Teraźniejszość
Nikt nie
przychodzi. Do południa uświadamiam sobie, że zrujnowałam moje małżeństwo i
dziś jest dzień wolny Sama. Wyciągam szkocką. Nawet nie lubię szkockiej, ale z
jakiegoś powodu sprawia, że czuję się połączona z Calebem.
Ten mały
bachor wreszcie śpi. Widzę się w odbiciu przedpokojowego lustra, kiedy kieruję
się do łazienki wziąć prysznic. Wyglądam jak jedna z tych pulchnych matek ze
strąkowymi włosami, które zajmują parkowe ławki, w ich oczach nie ma już żadnej
nadziei. Czy taka mam się stać? Samotną matką, noszącą brzydkie dżinsy i dającą
te obrzydliwe krakersy w kształcie rybek w czasie przekąski?
Nie – wyprostowuję
ramiona. Jeśli mam zamiar to zrobić, nie będę chodzić do przeklętego parku.
Polecę do Francji i będę karmić ją kawiorem i pasztecikami. Mogę być lepsza niż
stereotypy. Mogę być matką Chanel.
Kiedy
wychodzę spod prysznica czuję się jak nowa kobieta. Nic dziwnego, że Caleb pije
tę drogą rzecz. Praktycznie jestem w siódmym niebie. Gdy dziecko się budzi,
karmię ją mlekiem, które wcześniej odciągnęłam. Ona już wydaje się wybredna,
jakby butelka była niedogodnością, a nie posiłkiem. Wrzeszczy i obraca głową,
aż jej skóra jest tak czerwona jak kłaczki na czubku jej głowy.
Wsuwam ją
do jej buzi, dopóki w końcu jej nie łapie ustami, burcząc z zamkniętymi oczami.
-
Przegrałaś tę bitwę, co? – pytam, opierając głowę o fotel i przymykając oczy. –
Jeśli myślisz, że będę to robić cały czas, to się mylisz. Rozpieszczony rudy
bachor.
Budzę się w
fotelu. Dziecko śpi na moim ramieniu. Czuję jej ciepło przesiąkające przez
ubrania i słyszę jej małe oddechy w uchu. Kładę ją do łóżeczka najdelikatniej
jak potrafię i sprawdzam komórkę.
Nic od
Caleba, ale dwa telefony od Sama. Zamierzam zadzwonić do mojego łobuza pana
niańki, kiedy wysyła mi wiadomość.
Sam: Grypa
żołądkowa, potrzebuję parę dni wolnego.
Zanim
orientuję się, co robię, mój telefon wylatuje z mojej ręki, kierując się w
stronę moich pięknych, pieprzonych marmurowych schodów. Zamykam oczy, słysząc
jak rozbija się na tuzin kawałków. Moje całe życie się rozpada.
Dziecko
zaczyna płakać, ja zaczynam płakać. Rozbijam jeszcze kilka bezcennych antyków i
biorę się w garść. Mam do opieki cholerne dziecko. Gdy wracam do jej pokoju,
mój płacz zmienił się w zawodzenie i już wyciągnęłam pierś.
Sam
znajduje mnie w moim zwykłym miejscu na podłodze obok jej łóżeczka. Szturcha
mnie stopą w żebra i odpycham jego nogę.
-
Przestałaś się myć?
Kiedy nie
odpowiadam, podnosi mnie na nogi, rzucając szybkie spojrzenie do łóżeczka zanim
mnie wyprowadza.
- Nie
zabiłam jej – dukam – jeśli tak myślisz.
Ignoruje
mnie, pchając mnie do sypialni.
- To że
jesteś matką nie oznacza, że nie możesz zajmować się samą sobą.
Rzucam mu
nieprzyjemne spojrzenie. Najwyraźniej nie ma pojęcia jak to jest zajmować się
dzieckiem. Wpycha mnie do łazienki i odkręca prysznic.
- Caleb
zadzwonił, żeby powiedzieć, że nie wraca do domu – mówi, nie patrząc na mnie.
Odpycham jego ręce. – Co jeszcze powiedział?
Sam nie
chce mi odpowiedzieć. Jest źle. Jest naprawdę źle. Caleb nie rozgaduje swoich
problemów. Jeżeli mówi o czymś cholernemu panu niańce, to dlatego, że musiał
podjąć decyzję. Wchodzę pod wodę i pozwalam jej spłynąć po twarzy.
Boże –
dlaczego nie pomyślałam o tych nieprzyjemnych konsekwencjach, zanim
powiedziałam mu te rzeczy? Czy naprawdę sądziłam, że zranię tylko Caleba?
Spieprzyłam sobie dość mocno sprawę, a teraz ten biedny, mały bachor nie będzie
miał ojca.
Chyba że.
Kręcę
głową. Jak mogłam w ogóle o tym pomyśleć?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz