Teraźniejszość
Kołyszę się
w przód i w tył po rozłączeniu się z Calebem. Co jest ze mną nie tak? Jak
mogłam wielbić ziemię po której chodził mój ojciec po tych wszystkich latach
zaniedbania? To było żałosne. Nienawidzę siebie za to, a jednak wiem, że znowu bym
to zrobiła. A te dziecko – ona jest moją jedyną rodziną z krwi, a ja robię
wszystko, żeby trzymać się od niej z daleka. Nie zrobiła nic złego. Jaką jestem
osobą, żeby odizolowywać moje własne dziecko?
Jakim cudem
czekoladowe rodzynki mogą tak rozjaśnić umysł? To nie czekoladowe rodzynki.
Wiem o tym. To skutek tego, co powiedział mi Sam, część o tym, że jestem
lojalna niewłaściwym ludziom. Jedyną osobą, która naprawdę zasługuje na moją
lojalność jest mała dziewczynka, którą nosiłam w moim ciele. A jednak nie czuję
wobec niej właściwych uczuć. Otwieram komputer i szukam depresja poporodowa. Czytam o objawach, kiwając głową. Tak, to musi
być to. Nie ma mowy, że jestem taką złą osobą. Muszę zacząć brać leki. Jest ze
mną coś bardzo nie tak.
Rano Caleb
przywozi moje dziecko. Przyciskam ją do piersi i wącham jej główkę. Kępkę jej
rudych włosów spiął małą różową kokardką. Przyglądam się jej sukience z
kraciastej bawełny i posyłam mu nieprzyjemne spojrzenie.
- Dlaczego
ubierasz ją tak, jakby była Mary Poppins? – pytam kwaśno. Kładzie przy drzwiach
jej torbę z pieluszkami i fotelik samochodowy, zaczynając wychodzić.
- Caleb! –
wołam za nim. – Zostań. Zjedz z nami lunch.
- Muszę być
gdzieindziej, Leah. – Dostrzega rozczarowanie na mojej twarzy i dodaje o wiele
łagodniej. – Może innego dnia, co?
Czuję się
jakby ktoś mnie spoliczkował. Nie przez jego odrzucenie mojej oferty lunchu,
ale przez te bardzo proste „Co?” na końcu jego zdania. Te co jest kwaśnym wspomnieniem, boleśnie palące mój hipokamp. Myślę o
Courtney i jej wakacjach w Europie. Gdy wróciła mówiła, jakby urodziła się jako
Brytyjka.
Chcesz iść jutro do centrum handlowego, co?
Masz tę koszulkę, którą ode mnie pożyczyłaś, co?
Jesteś najgorszą siostrą na świecie, co?
Jestem
najgorszą siostrą na świecie. Courtney, która zawsze się za mną wstawiała,
zawsze przypominała moim rodzicom, że żyję… gdzie jest moja lojalność do
Courtney? Ani razu jej nie odwiedziłam odkąd…
Zamykam
nogą drzwi i zanoszę Estellę do jej pokoju. Ściągam sukienkę Mary Poppins. Bulgocze
i kopie nóżkami jakby cieszyła się, że jest od niej wolna. – Tak – szczebioczę.
– Pozwól tatusiowi ubierać cię w gimnazjum i możesz nie mieć żadnych
przyjaciół.
Uśmiecha
się.
Zaczynam
krzyczeć imię Sama. Słyszę jego ciężkie kroki, gdy biegnie po schodach. – Co…? –
pyta bez tchu. – Czy ona oddycha?
- Uśmiechnęła
się! – Klaszczę w dłonie.
Zerka przez
moje ramię. – Robi to od jakiegoś czasu.
- Nie do
mnie – kłócę się.
Patrzy na
mnie jakby urosła mi druga głowa. – Wow – mówi. – Wow. Urosło ci serce i
potrzeba było do tego tylko siedmiu paczek czekoladowych rodzynek.
Rumienię
się. – Skąd o tym wiesz?
- Cóż, wyniosłem
dziś rano śmieci, to po pierwsze. I znalazłem je na całej twojej podłodze.
Milczę
przez długi czas, ubierając Estellę w coś modniejszego. To jak ubieranie
ośmiornicy, wszystkie kończyny poruszają się równocześnie. Zastanawiam się nad
powiedzeniem Samowi, że to jego słowa trochę mną wstrząsnęły, ale nie decyduję
się na to. Zamiast tego mówię mu o Courtney. – Sam, mam siostrę.
Unosi brew.
– Świetnie. Ja też…
- Mam tutaj
poważny moment, Sam! – Pokazuje mi, żebym ciągnęła.
Czeszę
włosy Estelli. – Nie widziałam jej od długiego czasu. Nigdy nawet nie poznała
Estelli. Czy myślisz, że to może mieć coś wspólnego z moją… depresją? – Wypróbowuję
te słowo, patrząc na niego z ukosa, by zobaczyć reakcję.
- Nie
jestem lekarzem.
- Jeszcze –
mówię.
- Jeszcze –
uśmiecha się. – Ale wszystko jest możliwe. Jesteś
dość podłym człowiekiem.
Ignoruję
go, czesząc włosy Estelli.
- Więc weź
Estellę i idź się z nią zobaczyć – mówi w końcu.
- Tak –
odpowiadam. – Pójdziesz ze mną?
- Nie widzę
dlaczego…
- Dobra,
świetnie. Weź swoje rzeczy. Również potrzebuję, żebyś umówił mi wizytę ginekologiczno-położniczą.
Potrzebuję leków.
- Nie
jestem twoją sekretarką. Mieliśmy już wcześniej tę dyskusję.
- Zobacz
czy możesz załatwić coś na wtorek.
Wychodzę z
pokoju.
- Leah –
woła za mną. – Twoje dziecko…
- A tak. –
Wracam po Estellę i biorę ją na ręce.
Wygląda tak
uroczo. – Jedziemy zobaczyć się z twoją ciocią – mówię.
Nie
jedziemy zobaczyć się z Courtney. Cash dzwoni. Normalnie nie odbieram jej
telefonów. Albo jej emailów… czy wiadomości na Facebooku. Ale skoro reformuję
moje życie, to odbieram, gdy jej imię pojawia się na ekranie.
- Czego
chcesz, Cash?
- O,
odebrałaś!
- Wolałabyś,
żebym tego nie zrobiła?
Następuje
milczenie. Przypuszczam, że zbiera swoje słowa. Bóg wie, że oszczędzała je
przez dwa lata.
- Leah, tak
bardzo mi przykro – mówi. Słyszę jej siorbnięcie i zastanawiam się czy płacze.
- To już
ustalone – warczę. – Jesteś kłamcą.
- Robiłam
tylko, co on mi kazał – odpowiada.
- Courtney
jest moją siostrą – mówię stanowczo. – I zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby
ją ochronić.
- O tym właśnie
chciałam porozmawiać.
Obejmuję
się wolną ręką w pasie. Nagle czuję się bardzo bezbronna. Dlaczego ta kobieta
sądziła, że mogła ze mną rozmawiać o mojej
siostrze?
-
Próbowałam się z nią zobaczyć. Oni nie chcą…
- Trzymaj
się z dala od Courtney – mówię. – Ona nie chce cię widzieć.
Słyszę
szloch Cash i czuję uderzenie litości. Może jestem zbyt ostra. Zastanawiam się,
co powiedziałaby jej Courtney.
- Muszę
powiedzieć jej, że jest mi przykro. Potrzebuję…
Przerywam
jej. – Muszę kończyć. Nie dzwoń do mnie znowu, Cash. Mówię serio.
Rozłączam
się i od razu idę do szafy, skąd wyciągam zdjęcie z parasolką od Courtney. Trzymam
je przy piersi, przygryzając dolną wargę. Jak mogłam trzymać się od niej na
dystans tak długo? Co było ze mną nie tak? Kiedyś byłyśmy blisko.
Zaczynam
się śmiać, początkowo zakrywając usta, próbując powstrzymać dźwięki podobne do
hieny. Nie mam nad tym kontroli. Śmiech spływa ze mnie, narastając w głośności.
To najprostsza rzecz jaką zrobiłam przez cały dzień. Gdy Sam staje w progu
mojej szafy, gwałtownie przestaję.
- Co ty
wyprawiasz?
- Nic.
Prostuję
się, chowając obraz zanim mógłby go zobaczyć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz