Przeszłość
Pół roku
przed tym jak zobaczyłem Olivię w sklepie muzycznym na Butts and Glade, kupiłem
pierścionek dla Leah. Stał obok pierścionka Olivii w szufladzie ze skarpetkami
przez tydzień zanim go przeniosłem. Trzymanie ich razem nie wydawało się
właściwe. Dla Olivii kupiłem antyczny pierścionek. Elegancki. Kiedy wszystko
się rozpadło, nie wiedziałem co z nim zrobić. Sprzedać? Zastawić? Trzymać go
przez cholerną wieczność? Ostatecznie nie mogłem rozstać się z przeszłością i
został dokładnie tam, gdzie był. Dla Leah wybrałem pierścionek w stylu
księżniczki. Był ogromny, krzykliwy i zaimponowałby jej koleżankom. Planowałem
poprosić ją o rękę na wakacjach w Kolorado. Jeździliśmy tam na narty dwa razy w
roku. Zaczynał mnie męczyć cyrkiem narciarskim z jej śmiesznymi koleżkami, które
nazywały swoje dzieci imionami takimi jak Paisley, Peyton i Presley. Imionami
bez duszy. Moja matka nazwała mnie po biblijnym szpiegu. Był porywczy i
wyzywający. Rzecz jasna, imiona coś oznaczały.
Zasugerowałem,
że wybierzemy się na wycieczkę sami. Początkowo odmawiała wyjazdowi bez „jej
ludzi”, ale sądzę, że wyłapała zapach pierścionka zaręczynowego i szybko
zmieniła zdanie. Do wyjazdu pozostał miesiąc, kiedy spanikowałem. Nie była to
wewnętrzna, skryta panika. Była to alkoholowa panika, w której biegałem
codziennie po sześć mil, słuchając Eminema i Dre, a w nocy wyszukiwałem w
Google imienia Olivii, słuchając ciągle Coldplay. Odnalazłem ją. Pracowała jako
sekretarka w kancelarii adwokackiej. Nie miałem szansy, żeby ją odszukać;
miałem wypadek samochodowy i oznajmiłem swoje pierwsze zmieniające życie
kłamstwo.
W dzień,
gdy ją zobaczyłem, tkwiłem od dwóch miesięcy w moim kłamstwie o amnezji i
spędzałem czas w ogólnym sąsiedztwie, licząc, że na nią wpadnę. Nigdy tak
naprawdę nie poszedłem do jej pracy – Olivia brała siebie o wiele zbyt
poważnie, żeby dobrze to znieść, ale brałem pod uwagę zakradnięcie się do niej
na parkingu. I być może bym to zrobił, gdyby nie weszła tamtego dnia do Music
Mushroom. Zamierzałem wyznać jej prawdę; jak okłamałem moich przyjaciół oraz
rodzinę, że zrobiłem to wszystko, bo nie potrafiłem pozostawić jej w
przeszłości, tak jak powinienem był to zrobić. I w ciągu ułamku sekundy, gdy
zapytałem ją o przeklętą płytę w jej ręce, wyglądała na tak spanikowaną, tak
porażoną, że jeszcze bardziej wpadłem w moje kłamstwo. Nie potrafiłem tego
zrobić. Patrzyłem, jak rozszerzają się białka jej oczu, zadrżały jej nozdrza i
decydowała się, co powiedzieć. Przynajmniej mnie nie przeklinała. To było
dobre.
- Ummm. –
Właśnie to postanowiła mi powiedzieć. Po raz pierwszy usłyszałem jej głos i nie
mogłem powstrzymać uśmiechu. Wzniósł się w kącikach moich ust i popędził do
oczu, tak jakby nie był zagubiony od trzech lat. Trzymała w ręce płytę jakiegoś
boysbandu. Wyglądała na okropnie zdezorientowaną.
- Przepraszam,
nie usłyszałem. – Okrutne było granie na jej zaskoczeniu, ale chciałem, żeby
mówiła dalej.
- Em, są w porządku – odpowiedziała. -
Niespecjalnie są w twoim stylu. – Wyczuwałem jak zaczęła się mentalnie
wycofywać. Jej ręka odkładała już płytę na półkę, oczy kierowała w stronę
drzwi. Musiałem coś zrobić. Coś powiedzieć. Przepraszam.
Byłem głupcem. Poślubiłbym cię dzisiaj, w ten właśnie dzień, gdybyś tylko się
zgodziła…
- Nie są w moim stylu? – powtórzyłem
jej słowa, próbując sformułować własne. Wyglądała w tamtej chwili na tak
samotną, że uśmiechałem się bardziej na jej piękno, niż cokolwiek innego.
- A myślisz, że jaki dokładnie jest
mój styl? – Od razu rozpoznałem swój błąd. W taki sposób flirtowaliśmy. Jeśli
chciałem zrobić jakikolwiek postęp w tym, żeby mi wybaczyła, musiałem przestać
się wygłupiać i…
- Umm, jesteś typem faceta
klasycznego rocka… ale mogę się mylić.
Miała rację, tak wiele racji.
Oddychała przez usta, jej pełne usta były rozchylone.
- Klasyczny rock? – powtórzyłem.
Znała mnie. Leah powiedziałaby pewnie, że mój styl to alternatywa. Nie, żeby
wiedziała cokolwiek o muzyce; słuchała top 100 piosenek, jakby to były biblijne
prawdy, a nie banały. Oderwałem się od gorzkich myśli o Leah, skupiając na
Olivii. Wyglądała na przestraszoną. Zobaczyłem jej minę i wtedy mnie to
uderzyło. Nie ciągnęła za sobą gniewu. Ciągnęła żal. Tak jak ja.
Istniała dla nas szansa. Z dala od
starych czasów.
- Przepraszam – powiedziałem. A potem
nadeszło kłamstwo. Mówiłem te samo od dwóch miesięcy. Przychodziło łatwo,
staczając się z mojego języka jak trucizna związków.
Chronisz ją,
wmawiałem sobie.
Chroniłem samego siebie.
Byłem tym samym samolubnym gnojkiem,
który za bardzo na nią naciskał w przeszłości. Zacząłem wychodzić. Chciałem
uciec od tego, co właśnie zrobiłem, kiedy usłyszałem, jak za mną woła. To było
to. Zamierzała mi powiedzieć, że mnie zna, a ja powiem jej, że nie mam amnezji.
Że ta cała pieprzona szarada jest przez nią. Zamiast tego weszła do jednej z
alejek. Patrzyłem jak jej ciemne włosy podskakują, kiedy przepychała się przez
ludzi stojących na jej drodze.
Moje serce biło szybko. Gdy wróciła,
trzymała w ręce płytę. Zerknąłem na nią: Pink Floyd. Mój ulubiony album z ich
kolekcji. Kupiła moje kłamstwo i przyniosła mi moją ulubioną płytę.
- Spodoba ci się to – powiedziała.
Rzuciła mi ją. Czekałem, aż powie mi, iż wie, kim jestem. Ale tego nie zrobiła.
Byłem przytłoczony każdą cholerną rzeczą, którą kiedykolwiek jej zrobiłem,
każdym kłamstwem, każdą zdradą.
Oto ona próbowała wyleczyć mnie
muzyką, a ja ją okłamywałem. Wyszedłem.
Nie miałem zamiaru już więcej jej
zobaczyć. Proszę bardzo. Miałem swoją szansę i zawaliłem sprawę. Wróciłem do
mojego mieszkania i włączyłem tę płytę, ustawiając maksymalną głośność. Mając
nadzieję, że pomoże mi to przypomnieć sobie, kim byłem. Kim zdecydowanie
chciałem być znowu. Potem znowu ją zobaczyłem. To nie było zaplanowane. To było
przeznaczenie. Nie mogłem nic poradzić. Czułem się, jakby każda sekunda,
minuta, godzina, którą spędziłem bez niej przez ostatnie trzy lata trzasnęła
mnie w twarz, kiedy patrzyłem, jak przewróciła wystawę wafelkowych rożków.
Pochyliłem się, żeby pomóc jej je zebrać. Jej włosy były krótkie, zaledwie
sięgały jej ramion. Były przycięte ukośnie, z przodu dłuższe niż z tyłu. Końce
wyglądały jakby mogły przeciąć palce, gdyby się ich dotknęło.
Nie była Olivią, którą pamiętałem z
długimi, roztrzepanymi włosami i dzikim spojrzeniem w oczach. Ta Olivia była
łagodniejsza, bardziej pod kontrolą. Bardziej ważyła to, co mówiła niż waliła
prosto z mostu. Jej oczy nie miały tego samego światła, co kiedyś.
Zastanawiałem się czy to ja jej to zabrałem. To mnie zabolało. Boże – tak
bardzo. Chciałem przywrócić światełko w jej oczach.
Poszedłem prosto do Leah.
Powiedziałem jej, że nie mogę kontynuować tego, co robimy. Zrozumiała to tak,
że nie mogę być w związku z kimś, kogo nie pamiętam.
- Caleb, wiem, że czujesz się teraz
zagubiony, ale kiedy wróci ci pamięć, to wszystko nabierze sensu – powiedziała.
Kiedy wróciła mi pamięć, nic nie
miało sensu. Dlatego skłamałem.
Potrząsnąłem głową. – Potrzebuję
czasu, Leah. Przepraszam. Wiem, że to bałagan. Nie chcę cię ranić, ale muszę
zająć się paroma rzeczami.
Spojrzała na mnie, jakbym był
podrobioną torebką. Widziałem te spojrzenie bilion razy. Zdegustowanie,
zdezorientowanie, jak ktoś mógł tak żyć. Raz zrobiła złośliwą uwagę w sklepie
spożywczym, kiedy staliśmy za kobietą przeglądającą stos kuponów. Na ramieniu
miała zawieszoną torebkę Louisa Vuittona.
- Ludzie, których stać na Louisa nie
odcinają kuponów – powiedziała głośno. – Dlatego wiadomo, kiedy to jest
podróbka.
- Może ludzie, którzy odcinają kupony
oszczędzają pieniądze, żeby było ich stać na markowe torebki – odparowałem. –
Przestań być taka płytka i krytyczna.
Dąsała się przez dwa dni. Twierdziła,
że bardziej ją zaatakowałem niż obroniłem. Kłóciliśmy się o to, jak stawiała
przedmioty ponad ludźmi. Patrzenie jak ktoś kładzie tyle wartości na
przedmiocie budziło we mnie odrazę. Kiedy wystrzeliła z mieszkania, miałem dwa
dni spokoju, podczas których poważnie brałem pod uwagę zakończenie z nią
związku.
Dopóki nie pojawiła się w moim
mieszkaniu z ciastem, które upiekła, pełna przeprosin. Przyniosła ze sobą jedną
ze swoich torebek Chanel i patrzyłem zafascynowany, jak wyciągnęła nożyczki z
torebki i rozcięła ją przy mnie. Wydawał się to taki szczery i skruszony gest,
że złagodniałem. Ona się nie zmieniła. Ja chyba też nie. Wciąż byłem zakochany
w innej kobiecie. Nadal udawałem z nią związek. Dalej byłem zbyt niepewny, żeby
cokolwiek z tym zrobić.
Ale teraz byłem zmęczony.
- Muszę iść – powiedziałem, wstając.
– Spotykam się z kimś na kawę.
- Dziewczyna? – zapytała od razu.
- Tak.
Spojrzeliśmy sobie w oczy. Gdzie
spodziewałem się zobaczyć zranienie, może łzy, wyglądała tylko na rozgniewaną.
Pocałowałem ją w czoło, zanim wyszedłem.
Być może robiłem to w niewłaściwy
sposób, samolubny sposób, cholerny tchórzliwy sposób – ale to robiłem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz