Teraźniejszość
Wracamy do
hotelu i przygotowujemy się na kolację. Ona pierwsza bierze prysznic, a potem
nakłada makijaż i robi sobie fryzurę, kiedy jest moja kolej. Nie całowaliśmy
się jak do tej pory. Jedynym naszym kontaktem było wcześniejsze trzymanie
dłoni. Czekam na balkonie, gdy się ubiera. Kiedy wychodzi na zewnątrz, aby
powiedzieć mi, że jest gotowa, rozjaśniają mi się oczy.
- Gapisz
się – mówi.
- Tak…
- Przez
ciebie czuję się niezręcznie.
- Przez
ciebie czuję się podniecony.
Otwiera
szeroko usta.
- Nagie
uczucia, Księżno! Jesteś w obcisłej czarnej sukience, a ja wiem jak dobrze jest
być wewnątrz ciebie.
Jej twarz
wydaje się jeszcze bardziej przerażona niż wcześniej. Obraca się, żeby odejść,
ale przyciągam ją do siebie.
- Masz na
sobie tę sukienkę tylko dlatego, że ci się ona podoba. Nie ubierasz się po to,
żeby mężczyźni na ciebie patrzyli – nienawidzisz mężczyzn. Ale twoje ciało jest
absurdalne i, i tak to się dzieje. Przy chodzie twoje biodra kołyszą się na
boki, ale nie chodzisz w taki sposób, żeby przyciągać uwagę, po prostu tak się
poruszasz – i wszyscy patrzą. Wszyscy. Kiedy słuchasz innych ludzi, nieświadomie
przygryzasz dolną wargę, a potem przesuwasz po niej zębami. A kiedy zamawiasz
wino w restauracji, bawisz się nóżką lampki wina. Przesuwasz palcami w górę i w
dół. Jesteś seksem i nawet o tym nie wiesz. Co czyni cię jeszcze seksowniejszą.
Więc jeśli mam brudne myśli, to wybacz. Jestem po prostu pod twoim urokiem, tak
jak wszyscy inni.
Oddycha
ciężko i kiwa głową. Puszczam ją i wyprowadzam z pokoju do naszego minivana.
Nie
straciła swojego dziecinnego zachwytu. Gdy dostrzega coś, czego nigdy wcześniej
nie widziała, robi się urzeczona – rozchylone usta, szeroko otwarte oczy.
Wchodzimy
do dużego holu restauracji, trzymając się za małe palce dłoni i nagle
oniemieje. Po naszej lewej stoi stanowisko hostessy, a przed nami pomieszczenie
otwiera się na dwa piętra czerwonej ściany udekorowanej pozłacanymi lustrami.
To obszerny przedpokój do drzwi restauracji prowadzący w różnych kierunkach i
jej głowa obraca się wkoło, ogarniając wszystko wzrokiem. Żarówki świetlne mają
tutaj czerwone. Wszystko świeci się w czerwonej luminescencji. Ten pokój
przypomina mi stary styl oraz seks.
- Drake –
mówię do wysokiej blondynki stojącej za ladą. Uśmiecha się, kiwa głową i szuka
mojej rezerwacji.
Olivia
puściła mój palec i chwyciła całą moją rękę. Zastanawiam się czy się boi – może
jest onieśmielona.
Schylam się
do jej ucha.
- Wszystko
w porządku, kochanie?
Potakuje.
- To
wygląda jak czerwony pokój bólu – odpowiada.
Otwieram
szeroko usta. Moja mała świętoszka rozwijała swoje horyzonty czytelnicze.
Krztuszę się śmiechem i parę ludzi odwraca się, żeby na nas spojrzeć. Mrużę
oczy.
- Czytałaś Pięćdziesiąt? – pytam cicho. Ona rumieni
się. Niesamowite! – ta kobieta jest zdolna
do rumieńców.
- Wszyscy
to czytali – odpowiada obronnie. Potem spogląda na mnie wielkimi oczami. – A
ty?
- Chciałem
zobaczyć o co tyle krzyku.
Robi mrug, mrug, mrug rzęsami.
- Nauczyłeś
się jakichś nowych technik? – pyta, nie patrząc na mnie.
Ściskam jej
rękę. – Chciałabyś mnie wypróbować i zobaczyć?
Odwraca
twarz, zaciskając usta – okropnie zażenowana.
- Caleb
Drake – odzywa się hostessa, przerywając nasze szeptanie. – Proszę tędy.
Unoszę brwi
na Olivię i podążamy za hostessą przez drzwi na końcu pomieszczenia. Jesteśmy
prowadzeni przez serię przyciemnionych korytarzy, dopóki nie wchodzimy do
kolejnego dekadenckiego czerwonego pokoju – czerwone krzesła, czerwone ściany,
czerwony dywan. Obrusy są na szczęście białe, przełamując ciągłość koloru.
Olivia zajmuje miejsce, robię to samo.
Chwilę
później do naszego stolika podchodzi kelner. Przyglądam się jej twarzy, kiedy
on przeprowadza ją przez menu wina, które jest rozmiarów słownika. Po paru
sekundach jest przytłoczona, więc odzywam się.
- Butelkę
Bertani Amarone della Valpolicella, rocznik dwutysięczny pierwszy.
Olivia
przegląda menu. Wiem, że próbuje odnaleźć cenę. Kelner kiwa mi głową z
aprobatą.
- Rzadki
wybór – mówi. – Bertani, dojrzewające przez minimum dwa lata, pochodzi z Włoch.
Winogrona są uprawiane w glebie składającej się z wulkanicznego wapnia. Potem
winogrona są suszone, dopóki nie robią się z nich rodzynki, co skutkuje winem
suchym oraz wyższą zawartością alkoholu.
Gdy oddala
się od naszego stolika, uśmiecham się do niej.
- Już
przespałam się z tobą, nie musisz zamawiać najdroższego wina w menu, żeby mi
zaimponować.
Szczerzę
się do niej. – Księżno, najdroższe wino w menu ma sześć cyfr. Zamówiłem to, co
lubię.
Przygryza
górną wargę i zdaje się skurczyć w sobie.
- Co się
dzieje?
- Zawsze
tego chciałam – chodzić do restauracji, które hodują własne krowy i posiadają
własne butelki wina. Ale czuję się niepewnie – przypominam sobie, że tak
naprawdę jestem białą biedotą z dobrą robotą.
Sięgam po
jej rękę. – Poza twoją szczególnie niewyparzoną buzią, jesteś najbardziej
elegancką kobietą, jaką spotkałem.
Uśmiecha
się słabo, jakby mi nie wierzyła. W porządku. Spędzę resztę wieczności na
przekonywaniu jej o jej wartości.
Zamawiam
jej rostbef. Zawsze jada tylko filet, bo myśli, że tak właśnie powinna.
- Nie jest
tak delikatny, ale ma więcej smaku. To jest stekowa wersja ciebie – mówię do
niej.
- Dlaczego
wiecznie porównujesz mnie do zwierząt, butów i jedzenia?
- Ponieważ
widzę świat w różnych odcieniach Olivii. Porównuję je do ciebie – nie na
odwrót.
- Wow –
odpowiada, upijając swojego wina. – Wpadłeś po uszy.
Zaczynam
śpiewać interpretację piosenki „You Got It Bad” Ushera, a ona mnie ucisza,
rozglądając się ze wstydem.
- Nigdy nie
powinieneś śpiewać – uśmiecha się – ale gdybyś może przetłumaczył ten tekst na
francuski…
- Quand vous dites que vous les aimez, et vous
savez vraiment tout ce qui sert à la matière n’ont pas d’importance
pas plus.
Wzdycha. – Wszystko brzmi lepiej po francusku –
może nawet twój śpiew.
Śmieję się, bawiąc się jej palcami.
Ten posiłek jest tutaj niezrównany. Olivia
niechętnie zgadza się, że rostbef jest lepszy od fileta. Po skończonym posiłku
jesteśmy oprowadzeni po kuchni oraz piwniczce z winem – taki jest zwyczaj w
Bern’s.
Nasz przewodnik zatrzymuje się przed zamkniętą
klatką, która przypomina bibliotekę butelek z winem. Olivia wytrzeszcza oczy,
kiedy nasz przewodnik pokazuje nam butelkę porto, którego uncja kosztuje dwa
tysiące dolarów.
- Rozkosz w ustach – mówi komicznie.
Unoszę brwi. Stoję za nią, więc oplatam ją
ramionami w talii i mówię do jej włosów. – Chcesz trochę spróbować, Księżno?
Rozkosz w twoich ustach…
Potrząsa głową na nie, ale kiwam głową naszemu
przewodnikowi. – Proszę wysłać to do Pokoju Deserowego – mówię.
Patrzy na mnie z dezorientacją. – Gdzie?
- Nasza przygoda w Bern’s jeszcze się nie
skończyła. Jest tutaj osobna część restauracji, tylko na deser.
Jesteśmy zabrani po schodach do kolejnego
przyciemnionego obszaru restauracji. W Pokoju Deserowym jest jak w labiryncie;
nie wiem czy zdołamy stąd wyjść bez pomocy. Mijamy tuzin prywatnych szklanych
kul, za którymi stoi indywidualny stolik. Każdy gość dostaje prywatność na
zjedzenie deseru. Nasz stolik stoi na tyle restauracji i jest na dwie osoby. To
dziwne i romantyczne ustawienie. Olivia wypiła dwie lampki wina, a teraz jest
zrelaksowana i uśmiechnięta. Gdy zostajemy sami, odwraca się do mnie i mówi
coś, przez co krztuszę się wodą.
- Myślisz, że moglibyśmy tutaj uprawiać seks?
Stawiam szklankę na stole i powoli mrugam. –
Jesteś pijana, prawda?
- Dawno nie piłam wina – przyznaje. – Czuję się
lekko beztroska.
- Beztroska w stylu publicznego seksu?
- Pragnę cię.
Jestem dorosłym mężczyzną, ale serce robi mi
fikołka.
- Nie – odpowiadam stanowczo. – To moja ulubiona
restauracja. Nie zostanę stąd wyrzucony, bo nie możesz zaczekać godzinę.
- Nie mogę czekać godzinę – wzdycha – proszę.
Zagryzam zęby.
- Robisz to tylko wtedy, kiedy jesteś zły – mówi,
pokazując na moją szczękę. – Jesteś zły?
- Tak.
- Dlaczego?
- Bo naprawdę chcę orzechowy deser lodowy.
Pochyla się i jej piersi napierają na stolik. –
Bardziej niż mnie?
Wstaję i chwytam ją za rękę, podnosząc ją na
nogi. – Możesz doczekać do samochodu?
Potakuje. Gdy mijamy zakręt nasz kelner wraca z
naszym porto wartym dwa tysiące pięćdziesiąt dolarów za jedną uncję. Biorę je
od niego i podaję Olivii. Wypija je jednym łykiem. Kelner krzywi się i parskam
śmiechem, podając mu moją kartę kredytową.
- Proszę się pospieszyć – mówię. Oddala się
szybko i przyciskam ją do ściany, żeby ją pocałować. – Czy to była rozkosz w
twoich ustach?
- Było w porządku – odpowiada. – Chciałabym
wsadzić do ust coś innego…
- Boże.
Całuję
ją, żeby móc go posmakować. Kiedy się odwracam, kelner wraca z moją kartą.
Szybko podpisuję paragon i wyciągam ją z restauracji.
Po
ogromnie pamiętnym kwadransie na tylnym siedzeniu auta na parkingu apteki,
jedziemy do lodziarni i zajadamy się lodami w rożkach w gorącu, na zewnątrz.
- Nie
dorastają Jaxsonowi do pięt – mówi, oblizując nadgarstek, gdzie polał się jej
lód.
Uśmiecham
się szeroko, patrząc na ruch drogowy.
-
Myślisz, że kiedykolwiek znudzi nam się to?
Zamieniamy
się rożkami i przyglądam jej się poprzez zamroczenie. Zamówiła lodziarnianą
wersję Cherry Garcia. Ja zamówiłem coś z masłem orzechowym. Obserwuję ją, kiedy
je swoje lody. Ma ten wygląd po seksie – zarumienioną skórę, potargane włosy.
Jestem zmęczony, ale z łatwością przyjąłbym następną rundę.
- Bardzo
w to wątpię, Księżno.
- Czemu?
-
Uzależnienie – odpowiadam po prostu. – Może trwać całe życie, jeśli jest
nieleczone.
- A
jakie jest leczenie?
- Nie
obchodzi mnie to.
- Mnie
również – mówi, wrzucając resztę mojego rożka do kosza i wycierając ręce o
sukienkę.
- Chodźmy.
Nasz pokój hotelowy ma jacuzzi.
Nie
trzeba prosić mnie dwa razy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz