływało z jego języka brzmiało pięknie, zwłaszcza moje imię.
- Tak? – spytałam cicho.
- Kochasz mnie czy wyobrażenie o mnie?
Zesztywniałam, a on kciukami pogłaskał koniuszki moich palców.
Próbowałam zabrać ręce, bo chciałam zobaczyć jego twarz, ale trzymał je mocno, nie puszczając mnie.
- Jedynie odpowiedz na pytanie, kochanie.
- Kocham ciebie – odparłam z całym przekonaniem. – Czy ty… czy ty nie czujesz tego samego?
O Boże. Odwoła ślub.
Czułam jak moje gardło się zaciskało. Opuściłam głowę, głęboko oddychając.
- Kocham cię, Leah. Nie poprosiłbym cię o rękę, gdybym cię nie kochał.
Więc dlaczego odbywamy tę rozmowę?
- Więc dlaczego odbywamy tę rozmowę? – W głowie brzmiałam pewniej. Mój głos zadrżał.
- Miłość nie zawsze wystarcza. Chcę tylko się upewnić…
Jego głos umilkł. Czy on mówił o Olivii? Chciałam krzyczeć. Była z nami nawet w dzień naszego ślubu. Chciałam mu powiedzieć, że jej już nie ma! Poszła dalej. Była… była… bezwartościową suką, która na niego nie zasługiwała.
Czy ja go kochałam?
Uniosłam brodę. Tak, kochałam – na pewno bardziej niż ona. Jeżeli potrzebował, żebym go o tym przekonała, to tak zrobię.
- Caleb – powiedziałam cicho. – Jest coś, o czym nigdy ci nie powiedziałam. Chodzi o moją rodzinę.
Wzięłam wdech i pozwoliłam prawdzie wylać się przez moje usta. Teraz albo nigdy. Moje słowa splątane były wstydem i bólem. Caleb, wyczuwając coś, mocniej mnie trzymał.
- Jestem adoptowana.
Spróbował się obrócić, ale powstrzymałam go. Nie mogłam jeszcze na niego spojrzeć. Musiałam to z siebie wyrzucić. W każdej chwili przyjdą po nas, a musiałam skończyć zanim to zrobią. – Po prostu się nie odwracaj, dobrze. Tylko… słuchaj.
- Dobrze – powiedział.
- Kiedy moi rodzice się pobrali, przez trzy lata starali się o dziecko. Lekarze powiedzieli mojej matce, że nie może mieć dzieci, więc niechętnie zdecydowali się na adopcję. Mój ojciec jest grekiem, Caleb. Potrzebował syna. Postanowili nie czekać na krajową adopcję, co zajęłoby wiele lat. Mój ojciec miał kontakty w rosyjskiej ambasadzie.
- Leah…
Mój głos prawie się załamał na dźwięk jego głosu. – Przymknij się – powiedziałam. – To naprawdę ciężkie, daj mi powiedzieć.
Walczyłam ze łzami. Nie poświęciłabym na to mojego makijażu.
- Moja prawdziwa matka miała szesnaście lat i pracowała w burdelu. Nie byłam chłopcem, którego pragnęli, ale przywieźli mnie tutaj ze sobą. Miałam sześć tygodni. Miesiąc później moja matka dowiedziała się, że jest w ciąży. Poroniła… przypuszczam, że był to chłopiec. Ojciec obwiniał mnie o stres, który spowodował poronienie. Najwyraźniej byłam bardzo trudna, kolkowa i w ogóle. Kilka miesięcy później zaszła w ciążę z Courtney, ale ojciec stracił swojego chłopczyka. Chyba od tamtej pory mnie nienawidzi. Przeszłam z dziecka, którego pragnęli do dziecka, które zabiło upragnione dziecko do… niedogodności – dziecka prostytutki.
Ktoś głośni zastukał do drzwi. – Jeszcze parę minut – zawołałam. Obróciłam się twarzą do Caleba. Wziął mnie w ramiona ze zmarszczonymi mocno brwiami. Jego ciepło wsączyło się we mnie. Przez długi czas milczał.
- Dlaczego mi nie powiedziałaś?
- Boże, Caleb. To brudny sekrecik mojej rodziny. Było mi wstyd. – Musiałam mocno odchylić głowę, żeby spojrzeć mu w twarz. Sprawiał, że czułam się mała i chroniona.
- Nie masz czego się wstydzić. To oni – nie mogę sobie nawet tego wyobrazić.
Pokręcił głową. – Dlatego twój ojciec dziś cię nie odprowadzi? – Zmrużył oczy i zarumieniłam się. Powiedziałam mu, że podagra ojca sprawia mu problemy. Wszystkie chwyty dozwolone. Skinęłam głową. Ojciec powiedział mi tydzień wcześniej, że nie będzie mi towarzyszyć w przejściu. Nieszczególnie tego od niego oczekiwałam.
Caleb przeklął. Bardzo rzadko przy mnie przeklinał. Widziałam jak bardzo był zły. – Dlatego dał ci pracę. – Nie było to pytanie. Łączył wszystkie elementy układanki. Potaknęłam. Wyglądał tak wściekle; wiedziałam, że mój plan działał.
- Caleb… nie zostawiaj mnie. – Moja warga drżała. – Proszę… kocham cię.
Złapał mnie prawie szorstko i przytulił. Złapałam się go, nie martwiąc się makijażem czy włosami. Taka była droga do jego serca. Grałam na jego współczuciu i grałam na jego potrzebie chronienia rzeczy, które były złamane i zagubione.
Znowu usłyszeliśmy pukanie. Caleb odsunął mnie na długość ramienia i przyjrzał mi się. Coś zmieniło się w jego oczach. Stałam się dla niego kimś innym w chwili, kiedy podzieliłam się moją tajemnicą. Czy wiedziałam, że tak się stanie? Czy celowo odsuwałam wyznanie mu prawdy na wypadek, gdyby wydarzyło się coś takiego?
Lekko przesunął palcem od linii moich włosów, przez czoło do nosa, przez wargi do szyi.
- Jesteś olśniewająca – powiedział. – Mogę odprowadzić cię przejściem?
Moje serce podskoczyło, poleciało… zrobiło pieprzony taniec szczęścia. Ożeni się ze mną ożeni.
- Tak, proszę.
- Leah…
- Tak?
- Nie zranię cię. Zaopiekuję się tobą. Wierzysz mi?

- Tak – skłamałam.

Dirty Red - rozdział 21

Teraźniejszość

Caleb ukrył przede mną łódź. Co jeszcze ukrywa? Świadomość, że może być tego więcej męczy mój mózg. Tylko o tym mogę myśleć, aż praktycznie krztuszę się moimi podejrzeniami. Tak bardzo marszczyłam czoło, że pod koniec tego wszystkiego będę potrzebowała botoksu. Jedno jest pewne: muszę się dowiedzieć czy jest tego więcej, nawet jeśli oznacza to łamanie jego kodeksu prywatności. Caleb nie cierpi, gdy pod jego nieobecnością ktoś jest w jego gabinecie. Zawsze dawałam mu jego przestrzeń, biorąc pod uwagę, że reszta domu jest moja, ale dzisiejszy wieczór wzywa o węszenie. Pozwalam Samowi iść do domu jak tylko kładzie do spania Estellę. Normalnie przekonuję go, żeby został ze mną parę godzin i obejrzał ze mną telewizję, lecz gdy tylko zegar wybija dziewiętnastą, praktycznie wypycham go za drzwi.
Otwieram drzwi do jego gabinetu, wciąż żując łodygę selera i zapalam światło. Rzadko kiedy tutaj przychodzę. Cały pokój nim pachnie. Wciągam głęboko powietrze i od razu chce mi się płakać. Kiedyś każdej nocy przytulałam się do tego zapachu, a teraz…
Lustruję wzrokiem ułożone wszędzie zbiory książek. Naprawdę nie wiem, kiedy on znajduje czas na czytanie. Kiedy jest z nami w domu, to gotuje i spędza z nami czas. Pomijając fakt, że w domu zawsze leży gdzieś książka, to tak naprawdę nigdy nie widziałam, żeby czytał. Raz sprzątałam, odnosząc do jego gabinetu książki, które poroznosił po domu, kiedy jego zakładka wypadła z jednej z książek, które nosiłam. Schylając się, żeby wziąć ją z podłogi, znalazłam coś co wyglądało jak pens – albo przynajmniej kiedyś było pensem. Teraz miał wstemplowaną wiadomość o całowaniu. Miał również dziwny kształt, lekko zgięty i wydłużony. Włożyłam go z powrotem do jego książki i następnym razem, gdy byłam na zakupach kupiłam mu prawdziwą zakładkę. Była skórzana, importowana z Włoch. Zapłaciłam pięćdziesiąt dolarów sprzedawcy, myśląc, że Caleb będzie pod wrażeniem mojej życzliwości. Gdy pokazałam mu ją tamtego wieczora przy kolacji, uśmiechnął się uprzejmie i mi podziękował, nie pokazując entuzjazmu, którego oczekiwałam.
- Pomyślałam, że potrzebujesz takiej. Używasz tego dziwnego pensa, a on wciąż wypada…
Od razu podniósł wzrok na moją twarz. – Gdzie on jest? Nie wyrzuciłaś go, prawda? – Zamrugałam na niego zdezorientowana.
- Nie, jest w twoim gabinecie. – Nie potrafiłam ukryć zranienia w głosie. Jego oczy złagodniały i obszedł stolik, żeby mnie pocałować w policzek.
- Dziękuję, Leah. To był dobry pomysł – naprawdę. Potrzebowałem czegoś lepszego do przypominania mi o moim miejscu.
- Twoim miejscu?
- W książce. – Uśmiechnął się.
Już nigdy więcej nie zobaczyłam pensa, ale miałam przeczucie, że gdzieś go schował dla przechowania. Caleb był dziwnie sentymentalny.

Odsuwając stos książek leżący na podłodze na bok, najpierw zabieram się za jego szuflady i wyciągam wszystkie papiery. Rachunki, papiery z pracy – nic ważnego. Segregator był następny. Przeglądam każdy folder, czytając głośno ich tytuły.
- Studia, Przedsiębiorcy, Akty prawne domów, Karty kredytowe…
Wracam do Aktów prawnych domów. Mieliśmy tylko jeden dom, poza apartamentem Caleba, które upierał się zatrzymać. Były trzy. Pierwszy adres należał do naszego domu, drugi do jego apartamentu, a trzeci…
Siadam, spojrzeniem przesuwając po każdym słowie… każdym imieniu. Staram się przekopać przez szkło. Mój mózg nie ma połączenia z moimi oczami. Zmuszam się do czytania. Gdy kończę na niczym nie mogę skupić już wzroku. Kładę głowę na jego biurku, papiery wciąż trzymając w ręce. Mam problem z oddychaniem. Zaczynam płakać, ale nie użalającymi się łzami: łzami gniewu. Nie mogę uwierzyć, że on mi to zrobił. Nie mogę.
Podnoszę się przepełniona wściekłością. Gotowa jestem zrobić coś lekkomyślnego. Biorę telefon, żeby do niego zadzwonić – żeby na niego nawrzeszczeć. Rozłączam się nim wybieram numer. Zginam się w pół, łapiąc się za brzuch i jęk opuszcza moje usta. Jak to może tak bardzo boleć? Gorsze rzeczy były mi zrobione. Boli mnie. Tak bardzo mnie boli. Chcę, żeby ktoś wyciął mi serce, żebym nie musiała tego czuć. Obiecał, że nigdy mnie nie zrani. Obiecał, że się mną zaopiekuje.
Wiedziałam, że nigdy nie kochał mnie tak jak ją, ale i tak go chciałam. Wiedziałam, że jego miłość do mnie była warunkowa, ale i tak go chciałam. Wiedziałam, że byłam drugim wyborem, ale i tak go chciałam. Lecz tego było za wiele. Wytaczając się z jego gabinetu do hallu, rozglądam się po mojej posiadłości, moim pięknym, małym świecie. Czy stworzyłam go, żeby ukryć smród mojego życia? Filigranowe jajko stoi na stoliku blisko drzwi. To antyk, który Caleb kupił mi podczas podróży do Cape Cod. Kosztował go pięć tysięcy dolarów. Podnoszę je i rzucam nim przez pokój, krzycząc przy tym. Rozbija się o kafelki, smyrgając w każdą stronę, tak jak moje życie.
Podchodzę do naszego zdjęcia ślubnego, które wisi nad sofą. Zastanawiam się przez chwilę, przypominając sobie ten dzień – pozornie najszczęśliwszy dzień mojego życia. Łapię miotłę, która stoi oparta o ścianę i walę rączką najmocniej jak potrafię w szklaną oprawkę. Zdjęcie spada ze ściany, rozbijając się o meble i lądując na stoliku do kawy.
Estella zaczyna płakać.

Ocieram wierzchem dłoni cieknącą twarz i ruszam do schodów. Trochę się cieszę, że się obudziła. Potrzebuję kogoś do trzymania.

Dirty Red - rozdział 20

Przeszłość

Tatuś ogłosił mnie swoją prawą ręką. Powinien być to dla mnie honor, ale czułam się bardziej tak jakby do mojej sukni został przypięty szkarłatny list. Wszyscy znali jego sztywną politykę dotyczącej nie wprowadzania rodziny do spółki, więc moja nagła obecność była zimną, dżdżystą chmurą deszczową ponad resztą pracowników. Czy mój ojciec zrekrutował szpiega? Czy kompresował etaty spółki, wykorzystując mnie do donoszenia mu kto wykonywał, a kto nie wykonywał swojej pracy? Przeglądali swoje papiery, kiedy przechodziłam obok, udając, że są bardzo zajęci. Niektórzy byli radykalnie mili, mając nadzieję na zdobycie mojej przyjaźni, aby zabezpieczyć swoje stanowiska, podczas gdy reszta była otwarcie wroga. Pytanie Dlaczego ona tutaj jest? było ciągłym dzwonem bijącym nade mną w korytarzach. Było okropnie. Okropniejszy był rozmiar mojego biura. Moje biuro było najbardziej pożądane w budynku, oprócz tatusia. Jedna ściana była zrobiona cała ze szkła; oferowała widok śródmieścia Ft. Lauderdale. Gdybym stanęła prawidłowo, twarzą do oceanu z oddali dostrzegłabym budynek Caleba. Jego wcześniejszy właściciel, który był uwielbiany przez wszystkich w OPI, został zwolniony tydzień przed moim przybyciem. Był ze spółką przez dwanaście lat i zasłużył na gabinet, który został podany mi na tacy. Plakietka na moich drzwiach mogłaby mieć napis Tytułowany Bachor w różowych literach. Zarabiałam pięć razy więcej niż w banku. Na zewnątrz moje uprzywilejowane życie zleciało z Licorice Lane. W środku, pod błyszczącym nowym gabinetem i tytułem, zniekształcałam się.
Ojciec dał mi prestiżową pracę w jego spółce, aby udowodnić jak marnie o mnie myślał. Mój chłopak uśmiechał się do mnie uśmiechem, który nie sięgał jego oczu. Matka dawała mi miłość tak cienką, że wyglądała jak pokryta cukrem pogarda. Gdyby komuś zależało, żeby powiedzieć: Leah, to wszystko jest w twojej głowie… musiałabym podać im troje ludzi w moim życiu, którzy tak naprawdę mnie nie chcieli.
Moja asystentka zajrzała do gabinetu. – Pani Smith, wszyscy czekają na panią w sali konferencyjnej.
Cholera. Zapomniałam o tym. Wzięłam swojego MacBooka i Jamba Juice, wychodząc prędko z pokoju. Byłam tak pochłonięta żałowaniem samej siebie, że byłam dziesięć minut spóźniona na bardzo ważne spotkanie. Nienawidziłam tego. Weszłam swobodnie do środka, unikając spojrzenia ojca i usiadłam na swoim miejscu.
Podniosłam wzrok, spodziewając się zobaczyć Bruce’a Gowina, który normalnie siedział obok mnie, ale zamiast tego zostałam przywitana przez blondynkę z oślepiająco białymi zębami.
Gdzie był Bruce? Bruce był moim partnerem. Rozejrzałam się wokół stołu, dopóki nie złapałam spojrzenia ojca.
- Leah, bardzo się cieszę, że nareszcie postanowiłaś do nas dołączyć. Jeśli szukasz pana Gowina – już nie ma go z nami. Cassandra Wickham jest jego zastępczynią.
- Możesz nazywać mnie Cash – powiedziała, wyciągając rękę. Cash… jakie to Hollywoodzkie.
Cash miała napuszone włosy do podbródka i usta, które widziały jakieś pięć razy igłę glutenu. Była oszałamiająco… seksowna. Od razu poczułam się zagrożona. Posłałam jej najszczerszy uśmiech na jaki było mnie stać i odwróciłam się z powrotem do ojca, który przyglądał mi się uważnie. Cash była jego nowym pupilkiem, już mogłam to stwierdzić. Zastanawiałam się czy Bruce został zwolniony tylko dlatego, żeby zrobić jej miejsce.
- Może zacznijmy… - Włączył projektor i wszyscy zwrócili się do niego, tak jak byliśmy do tego zaprogramowani. Charles Austin Smith słownie gromił każdego, kto ważył się mówić czy zasypiać podczas jego spotkań. Tak często słownie gromił moją matkę za wyrażanie swojej opinii, że już takiej nie miała. Król Smith. Niegdyś Smitoukis, ale to była część jego biednego życia. Kiedy Król przemawiał, jego poddani tracili języki i słuchali.
Spotkanie było dla wszystkich głów oddziałów OPI Gem. Ponieważ byłam głową spraw wewnętrznych, moją odpowiedzialnością było koordynowanie nowego stanowiska Cash jako strategicznej farmaceutki. Biorąc pod uwagę, że większość strategicznych farmaceutów albo byli sami wyedukowani, albo uczyli się zawodu pod okiem doświadczonych naukowców, Cash była ważną osobą w spółce. Farmaceutyczna gwiazda rocka, można tak ją nazwać. Nie wiedziałam jak czułam się z moją nową odpowiedzialnością. Chciałam z powrotem Bruce’a.
Po spotkaniu skierowałam się do biura ojca, aby dowiedzieć się, dokąd zmierzał. Zamykając za sobą drzwi, zajęłam jedyne dostępne miejsce naprzeciwko jego biurka. Zanim się odezwałam czekałam, aż spojrzy na mnie ze swojego komputera.
- Co się stało z Brucem, tatusiu?
Ojciec zdjął okulary do czytania i położył je na biurku. – Pan Gowin nie spisywał się. Mam wielkie projekty, które postawią nas na mapie jako firmę farmaceutyczną. Potrzebowaliśmy nowej pary oczu. Ufam, że weźmiesz pod swoje skrzydło pannę Wickham.
Potaknęłam… zbyt gorliwie. Zmarszczył brwi. – Będziesz blisko z nią pracowała, gdy sformułujemy i zbadamy nowy lek. Kładę w tobie odpowiedzialność nad całym projektem.
Opadła mi szczęka. Szybko się pozbierałam, ścierając z twarzy durny uśmiech, starając się być wiceprezesem spraw wewnętrznych.
To była wielka sprawa. Jakiekolwiek motywy były mojego ojca na wciągnięcie mnie do firmy, przez te wiadomości zostały odsunięte na bok. Powierzył mi wprowadzenie nowego leku. To było ogromne!
- Dziękuję, tatusiu. Jestem bardzo zaszczycona.
Odesłał mnie machnięciem ręki i musiałam się powstrzymać przed wybiegnięciem z gabinetu. Pierwszą rzeczą jaką zrobiłam było zadzwonienie do Caleba.
Był zdyszany, gdy odebrał telefon. Wyobrażałam sobie, że właśnie powrócił z biegu.
- Wow, Ruda. Jestem z ciebie dumny. Odbiorę cię dzisiaj z pracy i pójdziemy to świętować.
Błyszczałam pod jego pochwałą. Zgodziłam się być gotową o dziewiętnastej. Odłożyłam słuchawkę i wygładziłam spódnicę. Musiałam przejść się na dół do laboratorium, gdzie Cash będzie miała swoje biuro. Skoro miałyśmy razem pracować, to w moim najlepszym interesie było poznanie jej. Gdy odwróciłam się do drzwi, ona już tam stała.
- Leah – powiedziała. – Mogę wejść?
Skinęłam głową i pokazałam jej, żeby usiadła.
- Pomyślałam, że mogłybyśmy zjeść lunch, trochę się zapoznać ze sobą.
Zdecydowałam się nie mówić jej, że zamierzałam zrobić to samo. Niech sobie myśli, że mnie goni. To ja byłam szefową; powinnam utrzymywać profesjonalną aurę. Przyjrzałam się jej rysom, gdy siedziała naprzeciw mnie. Byłyśmy w podobnym wieku. Miała trochę szorstką skórę, jakby przyjaźniła się przez kilka ostatnich lat z solarium. Respektowałam ładny rozmiar C, ale kiedy sięgało się do podwójnego D to trochę zbyt bardzo naśladowało się Jessicę Rabbit. Cash zdecydowanie sięgała podwójnego D.
- Nie bardzo się tutaj odnajduję – powiedziała, krzyżując nogi. – Dopiero co przeprowadziłam się tutaj z D.C.
Co się na coś takiego odpowiadało? Naprawdę nie obchodziło mnie, skąd była. Uśmiechnęłam się.
- Możesz pojechać ze mną. Jutro?
Potaknęła, wstając. Na kostce miała tatuaż delfina. Dziwne jak na kogoś z D.C.
- Świetnie, do jutra. – Pozostała chwilkę przy drzwiach. Myślałam, że powie coś jeszcze, ale w ostatniej chwili wyleciała i skręciła za rogiem, jakby od czegoś uciekała.
Patrzyłam za nią jak szła korytarzem i nacisnęła guzik windy. Było w niej coś podejrzanego. Caleb pewnie potrafiłby ją rozgryźć. Był dobry w takich bzdurach. Niemal byłam skuszona, aby pozwolić im się poznać, ale potem pomyślałam o tym jak kobiety reagowały na Caleba i odrzuciłam ten pomysł. Potrzeba było mi jeszcze tej blondyny flirtującej z moim chłopakiem. Sama będę musiała mieć na nią oko.
Gdy nadeszła osiemnasta poszłam do łazienki, żeby odświeżyć się na randkę z Calebem. Na szczęście miałam na sobie nowy, biały strój od Chanel. Wyciągnęłam wsuwki z włosów i pozwoliłam im spłynąć po plecach. Czerwień rzucała się w oczy na tle bieli. Byłam piękna, Wiedziałam o tym, mężczyźni cały czas mi to mówili, a większość kobiet mi zazdrościła. Tak bardzo, że prawie niemożliwym było utrzymanie przyjaźni.
Caleb wszedł do mojego biura dziesięć minut wcześniej, pachnąc igłami sosnowymi i wyglądając smakowicie. Zawsze był wcześniej. Udałam zaskoczoną, jakbym nie spędziła ostatnich dwudziestu minut na strojeniu się w łazience. Wstałam, żeby go pocałować i zatrzepotało mi w brzuchu, gdy wsunął język do moich ust.
- Podoba mi się to – powiedział, przesuwając palcem po materiale, który kończył mój dekolt. Odnosił się do mojego stroju, ale z Calebem zawsze istniała dwuznaczność.
- Może to zdejmiesz i zobaczysz czy spodoba ci się to co jest pod spodem – powiedziałam w jego usta. Podobał mi się pomysł ochrzczenia mojego nowego biura.
Zastanawiał się nad moją ofertą, gdy ktoś zapukał do drzwi.
Odepchnęłam się od jego torsu, rozdrażniona.
- Wejść.
Cash otworzyła drzwi. Jej twarz zaczerwieniła się, kiedy nas zobaczyła.
- Mój Boże, bardzo przepraszam – powiedziała, wycofując się. – Chciałam się zapytać czy wiesz, jak dotrzeć do najbliższej Panery.
Przesunęła po nas wzrokiem, zatrzymując się na twarzy Caleba.
Nie podobało mi się to jak na niego patrzyła. Przysunęłam się do niego bliżej, oplątując ramionami jego szyję jak zaborczy leniwiec.
Mój.
Wydawała się rozumieć język mojego ciała. Kąciki jej usta uniosły się leciutko. Nastała niezręczna cisza, podczas której czekałam aż sobie pójdzie. Caleb chrząknął. Prezentacje, oczywiście.
- Cassandro Wickham, to jest mój chłopak Caleb – powiedziałam. Caleb odsunął się ode mnie, żeby uścisnąć jej dłoń. Nie chciałam, żeby ją dotykał. Trzymała jego rękę o kilka sekund za długo, uśmiechając się z fałszywą skromnością.
Czy ona nie widziała, że stałam obok?
- Jesteś nowa w mieście? – zapytał Caleb, puszczając jej dłoń. Zbliżył się do mnie i przycisnęłam się do jego boku. Znał moje słabości, jedną z nich było brak pewności siebie. Ilekroć wykrywał te fale, nadrabiał w kwestii poświęcania uwagi. Idealny, był idealny.
Cash skinęła głową. – Wprowadziłam się tutaj tydzień temu.
- Cassandra będzie ze mną pracować nad nowym projektem – powiedziałam z napięciem. Nie chciałam już nazywać ją Cash.
Wiedziałam, co będzie następne. Caleb był dżentelmenem. Jeżeli ktoś nie znał obszaru i ogłaszał swój głód…
- Powinnaś dołączyć do nas na kolacji. Zamierzaliśmy iść świętować.
Skrzywiłam się. Ona raczej tego nie dostrzegła, może dlatego, że wlepiała oczy w mojego chłopaka.
- Nie chciałabym się narzucać…
Ta, jasne.
- Oczywiście, że nie będziesz się narzucać – odparłam szybko. – Bardzo się ucieszymy, jeśli pojedziesz z nami.
Spojrzała na mnie i miałam wątpliwości czy usłyszała to, co naprawdę mówiłam.
- Więc pójdę tylko po torebkę.
Gdy tylko wyszła z biura, Caleb pocałował mnie w czoło… potem usta. Przyciągała go dobroć, nawet bywał nią podniecony – dlatego właśnie miałam obawy. Nieszczególnie tkwiłam na Miłej Liście Mikołaja. Albo on jeszcze się nie zorientował, albo zbyt rozproszony był moimi cyckami, żeby się przejmować. Wprawdzie miałam naprawdę ładne piersi.
Spotkaliśmy się z Cash w lobby i uparła się, że pojedzie z nami. Musiałam prawie odepchnąć ją z drogi, żeby dostać się do przedniego siedzenia. Caleb zabrał nas do Seasons 52. Zamówiliśmy wino i jedną lampkę później Cash dowiedziała się o moim chłopaku więcej niż ja w ciągu roku.
- Więc ta dziewczyna – twoja była – nie chciała się z tobą przespać. Wybacz mi, że to mówię, ale jesteś tak cholernie seksowny, jak to w ogóle możliwe? Była lesbijką?
Caleb uśmiechnął się krzywo i zastanawiałam się jaki sekret ukrywał za tymi zmysłowymi ustami.
Przesunął językiem po dolnej wardze i przyjrzał się Cash „śmiejącymi się oczami”, jak je nazywałam.
- Ktoś zranił ją emocjonalnie. Niestety ja także ją zraniłem.
- Niestety? – powtórzyła, przenosząc wzrok na mnie.
Poczułam ukłucie, nawet na niego nie patrząc. Caleb nosił emocje na szczęce. Wyobrażałam sobie, że w tamtej chwili dość mocno ją zaciskał. Sięgnęłam po jego rękę pod stołem i splotły się nasze palce. Myślał, że oferowałam wsparcie, ale chciałam tylko wiedzieć, że wciąż był mój. Chciałam mu przypomnieć, że to ja siedziałam z nim przy tym stole, nie ona.
Przesunął się w miejscu. Cash zadała mu mnóstwo pytań o to jak się poznaliśmy. Gdy tylko złapała się myśli, że nie chciał iść ze mną na randkę w ciemno, chciała wiedzieć dlaczego.
- A co z tobą, Cash? Jaka jest twoja historia? – Rzęsy Cash próbowały odlecieć. Powstrzymałam uśmieszek i przygotowałam się na szaloną jazdę. Caleb miał wprawę w wyciąganiu informacji. Byłam całkiem pewna, że do końca posiłku poznamy całą jej historię.
Wyciągnęła wymanikiurowany palec, żeby założyć pasemko włosów za ucho. Coś ukrywała. Wiedziałam jak wyglądała kobieta z sekretem; każdego dnia patrzyłam na taką w lustrze. Kobiety nosiły sekrety w oczach i jeżeli skupiało się uwagę, to można było wyłapać błyski wyraźnych emocji, pływających w zwykłych rozmowach. Caleb zapytał czy sama przeprowadziła się na Florydę i wyłapałam szybki opuszczenie wzroku, zanim wesoło odpowiedziała. – Tak.
Brałam zajęcia psychologiczne na studiach, które studiowały język ciała. Jeden z wykładów miał nazwę Sztuka Kłamania. Mieliśmy przeprowadzić eksperyment wraz z czytaniem rozdziału, w którym pytaliśmy osobę, kogo nie było w klasie, seria pytań. Ku mej wielkiej radości nauczyłam się, że osoba, która przywołuje prawdziwe wspomnienie podnosi wzrok i zerka w prawo, podczas gdy osoba, która wykorzystuje twórczą część swojego mózgu – żeby skłamać – spuszcza wzrok i zerka w lewo. Cash często spuszczała spojrzenie. Obrzydliwa. Mała. Kłamczucha.
- Gdzie mieszka twoja rodzina? – zapytał Caleb. Przesuwał między palcami kosmyk moich włosów. Cash przypatrywała się zazdrośnie.
- Och, są w pobliżu – odparła, zbywając pytanie.
- W pobliżu tutaj?
- Mój ojciec tutaj mieszka. Matka mieszka w Nowym Jorku.
- Często się z nim widujesz?
Pokręciła głową. – Nie bardzo.
Kolejna popieprzona rodzina, bez wątpienia. Prawie skinęłam głową we współczuciu.
- Chciałabym mieć więcej czasu – powiedziała szybko. – Byłam bardzo zajęta przeprowadzką. Jesteśmy sobie bardzo bliscy.
Jej usta otwarte były, żeby sypnąć kolejnym kłamstwem, kiedy kelner przyszedł z naszym jedzeniem. Co za szkoda. Chciałam je usłyszeć. Reszcie posiłku towarzyszyła gadka szmatka. Zatem była blisko z jej ojcem? Musiało być miło.


Dirty Red - rozdział 19

Teraźniejszość

Sam jest po mojej stronie – albo przynajmniej tak sądzę. Nie osądza mnie. Podoba mi się to. Wie podstawy tego, co wydarzyło się między mną i Calebem. Jak na razie nie zadawał żadnych dociekliwych pytań. Niemal tego od niego pragnę.
Czuję, że jesteśmy drużyną. Sprząta dom, karmi mnie, robi pranie i mówi mi, kiedy karmić dziecko.
Ja karmię dziecko.
Czasami przyglądam się, jak ją kąpie i podaję mu ręcznik.
Macierzyństwo nie jest tak trudne jak myślałam. Poza czasem, kiedy jest trudne.
Caleb nie dzwoni.
Caleb nie dzwoni.
- O co chodzi z tymi wszystkimi tatuażami? – pytam go pewnego dnia. Ma podwinięte rękawy do łokci i delikatnie spłukuje mydło z włosów dziecka. Patrzy na mnie kątem oka. Sunę palcem po obrazkach, coś czego nigdy nie robiłam… nikomu. To bałagan szaty graficznej; statek piratów, kwiat lotosu i niewiarygodnie tandetna pajęczyna. Gdy sięgam jego łokcia, unosi brwi. – Chciałabyś, żebym zdjął bluzkę, byś kontynuowała?
- Jest więcej?
Uśmiecha się lekko, wyciągając dziecko z wanienki. – Gdybym nie wiedział lepiej, to pomyślałbym, że ci się podobam.
Chichoczę. Serio. Żenujące.
- Jesteś gejem, Sam. I bez obrazy, ale nie ciągnie mnie wygląd wytatuowanego Kurta Cobaina.
Sam zanosi dziecko do pokoju dziecięcego i kładzie ją na stole do przewijania. – Mam nadzieję, że przynajmniej ciągnie cię muzyka Kurta Cobaina.
Przełykam ślinę. Boże. Nagle kręci mi się w głowie.
Potrząsam głową, kiedy słowa opuszczają moje usta. – Słuchałam, kiedy byłam młodsza.
Patrzy na mnie skonsternowany.
- Pójdę po coś do picia… - Wychodzę z pokoju zanim może coś powiedzieć, ale zamiast iść do kuchni, wchodzę do mojej sypialni. Zamykam drzwi tak cicho jak to możliwe i wchodzę do łóżka.
Oddychaj, Leah.
Próbuję myśleć o wesołych rzeczach, rzeczach, które mój terapeuta dał mi do myślenia, ale słyszę tylko słowa do piosenki Nirvany, odbijające się echem tak głośnym w mojej głowie, że chcę krzyczeć.
Krzyczę w poduszkę. Nie cierpię tego. Jestem cholernym bałaganem i nie mogę nic z tym zrobić. Kiedy serce przestaje mi szybko bić, idę na dół po szklankę wody.

Kilka godzin później przełączam kanały, kiedy słyszę imię Olivii. Omijam program, ale zaraz do niego wracam. Odkąd nie ma Caleba, rozpaczliwie poszukuję o niej jakichkolwiek wiadomości. Wiem, że on to ogląda. Wyrywam sobie rzęsy i oglądam jak Nancy Grace powiadamia mnie o tym, co dzieje się z przygotowaniem do procesu Dobsona. Jest w trakcie tyrady. Prycham. Kiedy ona się nie kłóci? Przenosi się z Dobsona i dopiero po paru minutach domyślam się, że jej ostry południowy akcent jest skierowany na Olivię. Zwiększam głośność i pochylam się do przodu. Tak! Krytykowanie Olivii! Właśnie tego potrzebuję, żeby czuć się lepiej ze sobą.
Wtulam się w kanapę, żeby oglądać, w ręce trzymając szklankę pełną szkockiej. Jeden róg ekranu pokazuje materiał filmowy o ofiarach Dobsona. Różnią się wiekiem i wyglądem, ale wszystkie mają ten sam nawiedzony wyraz oczu. Kiedy na ekran wchodzi filmik o gwałcicielu, marszczę nos. Jest w pomarańczowym kombinezonie, skuty w kajdanki. Otaczają go funkcjonariusze w prostych ubraniach, kiedy przekracza krótką odległość z pojazdu do sądu. Przyprawia mnie on o dreszcze. Jest wielki – ma rozmiar gracza futbolu. Policjant idący obok niego wygląda mizernie. Osłupia mnie fakt jak temu błaznowi udało się przekonać dziewczyny do choćby podejścia do niego na pięć metrów.
Nagle ekran pokazuje Olivię. Chcę zmienić kanał, ale jak zwykle nie mogę oderwać od niej wzroku. Nancy macha w powietrzu swoją upierścienioną ręką. Jej głos unosi się w crescendzie i powiedziała trójce ludziom przy jej stole, że są idiotami broniąc sprawy Olivii. Sięgam po garść popcornu, wpatrując się w telewizor. Nancy ma rację. Czuję do niej niespodziewaną sympatię. Wyraźnie wie jak odczytywać ludzi. Wtedy słyszę moje imię. Wypluwam popcorn, pochylając się do przodu.
Wygrała sprawę rok temu, broniąc spadkobierczynię przed zarzutami klinicznego oszustwa. Nancy woła do kogoś przy jej stole. Czy wygrała tę sprawę, Dave?
Dave podaje krótkie podsumowanie mojej sprawy i przyznaje, że tak, w rzeczy samej Olivia wygrała sprawę.
Nancy jest zdegustowana.
Dowód przeciwko tej dziewczynie był ogromny, mówi, dźgając blat palcem.
Zmieniam kanał.
Lecz następnego wieczoru włączam go znowu i oglądam całe pięćdziesiąt dwie minuty blondwłosej furii. Trzeciego wieczora zadzwoniłam do programu jako pani Lucy Knight z Missouri i także wyraziłam mój wstręt Olivią. Zapewniam ją, iż doceniam to co robi dla kobiet, że jest cholerną bohaterką. Nancy dziękuje mi ze łzami w oczach za bycie fanką.
Pod koniec programu zazwyczaj jestem pijana. Czasami Sam zostaje, żeby oglądać go razem ze mną.
- Ona jest naprawdę ładna – mówi o Olivii. Pluję w niego kostką lodu, a on się śmieje. Dziecko już przesypia prawie całą noc. Nadal śpię w jej pokoju na wypadek gdyby się obudziła. Sam myśli, że nareszcie nawiązuję z nią więź, ale robię to tylko dlatego, żebym nie musiała daleko chodzić w środku nocy. Caleb powinien wrócić z jego podróży jutro pod koniec dnia. Wysłał mi wiadomość, w której napisał, że przyjedzie po Estellę jak tylko wróci. Planuję wizytę w spa o poranku. Jeśli wszystko pójdzie po mojej drodze, on nigdzie nie pójdzie.
- Więc chodzili razem do college’u?
Patrzę na Sama popijającego swój napój. – Co do diabła?
- Co? – Wzrusza ramionami. – Czuję się, jakbym oglądał operę mydlaną, nie znając całej wcześniejszej historii.
Pociągam nosem. – Tak, chodzili razem przez kilka lat do college’u. Ale to nie było tak poważne. Nawet się ze sobą nie przespali.
Sam unosi brwi. – Caleb trzymał się dziewczyny, która z nim nie spała? – Gwiżdże cicho.
- Co to znaczy? – Wsuwam pod siebie nogi i staram się nie wyglądać na zbyt zainteresowaną. Brak seksu pomiędzy Calebem i Olivią zawsze mnie konsternował. Chciałam zadawać pytania w rzadkich okazjach, kiedy pojawiał się ten temat, ale nigdy nie chciałam wyglądać na zazdrosną dziewczynę. Poza tym Caleb chronił swoją przeszłość jakby była przeklętymi klejnotami koronnymi.
Sam wygląda na zamyślonego, jak przeżuwa suszoną wołowinę. Je tego tak dużo, że zaczęłam wiązać z nim ten zapach.
- To kawał czasu do proszenia studenta aby zaczekał. Jedynym powodem, dla którego wydaje mi się, żeby ktoś zrobił coś takiego, to jeśli byłby szalenie zakochany… uzależniająca miłość.
- Co masz na myśli ‘uzależniająca miłość’? – Caleb ma najbardziej nieuzależniającą osobowość, jaką kiedykolwiek wiedziałam. Naprawdę mnie to martwi. Jednego roku był pełnym zapału narciarzem, a następnego roku, kiedy zarezerwowałam chatkę w górach, powiedział mi, że już to go nie interesuje. Zdarzyło się to wiele razy w naszym związku – z restauracjami, ubraniami… nawet co roku wymienia swoje auto. Niemal zawsze zaczynało się od jego szalonej miłości do czegoś, a potem stopniowo się tym nudził.
- Nie wiem – mówi Sam. – Chyba gotów był zrobić dla niej wszystko… nawet jeśli oznaczało to zmienienie jego zwyczajów.
- Nienawidzę cię.
Klepie mnie po nodze i wstaje. – Staram się tylko oczyścić ci trochę głowę, potworna mamuśko. Wygląda na to, że on jest twoim uzależnieniem i to niezdrowym.
Piorunuję wzrokiem jego plecy, kiedy kieruje się do drzwi. Jest takim napuszonym dupkiem.
- Do zobaczenia jutro – woła przez ramię. – Kiedy wróci pan Idealny…

Lecz następnego dnia Sam dzwoni, mówiąc, że ma problemy z autem. Odwołuję spa. Nie spędziłam z dzieckiem całego dnia odkąd Sam dostał grypy. Zjadam małą paczkę mrożonej kukurydzy, po czym idę do niej. Przez większość dnia powtarzam wszystko, co robił Sam. Mamy brzuszkowy czas w salonie. Wycieram jej twarzy, kiedy kończy jeść. Nawet biorę ją na mały spacer w spacerówce, której nigdy nie użyłam.
Gdy odkrywam, że zabrakło mi pieluch, dzwonię z paniką do Sama. Nie odbiera, bo nikogo nie ma w pobliżu, kiedy cholernie się ich potrzebuje! Jak mam zabrać ze sobą dziecko do sklepu? Muszą istnieć jakieś usługi, które załatwiają takie rzeczy dla nowych matek. Po rozmyślaniu przez ponad godzinę, pakuję dziecko do samochodu i jadę do najbliższego sklepu. Dziesięć minut zajmuje mi domyślenie się jak włożyć jej siodełko do wózka. Przeklinam pod nosem, dopóki nie podchodzi do mnie bardziej doświadczona matka, żeby pomóc. Dziękuję, bez patrzenia jej w oczy i wprowadzam wózek do sklepu w porę, żeby zdążyć przed deszczem. W chwili, kiedy chłodne powietrze klimatyzacji dmucha w dziecko, zaczyna zawodzić. Szybko kieruję wózkiem do alejki dziecięcej i biorę pięć paczek pieluch. Lepiej dmuchać na zimne.
Kiedy już podbiegam do kasy, ludzie patrzą na mnie jak na złą matkę. Ładuję wszystko na taśmę i wyciągam ją z siodełka. Trzymając ją przy piersi, niezręcznie klepię ją po plecach. Wyciągam portfel i próbuję nią kołysać, kiedy kasjer – młodociany przestępca o podskakującej głowie – pyta mnie. – To będzie wszystko? – Patrzę na paczki pieluch włożone już do wózka, a potem na pusty pasek. On patrzy na mnie załzawionymi marihuanowymi oczami, czekając na moją odpowiedź.
- Um nie, prosiłabym też o niewidzialne gówno. – Macham ręką na taśmę, a on jest na tyle głupi, żeby na nią spojrzeć.
- Boże – mówię, gwałtownie przesuwając kartą kredytową przez czytnik. – Odstaw trawkę.
Dziecko wybiera dokładnie ten moment, żeby się rozpłakać. Zanim schowałam kartę kredytową, zawartość jej pieluchy wylała się na moje ręce i bluzkę. Rozglądam się z przerażeniem i wychodzę szybko ze sklepu.
Bez pieluch.
Wysyłam Sama, żeby po nie wrócił, kiedy nareszcie do mnie oddzwania. Gdy pojawia się w drzwiach, jeszcze nie zmieniłam obsranej koszulki i dzięki brązowej pracy mojej córki, obie moje piersi przeciekają. Potrząsa głową.
- Z każdym dniem wyglądasz gorzej.
Wybucham płaczem. Sam kładzie pieluchy na blacie i mnie przytula. – Idź wziąć prysznic, kiedy ona śpi. Zrobię nam coś do jedzenia.
Potakuję i idę na górę. Gdy wracam na dół, widzę, że zrobił nam spaghetti.
- Siadaj. – Pokazuje na taboret. Słucham się, przyciągając do siebie talerz, który mi podał.
- Gubisz się – mówi. Owija spaghetti wokół widelca, nie patrząc na mnie.
Używam noża, żeby pokroić makaron na małe kawałki, aby zmieścił się na widelcu.
- Jak mogę go odzyskać?
- Zdobądź nową osobowość i naucz się trzymać gębę na kłódkę.
Rzucam mu nieprzyjemne spojrzenie, przecierając usta.
- Podobam ci się?
Następuje długa cisza.
- Jestem gejem, Leah.
- Co? Nigdy tak naprawdę tak nie uważałam.
- Cały czas tak mówisz!
- Ale masz córkę… tak w ogóle jak jej na imię?
Śmieje się. – Kenley. I wydaje mi się, że zorientowałem się o tym później w życiu.
Chowam głowę w rękach. To jest dla mnie nowa wszechczasowa porażka, uwodzenie geja. Biorę głęboki wdech i podnoszę na niego wzrok.
- Caleb znowu mnie zostawi. Wiem to.
Przez chwilę Sam wygląda na zaskoczonego, po czym przesuwa się i obejmuje mnie ramieniem.
- Prawdopodobnie – odpowiada. Odwracam się do niego. Czy geje nie powinni być wrażliwi? W momencie, kiedy ogłosił siebie gejem, planowałam wykorzystać go, aby zastąpić Katine. – Prawdopodobnie. Nie mogę uwierzyć, że tak długo z tobą był. – Uśmiecha się z mojej miny.
- Naprawdę to powiedziałeś?
Kiwa głową. – Może ten facet uwielbia dobre suki – ale kroczysz po cienkiej linie pomiędzy atrakcyjną suką a psychopatką. Zadarłaś z jego córką. Pewnie cię zostawi i zabierze swoje dziecko.
- Nie ma mowy. Nie pozwolę na to.
- Na co? Męża czy dziecko?
Przygryzam wnętrze policzka. Oczywiste jest, co mam na myśli.
- Nie uwierzy, jeśli zacznę udawać super mamę. Poznaje takie bzdury.
Sam unosi brew.
- Nie zostawi mnie. Myśli, że się załamię, jak to zrobi.
- W taki sposób chcesz go zatrzymać? Manipulując jego uczuciami?
Wzruszam ramionami. – Szczerze, to staram się o tym nie myśleć.
- Tak, to dość wyraźne. Czemu po prostu nie dasz mu odejść? Mogłabyś znaleźć kogoś innego.
Mam chęć do walnięcia go prosto w twarz. Zamiast tego zapalam papierosa.
- Nigdy nie pozwolę mu odjeść. Zbyt bardzo go kocham.
Sam uśmiecha się ironicznie i wyciąga papierosa z moich palców, gasząc go na moim granicie. – Nigdy?
- Nigdy – odpowiadam. – Przenigdy.
Sam celuje we mnie palcem. – To nie jest miłość.

Wywracam oczami. – Co ty wiesz? Jesteś gejem.