Teraźniejszość
Ona wygląda
tak samo. Kruczoczarne włosy opadają lekko do jej pasa. Wygląda niemal jak
cyganka w niebieskich lnianych spodniach i kremowej obcisłej koszulce
zwisającej luźno z jednego ramienia. Przyglądam się jej okrągłym złotym
kolczykom, które są tak wielkie, że włożyłabym do nich rękę. Sprawiają, że
wygląda egzotycznie i lekko niebezpiecznie. Zawsze sprawiała, że czułam się pospolita.
Jej
spojrzenie przesuwa się po garstce gości w knajpie, szukając twarzy, którą
rozpozna; starszym mężczyźnie, parze, która dzieli tę samą stronę loży, dwójce
kelnerów wkładających sztućce do serwetek… i mnie.
Widzę jak
szok opanowuje jej rysy – rozchylenie ust, leciutkie rozszerzenie się bieli
wokół jej tęczówek. Nagle sztywnieje. Jej oczy rzucają się w cztery kąty
pomieszczenia i wiem, że go szuka. Kręcę głową, informując ją, że go tutaj nie
ma. Upijam łyk kawy i czekam.
Rusza stanowczo
w kierunku mojego stolika. Gdy dociera do miejsca, gdzie siedzę, nie siada, ale
patrzy na mnie wyczekująco.
- Stara
klientka? – pyta sucho.
- Cóż,
jestem, prawda? – Pokazuję jej, żeby usiadła. Wysłałam anonimową wiadomość do
jej biura, twierdząc, że jestem starą klientką w prawnych kłopotach. Poprosiłam
ją, żeby spotkała się ze mną w knajpie o nazwie U Tiffany. Nie miałam pojęcia
czy przyjdzie, ale lepsze to było od pokazania się w jej biurze.
Ostrożnie
siada na miejscu naprzeciwko mnie, ani na chwilę nie odrywając wzroku od mojej
twarzy.
- Czego do
cholery chcesz?
Krzywię
się. Louboutins czy nie, wciąż jest taką samą prostaczką jak kiedyś.
- Pomyślałabym,
że mogłabyś przejrzeć dla mnie ten dokument. – Sięgam do torebki i wyciągam
papiery, które ukradłam z segregatora Caleba. Kładąc je na stoliku, przysuwam
je do niej.
- Co to
jest? – pyta. Przygląda mi się z niesmakiem. Jak ona śmie tak na mnie patrzeć? Własnoręcznie
zrujnowała moje życie. Miałabym wszystko gdyby nie jej pokrętne, sięgające za
daleko ręce.
Również
prawdopodobnie byłabym także w więzieniu. Odsuwam tę myśl. Teraz nie jest pora
na wdzięczność. Teraz jest pora na odpowiedzi. Przysuwam do niej dokumenty.
- Spójrz. Sama
zobacz.
Bez
poruszania głową patrzy na papiery, potem na mnie. Jest to gładki, twardy,
imponujący kawałek zastraszania. Sztuka języka jej ciała jest czymś, co można
podziwiać.
- Czemu
chciałabym to zrobić? – pyta.
Sprawia, że
czuję chłód. Przypominam sobie stanie w miejscu świadka i moje serce
przyśpiesza. Ćwiczę, żeby zobaczyć, czy ja też potrafię to zrobić.
- Należy to
do Caleba – odpowiadam, poruszając tylko ustami.
Nie wiem
czy to wzmianka jego imienia czy może działa moje naśladowanie języka jej ciała,
ale napina się.
Kelner
podchodzi do naszego stolika. Olivia sięga po papiery.
- Proszę
przynieść jej kawę, dwie śmietanki – mówię, odsyłając go. Szybko odchodzi. Olivia,
czytając, na chwilę unosi na mnie wzrok. Przez dziewięć miesięcy spędzałam z
nią niemal każdy dzień. Wiem, co lubi.
Sączę moją
kawę, gdy czyta, przyglądając się jej twarzy.
Dociera jej
kawa. Bez unoszenia wzroku ściąga pokrywki ze śmietanek i wlewa je do kawy.
Podnosi
filiżankę do ust, ale w połowie drogi jej ręka zamiera. Kawa wylewa się na stolik,
gdy odstawia mocno filiżankę. Wstaje gwałtownie.
- Skąd to
masz?
Odsuwa się
od stolika, kręcąc głową. – Dlaczego na tym jest moje imię?
Przesuwam
językiem po zębach. – Miałam nadzieję, że ty możesz mi to powiedzieć?
Rusza piorunem
do drzwi. Podnoszę się, rzucając dwudziestkę na stolik i idę za nią.
Podążam za
nią na parking i osaczam ją przy stoisku z gazetami. – Masz mi wyjaśnić
dlaczego twoje imię jest na tym akcie prawnym razem z imieniem mojego męża!
Jej twarz
jest wyprana z koloru. Kręci głową. – Nie wiem, Leah. On nigdy… nie wiem.
Zakrywa
twarz dłońmi i słyszę jej szloch. Przez to tylko jeszcze bardziej się złoszczę.
Robię groźny krok w jej stronę.
- Sypiasz z
nim, prawda?
Zabiera
ręce i piorunuje mnie wzrokiem.
- Nie.
Oczywiście, że nie! Kocham mojego męża. – Jest wyraźnie urażona, że mogłabym
oskarżyć ją o taką rzecz.
- Ja kocham
mojego! – Mój głos się łamie. - …więc dlaczego on kocha ciebie?
Patrzy na
mnie z prawdziwym wstrętem.
- Nie kocha
– odpowiada prosto. – Wybrał ciebie. – Boli ją wymówienie tych słów do mnie. Widzę
jak te uczucie wylewa się z jej skóry.
Unoszę akt
prawny, potrząsając nim. – Kupił ci dom. Dlaczego kupił ci pieprzony dom?
Wyrywa akt
z moich rąk i wskazuje na datę. – Przegapiłaś ten mały szczegół? Długo przed
tobą, Leah. – Wpycha mi go w pierś. – Ale ty o tym wiesz. Zatem dlaczego
podstępem skłoniłaś mnie do przyjścia tutaj?
Przełykam
ślinę – nerwowa reakcja. Ona to widzi i uśmiecha się okrutnie.
- Powinnam
była pozwolić im wrzucić cię do więzienia, wiesz.
Odwraca
się, podchodząc do drzwi jej samochodu. Jej oświadczenie doprowadza mnie do
szału. Idę za nią, wbijając paznokcie we wnętrze dłoni, oddycham przez nos.
- Żebyś
mogła go mieć? – wypalam. Krew huczy mi w uszach. Cały czas zadaję sobie te
pytanie. Powtarzam je. – Powinnaś była przegrać sprawę, żebyś mogła go mieć?
Zamiera,
patrzy na mnie przez ramię.
- Tak.
Nie
spodziewałam się prawdy. Przeraża mnie. Otwieram usta – z trudem wyrzucam
słowa. – Myślałam, że kochasz swojego męża.
Wydmuchuje
powietrze przez nos. Ten czyn przypomina mi wzburzonego konia. Jej oczy unoszą
się z moich butów i lądują z obrzydzeniem na mojej twarzy.
- Twojego
też kocham.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz