Teraźniejszość
Parę dni po
telefonie Cash zatrzymujemy się przy budynku z jasnobrązowym tynkiem około
trzynastej godziny. Sam wysiada pierwszy i wyciąga Estellę z auta zanim jeszcze
sprawdziłam mój makijaż. Moje ręce drżą, gdy otwieram drzwi. Spotykamy się na
przodzie samochodu.
- W
porządku? – pyta Sam.
Potakuję,
nie patrząc na niego. Nie potrafię oderwać oczu od budynku. Żałuję, że
założyłam obcasy. Czasami sprawiają, że czuję się pewna siebie, ale dzisiaj
czuję się w nich pretensjonalnie. Idziemy w ciszy albo w takiej ciszy, na jaką
pozwalają moje obcasy.
Przy recepcji
podaję moje imię: Johanna Smith. Widzę jak Sam podnosi brew. Nie patrzę na
niego. Boże, nie cierpię tego imienia. Powiedziałam Samowi tylko tyle, że
idziemy zobaczyć moją siostrę, a nie gdzie ona była. Jesteśmy prowadzeni długim
korytarzem, który pachnie środkiem odkażającym. Spoglądam na dziecko,
zastanawiając się czy będzie jej przeszkadzał ten zapach. Ona śpi. Taki z niej śpioch. Uśmiecham się.
Jesteśmy zabrani
do ostatniego pokoju. Zatrzymuję się w progu i Sam kładzie rękę na moim
ramieniu. Nagle jest mi bardzo niedobrze. On mnie szturcha. Jest tak cholernie
natarczywy.
Przechodzę
przez próg. Ona siedzi na wózku inwalidzkim, twarzą do okna. Blask światła
słonecznego pada promieniami na jej twarz. Wydaje się być na to obojętna,
patrząc się prosto przed siebie, tak naprawdę nic nie widząc. Podchodzę do niej
powoli i kucam przed nią.
- Court. –
Biorę jej ręce. Są bezwładne i chłodne. – Court, to ja. – Wpatruje się w punkt
za mną. Rozglądam się po pokoju – łóżko, telewizor, dwa krzesła. Nie ma tu
żadnych osobistych dodatków; kwiatów czy zdjęć na ścianach tak jak w pokojach,
które mijaliśmy w drodze tutaj. Patrzę znowu na Courtney.
-
Przepraszam, że wcześniej nie przyszłam – mówię. – Przyprowadziłam do ciebie
Estellę.
Sam, który
już wyciągnął ją z fotelika, podaje mi ją. Ona trzyma sztywno szyję, kiedy ją
biorę, jej duże oczka rozglądają się z niewinną ciekawością. Sadzam ją na
kolanach Courtney i trzymam ją tam. Moja siostra nie porusza się, nie mruga ani
nie zauważa małej obecności przyciskającej się do jej ciała. Estella wierci się
po paru sekundach, więc biorę ją na ręce.
Włosy mojej
siostry są tłuste i wiotkie. Są zbyt krótkie, żeby je spiąć i zwisają na jej
twarzy. Wyciągam rękę i odsuwam je za jej uszy. Nienawidzę tego. Nienawidzę
tego miejsca i nienawidzę tego, że jest tutaj moja siostra. Nienawidzę siebie
za to, że nie przyszłam do niej szybciej. Ona tutaj nie należy. Podejmuję
decyzję tu i teraz.
- Sam –
mówię, podnosząc się – chcę zabrać ją do domu… do mojego domu. Mogę załatwić
kogoś, kto przyjdzie pomóc.
- Okej –
odpowiada. – Czekasz na moją zgodę czy… - Kręci głową i chcę walnąć go po raz
dziesiąty dzisiejszego dnia.
- Po prostu
ci mówię, idioto.
Uśmiecha
się.
- Courtney,
zabiorę cię do domu. Tylko daj mi parę dni, dobra… żebym wszystko przygotowała.
Dotykam
lekko jej twarzy. Piękna, żywa Courtney, dostrzegam ją w rysach tej osoby,
wysokim czole i orlim nosie. Lecz jej oczy są martwe. Dotykam tyłu jej głowy i
przyciskam usta do jej czoła. Wyczuwam pod koniuszkami palców bliznę, grubą i
twardą. Przełykam szloch i prostuję się. Estella czepia się mojej bluzki, jej
małe piąstki trzymają mocno materiał. Wychodzę stamtąd, nie patrząc w tył, moje
obcasy stukają z nowym celem.
Sam czeka z
Estellą, kiedy rozmawiam z dyrektorem obiektu. Gdy wychodzimy trzymam garść
broszur o opiece domowej.
Jesteśmy z
powrotem w samochodzie, kiedy on odzywa się po raz pierwszy od opuszczenia
pokoju Courtney.
- Zatem…
Johanna?
- Zamknij
się, Sam.
- To ważne
pytanie, wasza królewska mość. Jeżeli nie powiesz mi dlaczego go nienawidzisz,
to od tej pory będę nazywał cię Johanną.
Wzdycham. Jak
dużo mu powiedzieć? Tylko Caleb o tym wiedział. A co tam, prawda? Nie
wiedziałam już nawet dlaczego to był taki wielki sekret. Mój ojciec nie żył,
jego imperium upadło, a moja matka była pijaczką. Dlaaaaaaczego by nie
powiedzieć męskiej niańce?
- Zostałam
adoptowana. Nikt o tym nie wie. Był to wielki sekret. – Potrząsam głową, unosząc
kącik ust, jakby to było nic takiego. Sam cicho gwiżdże.
- W każdym
razie urodziłam się w Kijowie. Moja biologiczna matka pracowała w burdelu – bla,
bla, bla.
- Bla. Bla.
Bla – powtarza Sam. – Wygląda na to, że jest tego trochę więcej niż bla, bla,
bla.
Rzucam mu
srogie spojrzenie, ciągnąc. – Moja biologiczna matka nie chciała mnie oddać. Była
młoda. Szesnaście lat. Kiedy była mała, jej matka czytała jej amerykańską
książkę o tytule Opowieści Johanny. Zgodziła
się mnie oddać, ale tylko wtedy, jeśli rodzice nazwą mnie Johanna. Tak bardzo
chcieli dziecka, że tak zrobili.
- To tak
jakby świetne – mówi Sam. – Tak jakby dała ci coś od siebie.
Prycham. – Cóż…
rodzice powiedzieli, że jestem adoptowana, kiedy miałam osiem lat. Możesz
wyobrazić sobie mój szok. Posadzili mnie w formalnej jadalni – tylko malutka ja
i oni – w tym imponującym pomieszczeniu. Tak bardzo się bałam, że miałam
kłopoty; trzęsłam się przez cały czas. Gdy tylko dowiedziałam się o pochodzeniu
mojego imienia, już go nie chciałam.
Sam
wyciągnął rękę i ścisnął mój bark. – Rany, a ja myślałem, że to moi rodzice byli
do bani.
Skrzywiłam
się. – Dlatego używam drugiego imienia. Koniec.
- Czy
Courtney to ich rodzona córka?
Potaknęłam.
- Co jej
się stało?
- Gdy mój
ojciec umarł zachorowała.
Przerywa
mi. – Zachorowała?
- W głowie –
odpowiadam. – Zawsze taka była. Zostały u niej zdiagnozowane zaburzenia
afektywne dwubiegunowe. Wpadała w depresje i nikt nie słyszał od niej słowa
przez wiele miesięcy. Tym razem nikomu nie powiedziała. Wszyscy byliśmy tak
pochłonięci własnym życiem, że nikt nie sprawdził co u niej. Sądzę, że śmierć
mojego ojca i wszystko co działo się z moją rozprawą posłało ją na skraj
załamania nerwowego.
- Więc ona…?
Hamuję trochę
zbyt mocno na czerwonym świetle, a nim zarzuca do przodu.
- Postrzeliła
się. Kula otarła się o jej mózg i zdołali uratować ją na czas. Ale było zbyt
wiele uszkodzenia.
- Boże – mówi.
– A to jest pierwszy raz jak ją widzisz od…
- Od
szpitala po tym jak to się stało.
Jego oczy
są szeroko otwarte.
- Nie
osądzaj mnie – mówię gniewnie. – Byłam w ciąży. Odpoczywałam w łóżku.
- Byłaś
samolubną, egocentryczną suką.
Piorunuję
go wzrokiem. – Bałam się.
- Czego,
Leah? To twoja siostra. Boże, nie mogę uwierzyć, że dla ciebie pracuję. Niedobrze
mi.
Zerkam na
niego. Naprawdę wygląda na zdegustowanego. – Wszystko naprawię – mówię.
Jedziemy w
ciszy przez następnych parę minut.
- O! Jamba
Juice! Chcesz? – Skręcam gwałtownie na parking i ku mojej satysfakcji głowa
Sama uderza o okno od strony pasażera z miłym stuknięciem.
-
Przepraszam – uśmiecham się.
Pociera się
po głowie, wydając się zapomnieć o pytaniu.
- Zamierzam
poprosić Caleba, żeby wrócił do domu – mówię, wjeżdżając na miejsce parkingowe.
Patrzę na jego twarz, sprawdzając jego reakcję.
- Nie chcę
soku owocowego – odpowiada.
- Daj
spokój, Sam!
Kręci
głową. – Zły pomysł. Będziesz zraniona.
- Dlaczego?
Sam
wzdycha. – Nie sądzę, że on jest gotowy. Caleb jest typem mężczyzny, który ma
plan.
- Co to
znaczy?
Sam drapie
się po głowie, jakby był zakłopotany.
- Co ty
wiesz? – Mrużę na niego oczy.
- Jestem
facetem. Po prostu wiem.
- Jesteś
gejem! Nie masz specjalnego spostrzeżenia na heteroseksualnych mężczyzn.
Potrząsa
głową. – Jesteś najbardziej obraźliwą kobietą, jaką kiedykolwiek spotkałem,
wiesz o tym? I nie jestem gejem.
Otwieram szeroko
usta. – Co ty gadasz?
Wzrusza
zażenowany ramionami. – Powiedziałem ci to, żebyś mnie nie podrywała.
Mrugam na
niego. Nie może mówić poważnie. – Dlaczego myślałeś, że chciałabym cię
podrywać? Fuj, Sam! Nie mogę w to uwierzyć!
Wzdycha. – Kupujemy
sok czy nie?
Wysiadam z
samochodu. – Nic ci nie kupuję. Zostań tutaj z dzieckiem.
Jestem taka
zła, że mijam sklep Jamba Juice i muszę się wracać. Mężczyźni są bezwartościowymi
kłamcami. Powinnam była wiedzieć, że on nie był gejem. Nosi za dużo poliestru,
żeby być gejem. I ani razu nie widziałam, żeby przyglądał się Calebowi. Caleb
jest cholernie zachwycający.
Sączę swój
sok i jestem w połowie drogi do auta, kiedy zaczynam się śmiać.
Gdy wracamy
do domu dzwonię do Caleba trzy razy zanim nareszcie odbiera.
- Kiedy
przyjedziesz dzisiaj po Estellę miałam nadzieję, że chwilę zostaniesz, żebyśmy
porozmawiali.
Następuje
długa cisza, po czym odpowiada. – Tak, ja też muszę z tobą porozmawiać. – Czuję
przypływ nadziei.
- Dobra,
więc wszystko ustalone. Powiem Samowi, żeby został trochę dłużej niż zazwyczaj.
Słyszę jak
wzdycha do telefonu.
- Dobrze,
Leah. Do zobaczenia wieczorem.
Rozłącza
się. Nie myślę nawet o fakcie, że nigdy nie rozłącza się bez pożegnania, dopóki
nie dociera to do mnie parę minut później.
Przeszłość
Cztery
miesiące po uniewinnieniu Leah wniosłem sprawę o rozwód.
Olivia
- To była
moja pierwsza myśl.
Turner
- To była
moja druga myśl.
Sukinsyn
- To była
moja trzecia myśl. Potem złożyłem je wszystkie w jedno zdanie: Ten sukinsyn Turner zamierza poślubić
Olivię!
Ile czasu
miałem? Czy ona nadal mnie kochała? Mogła mi wybaczyć? Gdybym mógł odciągnąć ją
od tego pieprzonego idioty, to czy moglibyśmy zbudować coś na gruzie, który
stworzyliśmy? Myślenie o tym doprowadzało mnie do szału – złościło mnie. Oboje powiedzieliśmy
tyle kłamstw, zgrzeszyliśmy przeciwko sobie – przeciwko wszystkim, którzy
stanęli na naszej drodze. Próbowałem raz jej powiedzieć. To było podczas
rozprawy. Przyszedłem wcześniej na salę sądową, żeby spróbować złapać ją samą. Miała
na sobie mój ulubiony odcień błękitu – lotniskowy niebieski. To były jej
urodziny.
- Wszystkiego
najlepszego.
Podniosła
wzrok. Moje serce bębniło od emocji, tak jak zawsze to robiło, kiedy na mnie
patrzyła.
- Jestem
zaskoczona, że pamiętałeś.
- Dlaczego?
- Och, jedynie zapominałeś okropnie
dużo rzeczy przez parę ostatnich lat.
Uśmiechnąłem się lekko na jej
docinek.
- Nigdy
ciebie nie zapomniałem…
Poczułem
przypływ adrenaliny. To było to – miałem wyznać całą prawdę. Wtedy wszedł do
środka prokurator. Prawda została odłożona na później.
Wyprowadziłem
się z domu, który dzieliłem z Leah i wróciłem do mojego mieszkania. Przemierzałem
korytarze, piłem szkocką. Czekałem.
Czekałem na
co? Na to, że ona przyjdzie do mnie? Na to, że ja pójdę do niej?
Podszedłem
do mojej szuflady na skarpetki – niesławnego opiekuna pierścionków
zaręczynowych oraz innych pamiątek – i przesunąłem palcami po spodzie. Kiedy
moje palce to znalazły, poczułem czegoś przypływ. Przetarłem kciukiem leciutko
zielonej powierzchni „pocałunkowego” pensa. To była ozdóbka, tani chwyt, który
raz zadziałał, ale ewoluował w coś o wiele ważniejszego.
Założyłem
dres i poszedłem pobiegać. Bieganie pomagało mi w myśleniu. Przetrawiałem
wszystko w głowie, kierując się na plażę, mijając małą dziewczynkę i jej matkę,
kiedy szły razem ręka w rękę. Uśmiechnąłem się. Dziewczynka miała długie czarne
włosy i zdumiewająco niebieskie oczy – wyglądała jak Olivia. Czy tak
wyglądałaby nasza córka? Przestałem biec i pochyliłem się, kładąc ręce na
kolanach. Nie musiała być to sytuacja „co by było gdyby”. Nadal mogliśmy mieć
naszą córkę. Wsunąłem rękę do kieszeni i wyciągnąłem pensa. Ruszyłem truchtem
do mojego samochodu.
Nie było
żadnej innej pory jak teraz. Jeżeli Turner stanie mi na drodze, to po prostu
zrzucę go z balkonu.
Znajdowałem
się jedną milę od mieszkania Olivii, kiedy dostałem telefon.
Numer,
którego nie rozpoznawałem. Odebrałem.
- Caleb
Drake?
- Tak? – Moje
słowa były szorstkie. Skręciłem w lewo na Ocean i przycisnąłem gaz.
- Miał
miejsce… incydent z pańską żoną.
- Moją
żoną? – Boże, co ona teraz zrobiła? Pomyślałem
o zatargu, który miała z sąsiadami o ich psa i zastanawiałem się czy zrobiła
coś głupiego.
- Nazywam
się doktor Letche, dzwonię z West Boca Medical Center. Panie Drake, pana żona została
tu przyjęta kilka godzin temu.
Wcisnąłem
hamulec, przekręciłem kierownicę tak, że opony wydały pisk i skierowałem
samochód w przeciwną stronę. SUV skręcił gwałtownie, żeby mnie wyminąć i
zatrąbił.
- Czy nic
jej nie jest?
Lekarz
chrząknął. – Połknęła butelkę tabletek nasennych. Pańska gosposia ją znalazła i
zadzwoniła po pogotowie. Jest teraz w stanie stabilnym, ale chcielibyśmy, żeby
pan przyjechał.
Zatrzymałem
się na światłach i przeczesałem ręką włosy. To była moja wina. Wiedziałem, że
ciężko przyjęła separację, ale samobójstwo. Nawet nie było to do niej podobne.
- Oczywiście
– jestem w drodze.
Rozłączyłem
się. Rozłączyłem się i uderzyłem pięścią w kierownicę. Niektóre rzeczy po
prostu miały się nie wydarzyć.
Kiedy
przyjechałem do szpitala Leah była przytomna i chciała się ze mną zobaczyć. Wszedłem
do jej pokoju i stanęło mi serce. Leżała oparta o poduszki, jej włosy były
gniazdem szczura, a jej skóra tak blada, że była prawie przejrzysta. Miała
zamknięte oczy, więc miałem chwilę, żeby się opanować zanim mnie zobaczyła.
Gdy
zrobiłem kilka kroków do jej pokoju, otworzyła oczy. Jak tylko mnie zobaczyła
zaczęła płakać. Usiadłem na brzegu jej łóżka i przytuliła się do mnie,
szlochając tak mocno, że czułem jak jej łzy przesiąkły moją bluzkę. Trzymałem
ją tak przez długi czas.
- Leah –
odezwałem się w końcu, odsuwając ją od mojego torsu i oparłem ją o poduszki. – Dlaczego?
Jej twarz
była mokra i czerwona. Ciemne półksiężyce okalały jej oczy. Odwróciła wzrok.
-
Zostawiłeś mnie.
Dwa słowa. Czułem
tak wielkie poczucie winy, że ledwo co mogłem przełknąć ślinę.
- Caleb,
proszę, wróć do domu. Jestem w ciąży.
Zamknąłem
oczy.
Nie!
Nie!
Nie…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz