25.7.14

Thief - rozdział 22

Teraźniejszość

Wracamy do hotelu i przygotowujemy się na kolację. Ona pierwsza bierze prysznic, a potem nakłada makijaż i robi sobie fryzurę, kiedy jest moja kolej. Nie całowaliśmy się jak do tej pory. Jedynym naszym kontaktem było wcześniejsze trzymanie dłoni. Czekam na balkonie, gdy się ubiera. Kiedy wychodzi na zewnątrz, aby powiedzieć mi, że jest gotowa, rozjaśniają mi się oczy.
- Gapisz się – mówi.
- Tak…
- Przez ciebie czuję się niezręcznie.
- Przez ciebie czuję się podniecony.
Otwiera szeroko usta.
- Nagie uczucia, Księżno! Jesteś w obcisłej czarnej sukience, a ja wiem jak dobrze jest być wewnątrz ciebie.
Jej twarz wydaje się jeszcze bardziej przerażona niż wcześniej. Obraca się, żeby odejść, ale przyciągam ją do siebie.
- Masz na sobie tę sukienkę tylko dlatego, że ci się ona podoba. Nie ubierasz się po to, żeby mężczyźni na ciebie patrzyli – nienawidzisz mężczyzn. Ale twoje ciało jest absurdalne i, i tak to się dzieje. Przy chodzie twoje biodra kołyszą się na boki, ale nie chodzisz w taki sposób, żeby przyciągać uwagę, po prostu tak się poruszasz – i wszyscy patrzą. Wszyscy. Kiedy słuchasz innych ludzi, nieświadomie przygryzasz dolną wargę, a potem przesuwasz po niej zębami. A kiedy zamawiasz wino w restauracji, bawisz się nóżką lampki wina. Przesuwasz palcami w górę i w dół. Jesteś seksem i nawet o tym nie wiesz. Co czyni cię jeszcze seksowniejszą. Więc jeśli mam brudne myśli, to wybacz. Jestem po prostu pod twoim urokiem, tak jak wszyscy inni.
Oddycha ciężko i kiwa głową. Puszczam ją i wyprowadzam z pokoju do naszego minivana.

Nie straciła swojego dziecinnego zachwytu. Gdy dostrzega coś, czego nigdy wcześniej nie widziała, robi się urzeczona – rozchylone usta, szeroko otwarte oczy.
Wchodzimy do dużego holu restauracji, trzymając się za małe palce dłoni i nagle oniemieje. Po naszej lewej stoi stanowisko hostessy, a przed nami pomieszczenie otwiera się na dwa piętra czerwonej ściany udekorowanej pozłacanymi lustrami. To obszerny przedpokój do drzwi restauracji prowadzący w różnych kierunkach i jej głowa obraca się wkoło, ogarniając wszystko wzrokiem. Żarówki świetlne mają tutaj czerwone. Wszystko świeci się w czerwonej luminescencji. Ten pokój przypomina mi stary styl oraz seks.
- Drake – mówię do wysokiej blondynki stojącej za ladą. Uśmiecha się, kiwa głową i szuka mojej rezerwacji.
Olivia puściła mój palec i chwyciła całą moją rękę. Zastanawiam się czy się boi – może jest onieśmielona.
Schylam się do jej ucha.
- Wszystko w porządku, kochanie?
Potakuje.
- To wygląda jak czerwony pokój bólu – odpowiada.
Otwieram szeroko usta. Moja mała świętoszka rozwijała swoje horyzonty czytelnicze. Krztuszę się śmiechem i parę ludzi odwraca się, żeby na nas spojrzeć. Mrużę oczy.
- Czytałaś Pięćdziesiąt? – pytam cicho. Ona rumieni się. Niesamowite! – ta kobieta jest zdolna do rumieńców.
- Wszyscy to czytali – odpowiada obronnie. Potem spogląda na mnie wielkimi oczami. – A ty?
- Chciałem zobaczyć o co tyle krzyku.
Robi mrug, mrug, mrug rzęsami.
- Nauczyłeś się jakichś nowych technik? – pyta, nie patrząc na mnie.
Ściskam jej rękę. – Chciałabyś mnie wypróbować i zobaczyć?
Odwraca twarz, zaciskając usta – okropnie zażenowana.
- Caleb Drake – odzywa się hostessa, przerywając nasze szeptanie. – Proszę tędy.
Unoszę brwi na Olivię i podążamy za hostessą przez drzwi na końcu pomieszczenia. Jesteśmy prowadzeni przez serię przyciemnionych korytarzy, dopóki nie wchodzimy do kolejnego dekadenckiego czerwonego pokoju – czerwone krzesła, czerwone ściany, czerwony dywan. Obrusy są na szczęście białe, przełamując ciągłość koloru. Olivia zajmuje miejsce, robię to samo.
Chwilę później do naszego stolika podchodzi kelner. Przyglądam się jej twarzy, kiedy on przeprowadza ją przez menu wina, które jest rozmiarów słownika. Po paru sekundach jest przytłoczona, więc odzywam się.
- Butelkę Bertani Amarone della Valpolicella, rocznik dwutysięczny pierwszy.
Olivia przegląda menu. Wiem, że próbuje odnaleźć cenę. Kelner kiwa mi głową z aprobatą.
- Rzadki wybór – mówi. – Bertani, dojrzewające przez minimum dwa lata, pochodzi z Włoch. Winogrona są uprawiane w glebie składającej się z wulkanicznego wapnia. Potem winogrona są suszone, dopóki nie robią się z nich rodzynki, co skutkuje winem suchym oraz wyższą zawartością alkoholu.
Gdy oddala się od naszego stolika, uśmiecham się do niej.
- Już przespałam się z tobą, nie musisz zamawiać najdroższego wina w menu, żeby mi zaimponować.
Szczerzę się do niej. – Księżno, najdroższe wino w menu ma sześć cyfr. Zamówiłem to, co lubię.
Przygryza górną wargę i zdaje się skurczyć w sobie.
- Co się dzieje?
- Zawsze tego chciałam – chodzić do restauracji, które hodują własne krowy i posiadają własne butelki wina. Ale czuję się niepewnie – przypominam sobie, że tak naprawdę jestem białą biedotą z dobrą robotą.
Sięgam po jej rękę. – Poza twoją szczególnie niewyparzoną buzią, jesteś najbardziej elegancką kobietą, jaką spotkałem.
Uśmiecha się słabo, jakby mi nie wierzyła. W porządku. Spędzę resztę wieczności na przekonywaniu jej o jej wartości.
Zamawiam jej rostbef. Zawsze jada tylko filet, bo myśli, że tak właśnie powinna.
- Nie jest tak delikatny, ale ma więcej smaku. To jest stekowa wersja ciebie – mówię do niej.
- Dlaczego wiecznie porównujesz mnie do zwierząt, butów i jedzenia?
- Ponieważ widzę świat w różnych odcieniach Olivii. Porównuję je do ciebie – nie na odwrót.
- Wow – odpowiada, upijając swojego wina. – Wpadłeś po uszy.
Zaczynam śpiewać interpretację piosenki „You Got It Bad” Ushera, a ona mnie ucisza, rozglądając się ze wstydem.
- Nigdy nie powinieneś śpiewać – uśmiecha się – ale gdybyś może przetłumaczył ten tekst na francuski…
- Quand vous dites que vous les aimez, et vous savez vraiment tout ce qui sert à la matière n’ont pas d’importance pas plus.
Wzdycha. – Wszystko brzmi lepiej po francusku – może nawet twój śpiew.
Śmieję się, bawiąc się jej palcami.
Ten posiłek jest tutaj niezrównany. Olivia niechętnie zgadza się, że rostbef jest lepszy od fileta. Po skończonym posiłku jesteśmy oprowadzeni po kuchni oraz piwniczce z winem – taki jest zwyczaj w Bern’s.
Nasz przewodnik zatrzymuje się przed zamkniętą klatką, która przypomina bibliotekę butelek z winem. Olivia wytrzeszcza oczy, kiedy nasz przewodnik pokazuje nam butelkę porto, którego uncja kosztuje dwa tysiące dolarów.
- Rozkosz w ustach – mówi komicznie.
Unoszę brwi. Stoję za nią, więc oplatam ją ramionami w talii i mówię do jej włosów. – Chcesz trochę spróbować, Księżno? Rozkosz w twoich ustach…
Potrząsa głową na nie, ale kiwam głową naszemu przewodnikowi. – Proszę wysłać to do Pokoju Deserowego – mówię.
Patrzy na mnie z dezorientacją. – Gdzie?
- Nasza przygoda w Bern’s jeszcze się nie skończyła. Jest tutaj osobna część restauracji, tylko na deser.
Jesteśmy zabrani po schodach do kolejnego przyciemnionego obszaru restauracji. W Pokoju Deserowym jest jak w labiryncie; nie wiem czy zdołamy stąd wyjść bez pomocy. Mijamy tuzin prywatnych szklanych kul, za którymi stoi indywidualny stolik. Każdy gość dostaje prywatność na zjedzenie deseru. Nasz stolik stoi na tyle restauracji i jest na dwie osoby. To dziwne i romantyczne ustawienie. Olivia wypiła dwie lampki wina, a teraz jest zrelaksowana i uśmiechnięta. Gdy zostajemy sami, odwraca się do mnie i mówi coś, przez co krztuszę się wodą.
- Myślisz, że moglibyśmy tutaj uprawiać seks?
Stawiam szklankę na stole i powoli mrugam. – Jesteś pijana, prawda?
- Dawno nie piłam wina – przyznaje. – Czuję się lekko beztroska.
- Beztroska w stylu publicznego seksu?
- Pragnę cię.
Jestem dorosłym mężczyzną, ale serce robi mi fikołka.
- Nie – odpowiadam stanowczo. – To moja ulubiona restauracja. Nie zostanę stąd wyrzucony, bo nie możesz zaczekać godzinę.
- Nie mogę czekać godzinę – wzdycha – proszę.
Zagryzam zęby.
- Robisz to tylko wtedy, kiedy jesteś zły – mówi, pokazując na moją szczękę. – Jesteś zły?
- Tak.
- Dlaczego?
- Bo naprawdę chcę orzechowy deser lodowy.
Pochyla się i jej piersi napierają na stolik. – Bardziej niż mnie?
Wstaję i chwytam ją za rękę, podnosząc ją na nogi. – Możesz doczekać do samochodu?
Potakuje. Gdy mijamy zakręt nasz kelner wraca z naszym porto wartym dwa tysiące pięćdziesiąt dolarów za jedną uncję. Biorę je od niego i podaję Olivii. Wypija je jednym łykiem. Kelner krzywi się i parskam śmiechem, podając mu moją kartę kredytową.
- Proszę się pospieszyć – mówię. Oddala się szybko i przyciskam ją do ściany, żeby ją pocałować. – Czy to była rozkosz w twoich ustach?
- Było w porządku – odpowiada. – Chciałabym wsadzić do ust coś innego…
- Boże.
Całuję ją, żeby móc go posmakować. Kiedy się odwracam, kelner wraca z moją kartą. Szybko podpisuję paragon i wyciągam ją z restauracji.
Po ogromnie pamiętnym kwadransie na tylnym siedzeniu auta na parkingu apteki, jedziemy do lodziarni i zajadamy się lodami w rożkach w gorącu, na zewnątrz.
- Nie dorastają Jaxsonowi do pięt – mówi, oblizując nadgarstek, gdzie polał się jej lód.
Uśmiecham się szeroko, patrząc na ruch drogowy.
- Myślisz, że kiedykolwiek znudzi nam się to?
Zamieniamy się rożkami i przyglądam jej się poprzez zamroczenie. Zamówiła lodziarnianą wersję Cherry Garcia. Ja zamówiłem coś z masłem orzechowym. Obserwuję ją, kiedy je swoje lody. Ma ten wygląd po seksie – zarumienioną skórę, potargane włosy. Jestem zmęczony, ale z łatwością przyjąłbym następną rundę.
- Bardzo w to wątpię, Księżno.
- Czemu?
- Uzależnienie – odpowiadam po prostu. – Może trwać całe życie, jeśli jest nieleczone.
- A jakie jest leczenie?
- Nie obchodzi mnie to.
- Mnie również – mówi, wrzucając resztę mojego rożka do kosza i wycierając ręce o sukienkę.
- Chodźmy. Nasz pokój hotelowy ma jacuzzi.

Nie trzeba prosić mnie dwa razy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz