1.4.14

Dirty Red - rozdział 29

Teraźniejszość

Śledzę Cammie na Facebooku. Przysięgam, że wszystko co robi ta durna blondyna to publikowanie zdjęć jej lunchu. Nienawidzę tego. Wciąż mam nadzieję na złapanie jakiejś informacji o Calebie albo tej zdzirze, Olivii. Loguję się na moim ledwo co używanym koncie i wpisuję imię Cammie. Chcę zobaczyć czy opublikowała jakieś zdjęcia urodzin Olivii. Chcę zobaczyć czy był tam Caleb. To głupie, mówię sobie. Olivia jest poślubiona z seksownym Ghandim. Nie ma mowy, że Caleb mógł być zaproszony. Tak czy inaczej przeglądam wszystkie zdjęcia, szukając kawałka jego rąk, stóp czy włosów. Widzę tylko zdjęcia Olivii. Ktoś zrobił jej zdjęcie, gdy przybyła na przyjęcie niespodziankę. Jej usta są otwarte i jeśli nie wiedziałoby się lepiej, to można by pomyśleć, że ktoś celował w nią pistoletem, a nie krzyczał Wszystkiego Najlepszego. Ma na sobie dopasowane spodnie i obcisły top bez ramiączek. Pociągam nosem, klikając po zdjęciach. Olivia przytulająca Noah, Olivia śmiejąca się z Cammie, Olivia zdmuchująca świeczki na tortowej wieży, Olivia strzelająca w kogoś pistoletem na wodę, Olivia wpychana do basenu…
Ostatnie zdjęcie pokazuje Olivię otwierającą prezent. Siedzi na krześle z otwartym pudełkiem na jej kolanach. Wyraz jej twarzy daleki jest od radości. Jej brwi są zmarszczone, a jej usta ściągnięte w jednym z jej sławnych bocznych zmarszczeń. Przyglądam się pudełku, próbując zobaczyć co jest w środku, ale widzę jedynie metalicznie niebieski papier. Cammie podpisała zdjęcie: Nie wiemy od kogo to jest?? Przyznaj się albo nie dostaniesz kartki z podziękowaniem.
Patrzę podejrzliwie na paczkę. Co takiego mogło być w środku, że wyglądała na tak przerażoną? Klikam na następne zdjęcia, ale na żadnym z nich nie ma Olivii. Tak jakby zniknęła po otworzeniu paczki. Wrzucam do ust garść ledwo rozmrożonych marchewek. Odsuwając krzesło, idę szukać Sama. Znajduję go jak składa pranie w pokoju dziecięcym. Caleb ma dziecko, ale Sam i tak przychodzi, żeby pomóc mi przeżyć.
- Byłeś na tym przyjęciu, prawda?
- Jakim przyjęciu? – Otwiera szafkę, wkłada stertę śpioszków i zamyka ją, nie patrząc na mnie.
- Przyjęciu Olivii, Sam. – Jego oczy wędrują z moich skrzyżowanych ramion na stukającą stopę.
- Nie nakarmię twoich skłonności prześladowczych.
- Co było w tym niebieskim pudełku, które otworzyła Olivia?
Wzrok Sama gwałtownie przenosi się na moją twarz.
- Skąd o tym wiesz?
- Byłam na… uch… Facebooku.
Sam kręci głową. – Nie wiem. Pudełko nie miało kartki. Rzuciła jedno spojrzenie do środka i pobiegła do domu. Potem już jej nie widziałem. Sądzę, że Noah zabrał ją do domu.
- Co się stało z pudełkiem? – Dlaczego jestem tak zainteresowana?
- Chyba Cammie je ma.
Łapię go za ramię. – Zapytaj ją.
Wyrywa mi się, jego czoło zmarszczone jest w trzech głębokich liniach. Wskazuję na jego czoło.
- Powinieneś naprawdę zastanowić się nad botoksem.
- Nie będę grzebał dla ciebie w obsesyjnym pudełku Olivii.
- Nie mam na jej punkcie obsesji – sprzeciwiam się. – Chcę tylko napawać się tym, co ją zdenerwowało.
- Czy ty i Nancy nie przejechaliście się już wystarczająco po Olivii?
Marszczę nos. Czy kiedykolwiek będzie wystarczająco jeżdżenia po Olivii? Ta kobieta powinna nosić znak na plecach z napisem „Biała Hołota Kradnąca Chłopaków”.
- Mów sobie co chcesz, Sam, ale nie próbowała zrujnować twojego życia.
Kieruję się do salonu, kiedy dogania mnie jego głos.
- Z tego co słyszałem, uratowała twoje.
Obracam się i piorunuję go wzrokiem. Nie mogę uwierzyć, że to powiedział. Jak kompletnie nieprawdziwe. Mam dosyć, dosyć, dosyć byciu zmuszoną do czucia wdzięczności do tej przebiegłej suki za coś, co mógł zrobić każdy. Mogłabym zatrudnić każdego prawnika, jakiego bym chciała. Olivia została mi narzucona.
- Tak ci powiedziała Cammie?
Wkłada do szafki ostatnią czystą butelkę i odwraca się do mnie.
- Czy tak się nie stało? Wzięła twoją sprawę i wygrała?
- Na litość boską! To była jej praca.
- Dlaczego wzięła twoją sprawę?
Cały czas jestem blada, ale kiedy ktoś zadaje mi te pytanie, na przykład moja matka, siostra, przyjaciele… czuję jak kolor mojej skóry się odrywa. Dlaczego wzięła sprawę? Bo Caleb ją o to poprosił. Dlaczego Caleb ją poprosił? Początkowo myślałam, że przez to, że go okłamała. Zbierał jej poczucie winy, sprawiając, że płaciła broniąc jego żonę. Ale potem przechwyciłam spojrzenie. Spojrzenie. Jak długie może być spojrzenie… tak naprawdę? Spojrzenie może trwać sekundę, cholerną, niegroźną sekundę i może opowiedzieć długą, skomplikowaną historię. Możesz dostrzec trzy lata w sekundowym spojrzeniu. Możesz zobaczyć także tęsknotę. Nie wiedziałam o tym, dopóki sama tego nie zobaczyłam. Chciałam tego nie zobaczyć. Nie chciałabym już nigdy więcej widzieć spojrzenia dzielonego przez dwójkę ludzi z historią.
- Wydaje mi się, że jesteś lojalna wszystkim niewłaściwym ludziom – mówi.
- O czym mówisz? – warczę.
- Och, sam nie wiem. Prawie wzięłaś upadek za swojego ojca, kiedy wyraźnie traktował cię jak śmiecia, a potem odsuwasz swoje dziecko na bok, jakby było dla ciebie kłopotem.
Wzdrygam się.
- Resztę dnia masz wolną.
Sam unosi brwi. – Więc do zobaczenia w poniedziałek.
Nie zwracam na niego uwagi, kiedy wychodzi. Idę na górę, żeby sprawdzić Estellę, a potem zdaję sobie sprawę, że jej nie ma. Ostatnio często to robiłam, spodziewając się ją usłyszeć albo zobaczyć, gdy wchodzę do pokoju. W odróżnieniu od kilku miesięcy temu nie czuję ulgi, że nie ma jej tutaj. Czuję…
Co ja czuję? Nie cierpię tego. Zdecydowanie nie chcę myśleć o moich uczuciach.

Idę do zamrażarki i wyciągam fasolę. Ważąc torebkę w ręce przez parę sekund, nagle rzucam nią jakbym rzucała piłką dla Marlinsów.
Biorę kluczyki od auta z haczyka w kuchni i idę do garażu. Mój szybki samochód stoi w garażu: moje przeddziecko, zapewniający mnóstwo zabawy, wiśniowo-czerwony kabriolet. Klepię maskę zanim wsiadam do środka. Potem mijam mamusiowy samochód, skrzynkę pocztową i wjeżdżam na ulicę.
Czuję się zagubiona. Czuję się zagubiona i niewiarygodnie wściekła. Zatrzymuję się na parkingu sklepu spożywczego. Wmaszerowując do środka, nie gubię rytmu, jak biorę koszyk i kieruję się do alejki ze słodyczami. Opróżniam półkę czekoladowych rodzynków i biorę naręcze Twizzlersów. Gdy rzucam wszystko na taśmę przy kasie, dzieciak kasujący patrzy na mnie szerokimi oczami.
- Czy to będzie…
- To wszystko – krzyczę. – Chyba że chcesz dać mi nowe życie.
Nadal się na mnie gapi, kiedy zabieram swoje zakupy i biegnę do samochodu.
Pierwszą rzeczą jaką robię, gdy wracam do domu jest opróżnienie mojej zamrażarki z warzyw. Rozcinam torebki, jedna po drugiej i wrzucam ich kolorową zawartość do śmieci. Nucę przy pracy. Potem pociągam łyk wódki prosto z butelki, ściągam obcasy i otwieram pierwszą torebkę czekoladowych rodzynek. Od tamtej chwili wszystko się stacza. Wyjadam wszystkie torebki, aż jest mi niedobrze. Dzwonię do Caleba o drugiej nad ranem. Jego głos jest niewyraźny, gdy odbiera.
Nie ma karmienia o drugiej nad ranem, myślę. Szczęśliwiec.
- Co jest, Leah? – pyta.
- Chcę z powrotem moje dziecko. – Żuję Twizzlera i czekam.
Milczy przez jakieś dziesięć sekund.
- Dlaczego?
Pociągam nosem.
- Bo chcę, żeby wiedziała, że nie ma nic złego w jedzeniu słodyczy.
- Co? – Jego głos jest szorstki.
- Już ty mnie nie „co-uj”. Przywieź moje dziecko. Jutro z samego rana. – Rozłączam się.

Chcę moje przeklęte dziecko. Chcę moje przeklęte dziecko.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz