1.4.14

Dirty Red - rozdział 27

Teraźniejszość

Caleb zabrał dziecko do swojego mieszkania dzień po tym jak przyjechał po swoje ubrania. Jego twarz była ponura i zdeterminowana, kiedy stał przy drzwiach i pozwolił mi się pożegnać. Całuję rudą czuprynę i uśmiecham się swobodnie. Traktuję tę całą sytuację jakby wybierali się do supermarketu, a nie wyprowadzali. Czekaj na właściwy moment. Pozwól mu zobaczyć jak trudno jest zajmować się samemu dzieckiem. Czuję zadowolenie, gdy wyjeżdżają z podjazdu. Czasami mała separacja jest dobra dla duszy. Caleb jest rodzinnym człowiekiem. W ciągu kilku dni wróci, a ja postaram się bardziej. Wszystko się uda. Estella jest moją pewną rzeczą. Ona będzie trzymać nas związanych, nieważne jak będzie źle.
Gdy znikają światła jego auta, otwieram lodówkę i wyciągam dwie torebki mrożonych warzyw. Zanosząc je do stolika, palcem robię dziury w plastiku i zaczynam wrzucać groszek do ust. Są pewne rzeczy, które mogłabym zrobić, aby polepszyć sytuację. Katine zabiera swoje dzieci na zajęcia Mamusia i Ja. Siedzą w kółeczku, śpiewają i machają pieprzonymi tamburynami. Mogłabym to zrobić.
Rozbrzmiewa dzwonek u drzwi. Wrzucam do ust garść fasoli i idę tanecznym krokiem do drzwi. Może Caleb już zmienił zdanie.
Na progu nie stoi mój mąż. Lustruję wzrokiem mężczyznę, który tam stoi.
- Czego chcesz?
- Przyszedłem zobaczyć czy wszystko u ciebie w porządku.
- Czemu miałoby nie być w porządku? – odparowuję. Zamierzam zamknąć drzwi, ale przepycha się obok mnie i wchodzi do hallu.
- Nie powinno cię tu być. – Moje słowa równie dobrze mogłyby być parą. Nie dosięgają go albo ma własny ukryty cel, jak zwykle.
Patrzy na mnie przez ramię, jego uśmieszek jest tak znajomy, że czuję zawroty głowy.
- Oczywiście, że powinienem tutaj być. Sprawdzam co u mojej szwagierki. To rodzinna rzecz, zwłaszcza kiedy mój brat cię zostawił.
Zamykam z trzaskiem drzwi i drgają zdjęcia na ścianie.
- On mnie nie zostawił, ty odrażający dupku. – Omijam go i siadam przy stole z moim groszkiem.
Chwilę później wchodzi do środka i zaczyna przyglądać się zdjęciom na ścianie, jakby nigdy ich nie widział. Jem groszek jeden po drugim i obserwuję go.
W końcu siada naprzeciwko mnie, składając ręce na blacie.
- Co zrobiłaś tym razem?
Odwracam wzrok od zadowolonej miny na jego twarzy. – Nic nie zrobiłam. Wszystko jest dobrze. On mnie nie zostawił.
- Słyszałem, że nie dali ci nagrody Mamusi Roku.
Przygryzam wnętrza policzków i nie odpowiadam. Seth wstaje i podchodzi wolnym krokiem do szafki z alkoholem, nalewając sobie kieliszek szkockiej Caleba.
- Jeżeli dalej będziesz to robić, to mój młodszy brat może tym razem naprawdę złoży papiery. Mężczyźnie w końcu kończy się cierpliwość w twoich niekończących się popisach.
Posyłam mu nieprzyjemne spojrzenie. – A potem co, Seth? Wprowadzisz się i przejmiesz jego życie?
Tym razem wytrąciłam go z równowagi. Podnosi kieliszek do ust, ani na chwilę nie zrywając ze mną kontaktu wzrokowego. W przeciwieństwie do jego brata, oczy Setha są szare. W tej chwili niemal widzę wydobywający się z nich dym.
- Uderzyłam w czułe miejsce, starszy bracie? Znowu chcesz tego, co ma Caleb?
Podnoszę się i zamierzam przejść obok niego, ale chwyta mnie za ramię. Staram się uwolnić, ale ściska mnie dopóki nie nieruchomieję.
Jego usta są obok mojego ucha. – Może powinienem mu powiedzieć, że już miałem to, co jest jego.
Wyrywam mu się.
- Wynoś się z mojego domu.
Odkłada kieliszek i puszcza mi oko, kierując się do drzwi. – Chyba dzisiaj odwiedzę moją małą bratanicę. Pa pa, Leah.
Zamykają się drzwi. – Sukinsyn – mówię. Dosłownie mam to na myśli. Wracam do kuchni i biorę telefon. Potrzebowałam wyjść, zrobić coś, ale… nie coś destruktywnego. Mijam imię Katine i zatrzymam się nad Samem.
- Co tam, geju? – mówię do słuchawki.
- To trochę obraźliwe, Leah.
- Myślałam sobie, że możemy dzisiaj zrobić małe zakupy. Może lunch?
- To, że jestem gejem nie oznacza, że będę twoim cholernym pomagierem.
- Och, daj spokój. Lubisz wino! Możemy kupić trochę wina… pójść do Armani’ego…
- Jestem dzisiaj zajęty – odpowiada. – Muszę pozałatwiać sprawy.
- Pójdę z tobą. Przyjedź po mnie.
Wzdycha. – Dobra. Ale lepiej bądź gotowa, kiedy zatrąbię.
- Podejdziesz do drzwi jak dżentelmen – mówię i się rozłączam.
Idę na górę, żeby się przebrać i wracam na dół w samą porę, żeby usłyszeć wstrętne zawodzenie klaksonu w jego dżipie.
Siadam na kanapie i wygładzam moją sukienkę. Nie będę wyzywana na zewnątrz. Czekam minutę lub dwie, oczekując pukania do drzwi, ale zamiast tego słyszę dżipa wyjeżdżającego z podjazdu. Zanim może odjechać, podskakuję i wybiegam na zewnątrz.
- Jesteś takim dupkiem – mówię, wsiadając z przodu. Robi minę, pokazując mi swoje niezadowolenie.
- Nie zamierzam grać z tobą w gierki, Leah. Nie nudzi ci się próbowanie zawsze wygrać?
- Nie – warczę. – Stałabym się wtedy przegraną.
Potrząsa głową i podgłaśnia muzykę, żeby zagłuszyć wszystko, co mogłam chcieć jeszcze powiedzieć. Siedzę cicho i palę. Nie wiem gdzie jedziemy, ale cieszę się, że nie siedzę w domu, który jest nasycony zbyt wieloma wspomnieniami. Chcę… potrzebuję być wolna od Caleba na kilka godzin. Wrócić do moich korzeni.
Przyciszam radio. Pieprzyć Coldplay. Jaki rodzaj diabelskiego uroku mają oni na wszystkich? Durne czarny mary. Kiedy Caleb wróci do domu zmuszę go do wyrzucenia wszystkich ich płyt.
- Zróbmy coś fajnego.
Sam przejeżdża ręką po twarzy. – Zabiorę cię zaraz do domu i możesz sobie siedzieć w twoim dużym, pustym domu i smęcić nad twoim małym, pustym życiem. Rozumiesz?
- Boże, psujesz każdą zabawę. – Odrywam z języka kawałek tabaki i wyrzucam go z dżipa.
Jego słowa mnie ranią. Sam wali prosto z mostu, ale w tej chwili potrzebuję być rozpieszczaną i żeby mówiono mi, że jestem śliczna.
Dziesięć minut później wjeżdżamy na parking Wal-Martu.
Moje stopy, które opierają się o deskę rozdzielczą, natychmiast schodzą na dół. – Nie ma mowy, do diabła! Nie idę tam.
Wzrusza ramionami i wysiada z samochodu. – Sam! – wołam za nim. – Wal-Mart daje mi pokrzywkę.
Po paru sekundach wygrzebuję się z auta i pędzę za nim. Idę za nim na tyły sklepu, gdzie wrzuca do wózka tuzin zielonych żarówek i maniakalnie prowadzi wózek do alei z jedzeniem.
- Dlaczego potrzebujesz tego alkoholu? – Patrzę jak załadowuje do wózka butelkę za butelką, stawiając je na dole tak, żeby się nie rozbiły.
- Wszystko to dla Cammie – odpowiada.
Wytrzeszczam oczy. – Ty… czy ty… musisz to jej zawieść?
- Tak, zaraz tam jedziemy.
Podążam za nim spanikowana, kiedy kieruje się do kasy. – Możesz najpierw odwieść mnie do domu?
Potrzeba mi jeszcze tylko zobaczyć jej zadowoloną blond twarz. Suka.
- Teraz tam pojedziemy. Robi przyjęcie i zapomniała tych rzeczy.
- Czyż nie jesteś dobrym kuzynkiem – burczę pod nosem. Dlaczego pozwoliłam mu się przekonać na pojechanie? Powinnam była zostać w domu tak jak tego chciałam.
Gdy rzeczy przesuwają się po taśmie, rzucam na nią paczkę cukierków miętowych. Gdy Sam na mnie patrzy, wzruszam ramionami.

Siedzę zaniepokojona przez całą piętnastominutową jazdę. Jem cukierek za cukierkiem, aż pudełko pustoszeje, a mnie piecze język. Sam zabiera mi paczkę z szeroko otwartymi oczami.
- Oszalałaś? To Altoids, nie czekolada.
Siedzę na rękach i patrzę przez okno. Jesteśmy w Boca. Dom Cammie znajduje się w ekskluzywnej, zamkniętej dzielnicy. Sam zatrzymuje się przed domem z doniczkami na oknach i wyskakuje. Zniżam się na moim siedzeniu, choć dżip bez dachu zapewnia mało miejsca do ukrycia.
- Hej. – Kopie w bok samochodu, gdzie ja siedzę. – Mała pomoc.
Patrzę na niego z niedowierzeniem. Czy on naprawdę oczekiwał, że pomogę mu zanieść tam torby? Tak. O cholera.
Niesie torby do bocznego wejścia domu i otwiera bramę, która jak sądzę prowadzi na podwórko. Poradzę sobie z podwórkiem. Schodzę na ziemię i biorę z samochodu parę toreb. Jestem lekko zaciekawiona z jakiej okazji jest te przyjęcie. Gdy tylko skręcam za rogiem na podwórko, wpadam na Cammie.
Patrzy na mnie rozszerzonymi oczami i wykrzykuje imię Sama. Przychodzi biegiem, jego ramiona załadowane są pudełkami.
- Co to jest? – Jej głos jest piskliwy. – Co robi tutaj Rudzielec?
Wpycham jej torby. Sam opuszcza pudełka i rzuca Cammie nieprzyjemne spojrzenie. – Caleb ją zostawił – mówi Sam, obejmując mnie ramieniem. – Bądź miła.
- Nie zostawił mnie – zapewniam Cammie.
Cammie kładzie ręce na biodrach. – Nie obchodzi mnie kto zostawił kogo. Połóż tam te cholerne butelki. – Wskazuje na stolik i zanoszę je tam. Rzucam okiem na otoczenie. Podwórko jest przestronne. Jest tam basen w kształcie fasoli i jacuzzi. Mężczyźni przygotowują wypożyczone stoły na trawniku, rozkładając na nich białe, lniane obrusy.
- Cześć.
Podskakuję. Obok mnie przechodzi mężczyzna trzymający duży głośnik. Kładzie go na stole i uśmiecha się do mnie.
Przyglądam mu się niepewnie. Nie jestem pewna czy nie zostanę okrzyczana za rozmawianie z nim. Cammie jest lekko obłąkana. On jest atrakcyjny. Wszystko w nim jest ciemne, poza jego niebieskimi oczami. Zastanawiam się czy jest częścią ekipy przygotowującej przyjęcie.
Wyciąga do mnie rękę i bez namysłu ją ściskam.
- A kim ty jesteś? – pyta, kiedy nie oferuję mojego imienia. Uśmiecha się do mnie, jakby uważał, że jestem zabawna.
- Ona jest nikim. – Cammie staje przy nas i rozdziela nasze dłonie.
- Cammie! – beszta ją. Patrzy na nią czule, po czym wraca do mnie wzrokiem. Jej chłopak? Nie. Cammie nie jest w typie tego faceta.
Cammie wrzeszczy imię Sama. Pojawia się truchtem zza rogu, jedząc paczkę chipsów. – Zabierz ją do domu! – mówi, rzucając mi nieprzyjemne spojrzenie.
Mężczyzna przechyla głowę. Wskazuje na Sama i wydaje się próbować nawiązać jakiś związek w głowie. Gdy jego oczy wracają do mojej twarzy, wygląda jakby w końcu ułożył wszystkie kawałki układanki. Jego cała twarz się rozjaśnia.
- Ty jesteś Leah – mówi ze zdumieniem. Nosi okulary. Chcę, żeby je zdjął, abym mogła lepiej widzieć jego oczy.
- A ty?
Znowu wyciąga do mnie rękę. Zanim mogę raz jeszcze ją uścisnąć, Cammie ją odsuwa.
- Koleś – mówi, wskazując na niego. – Nie baw się w tę grę.
On ją ignoruje. – Jestem Noah – mówi.
Jestem ogarnięta jego uprzejmością. Jestem ogarnięta jego… o Boże! Mąż Olivii!
Opanowuję się zanim mogę głośno jęknąć. To jest przyjęcie dla Olivii. Jestem w domu jej najlepszej przyjaciółki, patrząc w twarz jej męża. O. Mój. Boże.
- Lepiej już pójdę – mamroczę do zachwyconej twarzy Noah. Cammie energicznie kiwa głową. Noah nią potrząsa.
- Nie wyglądasz nawet w połowie tak szalenie jak sobie wyobrażałem.
Czy on naprawdę właśnie to powiedział?
- Olivia mówiła coś o rudym gargulcu z kłami.
Mrugam na niego. Więc opowiadała mu o mnie. Zastanawiam się czy wspomniała o małym zdarzeniu ze zdemolowaniem mieszkania… albo wykurzeniu jej z miasta… albo rozprawie? Z jakiegoś dziwnego powodu nie chcę, żeby uważał mnie za złą osobę.
- Noah – odzywa się Cammie, potrząsając jego ramieniem. – Możesz nie zajmować się wrogiem? Mamy rzeczy do roboty.
- Ona nie jest wrogiem – odpowiada, nie odrywając ode mnie wzroku. – Jest brudną wojowniczką. – Tak, on wie. Czuję się jakbym była w transie. Gdyby ten facet kazał mi wypić Kool-Aid[1] to prawdopodobnie bym to zrobiła. Pieprzyć to. Absolutnie wypiłabym Kool-Aid.
Olivia poślubiła seksownego Ghandiego. Nic dziwnego, że kocha swojego męża. Odchrząkuję i rozglądam się po podwórku. – Więc to jest przyjęcie dla niej?
Cammie piszczy gdzieś w okolicy, a Noah potakuje. – Tak, jej urodziny. To niespodzianka.
Jak miło. Nikt nie urządza mi przyjęć urodzinowych. Przełykam ciężko ślinę i odsuwam się do stołu.
- Miło było cię poznać – mówię. – Sam?
W ciągu sekundy pojawia się przy moim łokciu, prowadząc mnie w kierunku bramy. Patrzę przez ramię na męża Olivii. Robi coś przy głośniku. Ręce Cammie latają na wszystkie strony, bez wątpienia wyrażając jej odczucia wobec mnie, podczas gdy on ją ignoruje.
Jasna cholera. Co ma takiego ta kobieta, czego ja nie mam? Dlaczego mężczyźni tacy jak Noah i mój mąż zakochują się w niej?



[1] Kool-Aid – smakowy napój, coś typu oranżada. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz