9.6.14

Thief - rozdział 3

Przeszłość

Pierwszy raz kiedy ją zobaczyłem – mój Boże – było tak, jakbym nigdy w życiu nie widział innej kobiety. Mój wzrok przyciągnął sposób jej chodu. Poruszała się jak woda: płynnie, zdecydowanie. Wszystko inne stawało się niewyraźną plamą i widziałem tylko ją. Jedyną stałość w kolorze. Uśmiechnąłem się, kiedy stanęła pod tym groteskowym, powykręcanym drzewem i posłała mu najbardziej nieprzyjemne spojrzenie, jakie kiedykolwiek widziałem. Nigdy wcześniej nawet nie zauważyłem tego drzewa, choć było jedną z tych rzeczy, którą gdy zobaczysz, to zastanawiasz się mogłeś ją przegapić. Jeden z moich znajomych walnął mnie w ramię, by przyciągnąć moją uwagę. Gadaliśmy o koszykówce. Trener zawiesił połowę zespołu za palenie trawki i teraz musieliśmy grać ostatnich parę meczów bez naszych najlepszych zawodników. Ale rozmowa zakończyła się w chwili, kiedy ją zobaczyłem. Podążyli za moim wzrokiem, posłali sobie znaczące spojrzenia. Miałem małą reputację związaną z kobietami. Nadal rzucali uwagami, kiedy zatrzymałem się pod drzewem. Jej plecy były zwrócone do mnie. Miała typ włosów, w które chciało się zapleść dłoń – ciemne i zmierzwione, ciągnące się aż do jej małej talii. Moimi pierwszymi słowami do niej powinny być: Wyjdziesz za mnie? Zamiast tego zapytałem: - Czemu jesteś zła na drzewo?
Odwróciła się do mnie tak szybko, że się cofnąłem. Postawiła mnie na mojej osi, chwiejnego i niepewnego. Wszystkie te uczucia były mi raczej obce. Reszta naszej wymiany zdań pokryła bliznami moje ego.
- Tylko pytanie, Słońce, nie atakuj. – Jasna cholera, była wroga.
- Mogę ci w czymś pomóc? – spytała gniewnie.
- Interesowałem się dowiedzeniem, dlaczego te drzewo sprawiło, że się nachmurzyłaś. – To było kiepskie, ale co diabła innego miałem powiedzieć? Albo miała bardzo zły dzień, albo zawsze taka była, a tak czy inaczej byłem zmuszony stać w cieniu i z nią rozmawiać.
Nagle wyglądała na zmęczoną. - Próbujesz ze mną flirtować?
Cholera. Zmieniło się to w jedno z najdziwniejszych spotkań z kobietą, jakie kiedykolwiek miałem. Więc powiedziałem jej moje imię.
- Przepraszam, co?
- Moje imię… – Zaoferowałem jej dłoń. Po prostu chciałem jej dotknąć. Była lodowato chłodna. Tak jakby jej osobowość wysączała się spod jej skóry. Zabrała swoją małą rękę o wiele zbyt szybko.
- Tak, próbowałem z tobą flirtować, dopóki mnie nie odstrzeliłaś. – Nie sądzę, że w całym moim życiu kiedykolwiek ściskałem ręce z dziewczyną, której pragnąłem. To było niezręczne. Dla niej też. Zmarszczyła czoło i rozglądnęła się po parkingu, jakby chciała, by ktoś przyszedł ją uratować.
- Posłuchaj, bardzo bym chciała tutaj postać i podnieść twojego ego pogawędeczką, ale muszę iść.
Pogawędeczką. Właśnie wymyśliła słowo i wykorzystała je, żeby mnie obrazić. Boże. Kim do diabła była ta kobieta? A jeśli mógłbym sprawić, by przestała być tak wroga, to jakby smakowała? Już zaczęła się oddalać. Musiałem coś zrobić albo powiedzieć, co sprawiłoby przynajmniej, że mnie zapamięta. Więc postanowiłem też ją obrazić.
- Gdybyś urodziła się jako zwierzę – byłabyś lamą – zawołałem za nią. To była prawda. Bardzo lubiłem lamy. Były powściągliwe i zawsze patrzyły złowrogo. Kiedy się je wkurzyło, to cię opluwały. Widziałem jak raz zdarzyło się to mojemu bratu w zoo dla dzieci. Wtedy stały się moimi ulubionymi zwierzętami. Ale ona o tym nie wiedziała. Wiedziała tylko, że porównywałem ją do zwierzaka. A to ją wkurzyło.
- Do zobaczenia – powiedziałem, po czym się obróciłem. I tak będzie. Zamierzałem gonić tę chłodną, zgryźliwą kobietę. Będę gonił ją przez całą drogę do jej pieprzonego mroźnego pałacu i go roztopię, jeśli będę musiał. Byłem przyzwyczajony do tego, że kobiety mnie pragnęły; ona nie chciała mieć ze mną nic wspólnego – nie chciała nawet powiedzieć mi swojego imienia. Kiedy patrzyłem jak odchodzi, wiedziałem dwie rzeczy: pragnąłem jej i będzie z tym wiele pracy.
Nikt nie wiedział, kim ona była. Byłem tym niesamowicie zdezorientowany. Ta dziewczyna była tak wysoko ponad wszystkim, iż myślałem, że każdy facet na kampusie odpowie na mój opis – długie ciemne włosy, wściekłe oczy, talia wystarczająco mała, by można opleść wokół niej ręce. Musiałem wykorzystać swoje kontakty w biurze rekrutacji z dziewczyną, z którą chodziłem w liceum, a która nadal miała do mnie słabość.
- Caleb, nie wolno mi tego robić – powiedziała, pochylając się nad blatem. Zignorowałem jej próbę zmuszenia mnie do spojrzenia w jej dekolt.
- Tylko ten jeden raz, Rey. – Tylko to wystarczyło.
- Dobra, budynek?
Widziałem, jak wchodziła do Conners.
- W Conners jest ponad pięćset dziewczyn. Musisz się bardziej określić.
- Na drugim roku.
Napisała coś na swojej klawiaturze. – Świetnie, teraz mam dwieście.
Szukałem w mózgu czegoś jeszcze. Niebieskie dżinsy, biała bluzka, czarny lakier paznokci. Mogłem zgadnąć jej kierunek.
- Spróbuj prawo lub filozofię – powiedziałem. Miała taką wojowniczą osobowość, w której specjalizowali się prawnicy. Ale wpatrywała się w drzewo, głęboko zamyślona…
Rey rozejrzała się, po czym szybko obróciła monitor w moją stronę. Przejrzałem kolumnę fotografii. Na jednej stronie było ich z trzydzieści. Przesuwała stronę, a ja szukałem.
- Pospiesz się, Casanovo. Mogę za to mieć kłopoty, wiesz.
- Jej tutaj nie ma – powiedziałem po paru sekundach. Starałem się wyglądać nonszalancko. – No cóż, chyba nie mam tym razem szczęścia. W każdym razie, dzięki.
Rey otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale pomachałem jej szybko i wybiegłem. Było tam jej zdjęcie, trzecie od góry. Nie chciałem postawić jej na radarze Rey – miała zły nawyk rozpuszczania plotek o dziewczynach, które mi się podobały.
Olivia Kaspen. Aivilo. Co za idealne imię dla idealnej snobki. Uśmiechałem się przez całą drogę powrotną do akademika.
Szukałem jej wszędzie. Nie chodziła na siłownię. Nigdy nie była w kawiarni ani na żadnych naszych meczach. Wróciłem do miejsca, gdzie po raz pierwszy ją widziałem i chodziłem przed jej akademikiem. Nic. Albo była pustelniczką albo wyobraziłem sobie całą sytuację. Olivia Kaspen. Skrzyżowanie Królewny Śnieżki i Złej Królewny. Musiałem ją znaleźć.

Tydzień później się nie uśmiechałem. Dostrzegłem ją na trybunach na jednym z naszych ostatnich meczów sezonu. Doszliśmy do meczu decydującego i prowadziliśmy o dziesięć punktów. W chwili kiedy ją zobaczyłem, moja uwaga została rozproszona. Wciąż spoglądałem na trybuny, gdzie siedziała, trzymając w dłoniach styropianowy kubek. Jedna rzecz była pewna – ona na mnie nie patrzyła. Nie wiem, co kazało mi sądzić, iż mogę zaimponować jej moją grą, ale próbowałem. Drużyna gości odrobiła dziesięć punktów. Był remis. Stałem na linii do rzutu wolnego i do dzisiejszego dnia nie wiem, co mnie opętało, żeby zrobić tę scenę, która kosztowała nas mecz. Podbiegłem do trenera. Normalnie takie coś wywaliłoby mnie z drużyny, ale zdarzyło mi się być wysoce respektowaną osobą na kampusie i pomagało to, że był przyjacielem rodziny.
- Nie mogę się skupić. Muszę się czymś zająć – powiedziałem mu.
- Caleb, musisz sobie robić teraz jaja.
- Trenerze – powiedziałem cicho. – Proszę dać mi dwie minuty.
Zmrużył oczy i spojrzał na mnie ponad okularami. – Chodzi o tę dziewczynę?
Moja krew zamieniła się w lód. Mój trener był wnikliwym facetem, ale…
- Tę, która jest zaginiona? – dokończył.
Gapiłem się na niego beznamiętnie. O Laurę? Chodziliśmy ze sobą, ale nic nie było poważnego. Zastanawiałem się czy moi rodzice coś mu o tym powiedzieli. Moja matka przyjaźniła się z jej matką. Była podekscytowana, kiedy zaczęliśmy się umawiać, ale Laura była tylko wyglądem, zero osobowości. Niemal od razu zerwaliśmy. Nim mógłbym go poprawić, powiedział. – Idź. Pospiesz się.
Poprosił o czas i zwołał zespół w grupkę.
Przebiegłem po dwa schodki na raz. Im bardziej się zbliżałem, tym bledsza ona się stawała, a bez tego była dość blada. Gdy kucnąłem obok niej, jej oczy były szeroko otwarte i wyglądała na gotową do ucieczki.
- Olivia – powiedziałem. – Olivia Kaspen.
Przez chwilę wyglądała na wstrząśniętą. Szybko się opanowała. Przebiegła oczami po mojej twarzy, po czym nachyliła się do mnie, mówiąc. – Brawo, odkryłeś moje imię. – Potem cichszym tonem. - Co ty, do diabła, robisz?
- Jesteś całkowitą zagadką na kampusie – powiedziałem, przesuwając wzrokiem po linii jej ust. Nigdy w życiu nie widziałem tak zmysłowych warg. Dlaczego tak długo zajęło mi odnalezienie tych ust?
- Zamierzasz teraz przejść do rzeczy czy wstrzymujesz grę, żeby przechwalać się swoimi umiejętnościami detektywistycznymi?
O mój Boże. Jak mogłem się na to nie roześmiać? Chciałem jej wtedy powiedzieć, że kiedyś będzie moją żoną, ale byłem całkiem pewien, że spoliczkowałaby mnie. Postanowiłem włączyć mój urok. Zadziałałby z każdą inną dziewczyną. Ale cholera, jeśli znowu mnie odrzuci.
- Jeśli uda mi się ten rzut, umówisz się ze mną?
Wywróciła jedynie oczami. Jej śliczna twarz pokazywała absolutne zdegustowanie. Potem ukradła mój tekst i nazwała mnie pawiem.
- Zajęło ci cały tydzień wymyślenie tego, prawda? – spytałem, uśmiechając się ironicznie. Wtedy byłem pewien, że udawała trudną do zdobycia.
- Pewnie – odparła, wzruszając ramionami.
- Zatem można przyznać, że myślałaś o mnie przez cały tydzień?
Kiedy byłem dzieckiem, ciągle oglądałem Looney Tunes. Dym zawsze wydobywał się z nosa postaci, która była rozgniewana. Zazwyczaj unosiło to ich od razu z ziemi. Wyraz twarzy Olivii był tym dymem wydobywającym się z jej nosa.
- Nie… i… nie, nie umówię się z tobą. – Nawet już na mnie nie patrzyła. Chciałem złapać ją za brodę i nakierować na mnie jej twarz.
- Czemu nie? – Początkowo chciałem powiedzieć: Czemu, do diabła, nie?
- Bo ja jestem lamą, a ty ptakiem i MY do siebie nie pasujemy.
- Dobra – westchnąłem. – Więc czego to będzie wymagało? – Zachowywałem się jak nie ja. Błagałem dziewczynę, żeby poszła ze mną na randkę. To było popieprzone.
- Nie traf.
Patrzyłem w jej zimne niebieskie oczy i wiedziałem, że właśnie spotkałem taką dziewczynę, o której pisało się książki. Nie było nikogo takiego, jak ona.
- Nie traf – powtórzyła – a umówię się z tobą.
Nic więcej nie powiedziałem. Byłem zszokowany. Wróciłem na boisko, mój umysł był tak wypchany sprzecznymi myślami, iż myślałem, że umrę od eksplozji mózgu zanim zdołam oddać rzut. Nie zamierzałem tego zrobić. To było szalone. Ona była szalona. Pieprzyć. Te. Gówno.

Lecz kiedy stałem na linii do rzutu wolnego z piłką w ręku, miałem parę sekund głębokiego zamyślenia. Byłem zły. Powinienem był zrobić to, co przychodzi naturalnie, czyli wygrać mecz, ale wciąż widziałem jej twarz. To jak patrzyła na mnie znad czubka jej nosa i powiedziała „Nie traf”. W jej oczach było coś, czego nie potrafiłem zapomnieć. Prosiła, żebym zrobił niemożliwe. Postawiła poprzeczkę wysoko i oczekiwała, że poniosę porażkę.
Uniosłem piłkę, obejmując ją dłońmi, jakby była ona przedłużeniem mojego ciała. Jak wiele godzin spędzałem w tygodniu, grając w koszykówkę? Dwadzieścia… trzydzieści? Rzucenie do kosza było dla mnie niczym – mógłbym zrobić to z zamkniętymi oczami. Ale coś w wyrazie jej twarzy zawiązało niewidzialny sznurek wokół mojego nadgarstka, sprawiając, że ściskałem piłkę mocniej niż normalnie. Widziałem smutne zwycięstwo na jej twarzy, tak jakby pogodziła się z tym, że wszyscy mężczyźni są rozczarowaniem. Myliła się, jeśli myślała, iż może przewidzieć to, co zrobię. Jeżeli jej chciałem…
Chciałem jej.
Nie trafiłem.

Byłem stracony.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz