Teraźniejszość
Caleb zabrał
dziecko do swojego mieszkania dzień po tym jak przyjechał po swoje ubrania.
Jego twarz była ponura i zdeterminowana, kiedy stał przy drzwiach i pozwolił mi
się pożegnać. Całuję rudą czuprynę i uśmiecham się swobodnie. Traktuję tę całą
sytuację jakby wybierali się do supermarketu, a nie wyprowadzali. Czekaj na właściwy moment. Pozwól mu
zobaczyć jak trudno jest zajmować się samemu dzieckiem. Czuję zadowolenie,
gdy wyjeżdżają z podjazdu. Czasami mała separacja jest dobra dla duszy. Caleb
jest rodzinnym człowiekiem. W ciągu kilku dni wróci, a ja postaram się
bardziej. Wszystko się uda. Estella jest moją pewną rzeczą. Ona będzie trzymać
nas związanych, nieważne jak będzie źle.
Gdy znikają
światła jego auta, otwieram lodówkę i wyciągam dwie torebki mrożonych warzyw.
Zanosząc je do stolika, palcem robię dziury w plastiku i zaczynam wrzucać
groszek do ust. Są pewne rzeczy, które mogłabym zrobić, aby polepszyć sytuację.
Katine zabiera swoje dzieci na zajęcia Mamusia i Ja. Siedzą w kółeczku,
śpiewają i machają pieprzonymi tamburynami. Mogłabym to zrobić.
Rozbrzmiewa
dzwonek u drzwi. Wrzucam do ust garść fasoli i idę tanecznym krokiem do drzwi.
Może Caleb już zmienił zdanie.
Na progu
nie stoi mój mąż. Lustruję wzrokiem mężczyznę, który tam stoi.
- Czego
chcesz?
- Przyszedłem
zobaczyć czy wszystko u ciebie w porządku.
- Czemu
miałoby nie być w porządku? – odparowuję. Zamierzam zamknąć drzwi, ale
przepycha się obok mnie i wchodzi do hallu.
- Nie
powinno cię tu być. – Moje słowa równie dobrze mogłyby być parą. Nie dosięgają
go albo ma własny ukryty cel, jak zwykle.
Patrzy na
mnie przez ramię, jego uśmieszek jest tak znajomy, że czuję zawroty głowy.
-
Oczywiście, że powinienem tutaj być. Sprawdzam co u mojej szwagierki. To
rodzinna rzecz, zwłaszcza kiedy mój brat cię zostawił.
Zamykam z
trzaskiem drzwi i drgają zdjęcia na ścianie.
- On mnie
nie zostawił, ty odrażający dupku. – Omijam go i siadam przy stole z moim
groszkiem.
Chwilę
później wchodzi do środka i zaczyna przyglądać się zdjęciom na ścianie, jakby
nigdy ich nie widział. Jem groszek jeden po drugim i obserwuję go.
W końcu
siada naprzeciwko mnie, składając ręce na blacie.
- Co
zrobiłaś tym razem?
Odwracam
wzrok od zadowolonej miny na jego twarzy. – Nic nie zrobiłam. Wszystko jest
dobrze. On mnie nie zostawił.
- Słyszałem,
że nie dali ci nagrody Mamusi Roku.
Przygryzam
wnętrza policzków i nie odpowiadam. Seth wstaje i podchodzi wolnym krokiem do
szafki z alkoholem, nalewając sobie kieliszek szkockiej Caleba.
- Jeżeli
dalej będziesz to robić, to mój młodszy brat może tym razem naprawdę złoży
papiery. Mężczyźnie w końcu kończy się cierpliwość w twoich niekończących się
popisach.
Posyłam mu
nieprzyjemne spojrzenie. – A potem co, Seth? Wprowadzisz się i przejmiesz jego
życie?
Tym razem
wytrąciłam go z równowagi. Podnosi kieliszek do ust, ani na chwilę nie zrywając
ze mną kontaktu wzrokowego. W przeciwieństwie do jego brata, oczy Setha są
szare. W tej chwili niemal widzę wydobywający się z nich dym.
- Uderzyłam
w czułe miejsce, starszy bracie? Znowu chcesz tego, co ma Caleb?
Podnoszę
się i zamierzam przejść obok niego, ale chwyta mnie za ramię. Staram się
uwolnić, ale ściska mnie dopóki nie nieruchomieję.
Jego usta
są obok mojego ucha. – Może powinienem mu powiedzieć, że już miałem to, co jest
jego.
Wyrywam mu
się.
- Wynoś się
z mojego domu.
Odkłada
kieliszek i puszcza mi oko, kierując się do drzwi. – Chyba dzisiaj odwiedzę
moją małą bratanicę. Pa pa, Leah.
Zamykają
się drzwi. – Sukinsyn – mówię. Dosłownie mam to na myśli. Wracam do kuchni i
biorę telefon. Potrzebowałam wyjść, zrobić coś, ale… nie coś destruktywnego.
Mijam imię Katine i zatrzymam się nad Samem.
- Co tam,
geju? – mówię do słuchawki.
- To trochę
obraźliwe, Leah.
- Myślałam
sobie, że możemy dzisiaj zrobić małe zakupy. Może lunch?
- To, że
jestem gejem nie oznacza, że będę twoim cholernym pomagierem.
- Och, daj
spokój. Lubisz wino! Możemy kupić trochę wina… pójść do Armani’ego…
- Jestem
dzisiaj zajęty – odpowiada. – Muszę pozałatwiać sprawy.
- Pójdę z
tobą. Przyjedź po mnie.
Wzdycha. –
Dobra. Ale lepiej bądź gotowa, kiedy zatrąbię.
-
Podejdziesz do drzwi jak dżentelmen – mówię i się rozłączam.
Idę na
górę, żeby się przebrać i wracam na dół w samą porę, żeby usłyszeć wstrętne
zawodzenie klaksonu w jego dżipie.
Siadam na
kanapie i wygładzam moją sukienkę. Nie będę wyzywana na zewnątrz. Czekam minutę
lub dwie, oczekując pukania do drzwi, ale zamiast tego słyszę dżipa
wyjeżdżającego z podjazdu. Zanim może odjechać, podskakuję i wybiegam na
zewnątrz.
- Jesteś
takim dupkiem – mówię, wsiadając z przodu. Robi minę, pokazując mi swoje
niezadowolenie.
- Nie
zamierzam grać z tobą w gierki, Leah. Nie nudzi ci się próbowanie zawsze
wygrać?
- Nie –
warczę. – Stałabym się wtedy przegraną.
Potrząsa
głową i podgłaśnia muzykę, żeby zagłuszyć wszystko, co mogłam chcieć jeszcze
powiedzieć. Siedzę cicho i palę. Nie wiem gdzie jedziemy, ale cieszę się, że
nie siedzę w domu, który jest nasycony zbyt wieloma wspomnieniami. Chcę… potrzebuję być wolna od Caleba na kilka
godzin. Wrócić do moich korzeni.
Przyciszam
radio. Pieprzyć Coldplay. Jaki rodzaj diabelskiego uroku mają oni na
wszystkich? Durne czarny mary. Kiedy Caleb wróci do domu zmuszę go do wyrzucenia
wszystkich ich płyt.
- Zróbmy
coś fajnego.
Sam
przejeżdża ręką po twarzy. – Zabiorę cię zaraz do domu i możesz sobie siedzieć
w twoim dużym, pustym domu i smęcić nad twoim małym, pustym życiem. Rozumiesz?
- Boże, psujesz
każdą zabawę. – Odrywam z języka kawałek tabaki i wyrzucam go z dżipa.
Jego słowa
mnie ranią. Sam wali prosto z mostu, ale w tej chwili potrzebuję być
rozpieszczaną i żeby mówiono mi, że jestem śliczna.
Dziesięć
minut później wjeżdżamy na parking Wal-Martu.
Moje stopy,
które opierają się o deskę rozdzielczą, natychmiast schodzą na dół. – Nie ma
mowy, do diabła! Nie idę tam.
Wzrusza
ramionami i wysiada z samochodu. – Sam! – wołam za nim. – Wal-Mart daje mi
pokrzywkę.
Po paru
sekundach wygrzebuję się z auta i pędzę za nim. Idę za nim na tyły sklepu,
gdzie wrzuca do wózka tuzin zielonych żarówek i maniakalnie prowadzi wózek do
alei z jedzeniem.
- Dlaczego
potrzebujesz tego alkoholu? – Patrzę jak załadowuje do wózka butelkę za butelką,
stawiając je na dole tak, żeby się nie rozbiły.
- Wszystko
to dla Cammie – odpowiada.
Wytrzeszczam
oczy. – Ty… czy ty… musisz to jej zawieść?
- Tak, zaraz
tam jedziemy.
Podążam za
nim spanikowana, kiedy kieruje się do kasy. – Możesz najpierw odwieść mnie do
domu?
Potrzeba mi
jeszcze tylko zobaczyć jej zadowoloną blond twarz. Suka.
- Teraz tam
pojedziemy. Robi przyjęcie i zapomniała tych rzeczy.
- Czyż nie
jesteś dobrym kuzynkiem – burczę pod nosem. Dlaczego pozwoliłam mu się
przekonać na pojechanie? Powinnam była zostać w domu tak jak tego chciałam.
Gdy rzeczy
przesuwają się po taśmie, rzucam na nią paczkę cukierków miętowych. Gdy Sam na
mnie patrzy, wzruszam ramionami.
Siedzę
zaniepokojona przez całą piętnastominutową jazdę. Jem cukierek za cukierkiem,
aż pudełko pustoszeje, a mnie piecze język. Sam zabiera mi paczkę z szeroko
otwartymi oczami.
- Oszalałaś?
To Altoids, nie czekolada.
Siedzę na
rękach i patrzę przez okno. Jesteśmy w Boca. Dom Cammie znajduje się w
ekskluzywnej, zamkniętej dzielnicy. Sam zatrzymuje się przed domem z doniczkami
na oknach i wyskakuje. Zniżam się na moim siedzeniu, choć dżip bez dachu zapewnia
mało miejsca do ukrycia.
- Hej. – Kopie
w bok samochodu, gdzie ja siedzę. – Mała pomoc.
Patrzę na
niego z niedowierzeniem. Czy on naprawdę oczekiwał, że pomogę mu zanieść tam
torby? Tak. O cholera.
Niesie
torby do bocznego wejścia domu i otwiera bramę, która jak sądzę prowadzi na
podwórko. Poradzę sobie z podwórkiem. Schodzę na ziemię i biorę z samochodu
parę toreb. Jestem lekko zaciekawiona z jakiej okazji jest te przyjęcie. Gdy
tylko skręcam za rogiem na podwórko, wpadam na Cammie.
Patrzy na
mnie rozszerzonymi oczami i wykrzykuje imię Sama. Przychodzi biegiem, jego
ramiona załadowane są pudełkami.
- Co to
jest? – Jej głos jest piskliwy. – Co robi tutaj Rudzielec?
Wpycham jej
torby. Sam opuszcza pudełka i rzuca Cammie nieprzyjemne spojrzenie. – Caleb ją
zostawił – mówi Sam, obejmując mnie ramieniem. – Bądź miła.
- Nie
zostawił mnie – zapewniam Cammie.
Cammie
kładzie ręce na biodrach. – Nie obchodzi mnie kto zostawił kogo. Połóż tam te
cholerne butelki. – Wskazuje na stolik i zanoszę je tam. Rzucam okiem na
otoczenie. Podwórko jest przestronne. Jest tam basen w kształcie fasoli i jacuzzi.
Mężczyźni przygotowują wypożyczone stoły na trawniku, rozkładając na nich białe,
lniane obrusy.
- Cześć.
Podskakuję.
Obok mnie przechodzi mężczyzna trzymający duży głośnik. Kładzie go na stole i
uśmiecha się do mnie.
Przyglądam
mu się niepewnie. Nie jestem pewna czy nie zostanę okrzyczana za rozmawianie z
nim. Cammie jest lekko obłąkana. On jest atrakcyjny. Wszystko w nim jest ciemne,
poza jego niebieskimi oczami. Zastanawiam się czy jest częścią ekipy
przygotowującej przyjęcie.
Wyciąga do
mnie rękę i bez namysłu ją ściskam.
- A kim ty
jesteś? – pyta, kiedy nie oferuję mojego imienia. Uśmiecha się do mnie, jakby
uważał, że jestem zabawna.
- Ona jest
nikim. – Cammie staje przy nas i rozdziela nasze dłonie.
- Cammie! –
beszta ją. Patrzy na nią czule, po czym wraca do mnie wzrokiem. Jej chłopak?
Nie. Cammie nie jest w typie tego faceta.
Cammie
wrzeszczy imię Sama. Pojawia się truchtem zza rogu, jedząc paczkę chipsów. – Zabierz
ją do domu! – mówi, rzucając mi nieprzyjemne spojrzenie.
Mężczyzna
przechyla głowę. Wskazuje na Sama i wydaje się próbować nawiązać jakiś związek
w głowie. Gdy jego oczy wracają do mojej twarzy, wygląda jakby w końcu ułożył
wszystkie kawałki układanki. Jego cała twarz się rozjaśnia.
- Ty jesteś
Leah – mówi ze zdumieniem. Nosi okulary. Chcę, żeby je zdjął, abym mogła lepiej
widzieć jego oczy.
- A ty?
Znowu
wyciąga do mnie rękę. Zanim mogę raz jeszcze ją uścisnąć, Cammie ją odsuwa.
- Koleś –
mówi, wskazując na niego. – Nie baw się w tę grę.
On ją
ignoruje. – Jestem Noah – mówi.
Jestem ogarnięta
jego uprzejmością. Jestem ogarnięta jego… o Boże! Mąż Olivii!
Opanowuję
się zanim mogę głośno jęknąć. To jest przyjęcie dla Olivii. Jestem w domu jej
najlepszej przyjaciółki, patrząc w twarz jej męża. O. Mój. Boże.
- Lepiej
już pójdę – mamroczę do zachwyconej twarzy Noah. Cammie energicznie kiwa głową.
Noah nią potrząsa.
- Nie wyglądasz
nawet w połowie tak szalenie jak sobie wyobrażałem.
Czy on
naprawdę właśnie to powiedział?
- Olivia
mówiła coś o rudym gargulcu z kłami.
Mrugam na
niego. Więc opowiadała mu o mnie. Zastanawiam się czy wspomniała o małym
zdarzeniu ze zdemolowaniem mieszkania… albo wykurzeniu jej z miasta… albo
rozprawie? Z jakiegoś dziwnego powodu nie chcę, żeby uważał mnie za złą osobę.
- Noah –
odzywa się Cammie, potrząsając jego ramieniem. – Możesz nie zajmować się
wrogiem? Mamy rzeczy do roboty.
- Ona nie
jest wrogiem – odpowiada, nie odrywając ode mnie wzroku. – Jest brudną
wojowniczką. – Tak, on wie. Czuję się jakbym była w transie. Gdyby ten facet
kazał mi wypić Kool-Aid[1] to
prawdopodobnie bym to zrobiła. Pieprzyć to. Absolutnie
wypiłabym Kool-Aid.
Olivia
poślubiła seksownego Ghandiego. Nic dziwnego, że kocha swojego męża. Odchrząkuję
i rozglądam się po podwórku. – Więc to jest przyjęcie dla niej?
Cammie
piszczy gdzieś w okolicy, a Noah potakuje. – Tak, jej urodziny. To niespodzianka.
Jak miło. Nikt
nie urządza mi przyjęć urodzinowych. Przełykam ciężko ślinę i odsuwam się do
stołu.
- Miło było
cię poznać – mówię. – Sam?
W ciągu
sekundy pojawia się przy moim łokciu, prowadząc mnie w kierunku bramy. Patrzę
przez ramię na męża Olivii. Robi coś przy głośniku. Ręce Cammie latają na
wszystkie strony, bez wątpienia wyrażając jej odczucia wobec mnie, podczas gdy
on ją ignoruje.
Jasna
cholera. Co ma takiego ta kobieta, czego ja nie mam? Dlaczego mężczyźni tacy
jak Noah i mój mąż zakochują się w niej?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz