7.7.14

Thief - rozdział 17

Przeszłość

Mój gniew palił. Chciałem go zabić, powoli, własnymi rękami.
Jim… on niemal… nie chciałem myśleć o tym, co niemal zrobił. A co jeśli nie byłoby mnie w pobliżu? Do kogo by zadzwoniła? Żyła beze mnie trzy lata, musiałem sobie przypomnieć. Trzy lata osuszania własnych łez i chronienia się przed dupkami kolczatymi słowami. Nie rozpadła się beze mnie. Zrobiła się twardsza. Nie wiem czy czułem poczucie ulgi, czy może urazę. Byłem zbyt dumny, żeby przyznać własną winę w naszym upadku. Nie mówiąc więcej, nie walcząc o nią mocniej, pozwoliłem jej wierzyć, że to była jej wina. A nie była. Jej jedyną winą było jej złamanie. Brak wiedzy jak okazywać własne uczucia. Olivia była swoim własnym najgorszym wrogiem. Postanowiła coś o własnej sobie, a potem musiała sabotować tym własne szczęście. Potrzebowała rodzaju miłości, która pozostawała bez względu na wszystko. Musiała zobaczyć, że nic nie mogło obniżyć jej wartości w moich oczach. Cholera, nienawidziłem samego siebie. Ale byłem dzieckiem. Dostałem coś cennego i nie wiedziałem jak się tym zająć. Nadal nie byłem pewien czy wiedziałem jak. Ale jedno było pewne – gdyby ktoś ją dotknął, zabiłbym go. Zamierzałam go zabić. Nadrobić stracony czas, kiedy nie było mnie, żeby ją ochronić.

Szedłem spokojnie do mojego samochodu, bo mnie obserwowała. Gdy tylko wyjechałem z jej osiedla, przyspieszyłem. Spała na moim torsie, chwytając się mnie jak dziecko. Nie spałem przez całą noc, rozdarty pomiędzy chęcią jej pocieszenia, a chęcią skopania mu tyłka. Zaniosłem ją do łóżka, kiedy wschodziło słońce i wróciłem do salonu, żeby zadzwonić do paru hoteli. Gdy się obudziła, powiedziałem jej, że wymeldował się zeszłej nocy i opuścił miasto. Ale wcale tak nie było. Pijany gnojek wrócił do swojego pokoju hotelowego i zapewne odsypiał kaca.
Znalazłem go w Motelu 6. Wciąż jeździł tym samym Mustangiem 1976, którego miał w college’u. Pamiętałem go. Chudy dzieciak. Jeden z tych emocjonalnie obojnaczych ludzi, którzy nosili obcisłe spodnie, kredkę do oczu i lubili gadać o ulubionych zespołach. Nigdy nie rozumiałem, co widziała w nim Olivia. Mogła mieć każdego. Jego Mustang zaparkowany był bezpośrednio przed pokojem 78. Widziałem w nim swoje odbicie, kiedy go mijałem. Załomotałem do drzwi. Dopiero później uświadomiłem sobie, że to mógł nie być jego pokój. Usłyszałem stłumiony głos i jakiś trzask. Jim otworzył drzwi na oścież, wyglądając wściekle. Śmierdział alkoholem. Wyczuwałem go z odległości dwóch metrów. Gdy dostrzegł moją twarz, jego mina zmieniła się zaskoczenia do ciekawości… po czym wylądowała rozsądnie na strachu.
- Co do…
Wepchnąłem go do środka i zamknąłem za sobą drzwi. W pokoju śmierdziało.
Zsuwając zegarek z nadgarstka, rzuciłem go na łóżko. Potem go uderzyłam.
Opadł do tyłu, uderzając w komodę i strącając z niej lampkę. Znalazłem się przy nim, zanim mógł wstać. Podniosłem go za bluzkę, nogami szukał pod sobą gruntu.
Postawiłem go na nogach, po czym znowu zadałem mu cios.
- Caleb – odezwał się. Jedną rękę trzymał na nosie, który wykrwawiał się przez jego palce, a drugą wyciągnął w moją stronę, wnętrzem do mnie. – Byłem pijany, stary… przykro mi.
- Jest ci przykro? Gówno mnie obchodzi czy jest ci przykro.
Potrząsnął głową.
- Kurde – powiedział. – Kurde. – Pochylił się w pasie, trzymając ręce na kolanach i zaczął się śmiać.
Zaciskałem zęby tak bardzo, iż byłem pewien, że zmienią się w kurz.
- Okłamałeś ją z tą amnezją. – Śmiał się tak mocno, że ledwo co mógł mówić. Popchnąłem go.
Cofnął się chwiejnie, ale nadal się śmiał. – Jesteś tak zły jak ja, koleś. Wy dwoje, udający, że się nie znacie, to jest jak pieprzone…
Chwyciłem przód jego bluzki i rzuciłem nim w bok. Wylądował na łóżku; śmiał się tak bardzo, że trzymał się za brzuch. Rozwścieczony, znowu na niego ruszyłem.
Zanim mógł powiedzieć coś jeszcze, podniosłem go i popchnąłem na ścianę.
- Nic o nas nie wiesz.
- Nie wiem? – syknął. – Jak myślisz, kto przy niej był po tym jak ją zdradziłeś i zostawiłeś?
- Nie zdradziłem – powiedziałem przez zęby, po czym zacisnąłem szczękę. Nic nie musiałem tłumaczyć temu gnojkowi.
- Jeszcze raz się do niej odezwiesz, zabiję cię. Jeszcze raz na nią spojrzysz, zabiję cię. Odetchniesz w jej kierunku…
- Zabijesz mnie – dokończył.
Popchnął mnie, ale ten facet nie miał dosyć siły. Nie ruszyłem się.
- Zabijasz ją od dnia, kiedy ją poznałeś – parsknął. To uderzyło mnie mocno. Pomyślałem o dniu, gdy zobaczyłem ją w sklepie muzycznym i w jej oczach nie było żadnego światła. – Po co wróciłeś? Powinieneś był zostawić ją w spokoju.
Krew rozmazana była na jego twarzy, a tłuste włosy stały w kilku miejscach. Spojrzałem na niego beznamiętnie. – Myślisz, że mógłbyś ją mieć, gdybym nie wrócił?
Moje słowa uderzyły go gdzieś głęboko. Odwrócił spojrzenie i zadrżały jego nozdrza. Więc on też był w niej zakochany? Roześmiałem się, co doprowadziło go do szału. Walczył w moim uchwycie, jego twarz była lepka i poczerwieniała.
- Ona jest moja – powiedziałem mu w twarz.
- Pieprz się – odpowiedział.

Raz jeszcze go uderzyłem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz