Przeszłość
Pierwszy
raz kiedy ją zobaczyłem – mój Boże – było tak, jakbym nigdy w życiu nie widział
innej kobiety. Mój wzrok przyciągnął sposób jej chodu. Poruszała się jak woda:
płynnie, zdecydowanie. Wszystko inne stawało się niewyraźną plamą i widziałem
tylko ją. Jedyną stałość w kolorze. Uśmiechnąłem się, kiedy stanęła pod tym
groteskowym, powykręcanym drzewem i posłała mu najbardziej nieprzyjemne
spojrzenie, jakie kiedykolwiek widziałem. Nigdy wcześniej nawet nie zauważyłem
tego drzewa, choć było jedną z tych rzeczy, którą gdy zobaczysz, to
zastanawiasz się mogłeś ją przegapić. Jeden z moich znajomych walnął mnie w
ramię, by przyciągnąć moją uwagę. Gadaliśmy o koszykówce. Trener zawiesił
połowę zespołu za palenie trawki i teraz musieliśmy grać ostatnich parę meczów
bez naszych najlepszych zawodników. Ale rozmowa zakończyła się w chwili, kiedy
ją zobaczyłem. Podążyli za moim wzrokiem, posłali sobie znaczące spojrzenia.
Miałem małą reputację związaną z kobietami. Nadal rzucali uwagami, kiedy
zatrzymałem się pod drzewem. Jej plecy były zwrócone do mnie. Miała typ włosów,
w które chciało się zapleść dłoń – ciemne i zmierzwione, ciągnące się aż do jej
małej talii. Moimi pierwszymi słowami do niej powinny być: Wyjdziesz za mnie? Zamiast tego zapytałem: - Czemu jesteś zła na
drzewo?
Odwróciła
się do mnie tak szybko, że się cofnąłem. Postawiła mnie na mojej osi,
chwiejnego i niepewnego. Wszystkie te uczucia były mi raczej obce. Reszta
naszej wymiany zdań pokryła bliznami moje ego.
- Tylko
pytanie, Słońce, nie atakuj. – Jasna cholera, była wroga.
- Mogę ci w czymś pomóc? – spytała
gniewnie.
- Interesowałem się dowiedzeniem,
dlaczego te drzewo sprawiło, że się nachmurzyłaś. – To było kiepskie, ale co
diabła innego miałem powiedzieć? Albo miała bardzo zły dzień, albo zawsze taka
była, a tak czy inaczej byłem zmuszony stać w cieniu i z nią rozmawiać.
Nagle wyglądała na zmęczoną. -
Próbujesz ze mną flirtować?
Cholera.
Zmieniło się to w jedno z najdziwniejszych spotkań z kobietą, jakie
kiedykolwiek miałem. Więc powiedziałem jej moje imię.
- Przepraszam, co?
- Moje imię… – Zaoferowałem jej dłoń.
Po prostu chciałem jej dotknąć. Była lodowato chłodna. Tak jakby jej osobowość
wysączała się spod jej skóry. Zabrała swoją małą rękę o wiele zbyt szybko.
- Tak, próbowałem z tobą flirtować, dopóki
mnie nie odstrzeliłaś. – Nie sądzę, że w całym moim życiu kiedykolwiek
ściskałem ręce z dziewczyną, której pragnąłem. To było niezręczne. Dla niej
też. Zmarszczyła czoło i rozglądnęła się po parkingu, jakby chciała, by ktoś
przyszedł ją uratować.
- Posłuchaj, bardzo bym chciała tutaj
postać i podnieść twojego ego pogawędeczką, ale muszę iść.
Pogawędeczką.
Właśnie wymyśliła słowo i wykorzystała je, żeby mnie obrazić. Boże. Kim do
diabła była ta kobieta? A jeśli mógłbym sprawić, by przestała być tak wroga, to
jakby smakowała? Już zaczęła się oddalać. Musiałem coś zrobić albo powiedzieć,
co sprawiłoby przynajmniej, że mnie zapamięta. Więc postanowiłem też ją
obrazić.
- Gdybyś urodziła się jako zwierzę –
byłabyś lamą – zawołałem za nią. To była prawda. Bardzo lubiłem lamy. Były
powściągliwe i zawsze patrzyły złowrogo. Kiedy się je wkurzyło, to cię
opluwały. Widziałem jak raz zdarzyło się to mojemu bratu w zoo dla dzieci.
Wtedy stały się moimi ulubionymi zwierzętami. Ale ona o tym nie wiedziała.
Wiedziała tylko, że porównywałem ją do zwierzaka. A to ją wkurzyło.
- Do zobaczenia – powiedziałem, po
czym się obróciłem. I tak będzie. Zamierzałem gonić tę chłodną, zgryźliwą
kobietę. Będę gonił ją przez całą drogę do jej pieprzonego mroźnego pałacu i go
roztopię, jeśli będę musiał. Byłem przyzwyczajony do tego, że kobiety mnie
pragnęły; ona nie chciała mieć ze mną nic wspólnego – nie chciała nawet
powiedzieć mi swojego imienia. Kiedy patrzyłem jak odchodzi, wiedziałem dwie
rzeczy: pragnąłem jej i będzie z tym wiele pracy.
Nikt nie wiedział, kim ona była.
Byłem tym niesamowicie zdezorientowany. Ta dziewczyna była tak wysoko ponad
wszystkim, iż myślałem, że każdy facet na kampusie odpowie na mój opis – długie
ciemne włosy, wściekłe oczy, talia wystarczająco mała, by można opleść wokół
niej ręce. Musiałem wykorzystać swoje kontakty w biurze rekrutacji z
dziewczyną, z którą chodziłem w liceum, a która nadal miała do mnie słabość.
- Caleb, nie wolno mi tego robić –
powiedziała, pochylając się nad blatem. Zignorowałem jej próbę zmuszenia mnie
do spojrzenia w jej dekolt.
- Tylko ten jeden raz, Rey. – Tylko
to wystarczyło.
- Dobra, budynek?
Widziałem, jak wchodziła do Conners.
- W Conners jest ponad pięćset
dziewczyn. Musisz się bardziej określić.
- Na drugim roku.
Napisała coś na swojej klawiaturze. –
Świetnie, teraz mam dwieście.
Szukałem w mózgu czegoś jeszcze.
Niebieskie dżinsy, biała bluzka, czarny lakier paznokci. Mogłem zgadnąć jej
kierunek.
- Spróbuj prawo lub filozofię –
powiedziałem. Miała taką wojowniczą osobowość, w której specjalizowali się
prawnicy. Ale wpatrywała się w drzewo, głęboko zamyślona…
Rey rozejrzała się, po czym szybko
obróciła monitor w moją stronę. Przejrzałem kolumnę fotografii. Na jednej
stronie było ich z trzydzieści. Przesuwała stronę, a ja szukałem.
- Pospiesz się, Casanovo. Mogę za to
mieć kłopoty, wiesz.
- Jej tutaj nie ma – powiedziałem po
paru sekundach. Starałem się wyglądać nonszalancko. – No cóż, chyba nie mam tym
razem szczęścia. W każdym razie, dzięki.
Rey otworzyła usta, żeby coś powiedzieć,
ale pomachałem jej szybko i wybiegłem. Było tam jej zdjęcie, trzecie od góry.
Nie chciałem postawić jej na radarze Rey – miała zły nawyk rozpuszczania plotek
o dziewczynach, które mi się podobały.
Olivia Kaspen. Aivilo. Co za idealne imię dla idealnej snobki. Uśmiechałem się
przez całą drogę powrotną do akademika.
Szukałem jej wszędzie. Nie chodziła
na siłownię. Nigdy nie była w kawiarni ani na żadnych naszych meczach. Wróciłem
do miejsca, gdzie po raz pierwszy ją widziałem i chodziłem przed jej akademikiem.
Nic. Albo była pustelniczką albo wyobraziłem sobie całą sytuację. Olivia
Kaspen. Skrzyżowanie Królewny Śnieżki i Złej Królewny. Musiałem ją znaleźć.
Tydzień później się nie uśmiechałem.
Dostrzegłem ją na trybunach na jednym z naszych ostatnich meczów sezonu.
Doszliśmy do meczu decydującego i prowadziliśmy o dziesięć punktów. W chwili
kiedy ją zobaczyłem, moja uwaga została rozproszona. Wciąż spoglądałem na
trybuny, gdzie siedziała, trzymając w dłoniach styropianowy kubek. Jedna rzecz
była pewna – ona na mnie nie patrzyła. Nie wiem, co kazało mi sądzić, iż mogę
zaimponować jej moją grą, ale próbowałem. Drużyna gości odrobiła dziesięć
punktów. Był remis. Stałem na linii do rzutu wolnego i do dzisiejszego dnia nie
wiem, co mnie opętało, żeby zrobić tę scenę, która kosztowała nas mecz.
Podbiegłem do trenera. Normalnie takie coś wywaliłoby mnie z drużyny, ale
zdarzyło mi się być wysoce respektowaną osobą na kampusie i pomagało to, że był
przyjacielem rodziny.
- Nie mogę się skupić. Muszę się
czymś zająć – powiedziałem mu.
- Caleb, musisz sobie robić teraz
jaja.
- Trenerze – powiedziałem cicho. –
Proszę dać mi dwie minuty.
Zmrużył oczy i spojrzał na mnie ponad
okularami. – Chodzi o tę dziewczynę?
Moja krew zamieniła się w lód. Mój
trener był wnikliwym facetem, ale…
- Tę, która jest zaginiona? –
dokończył.
Gapiłem się na niego beznamiętnie. O
Laurę? Chodziliśmy ze sobą, ale nic nie było poważnego. Zastanawiałem się czy
moi rodzice coś mu o tym powiedzieli. Moja matka przyjaźniła się z jej matką.
Była podekscytowana, kiedy zaczęliśmy się umawiać, ale Laura była tylko
wyglądem, zero osobowości. Niemal od razu zerwaliśmy. Nim mógłbym go poprawić,
powiedział. – Idź. Pospiesz się.
Poprosił o czas i zwołał zespół w
grupkę.
Przebiegłem po dwa schodki na raz. Im
bardziej się zbliżałem, tym bledsza ona się stawała, a bez tego była dość
blada. Gdy kucnąłem obok niej, jej oczy były szeroko otwarte i wyglądała na
gotową do ucieczki.
- Olivia – powiedziałem. – Olivia
Kaspen.
Przez chwilę wyglądała na
wstrząśniętą. Szybko się opanowała. Przebiegła oczami po mojej twarzy, po czym
nachyliła się do mnie, mówiąc. – Brawo, odkryłeś moje imię. – Potem cichszym
tonem. - Co ty, do diabła, robisz?
- Jesteś całkowitą zagadką na
kampusie – powiedziałem, przesuwając wzrokiem po linii jej ust. Nigdy w życiu
nie widziałem tak zmysłowych warg. Dlaczego tak długo zajęło mi odnalezienie
tych ust?
- Zamierzasz teraz przejść do rzeczy
czy wstrzymujesz grę, żeby przechwalać się swoimi umiejętnościami
detektywistycznymi?
O mój Boże. Jak mogłem się na to nie
roześmiać? Chciałem jej wtedy powiedzieć, że kiedyś będzie moją żoną, ale byłem
całkiem pewien, że spoliczkowałaby mnie. Postanowiłem włączyć mój urok.
Zadziałałby z każdą inną dziewczyną. Ale cholera, jeśli znowu mnie odrzuci.
- Jeśli uda mi się ten rzut, umówisz
się ze mną?
Wywróciła jedynie oczami. Jej śliczna
twarz pokazywała absolutne zdegustowanie. Potem ukradła mój tekst i nazwała
mnie pawiem.
- Zajęło ci cały tydzień wymyślenie
tego, prawda? – spytałem, uśmiechając się ironicznie. Wtedy byłem pewien, że
udawała trudną do zdobycia.
- Pewnie – odparła, wzruszając
ramionami.
- Zatem można przyznać, że myślałaś o
mnie przez cały tydzień?
Kiedy byłem dzieckiem, ciągle
oglądałem Looney Tunes. Dym zawsze wydobywał się z nosa postaci, która była rozgniewana.
Zazwyczaj unosiło to ich od razu z ziemi. Wyraz twarzy Olivii był tym dymem
wydobywającym się z jej nosa.
- Nie… i… nie, nie umówię się z tobą.
– Nawet już na mnie nie patrzyła. Chciałem złapać ją za brodę i nakierować na
mnie jej twarz.
- Czemu nie? – Początkowo chciałem
powiedzieć: Czemu, do diabła, nie?
- Bo ja jestem lamą, a ty ptakiem i
MY do siebie nie pasujemy.
- Dobra – westchnąłem. – Więc czego
to będzie wymagało? – Zachowywałem się jak nie ja. Błagałem dziewczynę, żeby
poszła ze mną na randkę. To było popieprzone.
- Nie traf.
Patrzyłem w jej zimne niebieskie oczy
i wiedziałem, że właśnie spotkałem taką dziewczynę, o której pisało się
książki. Nie było nikogo takiego, jak ona.
- Nie traf – powtórzyła – a umówię
się z tobą.
Nic więcej nie powiedziałem. Byłem
zszokowany. Wróciłem na boisko, mój umysł był tak wypchany sprzecznymi myślami,
iż myślałem, że umrę od eksplozji mózgu zanim zdołam oddać rzut. Nie
zamierzałem tego zrobić. To było szalone. Ona była szalona. Pieprzyć. Te.
Gówno.
Lecz kiedy stałem na linii do rzutu
wolnego z piłką w ręku, miałem parę sekund głębokiego zamyślenia. Byłem zły.
Powinienem był zrobić to, co przychodzi naturalnie, czyli wygrać mecz, ale
wciąż widziałem jej twarz. To jak patrzyła na mnie znad czubka jej nosa i
powiedziała „Nie traf”. W jej oczach było coś, czego nie potrafiłem zapomnieć.
Prosiła, żebym zrobił niemożliwe. Postawiła poprzeczkę wysoko i oczekiwała, że
poniosę porażkę.
Uniosłem piłkę, obejmując ją dłońmi,
jakby była ona przedłużeniem mojego ciała. Jak wiele godzin spędzałem w
tygodniu, grając w koszykówkę? Dwadzieścia… trzydzieści? Rzucenie do kosza było
dla mnie niczym – mógłbym zrobić to z zamkniętymi oczami. Ale coś w wyrazie jej
twarzy zawiązało niewidzialny sznurek wokół mojego nadgarstka, sprawiając, że
ściskałem piłkę mocniej niż normalnie. Widziałem smutne zwycięstwo na jej
twarzy, tak jakby pogodziła się z tym, że wszyscy mężczyźni są rozczarowaniem.
Myliła się, jeśli myślała, iż może przewidzieć to, co zrobię. Jeżeli jej
chciałem…
Chciałem jej.
Nie trafiłem.
Byłem stracony.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz