5.3.14

Dirty Red - rozdział 17

Teraźniejszość

Nikt nie przychodzi. Do południa uświadamiam sobie, że zrujnowałam moje małżeństwo i dziś jest dzień wolny Sama. Wyciągam szkocką. Nawet nie lubię szkockiej, ale z jakiegoś powodu sprawia, że czuję się połączona z Calebem.
Ten mały bachor wreszcie śpi. Widzę się w odbiciu przedpokojowego lustra, kiedy kieruję się do łazienki wziąć prysznic. Wyglądam jak jedna z tych pulchnych matek ze strąkowymi włosami, które zajmują parkowe ławki, w ich oczach nie ma już żadnej nadziei. Czy taka mam się stać? Samotną matką, noszącą brzydkie dżinsy i dającą te obrzydliwe krakersy w kształcie rybek w czasie przekąski?
Nie – wyprostowuję ramiona. Jeśli mam zamiar to zrobić, nie będę chodzić do przeklętego parku. Polecę do Francji i będę karmić ją kawiorem i pasztecikami. Mogę być lepsza niż stereotypy. Mogę być matką Chanel.
Kiedy wychodzę spod prysznica czuję się jak nowa kobieta. Nic dziwnego, że Caleb pije tę drogą rzecz. Praktycznie jestem w siódmym niebie. Gdy dziecko się budzi, karmię ją mlekiem, które wcześniej odciągnęłam. Ona już wydaje się wybredna, jakby butelka była niedogodnością, a nie posiłkiem. Wrzeszczy i obraca głową, aż jej skóra jest tak czerwona jak kłaczki na czubku jej głowy.
Wsuwam ją do jej buzi, dopóki w końcu jej nie łapie ustami, burcząc z zamkniętymi oczami.
- Przegrałaś tę bitwę, co? – pytam, opierając głowę o fotel i przymykając oczy. – Jeśli myślisz, że będę to robić cały czas, to się mylisz. Rozpieszczony rudy bachor.
Budzę się w fotelu. Dziecko śpi na moim ramieniu. Czuję jej ciepło przesiąkające przez ubrania i słyszę jej małe oddechy w uchu. Kładę ją do łóżeczka najdelikatniej jak potrafię i sprawdzam komórkę.
Nic od Caleba, ale dwa telefony od Sama. Zamierzam zadzwonić do mojego łobuza pana niańki, kiedy wysyła mi wiadomość.
Sam: Grypa żołądkowa, potrzebuję parę dni wolnego.
Zanim orientuję się, co robię, mój telefon wylatuje z mojej ręki, kierując się w stronę moich pięknych, pieprzonych marmurowych schodów. Zamykam oczy, słysząc jak rozbija się na tuzin kawałków. Moje całe życie się rozpada.
Dziecko zaczyna płakać, ja zaczynam płakać. Rozbijam jeszcze kilka bezcennych antyków i biorę się w garść. Mam do opieki cholerne dziecko. Gdy wracam do jej pokoju, mój płacz zmienił się w zawodzenie i już wyciągnęłam pierś.

Sam znajduje mnie w moim zwykłym miejscu na podłodze obok jej łóżeczka. Szturcha mnie stopą w żebra i odpycham jego nogę.
- Przestałaś się myć?
Kiedy nie odpowiadam, podnosi mnie na nogi, rzucając szybkie spojrzenie do łóżeczka zanim mnie wyprowadza.
- Nie zabiłam jej – dukam – jeśli tak myślisz.
Ignoruje mnie, pchając mnie do sypialni.
- To że jesteś matką nie oznacza, że nie możesz zajmować się samą sobą.
Rzucam mu nieprzyjemne spojrzenie. Najwyraźniej nie ma pojęcia jak to jest zajmować się dzieckiem. Wpycha mnie do łazienki i odkręca prysznic.
- Caleb zadzwonił, żeby powiedzieć, że nie wraca do domu – mówi, nie patrząc na mnie. Odpycham jego ręce. – Co jeszcze powiedział?
Sam nie chce mi odpowiedzieć. Jest źle. Jest naprawdę źle. Caleb nie rozgaduje swoich problemów. Jeżeli mówi o czymś cholernemu panu niańce, to dlatego, że musiał podjąć decyzję. Wchodzę pod wodę i pozwalam jej spłynąć po twarzy.
Boże – dlaczego nie pomyślałam o tych nieprzyjemnych konsekwencjach, zanim powiedziałam mu te rzeczy? Czy naprawdę sądziłam, że zranię tylko Caleba? Spieprzyłam sobie dość mocno sprawę, a teraz ten biedny, mały bachor nie będzie miał ojca.
Chyba że.

Kręcę głową. Jak mogłam w ogóle o tym pomyśleć?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz