5.3.14

Dirty Red - rozdział 21

Teraźniejszość

Caleb ukrył przede mną łódź. Co jeszcze ukrywa? Świadomość, że może być tego więcej męczy mój mózg. Tylko o tym mogę myśleć, aż praktycznie krztuszę się moimi podejrzeniami. Tak bardzo marszczyłam czoło, że pod koniec tego wszystkiego będę potrzebowała botoksu. Jedno jest pewne: muszę się dowiedzieć czy jest tego więcej, nawet jeśli oznacza to łamanie jego kodeksu prywatności. Caleb nie cierpi, gdy pod jego nieobecnością ktoś jest w jego gabinecie. Zawsze dawałam mu jego przestrzeń, biorąc pod uwagę, że reszta domu jest moja, ale dzisiejszy wieczór wzywa o węszenie. Pozwalam Samowi iść do domu jak tylko kładzie do spania Estellę. Normalnie przekonuję go, żeby został ze mną parę godzin i obejrzał ze mną telewizję, lecz gdy tylko zegar wybija dziewiętnastą, praktycznie wypycham go za drzwi.
Otwieram drzwi do jego gabinetu, wciąż żując łodygę selera i zapalam światło. Rzadko kiedy tutaj przychodzę. Cały pokój nim pachnie. Wciągam głęboko powietrze i od razu chce mi się płakać. Kiedyś każdej nocy przytulałam się do tego zapachu, a teraz…
Lustruję wzrokiem ułożone wszędzie zbiory książek. Naprawdę nie wiem, kiedy on znajduje czas na czytanie. Kiedy jest z nami w domu, to gotuje i spędza z nami czas. Pomijając fakt, że w domu zawsze leży gdzieś książka, to tak naprawdę nigdy nie widziałam, żeby czytał. Raz sprzątałam, odnosząc do jego gabinetu książki, które poroznosił po domu, kiedy jego zakładka wypadła z jednej z książek, które nosiłam. Schylając się, żeby wziąć ją z podłogi, znalazłam coś co wyglądało jak pens – albo przynajmniej kiedyś było pensem. Teraz miał wstemplowaną wiadomość o całowaniu. Miał również dziwny kształt, lekko zgięty i wydłużony. Włożyłam go z powrotem do jego książki i następnym razem, gdy byłam na zakupach kupiłam mu prawdziwą zakładkę. Była skórzana, importowana z Włoch. Zapłaciłam pięćdziesiąt dolarów sprzedawcy, myśląc, że Caleb będzie pod wrażeniem mojej życzliwości. Gdy pokazałam mu ją tamtego wieczora przy kolacji, uśmiechnął się uprzejmie i mi podziękował, nie pokazując entuzjazmu, którego oczekiwałam.
- Pomyślałam, że potrzebujesz takiej. Używasz tego dziwnego pensa, a on wciąż wypada…
Od razu podniósł wzrok na moją twarz. – Gdzie on jest? Nie wyrzuciłaś go, prawda? – Zamrugałam na niego zdezorientowana.
- Nie, jest w twoim gabinecie. – Nie potrafiłam ukryć zranienia w głosie. Jego oczy złagodniały i obszedł stolik, żeby mnie pocałować w policzek.
- Dziękuję, Leah. To był dobry pomysł – naprawdę. Potrzebowałem czegoś lepszego do przypominania mi o moim miejscu.
- Twoim miejscu?
- W książce. – Uśmiechnął się.
Już nigdy więcej nie zobaczyłam pensa, ale miałam przeczucie, że gdzieś go schował dla przechowania. Caleb był dziwnie sentymentalny.

Odsuwając stos książek leżący na podłodze na bok, najpierw zabieram się za jego szuflady i wyciągam wszystkie papiery. Rachunki, papiery z pracy – nic ważnego. Segregator był następny. Przeglądam każdy folder, czytając głośno ich tytuły.
- Studia, Przedsiębiorcy, Akty prawne domów, Karty kredytowe…
Wracam do Aktów prawnych domów. Mieliśmy tylko jeden dom, poza apartamentem Caleba, które upierał się zatrzymać. Były trzy. Pierwszy adres należał do naszego domu, drugi do jego apartamentu, a trzeci…
Siadam, spojrzeniem przesuwając po każdym słowie… każdym imieniu. Staram się przekopać przez szkło. Mój mózg nie ma połączenia z moimi oczami. Zmuszam się do czytania. Gdy kończę na niczym nie mogę skupić już wzroku. Kładę głowę na jego biurku, papiery wciąż trzymając w ręce. Mam problem z oddychaniem. Zaczynam płakać, ale nie użalającymi się łzami: łzami gniewu. Nie mogę uwierzyć, że on mi to zrobił. Nie mogę.
Podnoszę się przepełniona wściekłością. Gotowa jestem zrobić coś lekkomyślnego. Biorę telefon, żeby do niego zadzwonić – żeby na niego nawrzeszczeć. Rozłączam się nim wybieram numer. Zginam się w pół, łapiąc się za brzuch i jęk opuszcza moje usta. Jak to może tak bardzo boleć? Gorsze rzeczy były mi zrobione. Boli mnie. Tak bardzo mnie boli. Chcę, żeby ktoś wyciął mi serce, żebym nie musiała tego czuć. Obiecał, że nigdy mnie nie zrani. Obiecał, że się mną zaopiekuje.
Wiedziałam, że nigdy nie kochał mnie tak jak ją, ale i tak go chciałam. Wiedziałam, że jego miłość do mnie była warunkowa, ale i tak go chciałam. Wiedziałam, że byłam drugim wyborem, ale i tak go chciałam. Lecz tego było za wiele. Wytaczając się z jego gabinetu do hallu, rozglądam się po mojej posiadłości, moim pięknym, małym świecie. Czy stworzyłam go, żeby ukryć smród mojego życia? Filigranowe jajko stoi na stoliku blisko drzwi. To antyk, który Caleb kupił mi podczas podróży do Cape Cod. Kosztował go pięć tysięcy dolarów. Podnoszę je i rzucam nim przez pokój, krzycząc przy tym. Rozbija się o kafelki, smyrgając w każdą stronę, tak jak moje życie.
Podchodzę do naszego zdjęcia ślubnego, które wisi nad sofą. Zastanawiam się przez chwilę, przypominając sobie ten dzień – pozornie najszczęśliwszy dzień mojego życia. Łapię miotłę, która stoi oparta o ścianę i walę rączką najmocniej jak potrafię w szklaną oprawkę. Zdjęcie spada ze ściany, rozbijając się o meble i lądując na stoliku do kawy.
Estella zaczyna płakać.

Ocieram wierzchem dłoni cieknącą twarz i ruszam do schodów. Trochę się cieszę, że się obudziła. Potrzebuję kogoś do trzymania.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz