2.4.14

Dirty Red - rozdział 35

Teraźniejszość

Parę dni po telefonie Cash zatrzymujemy się przy budynku z jasnobrązowym tynkiem około trzynastej godziny. Sam wysiada pierwszy i wyciąga Estellę z auta zanim jeszcze sprawdziłam mój makijaż. Moje ręce drżą, gdy otwieram drzwi. Spotykamy się na przodzie samochodu.
- W porządku? – pyta Sam.
Potakuję, nie patrząc na niego. Nie potrafię oderwać oczu od budynku. Żałuję, że założyłam obcasy. Czasami sprawiają, że czuję się pewna siebie, ale dzisiaj czuję się w nich pretensjonalnie. Idziemy w ciszy albo w takiej ciszy, na jaką pozwalają moje obcasy.
Przy recepcji podaję moje imię: Johanna Smith. Widzę jak Sam podnosi brew. Nie patrzę na niego. Boże, nie cierpię tego imienia. Powiedziałam Samowi tylko tyle, że idziemy zobaczyć moją siostrę, a nie gdzie ona była. Jesteśmy prowadzeni długim korytarzem, który pachnie środkiem odkażającym. Spoglądam na dziecko, zastanawiając się czy będzie jej przeszkadzał ten zapach. Ona śpi. Taki z niej śpioch. Uśmiecham się.
Jesteśmy zabrani do ostatniego pokoju. Zatrzymuję się w progu i Sam kładzie rękę na moim ramieniu. Nagle jest mi bardzo niedobrze. On mnie szturcha. Jest tak cholernie natarczywy.
Przechodzę przez próg. Ona siedzi na wózku inwalidzkim, twarzą do okna. Blask światła słonecznego pada promieniami na jej twarz. Wydaje się być na to obojętna, patrząc się prosto przed siebie, tak naprawdę nic nie widząc. Podchodzę do niej powoli i kucam przed nią.
- Court. – Biorę jej ręce. Są bezwładne i chłodne. – Court, to ja. – Wpatruje się w punkt za mną. Rozglądam się po pokoju – łóżko, telewizor, dwa krzesła. Nie ma tu żadnych osobistych dodatków; kwiatów czy zdjęć na ścianach tak jak w pokojach, które mijaliśmy w drodze tutaj. Patrzę znowu na Courtney.
- Przepraszam, że wcześniej nie przyszłam – mówię. – Przyprowadziłam do ciebie Estellę.
Sam, który już wyciągnął ją z fotelika, podaje mi ją. Ona trzyma sztywno szyję, kiedy ją biorę, jej duże oczka rozglądają się z niewinną ciekawością. Sadzam ją na kolanach Courtney i trzymam ją tam. Moja siostra nie porusza się, nie mruga ani nie zauważa małej obecności przyciskającej się do jej ciała. Estella wierci się po paru sekundach, więc biorę ją na ręce.
Włosy mojej siostry są tłuste i wiotkie. Są zbyt krótkie, żeby je spiąć i zwisają na jej twarzy. Wyciągam rękę i odsuwam je za jej uszy. Nienawidzę tego. Nienawidzę tego miejsca i nienawidzę tego, że jest tutaj moja siostra. Nienawidzę siebie za to, że nie przyszłam do niej szybciej. Ona tutaj nie należy. Podejmuję decyzję tu i teraz.
- Sam – mówię, podnosząc się – chcę zabrać ją do domu… do mojego domu. Mogę załatwić kogoś, kto przyjdzie pomóc.
- Okej – odpowiada. – Czekasz na moją zgodę czy… - Kręci głową i chcę walnąć go po raz dziesiąty dzisiejszego dnia.
- Po prostu ci mówię, idioto.
Uśmiecha się.
- Courtney, zabiorę cię do domu. Tylko daj mi parę dni, dobra… żebym wszystko przygotowała.
Dotykam lekko jej twarzy. Piękna, żywa Courtney, dostrzegam ją w rysach tej osoby, wysokim czole i orlim nosie. Lecz jej oczy są martwe. Dotykam tyłu jej głowy i przyciskam usta do jej czoła. Wyczuwam pod koniuszkami palców bliznę, grubą i twardą. Przełykam szloch i prostuję się. Estella czepia się mojej bluzki, jej małe piąstki trzymają mocno materiał. Wychodzę stamtąd, nie patrząc w tył, moje obcasy stukają z nowym celem.
Sam czeka z Estellą, kiedy rozmawiam z dyrektorem obiektu. Gdy wychodzimy trzymam garść broszur o opiece domowej.
Jesteśmy z powrotem w samochodzie, kiedy on odzywa się po raz pierwszy od opuszczenia pokoju Courtney.
- Zatem… Johanna?
- Zamknij się, Sam.
- To ważne pytanie, wasza królewska mość. Jeżeli nie powiesz mi dlaczego go nienawidzisz, to od tej pory będę nazywał cię Johanną.
Wzdycham. Jak dużo mu powiedzieć? Tylko Caleb o tym wiedział. A co tam, prawda? Nie wiedziałam już nawet dlaczego to był taki wielki sekret. Mój ojciec nie żył, jego imperium upadło, a moja matka była pijaczką. Dlaaaaaaczego by nie powiedzieć męskiej niańce?
- Zostałam adoptowana. Nikt o tym nie wie. Był to wielki sekret. – Potrząsam głową, unosząc kącik ust, jakby to było nic takiego. Sam cicho gwiżdże.
- W każdym razie urodziłam się w Kijowie. Moja biologiczna matka pracowała w burdelu – bla, bla, bla.
- Bla. Bla. Bla – powtarza Sam. – Wygląda na to, że jest tego trochę więcej niż bla, bla, bla.
Rzucam mu srogie spojrzenie, ciągnąc. – Moja biologiczna matka nie chciała mnie oddać. Była młoda. Szesnaście lat. Kiedy była mała, jej matka czytała jej amerykańską książkę o tytule Opowieści Johanny. Zgodziła się mnie oddać, ale tylko wtedy, jeśli rodzice nazwą mnie Johanna. Tak bardzo chcieli dziecka, że tak zrobili.
- To tak jakby świetne – mówi Sam. – Tak jakby dała ci coś od siebie.
Prycham. – Cóż… rodzice powiedzieli, że jestem adoptowana, kiedy miałam osiem lat. Możesz wyobrazić sobie mój szok. Posadzili mnie w formalnej jadalni – tylko malutka ja i oni – w tym imponującym pomieszczeniu. Tak bardzo się bałam, że miałam kłopoty; trzęsłam się przez cały czas. Gdy tylko dowiedziałam się o pochodzeniu mojego imienia, już go nie chciałam.
Sam wyciągnął rękę i ścisnął mój bark. – Rany, a ja myślałem, że to moi rodzice byli do bani.
Skrzywiłam się. – Dlatego używam drugiego imienia. Koniec.
- Czy Courtney to ich rodzona córka?
Potaknęłam.
- Co jej się stało?
- Gdy mój ojciec umarł zachorowała.
Przerywa mi. – Zachorowała?
- W głowie – odpowiadam. – Zawsze taka była. Zostały u niej zdiagnozowane zaburzenia afektywne dwubiegunowe. Wpadała w depresje i nikt nie słyszał od niej słowa przez wiele miesięcy. Tym razem nikomu nie powiedziała. Wszyscy byliśmy tak pochłonięci własnym życiem, że nikt nie sprawdził co u niej. Sądzę, że śmierć mojego ojca i wszystko co działo się z moją rozprawą posłało ją na skraj załamania nerwowego.
- Więc ona…?
Hamuję trochę zbyt mocno na czerwonym świetle, a nim zarzuca do przodu.
- Postrzeliła się. Kula otarła się o jej mózg i zdołali uratować ją na czas. Ale było zbyt wiele uszkodzenia.
- Boże – mówi. – A to jest pierwszy raz jak ją widzisz od…
- Od szpitala po tym jak to się stało.
Jego oczy są szeroko otwarte.
- Nie osądzaj mnie – mówię gniewnie. – Byłam w ciąży. Odpoczywałam w łóżku.
- Byłaś samolubną, egocentryczną suką.
Piorunuję go wzrokiem. – Bałam się.
- Czego, Leah? To twoja siostra. Boże, nie mogę uwierzyć, że dla ciebie pracuję. Niedobrze mi.
Zerkam na niego. Naprawdę wygląda na zdegustowanego. – Wszystko naprawię – mówię.
Jedziemy w ciszy przez następnych parę minut.
- O! Jamba Juice! Chcesz? – Skręcam gwałtownie na parking i ku mojej satysfakcji głowa Sama uderza o okno od strony pasażera z miłym stuknięciem.
- Przepraszam – uśmiecham się.
Pociera się po głowie, wydając się zapomnieć o pytaniu.
- Zamierzam poprosić Caleba, żeby wrócił do domu – mówię, wjeżdżając na miejsce parkingowe. Patrzę na jego twarz, sprawdzając jego reakcję.
- Nie chcę soku owocowego – odpowiada.
- Daj spokój, Sam!
Kręci głową. – Zły pomysł. Będziesz zraniona.
- Dlaczego?
Sam wzdycha. – Nie sądzę, że on jest gotowy. Caleb jest typem mężczyzny, który ma plan.
- Co to znaczy?
Sam drapie się po głowie, jakby był zakłopotany.
- Co ty wiesz? – Mrużę na niego oczy.
- Jestem facetem. Po prostu wiem.
- Jesteś gejem! Nie masz specjalnego spostrzeżenia na heteroseksualnych mężczyzn.
Potrząsa głową. – Jesteś najbardziej obraźliwą kobietą, jaką kiedykolwiek spotkałem, wiesz o tym? I nie jestem gejem.
Otwieram szeroko usta. – Co ty gadasz?
Wzrusza zażenowany ramionami. – Powiedziałem ci to, żebyś mnie nie podrywała.
Mrugam na niego. Nie może mówić poważnie. – Dlaczego myślałeś, że chciałabym cię podrywać? Fuj, Sam! Nie mogę w to uwierzyć!
Wzdycha. – Kupujemy sok czy nie?
Wysiadam z samochodu. – Nic ci nie kupuję. Zostań tutaj z dzieckiem.
Jestem taka zła, że mijam sklep Jamba Juice i muszę się wracać. Mężczyźni są bezwartościowymi kłamcami. Powinnam była wiedzieć, że on nie był gejem. Nosi za dużo poliestru, żeby być gejem. I ani razu nie widziałam, żeby przyglądał się Calebowi. Caleb jest cholernie zachwycający.
Sączę swój sok i jestem w połowie drogi do auta, kiedy zaczynam się śmiać.

Gdy wracamy do domu dzwonię do Caleba trzy razy zanim nareszcie odbiera.
- Kiedy przyjedziesz dzisiaj po Estellę miałam nadzieję, że chwilę zostaniesz, żebyśmy porozmawiali.
Następuje długa cisza, po czym odpowiada. – Tak, ja też muszę z tobą porozmawiać. – Czuję przypływ nadziei.
- Dobra, więc wszystko ustalone. Powiem Samowi, żeby został trochę dłużej niż zazwyczaj.
Słyszę jak wzdycha do telefonu.
- Dobrze, Leah. Do zobaczenia wieczorem.
Rozłącza się. Nie myślę nawet o fakcie, że nigdy nie rozłącza się bez pożegnania, dopóki nie dociera to do mnie parę minut później.


Przeszłość

Cztery miesiące po uniewinnieniu Leah wniosłem sprawę o rozwód.
Olivia
- To była moja pierwsza myśl.
Turner
- To była moja druga myśl.
Sukinsyn
- To była moja trzecia myśl. Potem złożyłem je wszystkie w jedno zdanie: Ten sukinsyn Turner zamierza poślubić Olivię!
Ile czasu miałem? Czy ona nadal mnie kochała? Mogła mi wybaczyć? Gdybym mógł odciągnąć ją od tego pieprzonego idioty, to czy moglibyśmy zbudować coś na gruzie, który stworzyliśmy? Myślenie o tym doprowadzało mnie do szału – złościło mnie. Oboje powiedzieliśmy tyle kłamstw, zgrzeszyliśmy przeciwko sobie – przeciwko wszystkim, którzy stanęli na naszej drodze. Próbowałem raz jej powiedzieć. To było podczas rozprawy. Przyszedłem wcześniej na salę sądową, żeby spróbować złapać ją samą. Miała na sobie mój ulubiony odcień błękitu – lotniskowy niebieski. To były jej urodziny.
- Wszystkiego najlepszego.
Podniosła wzrok. Moje serce bębniło od emocji, tak jak zawsze to robiło, kiedy na mnie patrzyła.
- Jestem zaskoczona, że pamiętałeś.
- Dlaczego?
- Och, jedynie zapominałeś okropnie dużo rzeczy przez parę ostatnich lat.
Uśmiechnąłem się lekko na jej docinek.
- Nigdy ciebie nie zapomniałem…
Poczułem przypływ adrenaliny. To było to – miałem wyznać całą prawdę. Wtedy wszedł do środka prokurator. Prawda została odłożona na później.

Wyprowadziłem się z domu, który dzieliłem z Leah i wróciłem do mojego mieszkania. Przemierzałem korytarze, piłem szkocką. Czekałem.
Czekałem na co? Na to, że ona przyjdzie do mnie? Na to, że ja pójdę do niej?
Podszedłem do mojej szuflady na skarpetki – niesławnego opiekuna pierścionków zaręczynowych oraz innych pamiątek – i przesunąłem palcami po spodzie. Kiedy moje palce to znalazły, poczułem czegoś przypływ. Przetarłem kciukiem leciutko zielonej powierzchni „pocałunkowego” pensa. To była ozdóbka, tani chwyt, który raz zadziałał, ale ewoluował w coś o wiele ważniejszego.
Założyłem dres i poszedłem pobiegać. Bieganie pomagało mi w myśleniu. Przetrawiałem wszystko w głowie, kierując się na plażę, mijając małą dziewczynkę i jej matkę, kiedy szły razem ręka w rękę. Uśmiechnąłem się. Dziewczynka miała długie czarne włosy i zdumiewająco niebieskie oczy – wyglądała jak Olivia. Czy tak wyglądałaby nasza córka? Przestałem biec i pochyliłem się, kładąc ręce na kolanach. Nie musiała być to sytuacja „co by było gdyby”. Nadal mogliśmy mieć naszą córkę. Wsunąłem rękę do kieszeni i wyciągnąłem pensa. Ruszyłem truchtem do mojego samochodu.
Nie było żadnej innej pory jak teraz. Jeżeli Turner stanie mi na drodze, to po prostu zrzucę go z balkonu.
Znajdowałem się jedną milę od mieszkania Olivii, kiedy dostałem telefon.
Numer, którego nie rozpoznawałem. Odebrałem.
- Caleb Drake?
- Tak? – Moje słowa były szorstkie. Skręciłem w lewo na Ocean i przycisnąłem gaz.
- Miał miejsce… incydent z pańską żoną.
- Moją żoną? – Boże, co ona teraz zrobiła? Pomyślałem o zatargu, który miała z sąsiadami o ich psa i zastanawiałem się czy zrobiła coś głupiego.
- Nazywam się doktor Letche, dzwonię z West Boca Medical Center. Panie Drake, pana żona została tu przyjęta kilka godzin temu.
Wcisnąłem hamulec, przekręciłem kierownicę tak, że opony wydały pisk i skierowałem samochód w przeciwną stronę. SUV skręcił gwałtownie, żeby mnie wyminąć i zatrąbił.
- Czy nic jej nie jest?
Lekarz chrząknął. – Połknęła butelkę tabletek nasennych. Pańska gosposia ją znalazła i zadzwoniła po pogotowie. Jest teraz w stanie stabilnym, ale chcielibyśmy, żeby pan przyjechał.
Zatrzymałem się na światłach i przeczesałem ręką włosy. To była moja wina. Wiedziałem, że ciężko przyjęła separację, ale samobójstwo. Nawet nie było to do niej podobne.
- Oczywiście – jestem w drodze.
Rozłączyłem się. Rozłączyłem się i uderzyłem pięścią w kierownicę. Niektóre rzeczy po prostu miały się nie wydarzyć.

Kiedy przyjechałem do szpitala Leah była przytomna i chciała się ze mną zobaczyć. Wszedłem do jej pokoju i stanęło mi serce. Leżała oparta o poduszki, jej włosy były gniazdem szczura, a jej skóra tak blada, że była prawie przejrzysta. Miała zamknięte oczy, więc miałem chwilę, żeby się opanować zanim mnie zobaczyła.
Gdy zrobiłem kilka kroków do jej pokoju, otworzyła oczy. Jak tylko mnie zobaczyła zaczęła płakać. Usiadłem na brzegu jej łóżka i przytuliła się do mnie, szlochając tak mocno, że czułem jak jej łzy przesiąkły moją bluzkę. Trzymałem ją tak przez długi czas.
- Leah – odezwałem się w końcu, odsuwając ją od mojego torsu i oparłem ją o poduszki. – Dlaczego?
Jej twarz była mokra i czerwona. Ciemne półksiężyce okalały jej oczy. Odwróciła wzrok.
- Zostawiłeś mnie.
Dwa słowa. Czułem tak wielkie poczucie winy, że ledwo co mogłem przełknąć ślinę.
- Caleb, proszę, wróć do domu. Jestem w ciąży.
Zamknąłem oczy.
Nie!
Nie!

Nie…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz