Teraźniejszość
Śledzę
Cammie na Facebooku. Przysięgam, że wszystko co robi ta durna blondyna to
publikowanie zdjęć jej lunchu. Nienawidzę tego. Wciąż mam nadzieję na złapanie
jakiejś informacji o Calebie albo tej zdzirze, Olivii. Loguję się na moim ledwo
co używanym koncie i wpisuję imię Cammie. Chcę zobaczyć czy opublikowała jakieś
zdjęcia urodzin Olivii. Chcę zobaczyć czy był tam Caleb. To głupie, mówię sobie. Olivia jest poślubiona z seksownym Ghandim.
Nie ma mowy, że Caleb mógł być zaproszony. Tak czy inaczej przeglądam wszystkie
zdjęcia, szukając kawałka jego rąk, stóp czy włosów. Widzę tylko zdjęcia
Olivii. Ktoś zrobił jej zdjęcie, gdy przybyła na przyjęcie niespodziankę. Jej
usta są otwarte i jeśli nie wiedziałoby się lepiej, to można by pomyśleć, że
ktoś celował w nią pistoletem, a nie krzyczał Wszystkiego Najlepszego. Ma na sobie dopasowane spodnie i obcisły
top bez ramiączek. Pociągam nosem, klikając po zdjęciach. Olivia przytulająca
Noah, Olivia śmiejąca się z Cammie, Olivia zdmuchująca świeczki na tortowej
wieży, Olivia strzelająca w kogoś pistoletem na wodę, Olivia wpychana do
basenu…
Ostatnie
zdjęcie pokazuje Olivię otwierającą prezent. Siedzi na krześle z otwartym
pudełkiem na jej kolanach. Wyraz jej twarzy daleki jest od radości. Jej brwi są
zmarszczone, a jej usta ściągnięte w jednym z jej sławnych bocznych zmarszczeń.
Przyglądam się pudełku, próbując zobaczyć co jest w środku, ale widzę jedynie
metalicznie niebieski papier. Cammie podpisała zdjęcie: Nie wiemy od kogo to jest??
Przyznaj się albo nie dostaniesz kartki z podziękowaniem.
Patrzę
podejrzliwie na paczkę. Co takiego mogło być w środku, że wyglądała na tak
przerażoną? Klikam na następne zdjęcia, ale na żadnym z nich nie ma Olivii. Tak
jakby zniknęła po otworzeniu paczki. Wrzucam do ust garść ledwo rozmrożonych
marchewek. Odsuwając krzesło, idę szukać Sama. Znajduję go jak składa pranie w
pokoju dziecięcym. Caleb ma dziecko, ale Sam i tak przychodzi, żeby pomóc mi
przeżyć.
- Byłeś na
tym przyjęciu, prawda?
- Jakim przyjęciu?
– Otwiera szafkę, wkłada stertę śpioszków i zamyka ją, nie patrząc na mnie.
- Przyjęciu
Olivii, Sam. – Jego oczy wędrują z moich skrzyżowanych ramion na stukającą
stopę.
- Nie
nakarmię twoich skłonności prześladowczych.
- Co było w
tym niebieskim pudełku, które otworzyła Olivia?
Wzrok Sama
gwałtownie przenosi się na moją twarz.
- Skąd o
tym wiesz?
- Byłam na…
uch… Facebooku.
Sam kręci
głową. – Nie wiem. Pudełko nie miało kartki. Rzuciła jedno spojrzenie do środka
i pobiegła do domu. Potem już jej nie widziałem. Sądzę, że Noah zabrał ją do
domu.
- Co się
stało z pudełkiem? – Dlaczego jestem tak zainteresowana?
- Chyba
Cammie je ma.
Łapię go za
ramię. – Zapytaj ją.
Wyrywa mi
się, jego czoło zmarszczone jest w trzech głębokich liniach. Wskazuję na jego
czoło.
- Powinieneś
naprawdę zastanowić się nad botoksem.
- Nie będę
grzebał dla ciebie w obsesyjnym pudełku Olivii.
- Nie mam na
jej punkcie obsesji – sprzeciwiam się. – Chcę tylko napawać się tym, co ją
zdenerwowało.
- Czy ty i Nancy
nie przejechaliście się już wystarczająco po Olivii?
Marszczę
nos. Czy kiedykolwiek będzie wystarczająco jeżdżenia po Olivii? Ta kobieta
powinna nosić znak na plecach z napisem „Biała Hołota Kradnąca Chłopaków”.
- Mów sobie
co chcesz, Sam, ale nie próbowała zrujnować twojego życia.
Kieruję się
do salonu, kiedy dogania mnie jego głos.
- Z tego co
słyszałem, uratowała twoje.
Obracam się
i piorunuję go wzrokiem. Nie mogę uwierzyć, że to powiedział. Jak kompletnie
nieprawdziwe. Mam dosyć, dosyć, dosyć byciu zmuszoną do czucia wdzięczności do tej
przebiegłej suki za coś, co mógł zrobić każdy. Mogłabym zatrudnić każdego
prawnika, jakiego bym chciała. Olivia została mi narzucona.
- Tak ci
powiedziała Cammie?
Wkłada do
szafki ostatnią czystą butelkę i odwraca się do mnie.
- Czy tak
się nie stało? Wzięła twoją sprawę i wygrała?
- Na litość
boską! To była jej praca.
- Dlaczego
wzięła twoją sprawę?
Cały czas
jestem blada, ale kiedy ktoś zadaje mi te pytanie, na przykład moja matka,
siostra, przyjaciele… czuję jak kolor mojej skóry się odrywa. Dlaczego wzięła sprawę?
Bo Caleb ją o to poprosił. Dlaczego Caleb ją poprosił? Początkowo myślałam, że
przez to, że go okłamała. Zbierał jej poczucie winy, sprawiając, że płaciła broniąc
jego żonę. Ale potem przechwyciłam spojrzenie. Spojrzenie. Jak długie może być
spojrzenie… tak naprawdę? Spojrzenie może trwać sekundę, cholerną, niegroźną
sekundę i może opowiedzieć długą, skomplikowaną historię. Możesz dostrzec trzy
lata w sekundowym spojrzeniu. Możesz zobaczyć także tęsknotę. Nie wiedziałam o
tym, dopóki sama tego nie zobaczyłam. Chciałam tego nie zobaczyć. Nie
chciałabym już nigdy więcej widzieć spojrzenia dzielonego przez dwójkę ludzi z
historią.
- Wydaje mi
się, że jesteś lojalna wszystkim niewłaściwym ludziom – mówi.
- O czym
mówisz? – warczę.
- Och, sam
nie wiem. Prawie wzięłaś upadek za swojego ojca, kiedy wyraźnie traktował cię
jak śmiecia, a potem odsuwasz swoje dziecko na bok, jakby było dla ciebie
kłopotem.
Wzdrygam
się.
- Resztę
dnia masz wolną.
Sam unosi
brwi. – Więc do zobaczenia w poniedziałek.
Nie zwracam
na niego uwagi, kiedy wychodzi. Idę na górę, żeby sprawdzić Estellę, a potem
zdaję sobie sprawę, że jej nie ma. Ostatnio często to robiłam, spodziewając się
ją usłyszeć albo zobaczyć, gdy wchodzę do pokoju. W odróżnieniu od kilku
miesięcy temu nie czuję ulgi, że nie ma jej tutaj. Czuję…
Co ja
czuję? Nie cierpię tego. Zdecydowanie nie chcę myśleć o moich uczuciach.
Idę do
zamrażarki i wyciągam fasolę. Ważąc torebkę w ręce przez parę sekund, nagle
rzucam nią jakbym rzucała piłką dla Marlinsów.
Biorę
kluczyki od auta z haczyka w kuchni i idę do garażu. Mój szybki samochód stoi w
garażu: moje przeddziecko, zapewniający mnóstwo zabawy, wiśniowo-czerwony
kabriolet. Klepię maskę zanim wsiadam do środka. Potem mijam mamusiowy samochód,
skrzynkę pocztową i wjeżdżam na ulicę.
Czuję się
zagubiona. Czuję się zagubiona i niewiarygodnie wściekła. Zatrzymuję się na
parkingu sklepu spożywczego. Wmaszerowując do środka, nie gubię rytmu, jak
biorę koszyk i kieruję się do alejki ze słodyczami. Opróżniam półkę
czekoladowych rodzynków i biorę naręcze Twizzlersów. Gdy rzucam wszystko na
taśmę przy kasie, dzieciak kasujący patrzy na mnie szerokimi oczami.
- Czy to
będzie…
- To wszystko
– krzyczę. – Chyba że chcesz dać mi nowe życie.
Nadal się
na mnie gapi, kiedy zabieram swoje zakupy i biegnę do samochodu.
Pierwszą
rzeczą jaką robię, gdy wracam do domu jest opróżnienie mojej zamrażarki z warzyw.
Rozcinam torebki, jedna po drugiej i wrzucam ich kolorową zawartość do śmieci. Nucę
przy pracy. Potem pociągam łyk wódki prosto z butelki, ściągam obcasy i
otwieram pierwszą torebkę czekoladowych rodzynek. Od tamtej chwili wszystko się
stacza. Wyjadam wszystkie torebki, aż jest mi niedobrze. Dzwonię do Caleba o
drugiej nad ranem. Jego głos jest niewyraźny, gdy odbiera.
Nie ma karmienia o drugiej nad ranem, myślę. Szczęśliwiec.
- Co jest,
Leah? – pyta.
- Chcę z
powrotem moje dziecko. – Żuję Twizzlera i czekam.
Milczy
przez jakieś dziesięć sekund.
- Dlaczego?
Pociągam
nosem.
- Bo chcę,
żeby wiedziała, że nie ma nic złego w jedzeniu słodyczy.
- Co? – Jego
głos jest szorstki.
- Już ty
mnie nie „co-uj”. Przywieź moje dziecko. Jutro z samego rana. – Rozłączam się.
Chcę moje
przeklęte dziecko. Chcę moje
przeklęte dziecko.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz