2.4.14

Thief - rozdział 1

Teraźniejszość

Olivia. Straciłem ją trzy razy. Pierwszy raz z powodu niecierpliwości. Drugi raz z powodu kłamstwa tak gęstego, że nie mogliśmy przez nie przejść i trzecim razem – tym razem – straciłem ją z powodu Noah.
Noah. Był dobrym facetem. Sprawdziłem go. Obszernie. Ale mógłby być następcą tronu Anglii i nadal nie byłby dla niej wystarczająco dobry. Olivia jest dziełem sztuki. Trzeba wiedzieć jak ją zinterpretować, jak zobaczyć piękno pod twardymi liniami jej osobowości. Kiedy myślę, że on ma ją na takie sposoby, na jakie ja nie mogę, chcę bić go po twarzy, dopóki nic z niej nie zostanie.
Ona jest moja. Zawsze była i zawsze będzie. Przez ostatnie dziesięć lat biegamy w przeciwnych kierunkach i zderzamy się przy każdym zakręcie. Czasami dlatego, że siebie szukamy, innymi razy to przeznaczenie.
Ona ma rodzaj miłości, która może splamić twoją duszę, sprawić, że będziesz błagał, aby nie mieć tej duszy, tylko po to, żeby uciec spod czaru, który na ciebie rzuciła. W kółko próbowałem się od niej uwolnić, ale to bezcelowe. W żyłach mam jej więcej niż krwi.

Widzę ją teraz; jest w telewizji. Całe siedemdziesiąt dwa cale ekranu jest wypełnione Olivią: czarnymi włosami, ambiwalentnymi oczami, ciemnoczerwonymi paznokciami stuk, stuk, stukającymi o stół stojący przed nią. Informacyjny kanał szósty relacjonuje historię. Dobson Scott Orchard, znany gwałciciel, który porwał osiem dziewczyn w ciągu dwunastu lat, jest na rozprawie… i Olivia go broni. Przewraca mi się w żołądku. Dlaczego wzięłaby sprawę tego człowieka jest poza moim pojęciem rozumienia jej. Być może jej pogarda do siebie skłania ją do obrony bezwartościowych kryminalistów. Raz broniła moją żonę i wygrała sprawę, która mogłaby wsadzić ją za kratki na dwadzieścia lat. Teraz siedzi spokojnie obok swojego klienta, czasami nachylając się, żeby powiedzieć mu coś do ucha, jak czekają na wejście ławy przysięgłych z werdyktem. Piję moją drugą szkocką. Nie wiem czy denerwuję się za nią czy o nią. Przesuwam wzrok na jej dłonie – zawsze można dowiedzieć się, co czuje Olivia po jej rękach. Przestały stukać i są zaciśnięte w pięści, jej małe nadgarstki opierają się o brzeg stolika jakby były tam skute łańcuchem. Mam dobry widok na jej obrączkę. Nalewam sobie kolejną szklankę szkockiej, wypijam ją i odrzucam butelkę na bok. Ekran przechodzi na pokój medialny, gdzie dziennikarz mówi o tym, że ława przysięgłych obraduje od sześciu godzin – co to oznacza dla werdyktu. Niespodziewanie podskakuje w miejscu, jakby ktoś poraził go prądem. Ława przysięgłych weszła na salę sądową, gdzie za kilka minut sąd ogłosi werdykt. Przejdźmy tam teraz.
Pochylam się, opierając łokcie o kolana. Moje nogi podskakują – nerwowy nawyk – i chciałbym napić się jeszcze szkockiej. Cała sala sądowa jest na nogach. Dobson góruje nad Olivią, która wygląda obok niego jak maleńka porcelanowa laleczka. Ma na sobie niebieską jedwabną bluzkę – mój ulubiony odcień. Jej włosy są spięte do tyłu, ale fale wymykają się wsuwkom i opadają wokół jej twarzy. Jest taka piękna; opuszczam głowę, żeby uniknąć wspomnień. I tak przychodzą. Jej włosy dominują w każdym z nich, nieokiełznane i długie. Widzę je na mojej poduszce, widzę je w moich rękach, widzę je w basenie, gdzie pocałowałem ją po raz pierwszy. To pierwsza rzecz, jaką się w niej dostrzega: maleńka dziewczyna otoczona masą falowanych, ciemnych włosów. Gdy zerwaliśmy, ścięła je. Prawie nie rozpoznałem jej w sklepie muzycznym, gdzie na siebie wpadliśmy. Moje zszokowanie tym jak się zmieniła sprzyjało mojemu kłamstwu. Chciałem poznać Olivię, która ścięła swoje włosy i przedzierała się przez pokój używając tylko kłamstw. Kłamstwa, pragnienie kłamstw kobiety brzmi obłąkanie. Ale Olivia kocha cię kłamstwami. Kłamie o tym, co czuje, jak bardzo ją boli, jak bardzo cię pragnie, kiedy mówi ci, że tak nie jest. Kłamie, żeby ochronić ciebie i ją samą.
Przyglądam się jak niecierpliwie zakłada za ucho pasemko włosów. Dla niewprawnego oka jest to normalny kobiecy gest, ale widzę, w jaki sposób porusza nadgarstkiem. Jest wzburzona.
Uśmiecham się. Jednak uśmiech znika z mojej twarzy jak tylko sąd odczytuje Niewinny z powodu niepoczytalności. Na Boga – zrobiła to. Przesuwam palcami po włosach. Nie wiem czy chcę nią potrząsnąć, czy jej pogratulować. Ona opada na siedzenie, nosząc zszokowanie w brwiach. Wszyscy się ściskają, klepią ją po plecach. Uwalnia się jeszcze więcej jej włosów, gdy przyjmuje gratulacje. Dobson zostanie wysłany do instytutu dla chorych umysłowo, a nie do więzienia federalnego. Chcę zobaczyć czy go uściska, ale utrzymuje swój dystans, oferując mu tylko spięty uśmiech. Kamera kieruje się na twarz prokuratora; wygląda na wściekłego. Wszyscy wyglądają na wściekłych. Ona robi sobie wrogów – to jej specjalność. Chcę ją ochronić, ale ona nie jest moja. Mam nadzieję, że Noah jest gotowy na to zadanie.

Biorę moje klucze i idę pobiegać. Powietrze jest gęste od wilgoci; pulsuje wokół mnie, odwracając moją uwagę od myśli. Mokry jak tylko opuszczam mieszkanie, skręcam w lewo i kieruję się na plażę. To są godziny szczytu dla ruchu drogowego. Przechodzę między zderzakami, ignorując podążające za mną wzburzone spojrzenia. Mercedesy, BMW, Audi – ludziom w mojej dzielnicy nie brakuje pieniędzy. Dobrze jest pobiegać. Moje mieszkanie znajduje się milę dalej od plaży. Żeby tam się dostać trzeba przekroczyć dwa kanały wodne. Zerkam na jachty, omijając parę wózków spacerowych i myślę o mojej łodzi. Trochę minęło odkąd nad nią pracowałem. Może tego potrzebowałem, dnia z łodzią. Gdy docieram do wody skręcam mocno w lewo i biegnę wzdłuż brzegu. Tutaj radzę sobie z moim gniewem.
Biegnę dopóki już nie mogę. Potem siadam na piasku, oddychając ciężko. Muszę się ogarnąć. Jeżeli dalej będę brodzić w tym kanale uczuć, to mogę nigdy z niego nie wyjść. Wyciągając z kieszeni telefon wybieram numer domowy. Moja matka odbiera zadyszana, jakby była na jej orbitreku. Przechodzimy przez subtelności. Bez względu na sytuację, bez względu na to jak rozpaczliwy mógłby być mój głos, moja matka uprzejmie zapyta jak się mam i poda mi krótką aktualizację o jej różach. Czekam, aż skończy, a potem mówię bardziej zduszonym głosem niż zamierzałem. – Zamierzam przyjąć pracę w Londynie.
Zanim odpowiada następuje chwila zszokowanego milczenia. Jej głos jest nazbyt szczęśliwy. – Caleb, to właściwa rzecz. Dzięki Bogu, że znowu pojawiła się propozycja. Odrzuciłeś ją ostatnim razem dla tamtej dziewczyny – jaki błąd to…
Przerywam jej, mówiąc, że zadzwonię do niej jutro po rozmowie z biurem w Londynie. Ostatni raz patrzę na ocean przed powrotem do domu. Jutro lecę do Londynu.

Ale nie poleciałem.

Budzę się przez walenie. Najpierw myślę, że to remont w moim budynku. 760 reorganizują ich kuchnię. Chowam głowę pod poduszką. Ani trochę nie tłumi dźwięku. Przeklinając, odrzucam ją na bok. Walenie rozbrzmiewa bliżej domu. Przewracam się na plecy i słucham. Pokój przekrzywia się na swojej osi. Za dużo szkockiej – znowu. Walenie dochodzi z moich drzwi wejściowych. Zsuwam nogi z łóżka i zakładam parę szarych spodni od pidżamy, które znajduję na podłodze. Przechodzę przez salon, odsuwając na bok buty i kawałki ubrań, które nazbierały się od tygodni. Otwieram drzwi i wszystko zamiera. Oddech… bicie serca… myśli.
Żadne z nas nic nie mówi, kiedy przyglądamy się sobie. Potem przepycha się obok mnie i zaczyna chodzić po moim salonie, jakby pojawienie się tutaj było najbardziej naturalną rzeczą na świecie. Nadal stoję przy otwartych drzwiach, przyglądając się jej ze skonsternowaniem, gdy zwraca na mnie baterie jej oczu. Minutę zajmuje mi odezwanie się, zdanie sobie sprawy, że to naprawdę się działo. Słyszę jak ktoś używa wiertarki w mieszkaniu na górze. Dostrzegam ptaka przecinającego niebo, tuż przy moim oknie, ale mówię sobie, że moje zmysły okłamują mnie, co do niej. Nie może tutaj być po tych wszystkich latach.
- Co ty tutaj robisz, Księżno?
Przyglądam się jej; pochłaniam ją. Wygląda maniakalnie, jej włosy splecione w warkocza spływają po jej plecach, ale niektóre ich pasemka okalają jej twarz. Jej oczy obramowane są proszkiem antymonowym, pełne emocji. Nigdy nie widziałem u niej takiego makijażu. Rozkłada szeroko ramiona; to jest gniewny gest. Przygotowuję się na sznurek wykrzykników, który zazwyczaj nadchodzi z jej złością.
- Co? Już się nie myjesz?
Nie tego oczekiwałem. Zamykam nogą drzwi i przejeżdżam ręką po karku. Nie goliłem się od trzech dni i mam na sobie tylko spodnie od pidżamy. Mój dom wygląda jak pokój w akademiku.
Podchodzę ostrożnie do kanapy, jakby to nie był mój własny salon i siadam niewygodnie. Obserwuję jej chód.
Nagle się zatrzymuje. – Puściłam go na wolność. Dałam mu wrócić na ulicę. On jest pieprzonym psycholem! – Uderza pięścią w otwartą dłoń przy ostatnim zdaniu. Jej stopa dotyka pustej butelki szkockiej, która toczy się po drewnianej podłodze. Oboje podążamy za nią spojrzeniem, dopóki nie znika pod stołem.
- Co się z tobą dzieje, do cholery? – pyta, rozglądając się.
Odchylam się i splatam ręce na karku. Śledzę jej wzrok, który ogarnia katastrofę, którą jest moje mieszkanie.
- Powinnaś była o tym pomyśleć zanim wzięłaś tę sprawę.
Wygląda na gotową, żeby mnie uderzyć. Przenosi wzrok na moje włosy, zjeżdża na moją brodę, zatrzymuje się chwilę na moim torsie i wraca do mojej twarzy. Niespodziewanie wygląda jakby otrzeźwiała. Dostrzegam to w jej oczach, świadomość, że tutaj przyszła, a nie powinna. Oboje wykonujemy ruch w tym samym czasie. Ona rzuca się do drzwi; ja blokuję jej drogę.
Utrzymuje swój dystans, przygryzając zębami dolną wargę, pomalowane oczy wyglądają na mniej pewne.
- Twój ruch – mówię.
Widzę drgnięcie jej gardła, kiedy przełyka swoje myśli, przełyka nasze dziesięć lat.
- W porządku… w porządku! – mówi w końcu. Obchodzi kanapę i siada na leżance. Zaczęliśmy naszą zwykłą grę w kota i myszkę. Pasuje mi to.
Siadam na dwuosobowej kanapie i patrzę na nią oczekująco. Używa kciuka do obracania jej obrączki. Gdy zauważa, że patrzę – przestaje. Prawie się śmieję, kiedy podnosi nogę na leżankę i kładzie się jakby tutaj należała.
- Masz colę?
Wstaję i przynoszę jej butelkę z lodówki. Nie piję coli, ale zawsze mam ją w lodówce. Może jest dla niej. Sam nie wiem. Odkręca nakrętkę, przyciskając butelkę do ust i wypija ją duszkiem. Uwielbia palenie.
Gdy kończy, ociera usta tyłem dłoni i patrzy na mnie jakbym był wężem. Ona jest wężem.
- Powinniśmy spróbować być przyjaciółmi?
Rozkładam ręce i przechylam głowę, jakbym nie wiedział o czym mówi. Wiem. Nie możemy trzymać się od siebie z daleka, więc jaka jest alternatywa? Dostaje czkawki od coli.
- Wiesz, nigdy nie spotkałam kogoś, kto potrafi powiedzieć tyle co ty bez wypowiedzenia choć jednego słowa – mówi gniewnie.
Uśmiecham się szeroko. Zazwyczaj gdy pozwalałem jej mówić i jej nie przerywałem, to mówiła mi więcej niż zamierzała.
- Nienawidzę się. Równie dobrze mogłabym być tą osobą, która wypuściła na wolność Casey’a pieprzonego Anthony’ego.
- Gdzie jest Noah?
- W Niemczech.
Unoszę brwi. – Nie było go w kraju na werdykt?
- Zamknij się. Nie wiedzieliśmy jak długo zajmą im obrady.
- Powinnaś świętować. – Odchylam się i kładę ramiona na oparciu kanapy.
Zaczyna płakać ze stoicką miną, łzy wypływają z niej jak z odkręconego kranu.
Zostaję tam, gdzie jestem. Chcę ją pocieszyć, ale kiedy jej dotknę, to trudno będzie przestać.
- Pamiętasz ten moment w college’u, kiedy zaczęłaś płakać, bo myślałaś, że oblejesz tamten test, a profesor myślał, że masz atak?
Wybucha śmiechem. Odprężam się.
- Wykonałaś swoją robotę, Księżno – mówię cicho. – Dobrze ją wykonałaś.
Kiwa głową i podnosi się. Nasz czas dobiegł końca.
- Caleb… ja…
Kręcę głową. Nie chcę, żeby przepraszała za przyjście ani nie mówiła, że to już nigdy więcej się nie stanie.
Odprowadzam ją do drzwi.
- Czy powinnam powiedzieć, że jest mi przykro za to, co stało się z Leah? – Spogląda na mnie spod rzęs. Jej łzy zrobiły grudki z jej tuszu do rzęs. Na innej kobiecie wyglądałoby to niechlujnie, na Olivii wygląda to jak seks.
- Nie uwierzyłbym ci, gdybyś to zrobiła.
Uśmiecha się; zaczyna się to w jej oczach i powoli rozprzestrzenia się na jej wargach.
- Przyjdź do nas na kolację. Noah zawsze chciał cię poznać. – Musi widzieć na mojej twarzy sceptycyzm, bo się śmieje. – On jest świetny. Naprawdę. Przyprowadź randkę?
Przesuwam ręką po twarzy, kręcąc głową. – Kolacja z twoim mężem nie jest na mojej liście rzeczy do zrobienia przed śmiercią.
- Nie było na niej także bronienie twojej byłej żony w procesie.
Krzywię się. – Au.
- Do zobaczenia w następny wtorek o dziewiętnastej? – Puszcza mi oko i praktycznie wybiega z mojego mieszkania.
Nie zgadzam się, ale ona wie, że tam będę.

Cholera. Mam przechlapane. 

Dirty Red - epilog

Nienawiść jest ogromnym uczuciem. Jest gorąca i przytłaczająca jak ogień. Zaczyna się od wypalania twojego rozumu danego ci przez Boga, dopóki nie zostaje jedynie sterta popiołu. Potem przystępuje do twojego człowieczeństwa, rozgrzane języki przesuwają się po paru pozostałych niciach niewinności, dopóki nie zlewają się ze sobą i zmieniają w coś brzydkiego. Następie w gruzie tego, czym byłeś, nienawiść sadzi nasienie goryczy. Nasienie wyrasta w winorośl i winorośl dusi to, czego dotknie. Tam właśnie jestem; winorośl jest opleciona wokół mojej szyi tak mocno, że ledwo co mogę oddychać. Jedna ręka jest na tej winorośli, druga przyciska się do mojej klatki piersiowej, żeby powstrzymać wszystko przed wypadnięciem.
Powiedział mi, że mnie kocha. Powinien ochraniać mnie przed krzywdą, a nie wymierzać ją w najokrutniejszy sposób. Zdradził mnie. Umieram. Jestem martwa. Dlaczego dalej oddycham? Boże, nie wiem jak powstrzymać ten ból.

Wciąż mam kręgosłup. Zostałam okaleczona na inne sposoby, ale nadal mam kręgosłup. Jego ramiona były ciepłe. Teraz jedyne ciepło jakie czuję pochodzi z krwi, która nadal przepływa moimi żyłami. Tak wiem, że jestem żywa. Udawałam orgazmy. Udawałam uśmiechy. Udawałam szczęście. Caleb udawał amnezję, a potem udawał cały związek. Za to walnęłam go młotem w golenie. Myślał, że Olivia mogła go zranić, ja zranię go bardziej. Ciągle będę go ranić. A jeśli znowu za nią pójdzie powstanę i zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby ich rozdzielić. Niektórzy ludzie nigdy się nie zmieniają. Chyba jestem jedną z nich.

Dirty Red - rozdział 36

Teraźniejszość

Posłałam Sama z Estellą na górę i czekam na Caleba.
Pstryk
Pstryk
Pstryk
Dzisiaj musi wszystko pójść po mojej myśli. Puka do drzwi zamiast użyć klucza. To zły znak. Gdy otwieram drzwi jego twarz jest ponura. Nie patrzy na mnie.
- Cześć, Caleb – odzywam się.
Czeka, aż zaproszę go do środka i idzie na górę, zobaczyć Estellę. Idę za nim do pokoju dziecięcego. Sam kiwa mu głową na powitanie i Caleb bierze od niego dziecko. Ona uśmiecha się, jak tylko go widzi i potrząsa piąstkami. Czuję się trochę zazdrosna, że on tak łatwo sprawia, że się uśmiecha.
Caleb całuje oba jej policzki, a potem miejsce pod jej brodą, co doprowadza ją do chichotów. Powtarza to w kółko, aż śmieje się ona tak mocno, że uśmiechamy się oboje z Samem.
- Powinniśmy porozmawiać – mówię, stojąc w progu. Czuję się jak odrzutek, kiedy on jest w pokoju z Estellą.
Kiwa głową, nie patrząc na mnie, raz jeszcze doprowadza ją do śmiechu całusami i oddaje ją Samowi. Od razu zaczyna płakać.
Słyszę słowo Sama „Zdrajca” jak opuszczamy pokój i kierujemy się na dół. Caleb patrzy przez ramię, jakby kusiło go, żeby tam wrócić.
- Możesz zobaczyć ją potem… - mówię.
Postawiłam czajnik zanim tu przyjechał; właśnie zaczyna gwizdać, kiedy wchodzimy do kuchni. Robię mu herbatę, podczas gdy siedzi na taborecie z dłońmi złożonymi przy ustach. Nie umyka mi fakt, że jego noga podskakuje. Maczam torebkę herbaty w filiżance gorącej wody i unikam jego oczu. Zanoszę torebkę herbaty do śmietnika, kiedy pyta…
- Widziałaś się z Olivią?
Moja dłoń zamiera, herbata kapie na kafelki i na moje spodnie.
- Tak.
Teraz wiem dlaczego jego noga podskakuje.
- Zmusiłeś mnie do tego. – Naciskam dźwignię, która otwiera śmietnik i wrzucam do niego herbatę. Wyczuwam na sobie jego spojrzenie.
Przekrzywia głowę. – Naprawdę w to wierzysz, co?
Nie wiem o czym on mówi. Dotykam paznokcia kciuka.
- Zadzwoniła do ciebie? – Ta donosicielska suka, myślę gorzko. A potem w niemal panice – Co jeszcze mu powiedziała?
- Nie miałaś prawa, Leah.
- Miałam każde prawo. Kupiłeś jej dom!
- To było przed tobą – odpowiada spokojnie.
- I nigdy nie pomyślałeś, żeby mi powiedzieć? Naprawdę? Jestem twoją żoną! Ona wróciła, kiedy miałeś amnezję i okłamała cię! Nie mogłeś mi powiedzieć, że kupiłeś tej kobiecie dom?
Odwraca wzrok.
- To jest bardziej skomplikowane – mówi. – Robiłem z nią plany.
Skomplikowane? Skomplikowane to zbyt dobre słowo dla Olivii. Również definitywnie nie chcę wiedzieć o planach, jakie z nią robił. On musi zobaczyć prawdę. Muszę sprawić, żeby zobaczył prawdę.
- Sama się dowiedziałam, Caleb. O tym jak cię okłamała, gdy miałeś amnezję.
Patrzy na mnie z uniesioną brwią. Może jeśli powiem mu prawdę, to nareszcie zobaczy jaka jestem lojalna, jak bardzo go kocham. – Zapłaciłam jej, żeby opuściła miasto. Czy powiedziała ci o tym podczas rozprawy? Była chętna sprzedać cię za kilkaset dolców.
Raz oglądałam w telewizji naturalne przerwanie tamy. Pamiętam oglądanie malowniczego obrazu rzeki otoczonej drzewami. Niespodziewanie drzewa zniknęły – wessane przez upadek brzegu rzeki. Fala rozgniewanej wody pędziła zza zakrętu, ścinając wszystko na swojej drodze. To było nagłe i gwałtowne.
Widzę przerwanie tamy w oczach Caleba.
Ludzkie oczy są językiem migowym mózgu. Jeżeli ostrożnie im się przyglądasz możesz zobaczyć odegraną prawdę, surową i niestrzeżoną. Kiedy jesteś nieślubnym dzieckiem prostytutki i musisz wiedzieć co myślą twoi adopcyjni rodzice, uczysz się jak odczytywać oczy. Widzisz kłamstwo popychające prawdę, zranienie zmiecione do wgłębienia czaszki, szczęście jako szerokie światło luminescencyjne. Widzisz druzgocącą się duszę pod okropną stratą. W oczach Caleba widzę pozostałości bólu; bólu, na którym rośnie pleśń. Bólu tak głębokiego, że krew, łzy i żal nie mogą nawet mu dorównać.
Co ona ma takiego, czego nie mam ja? Jest właścicielką aktu prawnego tego domu i jego bólu. Jestem tak bardzo zazdrosna o jego ból, że odrzucam głowę do tyłu i otwieram usta, żeby wrzasnąć ze wściekłości. On mnie nie usłyszy. Bez względu na to jak głośno wykrzyczę jego imię, on mnie nie usłyszy. On słyszy tylko ją.
- Nie zrobiłaby tego – mówi.
- Zrobiła. Ona jest oszustką. Nie jest tym, kim myślisz.
- To ty zrobiłaś to w jej mieszkaniu – mówi. Jego oczy są szeroko otwarte, zaczerwienione.
Odwracam wzrok zawstydzona. Ale nie, nie jestem zawstydzona. Walczyłam o to, czego pragnęłam.
- Dlaczego ona, Caleb?
Patrzy na mnie beznamiętnie. Nie oczekuję od niego odpowiedzi. Kiedy jego głos przerywa napiętą atmosferę między nami, przestaję oddychać, żeby go usłyszeć.
- Nie wybrałem jej – załamuje mu się głos. – Miłość jest niedorzeczna. Wpadasz w nią jak do studzienki kanalizacyjnej. Potem już tylko tam tkwisz. Więcej umierasz w miłości niż żyjesz w miłości.
Nie chcę słuchać jego poetyckich analogii. Chcę wiedzieć czemu ją kocha. Dotykam palcami kolczyków w kształcie złotych obręczy, które noszę. Kupiłam je po spotkaniu się z nią w knajpie. Na mnie nie mają tego samego efektu. Gdzie jej dodawały egzotycznego wyglądu, to ja wyglądam jakbym bawiła się w przebieranki. Ściągam je z uszu i odrzucam od siebie.
Ale mogę być tym, czego on potrzebuje. Po prostu musi dać mi szansę, żebym to udowodniła.
- Musisz wrócić do domu.
Opuszcza głowę. Chcę krzyknąć – SPÓJRZ NA MNIE!
Kiedy to robi, jego oczy są surowe.
- Złożyłem papiery, Leah. To koniec.
Papiery?
Wymawiam te słowo. Wychodzi szeptem z moich ust – parzy je. – Papiery?
Moje małżeństwo jest warte więcej niż coś tak cienkiego i niematerialnego jak papiery. Nie można zakończyć czegoś tak plugawym słowem. Caleb jest mężczyzną przyzwyczajonym do stawiania na swoim. Nie teraz. Będę z nim w tym walczyć.
- Możemy iść na doradztwo. Dla Estelli.
Caleb kręci głową. – Potrzebujesz kogoś, kto będzie w stanie kochać cię tak jak na to zasługujesz. Przepraszam… - Zaciska szczękę, patrzy na mnie prawie błagająco, jakby potrzebował, żebym zrozumiała. – Nie mogę ci tego dać. Boże, chciałbym móc, Leah. Próbowałem.
Myślę o tym, naprawdę. Myślę o tym, jak przyłapałam go na patrzeniu na Olivię jakby była jedyną pieprzoną rzeczą, która miała znaczenie na całej pieprzonej planecie i o tym jak trzymał jej lody/palec w zamrażarce przez dwa lata. Jaka to była miłość? Obsesyjna? Co ona zrobiła, że podłączyła jego mózg do jej oprogramowania? Brakuje mi tchu, kiedy kończę myśleć o tych rzeczach, więc odwracam się do drzwi odbiegających od kuchni i je otwieram. Powietrze na zewnątrz jest gęste i nieruchome. Jest jak galaretka, a ja czuję się jakby każda kość w moim ciele się łamała. Przemierzam ganek i w ciągu paru sekund czuję jak bluzka przykleja się do moich pleców. Kątem oka widzę, że Caleb wyszedł za mną na zewnątrz. Trzyma ręce w kieszeniach i przygryza dolną wargę.
Grzebię w mojej torbie podstępów. Spoglądam na jego twarz: twardą, zdeterminowaną, przepraszającą. Nie chcę jego przeprosin. Chcę tego, co ma Olivia. Chcę być dla niego wystarczająca.
Szczerość jest lepka i nienawidzę tego. Zawsze ma konsekwencje, które spieprzają ci życie… Boże, wolałabym po prostu brodzić wokół prawdy i znaleźć kłamstwo, z którym mogłabym żyć. Nazywam to kompromisem. Świadomość, że mój mąż kocha kogoś innego i życie z tym… to jest prawda, której nie patrzysz w oczy, a teraz on mnie do tego zmusza.
Zatrzymuję się przed nim, trzymając ręce na biodrach.
- Nie podpiszę papierów. Będę z tobą walczyć.
Chcę go spoliczkować, kiedy mruży oczy i potrząsa głową.
- Dlaczego chcesz tego dla siebie, Leah?
Chcę dla siebie rodziny, którą stworzyłam poprzez krew, pot i trud. Chcę, żeby to wszystko miało jakieś znaczenie. Wygrałam, bezdyskusyjnie. Suka miała go w swojej pięści i odebrałam go jej. Dlaczego moja pieprzona nagroda próbuje się ze mną rozwieść? Zbieram się w sobie, zbieram wszystkie rozdarte wściekłe kawałki i związuję je razem, żebym mogła przejąć kontrolę. Bezwzględność nie działa z Calebem. Trzeba go przekonywać. On ma tęgi brytyjski honor i amerykańską praktyczność.
- Chcę tego, co przyrzekłeś mi dać! Powiedziałeś, że nigdy mnie nie zranisz! Powiedziałeś, że będzie mnie kochał na dobre i na złe!
- Tak. Nie wiedziałem… - Zakrywa twarz rękami. Nie jestem pewna czy chcę, żeby mówił dalej. Jego akcent, jego przeklęty akcent.
- Czego nie wiedziałeś, Caleb? Że nie przeszła ci twoja pierwsza miłość?
Unosi głowę. Przykułam jego uwagę.
- Znalazłam pierścionek. Po twoim wypadku. Dlaczego kupiłeś mi pierścionek, jeśli nadal ją kochałeś?
Jego twarz jest blada. Mówię dalej.
- To nie jest prawdziwe. Te uczucia, które masz są do kogoś i czegoś, co już nie istnieje. Ja jestem prawdziwa. Estella jest prawdziwa. Bądź z nami.
Nadal nic nie mówi.
Przez minutę szlocham. Skąd mu przyszło do głowy, że zna odpowiedź na szczęście? Myślałam, że ja miałam odpowiedź i spójrzcie gdzie mnie to doprowadziło. Caleb powiedział mi kiedyś, że miłość była pragnieniem, a pragnienie było pustką. Przypominam mu to. Wygląda na zszokowanego, jakby nie potrafił uwierzyć, że byłam zdolna do zrozumienia tych słów. Może za długo udawałam dla niego głupią.
- To nie takie proste, Leah.
- Zrobisz co w twojej mocy z tym co masz. Nie możesz nas zostawić. Jesteśmy twoją prawdą. – Walę pięścią w dłoń.
Przeklina, splatając palce na karku i spoglądając w niebo. Nie czuję się źle za wykorzystanie karty poczucia winy. Karta poczucia winy jest solidna. Zawsze się opłaca. Gdy przenosi na mnie spojrzenie, nie ma skruszonej miny, na jaką miałam nadzieję.
- Oboje nie wiemy jak grać w szczerość. – Wydmuchuje powietrze przez nos.
Pozwoliłabym temu komentarzowi odpłynąć, ale wyczuwam ukryte znaczenie za jego słowami i jestem zmuszona do grzebania.
- O czym mówisz?
Caleb skupia oczy na mojej twarzy. Wiercę się. – Dlaczego zrobiłaś te rzeczy? Szantażowałaś Olivię… zniszczyłaś jej mieszkanie?
Nie waham się. – Bo cię kocham.
Kiwa głową, wydając się to zaakceptować. Czuję nadzieję. Może zobaczy, że zrobiłam to w walce o miłość.
- Ty i ja tak bardzo się nie różnimy. – Rysuje coś czubkiem buta na kafelkach i uśmiecha się jakby przełknął kęs grejpfruta. Jego oczy są wyraźne i szerokie, kiedy na mnie patrzy: syropem klonowym bez słodkości.
- Leah… - wzdycha i zaciska powieki. Przygotowuję się na to co zamierza powiedzieć, ale nic nie może przygotować mnie na to, co wychodzi z jego ust.
- Tamten pierścionek był jej, Leah.
Czuję przepływający przeze mnie wstrząs, jakby to była tak fizyczna rzecz jak krew. Pędzi, ciągnie, rozrywa. Potem wymawia słowa, które zmieniają wszystko.
- Udawałem amnezję.
Słyszę każde słowo osobno. Muszę mentalnie łapać się każdego i złączać je w zdanie, żebym mogła zrozumieć. Ale nie rozumiem. Dlaczego to zrobił?
- Dlaczego? Twoja rodzina… ja… dlaczego nam to zrobiłeś?
- Olivia – mówi tylko.
Tylko tyle musi powiedzieć, żebym złączyła wszystkie kawałki układanki. Postanawiam, że nienawidzę koloru syropu klonowego. Wolałabym zakrztusić się i umrzeć na kęsie suchych naleśników niż kiedykolwiek jeszcze zjeść syrop klonowy.
- Pieprz się – mówię. Potem mówię to znowu. I znowu. I znowu. Mówię to dopóki nie siedzę w pozycji embrionalnej na ziemi i myślę tylko o tym, żeby wyrzucić każdą butelkę pieprzonego syropu klonowego z lodówki i mojego życia.
Kręci mi się w głowie. Nigdy nie czułam czegoś tak bolesnego. Moje serce rzuca się i kurczy. Wydaje się ciężkie, a potem jakby w ogóle go tam nie było – jakby Caleb wsadził rękę w moje żebra i ściskał je, dopóki te nie wybuchło. Czuję się jakby na mojej klatce piersiowej siedział tysiąctonowy słoń. Z trudem próbuję złapać się mojego zapasu, ale czuję, że zostaje mi wyrywany. Rozwija się coś wewnątrz mnie. Z niezgrabnym drgnięciem głowy przeszywam go wzrokiem z całą nienawiścią, jaką czuję.
Stoi do mnie plecami, dopóki nie przestaję płakać, a kiedy się podnoszę, odwraca się do mnie.
- Wiem, że jedyne przepraszam byłoby obrazą. Bardziej niż przepraszam za to, co zrobiłem. Poślubiłem cię, gdy cały czas należałem do kogoś innego. Wszystkich okłamywałem. Już sam siebie nie rozpoznaję.
Jestem emocjonalnie pijana. Nie wiem czy zmusić go do patrzenia jak rozcinam sobie nadgarstki czy rozciąć jego i położyć kres mojemu nieszczęściu. Moja twarz stała się bagnem łez, tuszu do rzęs i smarków z nosa. Chcę go zranić.
- Myślisz, że możesz nas zostawić i być szczęśliwy? Jej nie ma, Caleb – mówię z pogardą. – Zamężna… szczęśliwa… - Widzę jak się wzdryga i moja furia wspina się jeszcze wyżej.
Oblizuję usta i smakuję wino. Wypiłam go za dużo i mój język jest gotowy zakręcić się wokół każdego brudnego sekretu, jaki posiadam i wypluć je na niego, jeden za drugim, aż będzie dusił się od ich niewiarygodnej wagi. Chcę odebrać mu oddech, zmiażdżyć jego tchawicę, a z tego co wiem, to z pewnością mogę to zrobić.
Od czego zacząć? Zastanawiam się nad powiedzeniem mu o tym, że poznałam Noah i jest on pieprzenie seksownym Ghandim – że rozumiem dlaczego Olivia potrafiła ruszyć dalej ze swoim życiem.
Kręcę głową, łzy pieką jakbym miała w oczach sok cytrynowy. Muszę wiedzieć wszystko. Co robił przez te tygodnie, kiedy myślałam, że ona go wykorzystywała.
- Spałeś z nią – podczas twojej udawanej pieprzonej amnezji?
Następuje niewygodnie długa cisza, co uważam za wystarczającą odpowiedź.
- Tak. – Jego głos nagle staje się ochrypły.
- Czy kiedykolwiek byłeś we mnie zakochany?
Pochyla głowę, myśląc.
- Kocham cię – odpowiada – ale nie we właściwy sposób.
Zamiera we mnie serce, kiedy to do mnie dociera. Kocha mnie – nigdy nie był we mnie zakochany.
- Nie kochasz mnie tak jak kochasz Olivię.
Wzdryga się, jakbym go uderzyła. Przez chwilę znikają jego mury i widzę na jego twarzy tyle bólu, że jestem zaskoczona. Szybko to zakrywa.
Wygląda jakby było mu przykro, naprawdę – albo to może tylko mój wzrok, który jest zamazany od łez. Znowu opadam na podłogę i przyciągam kolana do klatki piersiowej.
Słyszę jak siada obok mnie. Przez długi czas żadne z nas nic nie mówi. W myślach powtarzam rok, który spędził udając amnezję, przypominam sobie rozmowy i wizyty u lekarza. Nie potrafię znaleźć ani jednego pęknięcia w jego historii. Przeglądam wspomnienia, próbując znaleźć przynajmniej chwilę w tamtym roku, gdzie wyczułam, że był nieszczery, ale nie ma żadnej. Czuję się tak głupio. Tak bardzo wykorzystana. Jak mogłam być tak zakochana w mężczyźnie, który tak chętnie mnie oszukiwał? Czuję się jak śmieć, jednorazowy i niechciany. Wiem, że jestem bałaganem; moje łzy złapały pasemka moich włosów i przykleiły je do mojej twarzy – twarzy, która zawsze pokrywa się plamami i czerwienieje, gdy płaczę. Nigdy nie pozwoliłam mu się zobaczyć w takim stanie, nawet kiedy umarł mój ojciec.
Jest tyle pytań, tyle rzeczy, które potrzebuję wiedzieć, ale mój język z uporem zostaje przyklejony do mojego podniebienia. Caleb próbował odzyskać Olivię. Nie raz, ale dwa razy – pierwszy raz, kiedy udawał amnezję, a drugi raz, gdy zatrudnił ją jako moją prawniczkę. Jeżeli tak bardzo jej chciał, to dlaczego nie zostawił mnie, gdy miał szansę? Nie w jego naturze było ociąganie się.
Trzęsę się na jego szczerość. Kłująca prawda tego jak naciskałam na niego, żeby mi się oświadczył po tym jak wykurzyłam Olivię z miasta, odbija się echem w mojej głowie. Nie. To nie jest moja wina. Nie musiał brać ze mną ślubu. Mogłam grać dziko, żeby go zatrzymać, ale myślałam, że mnie kochał, że chciał spędzić ze mną życie. Nigdy nie pokazał mi inaczej. Potem uświadamiam sobie coś innego: Caleb nie jest tak dobry, jak zawsze myślałam. Jego uczciwość, szczerość, czysty i bezinteresowny sposób w jakim opiekuje się ludźmi, których kocha… wszystko to wyparowuje w świetle tego nowego, kłamliwego Caleba. Mój Boże – robił wszystko co w jego mocy, żeby do niej dotrzeć, a ja robiłam wszystko co w mojej mocy, żeby trzymać ją z daleka.
Czy zawsze wiedziałam w podświadomości, że jestem drugim wyborem? Wiele ludzi ma pierwsze miłości, których tak naprawdę nigdy nie zapominają, ale jak miałam zdać sobie sprawę ze stopnia jego obsesji na punkcie Olivii? Jaką jestem kobietą, jeśli świadomie poślubiłam mężczyznę, który mnie nie kochał? On jest złodziejem. Ukradł moje życie; ukradł jej życie. Niech to szlag, dlaczego w ogóle myślę o jej życiu?
Moją pierwszą wyraźną myślą jest to, że chcę aby za to wszystko zapłacił. Mam irracjonalną myśl, gdzie wyobrażam sobie związanie Olivii i wrzucenie jej do Everglades, żeby pożarły ją aligatory. Oczywiście, że nigdy bym tego nie zrobiła – zatrudniłabym do tego kogoś. Przeglądam wszystkie inne emocjonalne bomby, które mogę na niego rzucić. Powiedziałam tak wiele kłamstw, że mam cały bufet, z którego mogę wybierać. Wyciągam najgorsze i pocieram brodę o bark. To go zrani, prawdopodobnie bardziej niż cokolwiek, co mogłabym zrobić albo powiedzieć o Olivii. Gotowi… do startu…

- Estella nie jest twoja.

Dirty Red - rozdział 35

Teraźniejszość

Parę dni po telefonie Cash zatrzymujemy się przy budynku z jasnobrązowym tynkiem około trzynastej godziny. Sam wysiada pierwszy i wyciąga Estellę z auta zanim jeszcze sprawdziłam mój makijaż. Moje ręce drżą, gdy otwieram drzwi. Spotykamy się na przodzie samochodu.
- W porządku? – pyta Sam.
Potakuję, nie patrząc na niego. Nie potrafię oderwać oczu od budynku. Żałuję, że założyłam obcasy. Czasami sprawiają, że czuję się pewna siebie, ale dzisiaj czuję się w nich pretensjonalnie. Idziemy w ciszy albo w takiej ciszy, na jaką pozwalają moje obcasy.
Przy recepcji podaję moje imię: Johanna Smith. Widzę jak Sam podnosi brew. Nie patrzę na niego. Boże, nie cierpię tego imienia. Powiedziałam Samowi tylko tyle, że idziemy zobaczyć moją siostrę, a nie gdzie ona była. Jesteśmy prowadzeni długim korytarzem, który pachnie środkiem odkażającym. Spoglądam na dziecko, zastanawiając się czy będzie jej przeszkadzał ten zapach. Ona śpi. Taki z niej śpioch. Uśmiecham się.
Jesteśmy zabrani do ostatniego pokoju. Zatrzymuję się w progu i Sam kładzie rękę na moim ramieniu. Nagle jest mi bardzo niedobrze. On mnie szturcha. Jest tak cholernie natarczywy.
Przechodzę przez próg. Ona siedzi na wózku inwalidzkim, twarzą do okna. Blask światła słonecznego pada promieniami na jej twarz. Wydaje się być na to obojętna, patrząc się prosto przed siebie, tak naprawdę nic nie widząc. Podchodzę do niej powoli i kucam przed nią.
- Court. – Biorę jej ręce. Są bezwładne i chłodne. – Court, to ja. – Wpatruje się w punkt za mną. Rozglądam się po pokoju – łóżko, telewizor, dwa krzesła. Nie ma tu żadnych osobistych dodatków; kwiatów czy zdjęć na ścianach tak jak w pokojach, które mijaliśmy w drodze tutaj. Patrzę znowu na Courtney.
- Przepraszam, że wcześniej nie przyszłam – mówię. – Przyprowadziłam do ciebie Estellę.
Sam, który już wyciągnął ją z fotelika, podaje mi ją. Ona trzyma sztywno szyję, kiedy ją biorę, jej duże oczka rozglądają się z niewinną ciekawością. Sadzam ją na kolanach Courtney i trzymam ją tam. Moja siostra nie porusza się, nie mruga ani nie zauważa małej obecności przyciskającej się do jej ciała. Estella wierci się po paru sekundach, więc biorę ją na ręce.
Włosy mojej siostry są tłuste i wiotkie. Są zbyt krótkie, żeby je spiąć i zwisają na jej twarzy. Wyciągam rękę i odsuwam je za jej uszy. Nienawidzę tego. Nienawidzę tego miejsca i nienawidzę tego, że jest tutaj moja siostra. Nienawidzę siebie za to, że nie przyszłam do niej szybciej. Ona tutaj nie należy. Podejmuję decyzję tu i teraz.
- Sam – mówię, podnosząc się – chcę zabrać ją do domu… do mojego domu. Mogę załatwić kogoś, kto przyjdzie pomóc.
- Okej – odpowiada. – Czekasz na moją zgodę czy… - Kręci głową i chcę walnąć go po raz dziesiąty dzisiejszego dnia.
- Po prostu ci mówię, idioto.
Uśmiecha się.
- Courtney, zabiorę cię do domu. Tylko daj mi parę dni, dobra… żebym wszystko przygotowała.
Dotykam lekko jej twarzy. Piękna, żywa Courtney, dostrzegam ją w rysach tej osoby, wysokim czole i orlim nosie. Lecz jej oczy są martwe. Dotykam tyłu jej głowy i przyciskam usta do jej czoła. Wyczuwam pod koniuszkami palców bliznę, grubą i twardą. Przełykam szloch i prostuję się. Estella czepia się mojej bluzki, jej małe piąstki trzymają mocno materiał. Wychodzę stamtąd, nie patrząc w tył, moje obcasy stukają z nowym celem.
Sam czeka z Estellą, kiedy rozmawiam z dyrektorem obiektu. Gdy wychodzimy trzymam garść broszur o opiece domowej.
Jesteśmy z powrotem w samochodzie, kiedy on odzywa się po raz pierwszy od opuszczenia pokoju Courtney.
- Zatem… Johanna?
- Zamknij się, Sam.
- To ważne pytanie, wasza królewska mość. Jeżeli nie powiesz mi dlaczego go nienawidzisz, to od tej pory będę nazywał cię Johanną.
Wzdycham. Jak dużo mu powiedzieć? Tylko Caleb o tym wiedział. A co tam, prawda? Nie wiedziałam już nawet dlaczego to był taki wielki sekret. Mój ojciec nie żył, jego imperium upadło, a moja matka była pijaczką. Dlaaaaaaczego by nie powiedzieć męskiej niańce?
- Zostałam adoptowana. Nikt o tym nie wie. Był to wielki sekret. – Potrząsam głową, unosząc kącik ust, jakby to było nic takiego. Sam cicho gwiżdże.
- W każdym razie urodziłam się w Kijowie. Moja biologiczna matka pracowała w burdelu – bla, bla, bla.
- Bla. Bla. Bla – powtarza Sam. – Wygląda na to, że jest tego trochę więcej niż bla, bla, bla.
Rzucam mu srogie spojrzenie, ciągnąc. – Moja biologiczna matka nie chciała mnie oddać. Była młoda. Szesnaście lat. Kiedy była mała, jej matka czytała jej amerykańską książkę o tytule Opowieści Johanny. Zgodziła się mnie oddać, ale tylko wtedy, jeśli rodzice nazwą mnie Johanna. Tak bardzo chcieli dziecka, że tak zrobili.
- To tak jakby świetne – mówi Sam. – Tak jakby dała ci coś od siebie.
Prycham. – Cóż… rodzice powiedzieli, że jestem adoptowana, kiedy miałam osiem lat. Możesz wyobrazić sobie mój szok. Posadzili mnie w formalnej jadalni – tylko malutka ja i oni – w tym imponującym pomieszczeniu. Tak bardzo się bałam, że miałam kłopoty; trzęsłam się przez cały czas. Gdy tylko dowiedziałam się o pochodzeniu mojego imienia, już go nie chciałam.
Sam wyciągnął rękę i ścisnął mój bark. – Rany, a ja myślałem, że to moi rodzice byli do bani.
Skrzywiłam się. – Dlatego używam drugiego imienia. Koniec.
- Czy Courtney to ich rodzona córka?
Potaknęłam.
- Co jej się stało?
- Gdy mój ojciec umarł zachorowała.
Przerywa mi. – Zachorowała?
- W głowie – odpowiadam. – Zawsze taka była. Zostały u niej zdiagnozowane zaburzenia afektywne dwubiegunowe. Wpadała w depresje i nikt nie słyszał od niej słowa przez wiele miesięcy. Tym razem nikomu nie powiedziała. Wszyscy byliśmy tak pochłonięci własnym życiem, że nikt nie sprawdził co u niej. Sądzę, że śmierć mojego ojca i wszystko co działo się z moją rozprawą posłało ją na skraj załamania nerwowego.
- Więc ona…?
Hamuję trochę zbyt mocno na czerwonym świetle, a nim zarzuca do przodu.
- Postrzeliła się. Kula otarła się o jej mózg i zdołali uratować ją na czas. Ale było zbyt wiele uszkodzenia.
- Boże – mówi. – A to jest pierwszy raz jak ją widzisz od…
- Od szpitala po tym jak to się stało.
Jego oczy są szeroko otwarte.
- Nie osądzaj mnie – mówię gniewnie. – Byłam w ciąży. Odpoczywałam w łóżku.
- Byłaś samolubną, egocentryczną suką.
Piorunuję go wzrokiem. – Bałam się.
- Czego, Leah? To twoja siostra. Boże, nie mogę uwierzyć, że dla ciebie pracuję. Niedobrze mi.
Zerkam na niego. Naprawdę wygląda na zdegustowanego. – Wszystko naprawię – mówię.
Jedziemy w ciszy przez następnych parę minut.
- O! Jamba Juice! Chcesz? – Skręcam gwałtownie na parking i ku mojej satysfakcji głowa Sama uderza o okno od strony pasażera z miłym stuknięciem.
- Przepraszam – uśmiecham się.
Pociera się po głowie, wydając się zapomnieć o pytaniu.
- Zamierzam poprosić Caleba, żeby wrócił do domu – mówię, wjeżdżając na miejsce parkingowe. Patrzę na jego twarz, sprawdzając jego reakcję.
- Nie chcę soku owocowego – odpowiada.
- Daj spokój, Sam!
Kręci głową. – Zły pomysł. Będziesz zraniona.
- Dlaczego?
Sam wzdycha. – Nie sądzę, że on jest gotowy. Caleb jest typem mężczyzny, który ma plan.
- Co to znaczy?
Sam drapie się po głowie, jakby był zakłopotany.
- Co ty wiesz? – Mrużę na niego oczy.
- Jestem facetem. Po prostu wiem.
- Jesteś gejem! Nie masz specjalnego spostrzeżenia na heteroseksualnych mężczyzn.
Potrząsa głową. – Jesteś najbardziej obraźliwą kobietą, jaką kiedykolwiek spotkałem, wiesz o tym? I nie jestem gejem.
Otwieram szeroko usta. – Co ty gadasz?
Wzrusza zażenowany ramionami. – Powiedziałem ci to, żebyś mnie nie podrywała.
Mrugam na niego. Nie może mówić poważnie. – Dlaczego myślałeś, że chciałabym cię podrywać? Fuj, Sam! Nie mogę w to uwierzyć!
Wzdycha. – Kupujemy sok czy nie?
Wysiadam z samochodu. – Nic ci nie kupuję. Zostań tutaj z dzieckiem.
Jestem taka zła, że mijam sklep Jamba Juice i muszę się wracać. Mężczyźni są bezwartościowymi kłamcami. Powinnam była wiedzieć, że on nie był gejem. Nosi za dużo poliestru, żeby być gejem. I ani razu nie widziałam, żeby przyglądał się Calebowi. Caleb jest cholernie zachwycający.
Sączę swój sok i jestem w połowie drogi do auta, kiedy zaczynam się śmiać.

Gdy wracamy do domu dzwonię do Caleba trzy razy zanim nareszcie odbiera.
- Kiedy przyjedziesz dzisiaj po Estellę miałam nadzieję, że chwilę zostaniesz, żebyśmy porozmawiali.
Następuje długa cisza, po czym odpowiada. – Tak, ja też muszę z tobą porozmawiać. – Czuję przypływ nadziei.
- Dobra, więc wszystko ustalone. Powiem Samowi, żeby został trochę dłużej niż zazwyczaj.
Słyszę jak wzdycha do telefonu.
- Dobrze, Leah. Do zobaczenia wieczorem.
Rozłącza się. Nie myślę nawet o fakcie, że nigdy nie rozłącza się bez pożegnania, dopóki nie dociera to do mnie parę minut później.


Przeszłość

Cztery miesiące po uniewinnieniu Leah wniosłem sprawę o rozwód.
Olivia
- To była moja pierwsza myśl.
Turner
- To była moja druga myśl.
Sukinsyn
- To była moja trzecia myśl. Potem złożyłem je wszystkie w jedno zdanie: Ten sukinsyn Turner zamierza poślubić Olivię!
Ile czasu miałem? Czy ona nadal mnie kochała? Mogła mi wybaczyć? Gdybym mógł odciągnąć ją od tego pieprzonego idioty, to czy moglibyśmy zbudować coś na gruzie, który stworzyliśmy? Myślenie o tym doprowadzało mnie do szału – złościło mnie. Oboje powiedzieliśmy tyle kłamstw, zgrzeszyliśmy przeciwko sobie – przeciwko wszystkim, którzy stanęli na naszej drodze. Próbowałem raz jej powiedzieć. To było podczas rozprawy. Przyszedłem wcześniej na salę sądową, żeby spróbować złapać ją samą. Miała na sobie mój ulubiony odcień błękitu – lotniskowy niebieski. To były jej urodziny.
- Wszystkiego najlepszego.
Podniosła wzrok. Moje serce bębniło od emocji, tak jak zawsze to robiło, kiedy na mnie patrzyła.
- Jestem zaskoczona, że pamiętałeś.
- Dlaczego?
- Och, jedynie zapominałeś okropnie dużo rzeczy przez parę ostatnich lat.
Uśmiechnąłem się lekko na jej docinek.
- Nigdy ciebie nie zapomniałem…
Poczułem przypływ adrenaliny. To było to – miałem wyznać całą prawdę. Wtedy wszedł do środka prokurator. Prawda została odłożona na później.

Wyprowadziłem się z domu, który dzieliłem z Leah i wróciłem do mojego mieszkania. Przemierzałem korytarze, piłem szkocką. Czekałem.
Czekałem na co? Na to, że ona przyjdzie do mnie? Na to, że ja pójdę do niej?
Podszedłem do mojej szuflady na skarpetki – niesławnego opiekuna pierścionków zaręczynowych oraz innych pamiątek – i przesunąłem palcami po spodzie. Kiedy moje palce to znalazły, poczułem czegoś przypływ. Przetarłem kciukiem leciutko zielonej powierzchni „pocałunkowego” pensa. To była ozdóbka, tani chwyt, który raz zadziałał, ale ewoluował w coś o wiele ważniejszego.
Założyłem dres i poszedłem pobiegać. Bieganie pomagało mi w myśleniu. Przetrawiałem wszystko w głowie, kierując się na plażę, mijając małą dziewczynkę i jej matkę, kiedy szły razem ręka w rękę. Uśmiechnąłem się. Dziewczynka miała długie czarne włosy i zdumiewająco niebieskie oczy – wyglądała jak Olivia. Czy tak wyglądałaby nasza córka? Przestałem biec i pochyliłem się, kładąc ręce na kolanach. Nie musiała być to sytuacja „co by było gdyby”. Nadal mogliśmy mieć naszą córkę. Wsunąłem rękę do kieszeni i wyciągnąłem pensa. Ruszyłem truchtem do mojego samochodu.
Nie było żadnej innej pory jak teraz. Jeżeli Turner stanie mi na drodze, to po prostu zrzucę go z balkonu.
Znajdowałem się jedną milę od mieszkania Olivii, kiedy dostałem telefon.
Numer, którego nie rozpoznawałem. Odebrałem.
- Caleb Drake?
- Tak? – Moje słowa były szorstkie. Skręciłem w lewo na Ocean i przycisnąłem gaz.
- Miał miejsce… incydent z pańską żoną.
- Moją żoną? – Boże, co ona teraz zrobiła? Pomyślałem o zatargu, który miała z sąsiadami o ich psa i zastanawiałem się czy zrobiła coś głupiego.
- Nazywam się doktor Letche, dzwonię z West Boca Medical Center. Panie Drake, pana żona została tu przyjęta kilka godzin temu.
Wcisnąłem hamulec, przekręciłem kierownicę tak, że opony wydały pisk i skierowałem samochód w przeciwną stronę. SUV skręcił gwałtownie, żeby mnie wyminąć i zatrąbił.
- Czy nic jej nie jest?
Lekarz chrząknął. – Połknęła butelkę tabletek nasennych. Pańska gosposia ją znalazła i zadzwoniła po pogotowie. Jest teraz w stanie stabilnym, ale chcielibyśmy, żeby pan przyjechał.
Zatrzymałem się na światłach i przeczesałem ręką włosy. To była moja wina. Wiedziałem, że ciężko przyjęła separację, ale samobójstwo. Nawet nie było to do niej podobne.
- Oczywiście – jestem w drodze.
Rozłączyłem się. Rozłączyłem się i uderzyłem pięścią w kierownicę. Niektóre rzeczy po prostu miały się nie wydarzyć.

Kiedy przyjechałem do szpitala Leah była przytomna i chciała się ze mną zobaczyć. Wszedłem do jej pokoju i stanęło mi serce. Leżała oparta o poduszki, jej włosy były gniazdem szczura, a jej skóra tak blada, że była prawie przejrzysta. Miała zamknięte oczy, więc miałem chwilę, żeby się opanować zanim mnie zobaczyła.
Gdy zrobiłem kilka kroków do jej pokoju, otworzyła oczy. Jak tylko mnie zobaczyła zaczęła płakać. Usiadłem na brzegu jej łóżka i przytuliła się do mnie, szlochając tak mocno, że czułem jak jej łzy przesiąkły moją bluzkę. Trzymałem ją tak przez długi czas.
- Leah – odezwałem się w końcu, odsuwając ją od mojego torsu i oparłem ją o poduszki. – Dlaczego?
Jej twarz była mokra i czerwona. Ciemne półksiężyce okalały jej oczy. Odwróciła wzrok.
- Zostawiłeś mnie.
Dwa słowa. Czułem tak wielkie poczucie winy, że ledwo co mogłem przełknąć ślinę.
- Caleb, proszę, wróć do domu. Jestem w ciąży.
Zamknąłem oczy.
Nie!
Nie!

Nie…