7.7.14

Thief - rozdział 15

Przeszłość

Pół roku przed tym jak zobaczyłem Olivię w sklepie muzycznym na Butts and Glade, kupiłem pierścionek dla Leah. Stał obok pierścionka Olivii w szufladzie ze skarpetkami przez tydzień zanim go przeniosłem. Trzymanie ich razem nie wydawało się właściwe. Dla Olivii kupiłem antyczny pierścionek. Elegancki. Kiedy wszystko się rozpadło, nie wiedziałem co z nim zrobić. Sprzedać? Zastawić? Trzymać go przez cholerną wieczność? Ostatecznie nie mogłem rozstać się z przeszłością i został dokładnie tam, gdzie był. Dla Leah wybrałem pierścionek w stylu księżniczki. Był ogromny, krzykliwy i zaimponowałby jej koleżankom. Planowałem poprosić ją o rękę na wakacjach w Kolorado. Jeździliśmy tam na narty dwa razy w roku. Zaczynał mnie męczyć cyrkiem narciarskim z jej śmiesznymi koleżkami, które nazywały swoje dzieci imionami takimi jak Paisley, Peyton i Presley. Imionami bez duszy. Moja matka nazwała mnie po biblijnym szpiegu. Był porywczy i wyzywający. Rzecz jasna, imiona coś oznaczały.
Zasugerowałem, że wybierzemy się na wycieczkę sami. Początkowo odmawiała wyjazdowi bez „jej ludzi”, ale sądzę, że wyłapała zapach pierścionka zaręczynowego i szybko zmieniła zdanie. Do wyjazdu pozostał miesiąc, kiedy spanikowałem. Nie była to wewnętrzna, skryta panika. Była to alkoholowa panika, w której biegałem codziennie po sześć mil, słuchając Eminema i Dre, a w nocy wyszukiwałem w Google imienia Olivii, słuchając ciągle Coldplay. Odnalazłem ją. Pracowała jako sekretarka w kancelarii adwokackiej. Nie miałem szansy, żeby ją odszukać; miałem wypadek samochodowy i oznajmiłem swoje pierwsze zmieniające życie kłamstwo.

W dzień, gdy ją zobaczyłem, tkwiłem od dwóch miesięcy w moim kłamstwie o amnezji i spędzałem czas w ogólnym sąsiedztwie, licząc, że na nią wpadnę. Nigdy tak naprawdę nie poszedłem do jej pracy – Olivia brała siebie o wiele zbyt poważnie, żeby dobrze to znieść, ale brałem pod uwagę zakradnięcie się do niej na parkingu. I być może bym to zrobił, gdyby nie weszła tamtego dnia do Music Mushroom. Zamierzałem wyznać jej prawdę; jak okłamałem moich przyjaciół oraz rodzinę, że zrobiłem to wszystko, bo nie potrafiłem pozostawić jej w przeszłości, tak jak powinienem był to zrobić. I w ciągu ułamku sekundy, gdy zapytałem ją o przeklętą płytę w jej ręce, wyglądała na tak spanikowaną, tak porażoną, że jeszcze bardziej wpadłem w moje kłamstwo. Nie potrafiłem tego zrobić. Patrzyłem, jak rozszerzają się białka jej oczu, zadrżały jej nozdrza i decydowała się, co powiedzieć. Przynajmniej mnie nie przeklinała. To było dobre.
- Ummm. – Właśnie to postanowiła mi powiedzieć. Po raz pierwszy usłyszałem jej głos i nie mogłem powstrzymać uśmiechu. Wzniósł się w kącikach moich ust i popędził do oczu, tak jakby nie był zagubiony od trzech lat. Trzymała w ręce płytę jakiegoś boysbandu. Wyglądała na okropnie zdezorientowaną.
- Przepraszam, nie usłyszałem. – Okrutne było granie na jej zaskoczeniu, ale chciałem, żeby mówiła dalej.
- Em, są w porządku – odpowiedziała. - Niespecjalnie są w twoim stylu. – Wyczuwałem jak zaczęła się mentalnie wycofywać. Jej ręka odkładała już płytę na półkę, oczy kierowała w stronę drzwi. Musiałem coś zrobić. Coś powiedzieć. Przepraszam. Byłem głupcem. Poślubiłbym cię dzisiaj, w ten właśnie dzień, gdybyś tylko się zgodziła…
- Nie są w moim stylu? – powtórzyłem jej słowa, próbując sformułować własne. Wyglądała w tamtej chwili na tak samotną, że uśmiechałem się bardziej na jej piękno, niż cokolwiek innego.
- A myślisz, że jaki dokładnie jest mój styl? – Od razu rozpoznałem swój błąd. W taki sposób flirtowaliśmy. Jeśli chciałem zrobić jakikolwiek postęp w tym, żeby mi wybaczyła, musiałem przestać się wygłupiać i…
- Umm, jesteś typem faceta klasycznego rocka… ale mogę się mylić.
Miała rację, tak wiele racji. Oddychała przez usta, jej pełne usta były rozchylone.
- Klasyczny rock? – powtórzyłem. Znała mnie. Leah powiedziałaby pewnie, że mój styl to alternatywa. Nie, żeby wiedziała cokolwiek o muzyce; słuchała top 100 piosenek, jakby to były biblijne prawdy, a nie banały. Oderwałem się od gorzkich myśli o Leah, skupiając na Olivii. Wyglądała na przestraszoną. Zobaczyłem jej minę i wtedy mnie to uderzyło. Nie ciągnęła za sobą gniewu. Ciągnęła żal. Tak jak ja.
Istniała dla nas szansa. Z dala od starych czasów.
- Przepraszam – powiedziałem. A potem nadeszło kłamstwo. Mówiłem te samo od dwóch miesięcy. Przychodziło łatwo, staczając się z mojego języka jak trucizna związków.
Chronisz ją, wmawiałem sobie.
Chroniłem samego siebie.
Byłem tym samym samolubnym gnojkiem, który za bardzo na nią naciskał w przeszłości. Zacząłem wychodzić. Chciałem uciec od tego, co właśnie zrobiłem, kiedy usłyszałem, jak za mną woła. To było to. Zamierzała mi powiedzieć, że mnie zna, a ja powiem jej, że nie mam amnezji. Że ta cała pieprzona szarada jest przez nią. Zamiast tego weszła do jednej z alejek. Patrzyłem jak jej ciemne włosy podskakują, kiedy przepychała się przez ludzi stojących na jej drodze.
Moje serce biło szybko. Gdy wróciła, trzymała w ręce płytę. Zerknąłem na nią: Pink Floyd. Mój ulubiony album z ich kolekcji. Kupiła moje kłamstwo i przyniosła mi moją ulubioną płytę.
- Spodoba ci się to – powiedziała. Rzuciła mi ją. Czekałem, aż powie mi, iż wie, kim jestem. Ale tego nie zrobiła. Byłem przytłoczony każdą cholerną rzeczą, którą kiedykolwiek jej zrobiłem, każdym kłamstwem, każdą zdradą.
Oto ona próbowała wyleczyć mnie muzyką, a ja ją okłamywałem. Wyszedłem.

Nie miałem zamiaru już więcej jej zobaczyć. Proszę bardzo. Miałem swoją szansę i zawaliłem sprawę. Wróciłem do mojego mieszkania i włączyłem tę płytę, ustawiając maksymalną głośność. Mając nadzieję, że pomoże mi to przypomnieć sobie, kim byłem. Kim zdecydowanie chciałem być znowu. Potem znowu ją zobaczyłem. To nie było zaplanowane. To było przeznaczenie. Nie mogłem nic poradzić. Czułem się, jakby każda sekunda, minuta, godzina, którą spędziłem bez niej przez ostatnie trzy lata trzasnęła mnie w twarz, kiedy patrzyłem, jak przewróciła wystawę wafelkowych rożków. Pochyliłem się, żeby pomóc jej je zebrać. Jej włosy były krótkie, zaledwie sięgały jej ramion. Były przycięte ukośnie, z przodu dłuższe niż z tyłu. Końce wyglądały jakby mogły przeciąć palce, gdyby się ich dotknęło.
Nie była Olivią, którą pamiętałem z długimi, roztrzepanymi włosami i dzikim spojrzeniem w oczach. Ta Olivia była łagodniejsza, bardziej pod kontrolą. Bardziej ważyła to, co mówiła niż waliła prosto z mostu. Jej oczy nie miały tego samego światła, co kiedyś. Zastanawiałem się czy to ja jej to zabrałem. To mnie zabolało. Boże – tak bardzo. Chciałem przywrócić światełko w jej oczach.

Poszedłem prosto do Leah. Powiedziałem jej, że nie mogę kontynuować tego, co robimy. Zrozumiała to tak, że nie mogę być w związku z kimś, kogo nie pamiętam.
- Caleb, wiem, że czujesz się teraz zagubiony, ale kiedy wróci ci pamięć, to wszystko nabierze sensu – powiedziała.
Kiedy wróciła mi pamięć, nic nie miało sensu. Dlatego skłamałem.
Potrząsnąłem głową. – Potrzebuję czasu, Leah. Przepraszam. Wiem, że to bałagan. Nie chcę cię ranić, ale muszę zająć się paroma rzeczami.
Spojrzała na mnie, jakbym był podrobioną torebką. Widziałem te spojrzenie bilion razy. Zdegustowanie, zdezorientowanie, jak ktoś mógł tak żyć. Raz zrobiła złośliwą uwagę w sklepie spożywczym, kiedy staliśmy za kobietą przeglądającą stos kuponów. Na ramieniu miała zawieszoną torebkę Louisa Vuittona.
- Ludzie, których stać na Louisa nie odcinają kuponów – powiedziała głośno. – Dlatego wiadomo, kiedy to jest podróbka.
- Może ludzie, którzy odcinają kupony oszczędzają pieniądze, żeby było ich stać na markowe torebki – odparowałem. – Przestań być taka płytka i krytyczna.
Dąsała się przez dwa dni. Twierdziła, że bardziej ją zaatakowałem niż obroniłem. Kłóciliśmy się o to, jak stawiała przedmioty ponad ludźmi. Patrzenie jak ktoś kładzie tyle wartości na przedmiocie budziło we mnie odrazę. Kiedy wystrzeliła z mieszkania, miałem dwa dni spokoju, podczas których poważnie brałem pod uwagę zakończenie z nią związku.
Dopóki nie pojawiła się w moim mieszkaniu z ciastem, które upiekła, pełna przeprosin. Przyniosła ze sobą jedną ze swoich torebek Chanel i patrzyłem zafascynowany, jak wyciągnęła nożyczki z torebki i rozcięła ją przy mnie. Wydawał się to taki szczery i skruszony gest, że złagodniałem. Ona się nie zmieniła. Ja chyba też nie. Wciąż byłem zakochany w innej kobiecie. Nadal udawałem z nią związek. Dalej byłem zbyt niepewny, żeby cokolwiek z tym zrobić.

Ale teraz byłem zmęczony.
- Muszę iść – powiedziałem, wstając. – Spotykam się z kimś na kawę.
- Dziewczyna? – zapytała od razu.
- Tak.
Spojrzeliśmy sobie w oczy. Gdzie spodziewałem się zobaczyć zranienie, może łzy, wyglądała tylko na rozgniewaną. Pocałowałem ją w czoło, zanim wyszedłem.

Być może robiłem to w niewłaściwy sposób, samolubny sposób, cholerny tchórzliwy sposób – ale to robiłem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz