Teraźniejszość
Caleb ukrył
przede mną łódź. Co jeszcze ukrywa? Świadomość, że może być tego więcej męczy
mój mózg. Tylko o tym mogę myśleć, aż praktycznie krztuszę się moimi
podejrzeniami. Tak bardzo marszczyłam czoło, że pod koniec tego wszystkiego
będę potrzebowała botoksu. Jedno jest pewne: muszę się dowiedzieć czy jest tego
więcej, nawet jeśli oznacza to łamanie jego kodeksu prywatności. Caleb nie
cierpi, gdy pod jego nieobecnością ktoś jest w jego gabinecie. Zawsze dawałam
mu jego przestrzeń, biorąc pod uwagę, że reszta domu jest moja, ale dzisiejszy
wieczór wzywa o węszenie. Pozwalam Samowi iść do domu jak tylko kładzie do
spania Estellę. Normalnie przekonuję go, żeby został ze mną parę godzin i
obejrzał ze mną telewizję, lecz gdy tylko zegar wybija dziewiętnastą,
praktycznie wypycham go za drzwi.
Otwieram
drzwi do jego gabinetu, wciąż żując łodygę selera i zapalam światło. Rzadko
kiedy tutaj przychodzę. Cały pokój nim pachnie. Wciągam głęboko powietrze i od
razu chce mi się płakać. Kiedyś każdej nocy przytulałam się do tego zapachu, a
teraz…
Lustruję
wzrokiem ułożone wszędzie zbiory książek. Naprawdę nie wiem, kiedy on znajduje
czas na czytanie. Kiedy jest z nami w domu, to gotuje i spędza z nami czas.
Pomijając fakt, że w domu zawsze leży gdzieś książka, to tak naprawdę nigdy nie
widziałam, żeby czytał. Raz sprzątałam, odnosząc do jego gabinetu książki,
które poroznosił po domu, kiedy jego zakładka wypadła z jednej z książek, które
nosiłam. Schylając się, żeby wziąć ją z podłogi, znalazłam coś co wyglądało jak
pens – albo przynajmniej kiedyś było pensem. Teraz miał wstemplowaną wiadomość
o całowaniu. Miał również dziwny kształt, lekko zgięty i wydłużony. Włożyłam go
z powrotem do jego książki i następnym razem, gdy byłam na zakupach kupiłam mu
prawdziwą zakładkę. Była skórzana, importowana z Włoch. Zapłaciłam pięćdziesiąt
dolarów sprzedawcy, myśląc, że Caleb będzie pod wrażeniem mojej życzliwości.
Gdy pokazałam mu ją tamtego wieczora przy kolacji, uśmiechnął się uprzejmie i
mi podziękował, nie pokazując entuzjazmu, którego oczekiwałam.
-
Pomyślałam, że potrzebujesz takiej. Używasz tego dziwnego pensa, a on wciąż
wypada…
Od razu
podniósł wzrok na moją twarz. – Gdzie on jest? Nie wyrzuciłaś go, prawda? –
Zamrugałam na niego zdezorientowana.
- Nie, jest
w twoim gabinecie. – Nie potrafiłam ukryć zranienia w głosie. Jego oczy
złagodniały i obszedł stolik, żeby mnie pocałować w policzek.
- Dziękuję,
Leah. To był dobry pomysł – naprawdę. Potrzebowałem czegoś lepszego do
przypominania mi o moim miejscu.
- Twoim
miejscu?
- W
książce. – Uśmiechnął się.
Już nigdy
więcej nie zobaczyłam pensa, ale miałam przeczucie, że gdzieś go schował dla
przechowania. Caleb był dziwnie sentymentalny.
Odsuwając
stos książek leżący na podłodze na bok, najpierw zabieram się za jego szuflady
i wyciągam wszystkie papiery. Rachunki, papiery z pracy – nic ważnego.
Segregator był następny. Przeglądam każdy folder, czytając głośno ich tytuły.
- Studia,
Przedsiębiorcy, Akty prawne domów, Karty kredytowe…
Wracam do
Aktów prawnych domów. Mieliśmy tylko jeden dom, poza apartamentem Caleba, które
upierał się zatrzymać. Były trzy. Pierwszy adres należał do naszego domu, drugi
do jego apartamentu, a trzeci…
Siadam,
spojrzeniem przesuwając po każdym słowie… każdym imieniu. Staram się przekopać
przez szkło. Mój mózg nie ma połączenia z moimi oczami. Zmuszam się do
czytania. Gdy kończę na niczym nie mogę skupić już wzroku. Kładę głowę na jego
biurku, papiery wciąż trzymając w ręce. Mam problem z oddychaniem. Zaczynam
płakać, ale nie użalającymi się łzami: łzami gniewu. Nie mogę uwierzyć, że on
mi to zrobił. Nie mogę.
Podnoszę
się przepełniona wściekłością. Gotowa jestem zrobić coś lekkomyślnego. Biorę
telefon, żeby do niego zadzwonić – żeby na niego nawrzeszczeć. Rozłączam się
nim wybieram numer. Zginam się w pół, łapiąc się za brzuch i jęk opuszcza moje
usta. Jak to może tak bardzo boleć? Gorsze rzeczy były mi zrobione. Boli mnie.
Tak bardzo mnie boli. Chcę, żeby ktoś wyciął mi serce, żebym nie musiała tego
czuć. Obiecał, że nigdy mnie nie zrani. Obiecał, że się mną zaopiekuje.
Wiedziałam,
że nigdy nie kochał mnie tak jak ją, ale i tak go chciałam. Wiedziałam, że jego
miłość do mnie była warunkowa, ale i tak go chciałam. Wiedziałam, że byłam drugim
wyborem, ale i tak go chciałam. Lecz tego było za wiele. Wytaczając się z jego
gabinetu do hallu, rozglądam się po mojej posiadłości, moim pięknym, małym
świecie. Czy stworzyłam go, żeby ukryć smród mojego życia? Filigranowe jajko
stoi na stoliku blisko drzwi. To antyk, który Caleb kupił mi podczas podróży do
Cape Cod. Kosztował go pięć tysięcy dolarów. Podnoszę je i rzucam nim przez
pokój, krzycząc przy tym. Rozbija się o kafelki, smyrgając w każdą stronę, tak
jak moje życie.
Podchodzę
do naszego zdjęcia ślubnego, które wisi nad sofą. Zastanawiam się przez chwilę,
przypominając sobie ten dzień – pozornie najszczęśliwszy dzień mojego życia.
Łapię miotłę, która stoi oparta o ścianę i walę rączką najmocniej jak potrafię
w szklaną oprawkę. Zdjęcie spada ze ściany, rozbijając się o meble i lądując na
stoliku do kawy.
Estella
zaczyna płakać.
Ocieram
wierzchem dłoni cieknącą twarz i ruszam do schodów. Trochę się cieszę, że się
obudziła. Potrzebuję kogoś do trzymania.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz