27.10.13

Dirty Red - rozdział 4

Przeszłość

Poznałam Caleba na dwudziestych czwartych urodzinach Katine. Odbywały się na jachcie, co było znacznie lepsze od miejsca moich dwudziestych czwartych urodzin, które miały miejsce w jednym z eleganckich klubów nocnych w South Beach. Ja zaprosiłam dwieście ludzi; ona trzysta. Ale patrząc na to, że urodziny mojej najlepszej przyjaciółki są cztery miesiące po moich, to ma przewagę z przyćmiewaniem mnie każdego roku. Uważam to za sprawiedliwe, ponieważ jestem ładniejsza, a mój ojciec był dwanaście miejsc wyżej od jej w Forbes.
Miałam na sobie czarną, jedwabną sukienkę Lanvina, której widziałam jak przyglądała się Katine tydzień temu, jak robiłyśmy zakupy w Barney’s. Jej biodra były leciutko za szerokie aby zmieścić się w szczupłej części sukienki, więc wzięłam ją, kiedy nie patrzyła i kupiłam. Oczywiście ona to samo zrobiłaby mnie.
Po zrobieniu rund wśród naszych przyjaciół, skierowałam się do baru po świeże martini. Spostrzegłam go, jak siedział na jednym ze stołków barowych. Siedział do mnie plecami, ale po szerokości jego bioder i fryzurze wiedziałam, że będzie piękny. Wsunęłam się na wolne miejsce obok niego i kątem oka rzuciłam mu spojrzenie. Najpierw zauważyłam silną szczękę. Można by rozbijać orzechy o taką szczękę. Jego nos był trochę dziwny, ale nie w nieatrakcyjny sposób. Grzbiet był zakrzywiony, drobny zakręt w drodze. Był elegancki, tak jak byłby stary rewolwer. Jego wargi były zbyt zmysłowe jak na mężczyznę. Gdyby nie jego nos – ten niewiarygodnie elegancki nos – jego twarz byłaby zbyt ładna. Przeczekałam parę tradycyjnych minut, żeby na mnie spojrzał, normalnie nie musiałam za bardzo się trudzić, żeby przykuć samczą uwagę, ale kiedy tego nie zrobił, odchrząknęłam. Jego oczy, które były skupione na telewizorze ponad barem, powoli zwróciły się na mnie, jakbym była narzuconym ciężarem. Były koloru syropu klonowego, gdyby podniosło się go do światła. Czekałam, aż na jego twarz wpłynie szczęśliwy wyraz, jaki pojawiał się na twarzach wszystkich mężczyzn, którzy zarobili moją uwagę. Nie nadszedł.
- Jestem Leah – powiedziałam w końcu, wyciągając rękę.
- Cześć, Leah. – Tak jakby uśmiechnął się połówkowo i uścisnął moją rękę, po czym lekceważąco odwrócił się do telewizora. Znałam jego typ. Trzeba było zgrywać osobę niedostępną z chłopakami o krzywych uśmiechach. Lubili pościg.
- Skąd znasz Katine? – zapytałam, nagle czując się desperacko.
- Kogo?
- Katine… dziewczyna, na której jesteś urodzinach?
- Ach, Katine – powiedział, upijając łyk ze swojej szklanki. – Nie znam jej.
Czekałam, aż wyjaśni, że przyszedł z przyjacielem albo że jest dalekim krewnym kogoś na przyjęciu, ale nic nie powiedział. Postanowiłam wypróbować nowy sposób.
- Czy potrzebujesz Bourbonu i piwa do tej szkockiej?
Spojrzał na mnie po raz pierwszy, mrugając, jakby oczyszczał widok.
- Czy to jest twoja najlepsza gadka na podryw? Tekst z piosenki country?
Zobaczyłam ślad śmiechu w jego oczach i uśmiechnęłam się zachęcona.
- Hej, wszyscy mamy zły nawyk i moim jest muzyka country.
Przyglądał mi się przez minutę, jego oczy przesuwały się po moich włosach i zatrzymały na ustach. Przeciągnął palcami po kondensacji na szklance, zbierając wilgoć czubkami palców. Patrzyłam z fascynacją jak użył kciuka, żeby zetrzeć wilgoć z koniuszków palców.
- Okej – powiedział, odwracając się do mnie. – Jakie masz inne złe nawyki?
W tamtej chwili mogłam odpowiedzieć ciebie.
- Nie, nie – odparłam, uwodzicielsko potrząsając głową i pochylając się wystarczająco, żeby dać mu widok z lotu ptaka na mój dekolt. – Już jeden wypuściłam z torby. Twoja kolej.
Odchrząknął głośno i zerknął na szklankę. Powoli nią zakręcił, wracając do mnie wzrokiem, jakby decydował się czy warto było ciągnąć rozmowę. Po długiej ciszy jego oczy pokryły się lodem i rzekł. – Trujące kobiety.
Wyprostowałam się, zaskoczona. To było idealne. Byłam przy dziesiątce na skali trucizny. Jeżeli potrzebował jadu, mogłam wstrzyknąć mu go prosto w szyję.
Wziął długi, twardy łyk swojej szkockiej. Oceniłam sytuację. Wyraźne było, że ten mężczyzna właśnie przeżył poważne załamanie emocjonalne. Pielęgnował bardzo mocny i bardzo drogi napój na przyjęciu na jachcie, na którym raczej nie chciałby być obecny. Pomimo faktu, że ofiarowałam moje dobroci, mając na sobie sukienkę, która mało pozostawiała wyobraźni, on ledwo co na mnie spojrzał. Normalnie, mężczyzna po przeżyciu zawodu miłosnego nie przestraszyłby mnie. Potrafili zapewnić namiętny, przypadkowy seks w ślad za złamanym sercem. Widzą w tobie tylko najlepsze cechy; cechy, które przypominają im lepsze dni z ich byłymi, oblewają cię komplementami i trzymają się ciebie z wdzięcznością przez wypełniony zabawą tydzień lub dwa. Delektuję się mężczyznami po zawodach miłosnych. Ale ten był inny. Ten nie kwestionował swojej wartości jako człowiek, bo zakończył się jego związek. Kwestionował jej rozsądek. Próbował rozgryźć, w jakiej dokładnie chwili wszystko zaczęło się pruć.
Był nienagannie ubrany, bez starania się. Naturalnie tak się ubierał – co oznaczało, że miał kasę – a ja kochałam kasę. Rozpoznałam królewski znak Rolexa, nitkę Armani’ego, łatwy sposób z jakim patrzył na świat. Również rozpoznałam to jak mówił „dziękuję”, kiedy barman zapełnił jego szklankę i to kiedy para obok niego ciągle przeklinała, on się wzdrygał. Jego typ rzadko kiedy był singlem. Zastanawiałam się co za głupia suka pozwoliła mu odejść. Kimkolwiek ona była, bardzo szybko wymażę ją z jego pamięci. Dlaczego? Ponieważ byłam najlepszą z najlepszych: Godivą, Maserati, doskonałym bezbarwnym diamentem. Potrafię poprawić życie każdego – zwłaszcza tego mężczyzny.

Z moim nowoodkrytym przekonaniem o naszym przyszłym związku, uśmiechnęłam się do niego i skrzyżowałam nogi tak, że spódnica uniosła się na moim udzie.
- Dobra – powiedziałam wolno. – Dzisiaj jest twój szczęśliwy dzień.
- Dlaczego?
Nawet nie spojrzał na moje nogi. Westchnęłam.
- Cóż, zamierzałam powiedzieć coś bystrego o byciu również trującą, ale patrząc na ciebie sądzę, że potrzebujesz dobrej dawki Jamba Juice czy coś.
Parsknął śmiechem.
- Widzisz, jestem zabawna – zażartowałam.
- Tak. – Uśmiechnął się. – Troszeczkę.
Ośmielona, położyłam łokcie po bokach i obróciłam się stołkiem twarzą do niego. Moje kolana dotykały teraz wnętrza jego uda, a on nie próbował się odsunąć.
Naiwniak.
- Więc… - Wyciągnęłam brzoskwiniową papierośnicę z mojej torebki. – To mój kolejny zły nawyk, masz coś przeciwko? – Spojrzał na papierosa uniesionego do moich warg i pokręcił głową. Zapaliłam i wciągnęłam w jednym, gładkim ruchu, który udoskonaliłam.
- Jak ci na imię, panie Smutne Oczy?
Jego usta zadrgały w kącikach, jak jego brwi zrobiły mały taniec do góry.
- Caleb – odparł. – Caleb Drake.
Wypróbowałam Drake z moim imieniem i stwierdziłam, że mi się podoba.
Wydmuchałam dym w stronę oceanu.
- Ja jestem Leah… a jeżeli zagrasz dobrze swoimi kartami, mogłabym być Leah Drake. – Uniosłam brwi.
- Wow. Wow… - powtórzył. – To prawie orzeźwiające.
- Ona nie chciała za ciebie wyjść? – zapytałam współczująco.
- Nie chciała robić wielu rzeczy – powiedział, przełykając resztę szkockiej i podnosząc się. Był cudownie wysoki. W myślach postawiłam siebie pod jego ramieniem, co sprawiało, że musiał mieć co najmniej 185 centymetrów.
Czekałam na jego kolejny ruch. Cokolwiek zrobi, i tak jest mój.
Wstał i pocałował moją rękę. Byłem zdezorientowana.
- Dobranoc, Leah – rzekł. Potem ku mojemu kompletnemu zdziwieniu, odszedł.
Byłam skonfundowana.
Myślałam, że mieliśmy chemię.

Myślałam o nim następnego dnia, pielęgnując mojego kaca. Kim on był? Czemu przyszedł? Co ona mu zrobiła, że mnie przepuścił? Mnie! Krótko rozważałam pomysł, że jego eks była sławą. Jeden Bóg wie, że był wystarczająco przystojny, żeby złamać serce sławie. Pomyślałam o jego chłodnej nonszalancji, trzepocie, który czułam, kiedy na mnie spojrzał. Czy kiedykolwiek musiałam starać się tak mocno, aby sprawić, żeby spojrzał na mnie mężczyzna? Nie. A gdy spojrzał, chciało się, żeby przestał. Patrzył na ciebie, jakby już cię znał – bezpośrednio, trochę znudzenie, krytycznie. Sprawiał, że zastanawiałaś się jak byłoby być po drugiej stronie tego spojrzenia, żeby mieć na sobie jego wzrok, ponieważ tam chciał go mieć.
Grzebałam trochę, próbowałam dowiedzieć się kim był i gdzie spędzał czas. Byłam utalentowanym detektywem. Moje sieci społeczne były szerokie i po dwóch rozmowach telefonicznych wiedziałam, gdzie znaleźć Caleba Drake’a. Jeszcze dwa telefony i miałam kogoś ustawiającego nas na randkę w ciemno.
- Poczekaj co najmniej miesiąc – powiedziałam do mojej kuzynki. – Daj mu trochę więcej czasu na wylizanie ran zanim go uratuję.

Miesiąc później szłam do knajpy sushi nazywanej Tatu, gorąco czepiało się moich nagich nóg, serce obijało się mocno o żebra.
- Niemożliwe – powiedział jak tylko mnie zobaczył.
Udałam zaskoczenie. Pochylając głowę, zapytałam. – Singiel i Brytyjczyk, szukający rudej?
Roześmiał się głęboko i uściskał mnie.
Miał na sobie białą koszulkę na guziki, rękawy podwinął do łokci i spodenki khaki. Był złotobrązowy, jakby opalał się każdego dnia odkąd widziałam go ostatni raz.
- Skąd znasz Sarah? – Przytrzymał mi drzwi i przeszłam obok niego.
- To moja kuzynka. – Uśmiechnęłam się ironicznie. – A ty skąd ją znasz?
Oczywiście już znałam odpowiedź. Chłopak Sarah był z bractwa Caleba. W wieczór przyjęcia Katine przyszedł razem z nimi.
Słuchałam jak wyjaśniał ten związek. Jego akcent był seksowny. Kiedy podążyliśmy za gospodarzem do naszego stolika, położył rękę na moich plecach. To było znajome i zaborcze. Podobało mi się to. Zastanawiałam się czy zrobiłby to, gdyby było to nasze pierwsze spotkanie.
- Wiesz, jak Sarah skusiła mnie na tę randkę w ciemno? – zapytał.
Zaprzeczyłam.
- Powiedziała, że masz ładne nogi.
Uśmiechnęłam się i przygryzłam wargę. – I? – Wyciągnęłam je spod stołu, trzymając razem kostki. Moja sukienka była niebezpiecznie krótka. Oczywiście wiedziałam, że lubił ładną parę nóg. Przez godzinę maglowałam głupiego chłopaka Sarah, żeby dowiedzieć się o nim wszystkiego, co mogłam.
Uśmiechnął się szeroko. Patrzył mi w oczy, mówiąc. – Niezłe.
Poczułam mrowienie aż w palcach u stóp. Na te spojrzenie właśnie czekałam.

Następnego poranka obudziłam się w jego łóżku. Rozciągając się, rozejrzałam się po jego pokoju. Moje mięśnie były luksusowo obolałe. Nie byłam wyginana na tak wiele sposobów odkąd byłam gimnastyczką w liceum.
Usłyszałam prysznic w sąsiedniej łazience i obróciłem się, żeby zobaczyć czy miałam na niego widok przez otwarte drzwi. Miałam.
Poprzedniej nocy przeszliśmy przez trzy drinki i kolację bez przerwy w rozmowie. To było jak rozmawianie z kimś, kogo znałam od wielu lat. Byłam z nim taka odprężona i przypuszczałam, że on czuł to samo ze mną, bo odpowiadał na każde moje pytanie bez wahania. Gdy opuściliśmy restauracje, nie było wątpliwości czy pójdę z nim do domu. Wskoczyłam do jego kabrioletu i przejechaliśmy krótkie piętnaście minut do jego wieżowca. Nasz szlak ubrań zaczynał się przy drzwiach wejściowych i kończył u podnóża jego łóżka, gdzie swawolnie odrzuciliśmy na bok ostatni kawałek tego, co miałam na sobie. Miło byłoby obwiniać alkohol za moją lekkomyślność, ale prawdę powiedziawszy oboje przestaliśmy pić przed jedzeniem. Wszystko, co się wydarzyło… wydarzyło się bez wpływu alkoholu.
Gdy Caleb wyszedł spod prysznica, nadal opierałam się na łokciu. Nie zrobiłam żadnego udawania w związku z obserwowaniem go. Przeciągnął ręcznikiem po włosach, sprawiając, że stanęły w różnych kierunkach. Uśmiechnęłam się szeroko i poklepałam łóżko. Upuszczając ręcznik, położył się obok mnie.
- Nadal jesteś smutny? – zapytałam, kładąc brodę na jego torsie.
Poddał się półuśmiechowi i pstryknął mnie w nos.
- Czuję się trochę pogodniej.
- Ooo… trochę pogodniej… - przedrzeźniłam jego akcent i zaczęłam zsuwać się z łóżka. Złapał mnie za kostki i przyciągnął z powrotem.
- O wiele pogodniej – powiedział.
- Chcesz jeszcze jedną rundkę, a potem iść na lunch? – zapytałam, przesuwając palcem po jego klatce piersiowej.
- Zależy – odparł, łapiąc moją rękę.
Czekałam, aż kontynuuje bez zadawania tradycyjnego „od czego?”.
- Nie szukam niczego poważnego, Leah. Nadal mam namieszane w głowie po…
- Ostatniej dziewczynie? – Uśmiechnęłam się ironicznie i pochyliłam, żeby go pocałować. – Cokolwiek chcesz – powiedziałam przy jego ustach. – Czy wyglądam dla ciebie na dziewczynę z zobowiązaniami?
- Wyglądasz jak kłopoty. – Uśmiechnął się szeroko. – Kiedy dorastałem, matka mawiała mi, żebym nigdy nie ufał rudym.
Zmarszczyłam brwi. – Są tylko dwa powody, dla których coś takiego powiedziała.
Caleb podniósł brwi. – A są nimi?
- Albo twój ojciec przespał się z rudą, albo twoja mama nią jest.
Kręciło mi się w głowie od jego krzywego uśmiechu. Tym razem dosięgnął jego oczu.
- Lubię cię – powiedział.

- To dobrze, Skaucie. Naprawdę dobrze.

Dirty Red - rozdział 3

Moja matka przylatuje w poniedziałek, jak było zaplanowane. Wszyscy idziemy na lotnisko, żeby ją odebrać. Caleb jest ostrożny z wychodzeniem z dzieckiem tak szybko, ale przekonuję go, że nic jej nie będzie, jeżeli będziemy trzymać ją w wózku. Jestem zmęczona siedzeniem w domu, zmęczona trzymaniem butelek i zmęczona udawaniem, że trzy i pół kilograma krzyczącego ludzkiego ciała jest urocze. Poza tym chcę Jamba Juice. Sączę mój soczek i podążam za Calebem i wózkiem przy odbiorze bagażu, kiedy dostrzegamy jej wstrętną jasnowłosą głowę schodzącą po ruchomych schodach. Wywracam oczami. Ma na sobie cały biały damski garnitur. Kto podróżuje w bieli? Macha do nas z radością i podchodzi, przytulając najpierw Caleba, potem mnie.
Pochyla się nad wózkiem i zasłania ręką usta, jakby walczyła z uczuciem.
Boże, chce mi rzygać.
- Ooooch – grucha. – Ona wygląda jak Caleb.
To absolutna bzdura. Wczoraj zdecydowałam, że wygląda dokładnie tak jak ja. Dziecko ma puszyste rude włosy i twarz w kształcie serca. Mimo wszystko Caleb uśmiecha się szeroko i zaczynają pięciominutową rozmowę o pokarmie Estelli i nawyku robienia kupy. Jestem zdumiona skąd ona wie cokolwiek o jedzeniu dzieci i robieniu kupy, skoro mnie i moją siostrę wychowała niańka. Niecierpliwie stukam stopą o tandetną wykładzinę tropikalną i patrzę tęsknie na wyjście. Teraz gdy już tutaj jestem, to chcę po prostu wyjść. Czemu myślałam, że to był dobry pomysł?
Gdy uwaga Caleba jest odwrócona na dziecko, matka szturcha mnie oskarżycielsko w brzuch i potrząsa głową. Wciągam brzuch i rozglądam się z miną winowajcy. Kto jeszcze zauważył? Prawda, urodziłam dziecko tylko trzy dni temu, ale byłam taka ostrożna z chodzeniem z wysoko uniesioną głową – wciąganiem grubego brzucha. Mój chwilowy błąd wprawia mnie w zakłopotanie. Tylko o tym myślę w drodze do domu. Zawieram ze sobą układ, że przestanę jeść, dopóki nie powrócę do dawnej figury.
W domu mama upiera się, żeby zająć pokój obok Estelli, chociaż miałam dla niej przygotowany większy gościnny pokój.
- Matko, jaki jest cel zajęcia tego pokoju? – pytam, gdy Caleb kładzie jej torbę obok łóżka.
- Chcę ci pomóc, Leah. Wstawać do niej w środku nocy i robić resztę tych rzeczy. – Mruga rzęsami do Caleba który uśmiecha się do niej.
Powstrzymuję wywrócenie oczami.
Ona udaje bycie zachwyconą dzieckiem, ale ja wiem lepiej. Publiczne ubóstwianie jest tym, co robi, żeby poprawić swój wizerunek, a kiedy jej publiczność znika – to również miłość. Pamiętam bycie dzieckiem, jak głaskała moje włosy, całowała moją twarz, komentowała jaka jestem ładna – wszystko to przed jej znajomymi. Kiedy wyszli, byłam posyłana do mojego pokoju, żeby się uczyć albo ćwiczyć granie na skrzypcach – zasadniczo miałam zniknąć jej z oczu, do jej następnego przedstawienia „dobrej mamusi”.
- Naprawdę, matko? – pytam przez zęby. – Jak ją usłyszysz po tym jak weźmiesz swoje tabletki nasenne?
Na jej twarzy pojawiają się plamy. Caleb szturcha mnie w łokciem w żebra. Nie mamy rozmawiać o jej uzależnieniu do pomocy nasennych.
- Dzisiaj ich nie wezmę – odpowiada zdecydowanie. – Nakarmię ją, żebyś mogła odpocząć.
Caleb przytula ją szybko, zanim wszyscy schodzimy na dół.

Przyglądam się podejrzliwie z taboretu w kuchni, jak nosi Estellę i jej śpiewa. Rozmawiamy na błahe tematy, albo oni to robią. Skubię moje rozdwojone końcówki.
- Będziemy spędzały cudownie czas, kiedy nie będzie tatusia – grucha do dziecka. – Ty, mamusia i ja.
Caleb posyła mi ostrzegające spojrzenie i idzie na górę, żeby zebrać ostatnie rzeczy na podróż. Palę się, żeby wygłosić wredny komentarz, ale pamiętam obietnicę, jaką mu złożyłam i gryzę się w język. Poza tym, jeżeli chce bawić się w „babcię” i zająć się wszystkimi potrzebami Estelli, podczas gdy nie będzie Caleba, to niech tak będzie. Zaoszczędzi mi to kłopotów.
- Jej włosy są rude – odzywa się matka, jak tylko jest on poza zasięgiem słuchu.
- Tak, zauważyłam.
Cmoka językiem. – Zawsze wyobrażałam sobie, że moje wnuki będą ciemnowłose jak Charles.
- Nie jest – warczę – bo jest moja.
Rzuca mi spojrzenie kątem oka. – Nie bądź taka drażliwa, Johanno. To nie w twoim stylu.
Zawsze krytyczna. Nie mogę się doczekać, aż wyjedzie.
Lecz wtedy mnie to uderza. Gdy jej nie będzie, Caleb nie będzie siedział w domu dzieckiem. Ja będę. Ta podróż służbowa jest pierwsza z wielu, podczas których będę musiała zarywać noce i zmieniać… ludzkie odchody… i – o Boże – robić kąpiele. Niemal spadam z taboretu. Niania, muszę złamać w tym Caleba i sprawić, żeby zobaczył jak bardzo potrzebuję pomocy.
- Matko – mówię słodko – prawie za słodko, bo patrzy na mnie z uniesionymi brwiami. – Caleb nie chce, żebym zatrudniła nianię – skarżę się. Mam nadzieję, że przeciągnę ją na moją stronę, aby porozmawiała z nim o tym.
Jej spojrzenie przenosi się na schody, na których Caleb zniknął kilka chwil temu. Oblizuje wargi, a ja pochylam się, żeby lepiej słyszeć, jaką przekaże mi bryłkę mądrości. Moja matka jest bardzo zaradną kobietą. To przez bycie żoną kontrolującego manipulanta. Musiała nauczyć się, żeby wszystko poszło po jej myśli, bez sprawienia, aby wszystko poszło po jej myśli.
Kiedy Court miała osiemnaście lat, chciała polecieć z przyjaciółmi do Europy. Mój ojciec odmówił. Cóż, w rzeczywistości, to nigdy nie odmówił słownie. Przeciął powietrze ręką jak tylko słowa wyszły z jej ust. CIĘCIE. To było powszechne zdarzenie w naszym greckim domu. Nie lubiłeś kolacji? CIĘCIE. Miałeś zły dzień i nie chcesz, żeby ktoś odzywał się do ciebie? CIĘCIE. Leah rozbija swoje auto warte pięćdziesiąt dolarów po raz piąty? CIĘCIE. Na koniec całego cięcia, Court poleciała do Europy.
Pamiętasz, kiedy byłeś biednym chłopcem? Jak bardzo chciałeś podróżować? Matka.
Ona nadal jest dzieckiem. Ojciec.
Dobrze, że leci, kiedy nadal możemy ją kontrolować. Płacimy za podróż, hotele i najbezpieczniejszy transport… o wiele lepiej niż żeby leciała po dwudziestce, przesypiając drogę przez Francję. Matka.
Mój ojciec nienawidził Francuzów.
Wyglądał na zamyślonego. Logika matki była kusząca. Tydzień później wszystko zarezerwował. Court była ostrożną, kontrolowaną obserwacją, ale na Boga, mogła polecieć do Europy. Poszłam do dwuletniego college’u przygotowującego do wyższych studiów. Dała mi mały obraz, który kupiła od ulicznego sprzedawcy. Była to czerwona parasolka wisząca w deszczu tak, jakby trzymała ją niewidzialna ręka. Odsunęłam papier i od razu wiedziałam, co próbowała mi powiedzieć. Rozpłakałam się, a Court roześmiała się i pocałowała mnie w policzek.
- Nie płacz, Lee. O to chodzi w obrazie, tak?
Dwa miesiące w Europie i mówiła „ta” pod koniec wszystkich wypowiedzianych zdań.
Court jest… była… taka urocza. Chcę o niej wspomnieć, zapytać matkę o jej ostatniego chłopaka, ale temat jest wciąż drażliwy.
- O czym twój mąż nie wie, to go nie zrani. – Głos matki przywraca mnie do zadania pod ręką.
To wszystko? Patrzę na nią beznamiętnie. Jak mam przetłumaczyć ten nonsens w pełnoetatową pomoc przy dziecku?
Ona wzdycha.
- Leah, kochanie… Caleb jest na podróżach służbowych przez większość czasu, prawda?
Łapię jej rozumowanie i powoli kiwam głową, rozszerzając oczy na tę możliwość. Mogłam to zrobić? Zatrudnić kogoś, żeby przychodził i zajmował się dzieckiem w dni, kiedy nie ma Caleba?
Moja matka jest specjalistką w zakresie sztuki oszukiwania. Kiedyś, zanim wzięliśmy z Calebem ślub, na jego prośbę zrobiliśmy sobie przerwę. Dopiero co był w okropnym wypadku samochodowym i przeżywał utratę pamięci z powodu uderzenia w głowę. Ku mojemu absolutnemu przerażeniu, nie pamiętał, kim byłam. Pamiętam, jak myślałam Jak to mogło mi się stać? Miałam zaręczyć się z mężczyzną moich marzeń, a on patrzył na mnie jakbym była zupełnie obcą osobą. Szybko zebrałam mój zdrowy rozsądek i postanowiłam być wspierająca, dopóki nie wróci jego pamięć. To była tylko kwestia czasu zanim przypomniałby sobie jak bardzo chciał ze mną być i założyć na mój palec wielki kamień Tiffany’ego, który znalazłam w jego szufladzie na skarpety. Ale zamiast stawać się mi bliższym, gdy czekaliśmy na powrót jego pamięci, odsunął się, decydując się na spędzanie coraz więcej czasu samemu. Niedługo potem ogłosił, że… spotyka się z inną dziewczyną, jeżeli spotykanie jest dobrym słowem na to co się działo, a dziewczyna jest dobrym słowem na przebiegłą, bezwartościową latawicę, która niemal zniszczyła moje życie. Od razu zadzwoniłam do matki, żeby poinformować ją o tym, co mi powiedział.
- Śledź go – rzekła. – Dowiedz się, jak bardzo jest to poważne i spraw, żeby to zakończył.
Zrobiłam tak, śledząc go jednego wieczoru do tandetnego bloku w jeszcze gorszym sąsiedztwie. Przysadziste budynki były pomalowane na jaskrawy łososiowy kolor. Spojrzałam na żałosną próbę architektury obrazu, która nie zrobiła nic żeby ożywić te miejsce i zaparkowałam blok dalej od Audi Caleba. Byłam bałaganem emocjonalnym, wiedząc, że prawdopodobnie idzie zobaczyć się z tą dziewczyną. Patrzyłam przez lusterko jak podszedł prosto do drzwi i zapukał. Nie patrzył na kartkę papieru ani w telefon, żeby je znaleźć. Jakby wiedział dokładnie, gdzie iść. Drzwi otworzyły się i chociaż nie widziałam, kto stał w środku, to wiedziałam, że musiała to być ona, ponieważ na jego twarzy natychmiast pojawił się uśmiech, który zazwyczaj był skierowany do mnie; flirciarski i seksowny. Boże, co się tutaj działo?
Przeczekałam kilka minut, po czym wysiadłam z samochodu i podeszłam do drzwi. Żeby upewnić się, że robię dobrze, napisałam do matki, która odpowiedziała stanowczym: Wejdź tam i zabierz go, zanim zrobi coś głupiego!
Co było nastąpione kilka sekund później jednym słowem: Płacz.
Zrobiłam obie rzeczy i Caleb wyszedł ze mną tego wieczora. Ale było to krótkotrwałe zwycięstwo. Dziewczyna, z którą się spotykał była jego starą dziewczyną ze studiów. Bez wiedzy zarówno Caleba jak i mojej, udawała, że dopiero co go poznała, próbując wcisnąć się w jego życie na kolejną rundę. Dowiedziałam się o tym po włamaniu się do jej mieszkania. Poszłam prosto do jego domu z dowodem trzymanym kurczowo w pięści, gotowa aby ujawnić jej spisek. Wyglądała na kłopoty. Powinnam była wiedzieć w chwili, jak na nią spojrzałam, że to nie była przypadkowa sytuacja z jakąś niepodejrzliwą dziewczyną, którą poznał. Trochę czasu zajęło mi rozgryzienie tego. Nie było go w domu, gdy tam przyjechałam. Wpuściłam się do środka kluczem, który nie wiedział, że posiadałam i przyjrzałam się bałaganowi, który zostawił po sobie, jakbym była pieprzonym CSI. Wyraźnie ugotował kolację dla dwojga. W korytarzu nadal czuć było charakterystyczny zapach steku. Czy ona była tutaj z nim? Było mi niedobrze. Znalazłam w salonie dwa kieliszki po winie i w panice pobiegłam do sypialni, szukając dowodu, że byli razem. Jego łóżko było niepościelone, ale nie widziałam nigdzie w pokoju śladów seksu. Ale jakie pozostawiłby on ślady? Caleb nie użyłby prezerwatywy. Przez to przeszłam na tabletki antykoncepcyjne krótko po tym jak zaczęliśmy się umawiać. Powiedział, że ich widok przyprawiał go o wymioty, więc nie mogłam znaleźć tutaj żadnych opakowań.
Oddychając z ulgą, podeszłam do jego komody i otworzyłam szufladę, przesuwając rękami po jej tyle, aż znalazłam kwadratowe pudełko od Tiffany’ego, które trzymało mój pierścionek zaręczynowy. Uchyliłam je i poczułam napływające łzy do oczu. To się niemal stało. Był gotowy oświadczyć mi się, kiedy ten cholerny wypadek starł mnie z jego pamięci. Zasługiwałam, żeby z nim być, nosząc mój dwukaratowy, diamentowy pierścionek księżniczki.
Pozbyłam się jej.

Na jakiś czas.

Po podrzuceniu Caleba na lotnisko, idę na zakupy. Wydaje się to trochę płytkie, jakbym powinna czuć się winna… ale nie czuję. Chcę poczuć między palcami maślane jedwabie. Postanawiam, że skoro nie mam przywiązanej do talii piłki koszykowej, to potrzebuję całkowicie nowej garderoby.
Wjeżdżam moim nowym samochodem na miejsce przy Gables i kieruję się prosto do Nordstrom. W przebieralni, odwracam wzrok od mojego brzucha. Przyjemnie jest wchodzić w sukienki z wcięciem w talii. Gdy idę już do drzwi, trzymam zakupy warte ponad trzy tysiące. Wrzucam wszystko na tylne siedzenie i decyduję się spotkać z Katine na drinka.
- Nie karmisz piersią? – pyta, siadając na miejscu obok mnie. Przygląda się moim rozkwitającym piersiom, zrywając wisienkę z ozdobnej tacy barmana.
Wzruszam ramionami. – Odciągam. No i?
Uśmiecha się protekcjonalnie, żując wiśnię. Katine wygląda jak blond, zbotoksowany Newt Gingrich, gdy zadziera nosa. Zlizuję sól z brzegu mojej szklanki margarity i współczuję jej.
- No i nie powinnaś pić, kiedy karmisz piersią.
Przewracam oczami.
- Mam pełno zapasu w lodówce w domu. Kiedy znowu będę musiała odciągnąć, alkohol zniknie z mojego systemu.
Katine rozszerza oczy, co sprawia, że wygląda jeszcze głupiej niż powinna blondynka.
- Jak się ma Najdroższa Mamusia?
- Pilnuje Najdroższe Dziecko – odpowiadam. – Możemy o tym nie rozmawiać?
Wzrusza ramionami, jakby i tak jej to nie obchodziło. Zamawia gin i tonik u barmana i wypija wszystko o wiele zbyt szybko.
- Kochałaś się już z Calebem?
Wzdrygam się. Katine nie ma żadnych oporów. Próbuje zwalić to na fakt, że pochodzi z innej kultury, ale przyjechała tutaj jeszcze zanim potrafiła chodzić. Zamawiam drugą margaritę. Barman jest atrakcyjny. Z jakiegoś powodu nie chcę, żeby wiedział, że jestem matką. Ściszam głos.
- Dopiero co urodziłam dziecko, Katine. Trzeba poczekać przynajmniej sześć tygodni.
- Ja miałam cesarskie cięcie – oświadcza.
Oczywiście o tym wiem. Katine raczyła mnie dziesiątki razy jej wstrętną historią porodu. Odwracam znudzona wzrok, ale jej następne słowa sprawiają, że obracam głowę z powrotem.
- Twoja pochwa będzie teraz cała porozciągana i bezużyteczna.
Najpierw sprawdzam czy barman ją usłyszał, po czym zmrużam oczy. – O czym ty mówisz?
- O naturalnym porodzie. Co? Myślisz, że wszystko po prostu wróci na miejsce? – Śmieje się prawdziwym śmiechem hieny. Patrzę na jej odsłonięte gardło, jak odrzuca głowę do tyłu, dokańczając chichot. Jak wiele razy zastanawiałam się jak by to było, gdybym spoliczkowała moją najlepszą przyjaciółkę? Kiedy uspokaja się, wzdycha dramatycznie.
- Boże, tylko żartuję, Leah. Powinnaś zobaczyć swoją minę. Tak jakbym powiedziała, że umarło ci dziecko.
Bawię się serwetką. Co jeśli ma rację? Zaczynają mnie swędzić palce, żeby wyciągnąć komórkę i wejść na Google. W dodatku robię ćwiczenia Kegla[1].
Czy Caleb zauważy różnicę? Pocę się od samego myślenia o tym. Nasz związek zawsze skupiał się na seksie. Byliśmy seksowną parą; tą, która wszystko ożywiała, kiedy wszyscy nasi znajomi przechodzili na emeryturę do życia misjonarnego seksu, gdy dzieci szły spać. Przez wiele miesięcy na początku naszego związku, miał na twarzy ulgę, kiedy sięgał do mnie, a ja reagowałam. Nigdy go nie odepchnęłam. Nigdy nie chciałam. Teraz musiałam wziąć pod uwagę, że to on może mnie odepchnąć.
Zamawiam kolejnego drinka.
To spowoduje wszystkiego rodzaje nowego niepokoju. Będę musiała zaplanować spotkanie z moim terapeutą.
- Posłuchaj – mówi Katine. Nachyla się do mnie, a jej za słodkie waniliowe perfumy wkradają się do mojego nosa. – Następują zmiany, kiedy rodzisz dziecko. Twoje ciało się zmienia. Zmienia się dynamiczność między tobą, a mężem. Musisz być pomysłowa i na miłość boską, spal wagę po dziecku… szybko.
Strzela palcami na kelnera i zamawia frytki oraz smażone kalmary.
Suka.



[1] Ćwiczenia Kegla – mają na celu wzmocnienie i naukę kontrolowania mięśni dna miednicy.

Dirty Red - rozdział 2

Po czterdziestu ośmiu godzinach jestem wypisana ze szpitala. Caleb jest ze mną, kiedy czekam na bycie zwolnioną. Trzyma Estellę i prawie jestem zazdrosna, tylko że ciągle mnie dotyka – ręka na moim ramieniu, kciuk robiący kółka na tyle mojej dłoni, jego usta na mojej skroni. Matka Caleba przybyła wcześniej z jego ojczymem. Zostali na godzinę, zamieniając się w trzymaniu dziecka, potem zmyli się na lunch z przyjaciółmi. Czułam ulgę, kiedy wyszli. Wiszący nade mną ludzie, podczas gdy moje piersi wolno przeciekały, sprawiali, że wzdrygałam się z zażenowaniem. Przynieśli butelkę Bruichladdicha dla Caleba, świnkę skarbonkę od Tiffany’ego dla dziecka i zestaw dresu od Gucci’ego dla mnie. Pomimo jej snobistyczności, ta kobieta miała doskonały gust. Mam na sobie ten dres. Pocieram materiał między palcami, czekając, aż zostanę zwieziona na dół.
- Nie mogę uwierzyć, że to zrobiliśmy – mówi Caleb po raz milionowy, wpatrując się w nią. – Zrobiliśmy to.
Formalnie rzecz biorąc, to ja to zrobiłam. To dogodne, jak mężczyźni mogą dopisać swoje imiona do tych małych istot bez zrobienia niczego innego, jak przeżycie orgazmu i kupienie łóżeczka dziecięcego. Wyciąga rękę i wesoło ciągnie mnie za włosy. Uśmiecham się słabo. Nie potrafię być długo na niego zła. Jest idealny.
- Ma rude włosy – mówi, jakby ustalając jej wiarygodność, jako moje dziecko. Jest Ruda, jak należy. Biedne dziecko będzie miała pełne ręce roboty. Nie łatwo jest coś osiągnąć będąc rudym.
- Co? Ten meszek? To nie są włosy – drażnię się.
Przyniósł ze sobą pluszowy, lawendowy kocyk. Nie mam pojęcia skąd go wziął, skoro większość rzeczy naszego dziecka jest zielone albo białe. Patrzę jak opatula nią nim, tak jak nauczyły go pielęgniarki.
- Zadzwoniłeś do agencji niań? – pytam nieśmiało. To jest drażliwy temat pomiędzy nami, razem z karmieniem piersią, które Caleb mocno propaguje, a mnie to nie obchodziło. Nasz kompromis składa się ze mnie odciągającej przez kilka miesięcy, a potem będę powiększać piersi.
Marszczy czoło. Nie wiem czy to dlatego, co powiedziałam, czy dlatego, że kocyk sprawia mu problemy.
- Nie zatrudniamy niani, Leah.
Nie cierpię tego. Caleb ma własne pomysły na to, jak wszystko powinno wyglądać. Można by przysiąc, że został wychowany przez samą Betty Pieprzoną Crocker.
- Sama powiedziałaś, że nie zamierzasz wrócić do pracy.
- Moje koleżanki… - zaczynam, ale przerywa mi.
- Nie obchodzi mnie, co te rozpieszczone próżniaczki robią ze swoimi dziećmi. Jesteś jej matką i ty będziesz ją wychowywać, nie obcy.
Przygryzam wargę, żeby powstrzymać płacz. Patrząc na jego minę, wiem, że nie wygram w tej bitwie. Powinnam była wiedzieć, że ktoś taki jak Caleb Drake stoi nad tym, co jest jego, obnażając zęby, nie pozwalając nikomu tego dotknąć.
- Nie wiem nic o dzieciach. Po prostu myślałam, że mogłabym mieć kogoś do pomocy… - Wykorzystuję ostatni sposób… lekko wydymam wargi. To zazwyczaj działa na moją korzyść.
- Coś wymyślimy – odpowiada chłodno. – Reszta rodzącego świata nie posiada opcji niani – oni coś wymyślili. My też.
Skończył opatulać Estellę. Podaje mi ją i przychodzi pielęgniarka, żeby zawieźć mnie do samochodu. Przez całą drogę mam zamknięte oczy, bojąc się na nią spojrzeć.
Kiedy Caleb podjeżdża do krawężnika moim nowym samochodem „mamusi”, odkrywamy, że nie można umieścić owiniętego w powijaki dziecka w foteliku samochodowym. Ja od razu bym skwaśniała. Gdy nic nie idzie po mojej myśli, tracę cierpliwość. Za to Caleb śmieje się, mówi do dziecka jaki to on jest głupi, odwijając ją z kocyka. Ona szybko zasypia, ale on podtrzymuje dialog. To głupie, dorosły mężczyzna zachowujący się w taki sposób. Kiedy jest przypięta, pomaga mi wsiąść do środka. Przed zamknięciem drzwi, całuje mnie lekko w usta. Zamykam oczy i rozkoszuję się tym, smakuję jego uwagę. Jest bardzo mało pocałunków, które sprawiają, że czuję się z nim połączona. Zawsze jest gdzieindziej… z kimś innym. Jeżeli dziecko może nas złączyć, to może miałam rację robiąc to, co zrobiłam.
To mój pierwszy raz w moim nowym samochodzie, które Caleb odebrał dziś rano od przedstawiciela handlowego. Moje wszystkie przyjaciółki mają tańsze samochody. Ja mam najlepszy. Czuje się jak w karze więziennej warte dziewięćdziesiąt tysięcy dolarów, pomimo mojego początkowego podniecenia, żeby go mieć. Caleb wskazuje na różne rzeczy, gdy jedziemy. Słucham ze skupieniem dźwięku jego głosu, ale nie słów. Wciąż myślę o tym, co jest w foteliku.

W domu Caleb bierze Estellę z jej fotelika i delikatnie kładzie ją w jej nowym łóżeczku. Już nazywa ją Stellą. Leniuchuję na moim ulubionym szezlongu w naszym dużym salonie, przełączając kanały w telewizji. On przynosi mi odciągacz pokarmu i wzdrygam się.
- Ona musi jeść, no chyba że chcesz zrobić to w tradycyjny sposób…
Zabieram od niego odciągacz i zabieram się do pracy.
Czuję się jak dojona krowa, jak maszyna brzęczy i mruczy. Jak może to być sprawiedliwe? Kobieta nosi dziecko przez czterdzieści dwa wyczerpujące tygodnie, tylko po to, żeby potem zostać przypiętą do maszyny i zmuszona do karmienia go. Caleb wydaje się cieszyć moim dyskomfortem. Ma dziwne poczucie humoru. Zawsze drażni się i rzuca jakąś dowcipną uwagę, na którą często nie udaje mi się odpowiedzieć, ale teraz, jak patrzy na mnie z tym lekkim uśmiechem tańczącym na jego wargach, śmieję się.
- Leah Smith – mówi. – Matka.
Wywracam oczami. On lubi te słowa, ale mnie przyprawiają o palpitacje serce. Kiedy kończę, w obu butelkach jest duża ilość wodnisto wyglądającego mleka. Oczekuję, że on zrobi resztę, ale wraca z zawodzącą Estellą w ramionach i podaje mi ją. To dopiero trzeci raz, jak muszę ją nosić. Staram się wyglądać naturalnie, żeby zrobić na nim wrażenie i chyba to działa, bo kiedy daje mi butelkę, uśmiecha się i dotyka mojej twarzy.
Może to jest kluczem – udawanie, że kocham ten macierzyński układ. Może właśnie to musi we mnie zobaczyć. Spoglądam na nią, jak ssie butelkę. Jej oczy są zamknięte i wydaje okropne dźwięki, jakby umierała z głodu. To nie jest straszne. Odprężam się trochę i przyglądam jej twarzy, szukając w niej jakiegoś śladu po mnie. Caleb miał rację; ma wszelkie zadatki na rudzielca. Reszta niej wygląda bardziej jak on – pełne, idealnie zarysowane usta pod dziwnym małym noskiem. Z pewnością będzie piękna.
- Pamiętasz, że mam w poniedziałek podróż służbową? – pyta, siadając naprzeciw mnie.
Gwałtownie podnoszę głowę i nie robię nic, aby ukryć panikę na mojej twarzy. Caleb często wyjeżdża na podróże służbowe, ale myślałam, że weźmie kilka tygodni wolnego, żeby pozwolić mi zaaklimatyzować się.
- Nie możesz wyjechać.
Powoli na mnie mruga i wypija łyk czegoś z kieliszka do koniaku.
- Nie chcę jej jeszcze opuszczać, Leah. Ale wcześnie przyszła. Nikt inny nie może pojechać, już próbowałem kogoś znaleźć. – Pochyla się przede mną, całując moją dłoń. – Nic ci nie będzie. Twoja matka przyjeżdża w poniedziałek. Ona może ci pomóc. Nie będzie mnie trzy dni.
Chcę zapłakać na tę informację. Moja matka jest uzależniona od dramatyczności, w dodatku jest nieznośnie narcystyczna. Dzień z nią jest jak tydzień. Caleb widzi moją winę i marszczy czoło.
- Ona się stara, Leah – chciała przyjechać. Tylko traktuj ją łagodnie.
Przygryzam wargę, żeby nie powiedzieć czegoś naprawdę okropnego. Mam w sobie złośliwą stronę, którą Caleb uważa za chamską, więc powściągam ją, kiedy jest w pobliżu. Gdy nie ma go w pobliżu, klnę jak marynarz i rzucam rzeczami.
- Na jak długo zostaje? – burczę.
- Pomóż jej odbić się…
- Co? – Tak bardzo jestem rozproszona nadciągającą wizytą mojej matki; nie zauważam, że Estella w połowie się krztusi, mleko bulgocze z jej ust jak pączki róż.
- Nie wiem jak.
Podchodzi do mnie, zabiera ją ode i kładzie na swojej klatce piersiowej. Klepie ją po plecach w lekkich, krótkich stuknięciach, które wydają odgłos bicia serca.
- Będzie tutaj na tydzień.
Przewracam się i chowam twarz w poduszce, unosząc tyłek w powietrzu. Klepie mnie w niego, śmiejąc się.
- Nie będzie tak źle.
Zaciskam zęby. – Nie.
Czuję opadającą kanapę, kiedy siada obok mnie. Zerkam na niego spomiędzy włosów, które obramują moją twarz jak czerwona maska. Jedną ręką trzyma dziecko, a drugą wykorzystuje, żeby odsłonić mi twarz, łagodnie odsuwając włosy za moje ramię.
- Spójrz na mnie – mówi. Patrzę, jedno oko zasłaniając przed małym czymś leżącym na jego piersi.
- W porządku?
Przełykam ślinę. – Ta.
Zaciska usta, kiwając głową. – Nie i Ta. Powiedziałem ci kiedyś, że mówisz „nie” i „ta” tylko wtedy, kiedy jesteś bezbronna?
Jęczę. – Nie poddawaj mnie psychoanalizie, Skaucie.
Śmieje się i popycha mnie tak, że obracam się na plecy. Uwielbiam, gdy bawi się ze mną. Zdarzało się to o wiele częściej, ale ostatnio…
- Będzie dobrze, Ruda. Jeżeli będziesz mnie potrzebować, wskoczę do samolotu i wrócę do domu.
Uśmiecham się i kiwam głową.

Ale on jest w błędzie. Nie będzie dobrze. Ostatnim razem, kiedy widziałam matkę byłam w siódmym miesiącu ciąży. Przyleciała na moje przyjęcie z okazji zbliżających się narodzin dziecka i przez cały czas narzekała na okropne miejsce, które wybrały moje przyjaciółki.
- To jest herbaciarnia, matko – nie bar.
Na przyjęciu nie chciała z nikim rozmawiać i siedziała w kącie, dąsając się, ponieważ nikt nie zapowiedział jej jako matka przyszłej matki. Niemal wybuchła walka na pięści z właścicielem herbaciarni, bo nie podali brazylijskiego organicznego miodu. Od tamtej pory nie chciałam się z nią widzieć.
Caleb – zawsze wielkoduszny, zawsze wyrozumiały – zachęca mnie, abym nie patrzyła na jej wady i pomogła jej zrozumieć jak być dla mnie lepszą matką. Kocham to w nim, ale długi czas temu nauczyłam się, że staranie się być jak on jest poza moim zasięgiem. Udaję, że rozumiem, do czego mnie kieruje, a potem robię własną rzecz, co zazwyczaj wiąże się z jakimś rodzajem biernej agresji. Zatem zgadzam się z nim całym sercem. Obiecuję, że będę się starać z moją matką i idę na górę, żeby uciec od niego i hałaśliwego dziecka. Tak bardzo chcę papierosa, że to mnie dobija. Przechodzę do łazienki i rozbieram się, po czym patrzę na siebie długo i twardo w lustrze. Mój brzuch na szczęście opadł. Jeszcze trochę kilogramów i wrócę do normy. Teraz muszę tylko sprawić, że moje życie wróci do normalności.

24.10.13

Dirty Red - rozdział 1

Teraźniejszość

Spoglądam na różową, krzyczącą istotę w moich ramionach i panikuję.
Panika jest wirem wodnym. Ożywa w twoim mózgu jak wir, nabierając prędkości, kiedy wlewa się do reszty twojego ciała. Kręci się w kółko, przyśpieszając bicie twojego serca. Kręci się w kółko, zawiązując i wzbudzając dolegliwości w twoim żołądku. Kręci się w kółko, uderza w twoje kolana, osłabiając je przed stworzeniem szamba w palcach u stóp. Podwijasz palce, bierzesz kilka głębokich wdechów i chwytasz się zdrowego rozsądku, zanim wessie cię panika.
To jest moje pierwsze dziesięć sekund bycia matką.
Oddaję ją jej ojcu. – Musimy zatrudnić nianię.
Wachluję się egzemplarzem Vogue’a, dopóki nie staje się zbyt ciężki, wtedy pozwalam nadgarstkowi opaść bezwładnie, upuszczając magazyn na podłogę.
- Mogę dostać moje Pellegrino? – Macham palcami w kierunku butelki wody, która jest poza moim zasięgiem i opieram głowę o płaską, szpitalną poduszkę. Oto są fakty: ludzkie istnienie właśnie wypadło z mojego ciała po tym, jak rosło w nim przez dziewięć miesięcy. Pasożytnicze podobieństwa wystarczają, żebym złapała lekarza za klapy i zażądała, żeby zawiązał moje rurki w ładną kokardkę. Mój brzuch – który już obejrzałam – wygląda jak spuszczony z powietrza balon w kolorze skóry. Jestem zmęczona i obolała. Chcę iść do domu. Kiedy moja woda nie nadchodzi, uchylam jedno oko. Czy ludzie nie powinni biegać wokół mnie, po tym, co właśnie zrobiłam?
Dziecko i ojciec stoją przed oknem, oprawieni przyciemnionym, popołudniowym światłem jak tandetna reklama szpitalna. Potrzebują tylko chwytliwego, szpitalnego komentarza, żeby opisać ten moment: Zacznij twoją rodzinę od naszej rodziny.
Wysilam się, żeby przyjrzeć się im. On przytula ją w ramionach, głowę pochyla tak nisko, że ich nosy niemal się dotykają. Powinna być to czuła chwila, ale patrzy na nią z taką miłością, że czuję jak zazdrość ściska lekko moje serce. Zazdrość ma piekielnie silną rękę. Zwijam się pod jej dotykiem, czując niewygodę, że ją wpuściłam.
Dlaczego nie mogło być to chłopcem? To… moje dziecko. Świeże rozczarowanie sprawia, że przyciskam twarz do poduszki, blokując scenę przede mną. Dwie godziny wcześniej lekarka wypowiedziała słowo dziewczynka i położyła jej niebieskie, pokryte mazią ciałko na moją klatkę piersiową. Nie wiedziałam, co zrobić. Mój mąż mnie obserwował, więc wyciągnęłam rękę, żeby ją dotknąć; przez cały ten czas słowo dziewczynka zgniatało moją pierś jak słoń ważący tysiąc ton.
Dziewczynka.
Dziewczynka.
Dziewczynka.
Będę musiała dzielić się moim mężem z inną kobietą… znowu.
- Jak ją nazwiemy? – Nawet na mnie nie patrzy, kiedy mówi. Czuję, że zasłużyłam na trochę kontaktu wzrokowego.
Nie wybrałam imienia dziewczynki. Byłam pewna, że będzie chłopiec. Charles Austin – po moim ojcu.
- Nie wiem. Jakieś sugestie? – Wygładzam pościel mojego łóżka, przyglądam się paznokciom. Imię to tylko imię, prawda? Ja nawet nie używam tego, które dali mi rodzice.
On patrzy na nią przez długi czas, ręką obejmując jej główkę. Przestała machać piąstkami i leży spokojnie w jego ramionach. Znam te uczucie.
- Estella. – Imię stacza się z jego języka, jakby całe życie czekał, aby je wypowiedzieć.
Unoszę gwałtownie głowę. Spodziewałam się czegoś mniej… staromodnego. Marszczę nos.
- Brzmi jak imię starszej pani.
- Jest z książki.
Caleb i jego książki.
- Której? – Ja nie czytam… chyba że zalicza się do tego magazyny, ale są szanse, że jeśli została przerobiona w film, to pewnie widziałam.
Wielkie nadzieje.
Mrużę oczy i czuję to ssanie w żołądku. To ma coś wspólnego z nią. Wiem o tym.
Nie wyrażam słowami tych myśli. Jestem zbyt mądra, żeby zwracać uwagę na moje niepewności, więc swobodnie wzruszam ramionami i uśmiecham się w jego kierunku.
- Jakiś konkretny powód? – pytam słodko.
Przez minutę wydaje mi się, że widzę coś na jego twarzy, cień opadający na jego oczy jakby widział film odgrywający się na jego gałkach ocznych. Przełykam ciężko ślinę. Znam tę minę.
- Kochanie…?
Film kończy się i Caleb wraca do mnie. – Zawsze podobało mi się to imię. Ona wygląda jak Estella.
Haczyk w jego głosie.
Dla mnie wygląda ona jak łysy staruszek, ale potakuję. Nie potrafię odmówić mojemu mężowi, więc wygląda na to, że dziecko właśnie zostało skrzywdzone.
Kiedy jedzie do domu, żeby wziąć prysznic, wyciągam komórkę spod poduszki i szukam w Google „Estelli” z Wielkich nadziei.
Jeden serwis internetowy nazywa ją czarującą pięknością, mówi, że jest nieczułą osobowością i ma kompleks wyższości. Inny mówi, że była fizyczną reprezentacją wszystkiego, czego pragnął Pip, a nie mógł mieć. Odkładam telefon i zerkam do łóżeczka obok mnie. Caleb wszystko robi celowo. Zastanawiam się, jak długo pragnął dziewczynki. Zastanawiam się czy przez te dziewięć miesięcy, gdy planowałam mieć syna, Caleb planował mieć córkę.
Nic nie czuję – żadnych wylewnych, matczynych uczuć, o których opowiadały mi moje przyjaciółki na temat własnych dzieci. Użyły takich słów jak: bezwarunkowa miłość twojego życia. Uśmiechałam się i potakiwałam, zachowując te słowa do odniesienia się do nich, kiedy będę miała własne dziecko. A teraz jestem beznamiętna. Te słowa nic dla mnie nie znaczą. Czy czułabym się inaczej, gdyby była chłopcem? Dziecko zaczyna zawodzić i stukam w przycisk przywołujący pielęgniarkę.
- Potrzebuje pani jakiejś pomocy? – Pielęgniarka w połowie pięćdziesiątki wchodzi dziarsko do pokoju. Przyglądam się jej szczerbatemu uśmiechowi, kiwając głową.
- Może pani zabrać ją pokoju dziecinnego? Potrzebuję trochę snu.
Estella zostaje wywieziona z mojego pokoju, a ja wzdycham z ulgą.
Nie będę w tym dobra. Co ja sobie myślałam? Wdycham powietrze przez nos, wypuszczając ustami, tak jak robię w Yodze.
Chcę papierosa. Chcę papierosa. Chcę zabić kobietę, którą kocha mój mąż. To wszystko jej wina. Zaszłam w ciążę, żeby zatrzymać mężczyznę, którego już poślubiłam. Kobieta nie powinna tego robić. Powinna czuć się bezpiecznie w swoim małżeństwie. Dlatego brało się ślub – żeby czuć się bezpiecznie przed wszystkimi mężczyznami, którzy próbowali zabrać twoją duszę. Chętnie oddałam moją duszę Calebowi. Zaoferowałam ją jak baranka ofiarnego. Teraz nie tylko będę musiała konkurować ze wspomnieniem innej kobiety, ale i pomarszczonym dzieckiem. Caleb już patrzył w jej oczy, jakby mógł zobaczyć w jej źrenicach chowający się Wielki Kanion.
Wzdycham i zwijam się w kłębek, podnosząc kolana pod brodę i chwytając moje kostki.
Zrobiłam wiele rzeczy, żeby zatrzymać tego mężczyznę. Kłamałam i oszukiwałam. Byłam seksowna i potulna, gwałtowna i bezbronna. Byłam wszystkim oprócz samą sobą.
On jest teraz mój, ale nigdy mu nie wystarczam. Czuję to – widzę w sposobie, w jakim na mnie patrzy. Jego oczy są zawsze sondujące, szukające czegoś. Nie wiem, czego on szuka. Chciałabym wiedzieć. Nie mogę rywalizować z dzieckiem – moim dzieckiem.
Jestem, kim jestem.
Nazywam się Leah i zrobię wszystko, żeby zatrzymać mojego męża. 

The Opportunist - epilog

Jak tutaj dotarłam? Gdzie poszło ostatnie dziesięć lat mojego życia? Czuję się jak kawałek papieru zabrany przez wiatr i rzucany w każdym kierunku. W pewnym sensie jestem zwycięzcą – wojowniczką. Bo pokonałam potwora w samej sobie i wygrałam. Ale co straciłam w procesie?
Nie oszukuję – już nie. Prawda jest dla mnie ważna. Jakie to smutne, że coś takiej wartości stało się moim priorytetem, gdy było za późno. Zmieniłam kurs mojego życia, bo bałam się. Dalej się boję. Caleb był jak huragan, który przeszedł przez moje życie, wzbudzając w moim wnętrzu rzeczy, o których istnieniu nie wiedziałam. Jest tęsknotą, której nigdy nie wyleczę.

W wieku trzydziestu lat siedzę w komnacie panny młodej w sukni ślubnej. Nie mam pojęcia, kim jestem, ponieważ wcześniej byłam złą osobą, a to kim jestem teraz jest niepostanowione. Zgubiłam się, ale jeszcze się nie odnalazłam. Jestem bardzo zasmucona faktem, że straciłam tyle czasu. Wiem, że nie jest za późno na zrobienie tych rzeczy, na dowiedzenie się, co kocham i kim jestem. Lecz z drugiej strony nie jestem pewna czy chcę wiedzieć. Obawiam się, że straciłam kogoś, kim mogłam być. Tak, nadal kocham go całym sercem. Ale walczyłam i walczyłam, i podarłam na kawałki to, co powinno być chronione i pielęgnowane. Życie balansuje na niebezpiecznej szali, możemy być bezpieczni wysoko albo spaść z urwiska. Noah cały czas mi to mówi. Noah, który nauczył mnie bycia dobrą, delikatną i pokazał mi tyle prawdy o samej sobie. Zmieniłam się dla Noah, ponieważ nie ważyłam się zranić kolejnej osoby, która mnie kochała. Będę mieć z nim dobre życie. Uwielbiam go. Ale nie ma on mojego serca. Można oddać serce tylko raz, potem wszystko inne będzie gonić twoją pierwszą miłość.

Wreszcie zaakceptowałam to, że są konsekwencje każdego działania. Zarobiłam je i są moje. Nie ma czasu na podejmowanie złych decyzji. Każdy krok jest cenny. Definicja życia jest moja.

Zatem raz jeszcze o nim myślę, zanim opuszczam pomieszczenie, ponieważ po dzisiejszym dniu jego też będę musiała odesłać. On jest szczęśliwy, a ja tym usatysfakcjonowana, bo nareszcie nauczyłam się kochać kogoś bardziej niż samą siebie. Słyszę walca ślubnego – moja wskazówka. Stoję przed zamkniętymi drzwiami kościoła i przez chwilę, gdy się otwierają, widzę Caleba. Jest przy ołtarzu, czeka na mnie. Mrugam dwa razy i rzeczy są takie, jakie być powinny. Noah uśmiecha się do mnie promiennie. Cammie płacze. Robię pierwszy krok, potem drugi i tuż zanim zamykają się drzwi, raz jeszcze spoglądam przez ramię. Caleb dalej stoi pod drzewem, puszcza do mnie oko, a ja się uśmiecham.

The Opportunist - rozdział dziewiętnasty

Noah czekał na mnie przed restauracją, gdy podjechałam taksówką. Zanim sięgnęłam po torebkę, wyciągnął banknot z portfela i podał go taksówkarzowi, pokazując mu, żeby zatrzymał resztę.
To było sto euro.
- Wyglądasz zachwycająco – mówi, całując mnie w policzek.
- Dziękuję. – Chwytam ramię, które mi oferuje i wchodzimy do przeuroczej restauracji.
Jestem we Włoszech.
- Więc, jak do tej pory, jak podoba ci się Rzym? – pyta.
Jadąc tutaj taksówką zobaczyłam stare jak i nowe miasto. Popadające w ruinę budynki z pewnością stały tam, gdzie tysiące lat temu, pośrodku nowiutkiej architektury. Magiczne było obracanie za każdy razem głowy i uchwycenie kawałku wieczności temu, jak przeszłość podnosiła się z popiołów, przypominają ci, że wciąż tutaj jest. Potem były motocykle, skutery i maleńkie samochody, które przechylały się, gwałtownie skręcały i histerycznie krzyczały na wszystko po swojej drodze. Pranie trzepoczące na prawie każdym balkonie i to jak idąc ulicą, słyszało się muzykę dochodzącą z różnych stron, zapewniając włoskiemu życiu ścieżkę dźwiękową.
- Chciałabym nigdy nie wyjeżdżać – przyznaję. – Nigdy nie widziałam czegoś takiego. – Noah potakuje i czeka, aż usiądę, zanim sam siada.
- Za pierwszym razem, gdy tutaj byłem, myślałem, że całe miejsce wygląda jak getto. Zajęło mi parę dni na zakochanie się, ale od tamtej pory łaknę tego miejsca, gdy jestem w domu w Ameryce. Robię wszystko, co w mojej mocy, żeby przyjeżdżać tutaj jak najczęściej.
Mogłam sobie wyobrazić, że ja robiłabym to samo. Nic dziwnego, że Leah chciała tutaj począć dziecko. Musiała już kiedyś tutaj być. Wszystkie bogate dziewczyny udawały się na pielgrzymkę do Rzymu w którymś momencie ich hojnych żyć, oczywiście na zakupy.
Gdy oboje mamy kieliszki wina przed nami, a kelner odchodził z naszymi zamówieniami w głowie, Noah odwrócił się do mnie z zainteresowaniem na twarzy.
- Widziałaś go? Twojego Caleba?
- Z daleka – śmieję się, ponieważ był tak daleko od „mojego Caleba”, że było to zabawne. – Byłam pięć pięter niżej, szpiegując ich hotelowe okno.
- Wiesz już jaki podejmiesz plan działania?
Kręcę głową.
- Nie mam pojęcia, ale muszę to zrobić. Pomyślę nad tym… mam parę godzin na wymyślenie czegoś.
- Coś szczerego? – droczy się, przekrzywiając głowę w sposób sprawiający, że włosy atrakcyjnie opadły na jego oczy.
- Tak – śmieję się. Tak miło było się śmiać.
- Wiesz, Olivia. To co robisz, to dobra rzecz.
- Co? Bycie szczerą? – Biorę nerwowy łyk wina. Nie było nic bardziej niekomfortowego niż rozmawianie o mojej uczciwości lub jej braku.
- Nie.
Podnoszę zaskoczona wzrok.
- Próba zdobycia tego, co kochasz. Pomimo wszystkiego, co zrobiłaś, a nie będę słodził, zrobiłaś trochę kiepskich rzeczy, ale zrobiłaś to wszystko, ponieważ kochasz tego jednego człowieka tak bardzo, że nie mogłaś się powstrzymać. Jest w tym szczerość.
- Ha! Nie ma we mnie żadnej szczerości, zapewniam cię.
- Mylisz się.
Przechylam sceptyczną głowę. Nikt o zdrowym umyśle nie nazwałby mnie szczerą, szczególnie gdy słyszał moją historię.
- Nigdy nie spotkałem kogoś tak szczerego na temat jego złych czynów i kto mówi z taką szczerością o swoich uczuciach. Jesteś złą osobą, Olivia?
- Tak – mówię od razu.
- Widzisz. Twoje zachowanie jest problemem. Pozwalasz sobie działać pod wpływem emocji zamiast koncentrować się na byciu prawą.
- Prawą – powtarzam obce słowo, mocno starając się skupić na jego znaczeniu.
- Zabawne jest jak twoje życie wciąż trafia na jego – mówi, zmieniając kierunek rozmowy. – Mam na myśli, jakie są szanse jego amnezji, a potem wpadania na ciebie dwa razy w ciągu dwudziestu czterech godzin?
Wzruszam ramionami.
- …tylko po to, aby zacząć z tobą rozmowę, dwa razy, a potem zaprosić cię na kawę? – ciągnie.
- Wiem – wzdycham. – W dniu kiedy go spotkałam, zamówiłam sobie prenumeratę ironii.
- Jest w tym coś więcej, czego nie widzisz.
- Co? Coś jak przeznaczenie? – Nie cierpiałam przeznaczenia. Był znudzonym smarkaczem, który nie pozwalał ludziom goić ran w spokoju.
- Nie sądzę.
- Więc co sądzisz? – Przestrzeń pomiędzy jego brwiami była zmarszczona, a oczy widziały coś, na co nie mogłam doczekać się zerknąć.
Sądzę, że jak pierwszy raz oddałaś swoje serce, nigdy już go nie odzyskałaś. Reszta twojego życia jest po prostu twoim udawaniem, że nadal masz serce.
- Doooobra…
- Więc pomyśl nad tym. – Wzrusza ramionami. – On żyje, ale jest rozbity.
- Skąd wiesz? – pytam. Caleb nie wyglądał dla mnie na rozbitego. Wydawał się całkowicie iść dalej.
- Ponieważ po około dwunastu godzin znajomości z tobą zdecydowałem, że nigdy ciebie nie zapomnę, nawet jeśli już nigdy się do siebie nie odezwiemy. Pozostawiasz bardzo silne wrażenie. Mogę sobie tylko wyobrazić jak ten biedny łajdak czuje się po tylu latach spotykania się z tobą.
- To bardzo twardy cios w głowę – śmieję się, ale jestem smutno poważna. Wpatruje się we mnie długo, po czym mówi: - Walcz czysto. Bądź szczera. W ten sposób go zdobędziesz z powrotem. Ale jeśli widzisz, że jest naprawdę szczęśliwy, zostaw go w spokoju.
- Nie wiem czy potrafię to zrobić – mówię szczerze. – Nie jestem pewna czy jestem zdolna odejść.
- To dlatego, że nie wiesz jak kochać.
- Mówisz, że go nie kocham? – Jestem zszokowana. Po tym wszystkim, co mu powiedziałam, myślałam, że moja miłość była oczywista. Kto walczyłby tak mocno bez miłości?
- Mówię, że nie kochasz go tak bardzo, jak kochasz siebie.
Cisza.
W ciągu paru sekund rozwija się mój gniew.
- Czemu? Czemu tak myślisz?
- Wyrzeźbił sobie jakieś pozory życia bez ciebie. Chcesz to wyrwać, znowu zdezorganizować jego życie. Pomyślałaś o fakcie, że więcej niż jedna osoba będzie zraniona? On również należy teraz do Leah, a co z dzieckiem, które już mogło zaistnieć?
Wzdrygam się. Nie pomyślałam o dziecku.
- Jest więcej w kochaniu kogoś niż tylko uszczęśliwianie samego siebie. Musisz chcieć, żeby był on szczęśliwszy niż ty.
- Będzie szczęśliwszy ze mną – mówię przekonująco. – Jesteśmy dla siebie stworzeni.
- Ale on będzie miał poczucie winy. Za porzucenie żony, dziecka, za przegapienie wielu lat twojego życia. A gdzie byłoby zaufanie? Sądzisz, że zapomni o tym, co zrobiłaś?
Powstrzymuję się od łez.
- Możemy to naprawić. Pewnie, będą blizny, ale będzie dosyć miłości, żeby je zakryć – błagałam go, żeby był po mojej stronie, żeby zobaczył to, co widziałam ja. Caleb i ja mieliśmy być razem. Nieważne jak staraliśmy się być osobno, coś wciąż nas do siebie zbliżało.
- Może, ale chcesz by przeszedł przez trąbę powietrzną dla popsutego marzenia?
Pociągam nosem.
- Olivia. – Położył dłoń na mojej. – Był czas dla ciebie i Caleba. Ty wybrałaś i teraz on minął. Do teraz udowodniłaś, że jesteś zdolna do praktycznie wszystkiego. – Krzywię się na prawdę w jego słowach. – Udowodnij sobie, że jesteś zdolna do czegoś bezinteresownego.
Chcę się z nim sprzeczać, błagać go o zrozumienie, że moje życie będzie niesmaczne bez Caleba.
- Jesteś bardzo mądrym człowiekiem, Noah – uśmiecham się żałośnie.

Po kolacji dzielimy taksówkę do mojego hotelu. Noah wychodzi, żeby się pożegnać, po czym jedzie dalej do swojego hotelu.
Nie wiem dlaczego, ale jestem straszliwie smutna. Czuję pieczenie łez w oczach.
Wtedy wiem bez wątpliwości, że gdybym była całą osobą, Noah i ja mielibyśmy razem szansę. On jest taki mądry i dobry, byłabym w stanie zakochać się w nim, wzięlibyśmy ślub i mieli rodzinę. Wszystko to widziałam w jednej sekundzie. Noah i ja. Może on też to zobaczył, bo w tamtej chwili pochylił się i pocałował mnie w usta. Był to smutny pocałunek, pełen „a co jeśli?”. Gdy odrywa usta, w głowi mi się kręci i czuję, jakbym miała gardło pełne granatów.
- Powodzenia, Olivia – uśmiecha się. – Wybierz mądrze.
Potem wsiada do taksówki i odjeżdża z moimi wszystkimi myślami podążającymi za nim. Stoję na chodniku, obserwując opony jego taksówki rozpryskujące całodniowy deszcz. Na zewnątrz mży, ale nie przejmuję się. Lubię deszcz. Postanawiam iść, a gdy to robię, myślę o tym co zrobić. Zaskakująco nie mam żadnych myśli spiskowania, zemsty. Myślę o moim wewnętrznym rozpadzie i o tym, jak zawsze byłam samolubna. Wyliczam razy, kiedy podjęłam dobre decyzje w moim życiu i doliczam się tylko pięciu. Zdecydowanie się na pierwszą randkę z Calebem, wyznanie mu prawdy o tym, co zrobiłam, stanie się prawniczką, zerwanie z Turnerem, przylot do Rzymu i poznanie Noah. Pięć dobrych decyzji. To taki podły numer. Lecz moja żałosna garstka przedstawia małą możliwość. Noah zobaczył coś we mnie i poświęcił czas, żeby to wypielęgnować. Teraz muszę odcisnąć prawdę na moim sercu. Nie zamierzałam odpłacać złem za zło. Leah go wygrała i zasłużyła, żeby go zatrzymać.
Przechadzam się, mokra i drżąca, do Trinita dei Monti, pięknego kościoła wybudowanego przez Franciszka z Paoli i stoję, patrząc na Obelisco Sallustiano. Tam podejmuję końcową decyzję, przed budynkiem reprezentującym dobroć. Lepiej wracaj do domu, zanim będzie za późno. Tym razem niebo nie jest czerwone. Uchylałam się przed kłopotami, wreszcie się z nimi żegnając. Zastanawiam się czy mogę zrobić nawyk z robienia dobrych rzeczy, po czym uśmiecham się, bo wiem, jaka będzie to dla mnie długa przygoda.
Gdy czuję się gotowa, wracam do De La Ville, gdzie są Caleb i Leah.
Cisza ulic mówi o późnej godzinie. Stoję, raz jeszcze patrząc na jego okno, ale tym razem moja decyzja jest podjęta. Żegnam się. Myślę o Calebie jako ojcu i uśmiecham się do siebie. Będzie świetnym ojcem, tak jak jest we wszystkim świetny, a potem myślę o Jessice Alexander. Już byłby tatą, gdyby nie ja. Wciągam do płuc słodkie włoskie powietrze.
- W pewnym sensie nie wiem co powiedzieć – zaczynam. – Tak bardzo cię kocham, a jest tyle rzeczy, których nie zdołałam ci powiedzieć. Tak bardzo bałam się tego, jak mnie kochałeś, Caleb. – Wycieram łzę spływającą z mojego oka i ciągnę. – Wszystko zmieniłeś. Byłam przerażona tym, że cię stracę, że zrobiłam wszystko w mojej mocy, żeby cię odstraszyć. Myślałam, że jeśli tego nie zrobię, w końcu zobaczysz, że tracisz ze mną czas, a potem i tak odejdziesz. Tęsknię za tobą. Nie, nie tylko tęsknię, serce boli mnie każdego dnia, bo ciebie tam nie ma. Tak bardzo przepraszam za to, co zrobiłam. Za wszystko. Proszę, proszę nie zapominaj mnie, bo możliwość tego boli bardziej niż wszystko inne.
- Nigdy cię nie zapomniałem.
Dostaję gęsiej skórki. Dopiero po chwili dociera do mojej świadomości niemożliwość tej sytuacji.
- Caleb – wzdycham jego imię, odwracając się do niego. Nie czuję się straszliwie zaskoczona ironią najnowszego żartu. Coś jest w moim życiu, co jest połączone z jego. Nasze  ścieżki wciąż się przecinają – nie, rozbijają. Caleb stoi parę stóp ode mnie z plastikową torbą zakupową w ręce. Widzę wystającą butelkę wina.
- Co ty tutaj robisz? – pyta, kręcąc głową w zdumieniu.
- Przyszłam cię znaleźć – mówię szczerze. – Powiedzieć ci, że… - Zerkam na jego okno, wskazując sens mojego przemówienia.
- Nie zamierzałaś powiedzieć mi tego osobiście?
- Nie.
- To bardzo daleka podróż, żeby powiedzieć coś tak ważnego do mojego hotelowego okna.
- Nie miałam prawa przylatywać – przyznaję, wzruszając ramionami. – Przepraszam. Włamałam się do twojego domu i dowiedziałam, gdzie jesteś.
Zaciska powieki i wygląda tak, jakby chciało mu się śmiać.
- Cammie ci pomogła?
Kiwam głową.
- Cieszę się, że jesteś – mówi cicho. – Właśnie o tobie myślałem.
Jestem zaskoczona. – Naprawdę? – Uśmiecha się na moją minę.
- Pewnie. Cały czas o tobie myślę.
Zagryzam mocno wargę, żeby powstrzymać płacz. Jestem tak zdezorientowana, że nie wiem co powiedzieć.
- Przejdźmy się – mówi, a ja dorównuję mu krokiem. – Nigdy cię nie zapomniałem – mówi znowu.
- Cóż, na chwilę zapomniałeś – mówię, patrząc w ziemię.
- Nie, to właśnie staram ci powiedzieć. Nigdy nie miałem amnezji. Udawałem ją.
Zatrzymuję się.
- Co zrobiłeś?
- Olivia. – Staje, patrząc mi w oczy. – Udawałem amnezję.
Czuję się jakby świat usuwał mi się spod stóp. Caleb i ja w Rzymie. Jestem w Rzymie. On nigdy nie miał amnezji. Myśli o mnie cały czas. Nigdy nie miał amnezji.
- Czemu… co… dlaczego? – Chcę złapać go za kołnierzyk i wytrząsnąć z niego odpowiedź. Zamiast tego stoję, zaciskając pięści po bokach.
- Po tym wszystkim co z nami się stało, próbowałem zagoić rany. Wiedziałem, że muszę o tobie zapomnieć i iść dalej. Tak bardzo byłem zraniony: każdy dzień był jak wyrok śmierci. Opłakiwałem cię, jakbyś była martwa, a potem poznałem Leah. Zostaliśmy umówieni na randkę w ciemno i pamiętam, że tamtego dnia czułem nadzieję. To był pierwszy dzień od roku, jak czułem nadzieję. Nie spieszyliśmy się z poznaniem siebie nawzajem, kupiłem jej pierścionek. – Posłał mi spojrzenie, by zobaczyć, czy pamiętałam górę lodową.
- Potem ni stąd ni zowąd znowu zaczęło mi ciebie brakować. To znaczy, nigdy nie przestałem za tobą tęsknić, ale tym razem uderzyło mnie to mocniej. Nie mogłem iść spać bez widzenia ciebie we snach. Porównywałem wszystko co zrobiła Leah, do wszystkiego, co pamiętałem o tobie. Było tak, jakby stara rana sama się otworzyła i wykrwawiałem uczucia do ciebie.
Zamykam oczy na jego słowa. Słowa, które chciałam bardzo usłyszeć, ale które wywołują ból w moim sercu tak mocny, że nie mogę oddychać.
- Pojechałem na tę podróż służbową do Scranton i cieszyłem się, że oderwę się od niej na parę dni. Musiałem pomyśleć i uporządkować sprawy, zanim dałbym jej pierścionek. Potem zdarzył się wypadek. Obudziłem się w samochodzie z martwą osobą obok mnie i nie wiedziałem, kim jestem. Moja amnezja została wywołana ogromnym stresem i wstrząśnieniem mózgu. Do czasu jak dotarłem na ostry dyżur, wszystko pamiętałem. Leżałem na szpitalnym łóżku i wciąż myślałem, gdyby tylko była tutaj Olivia.
Byłbym szczęśliwy, gdyby była tutaj Olivia.
Potem lekarz zapytał mnie czy wiem, kim jestem, a ja powiedziałem, że nie. Po prostu powiedziałem nie. Podjąłem tę decyzję w ułamku sekundy, ponieważ nie wiedziałem kim jestem bez ciebie i wiedziałem, że muszę spróbować cię odnaleźć. Skłamałem Leah, mojej rodzinie, ale nie miało to dla mnie żadnego znaczenia, bo amnezja kupiła mi czas i wymówkę. Chodziłem wszędzie, gdzie wiedziałem, że byś poszła. W dniu, kiedy zobaczyłaś mnie w sklepie muzycznym, wiedziałem, że tam będziesz - miałem przeczucie. Dalej byłem wstrząśnięty, nie dlatego, że się pokazałaś, ale dlatego że od razu podeszłaś i udawałaś, że nie widziałaś mnie stojącego tuż obok.
Uśmiecham się. Nawet wtedy mnie przejrzał.
- Ale dlaczego mi nie powiedziałeś, Caleb? Co mogłabym powiedzieć po wszystkim, co tobie zrobiłam?
Sceny pojawiały się w mojej pamięci, jak rwący się film. Caleb przypadkowo nazywający mnie Księżną. Caleb przynoszący mi moje ulubione kwiaty w wieczór, kiedy Leah zniszczyła naszą kolację. Caleb mówiący „Nigdy cię nie zapomniałem” na sali sądowej w moje urodziny.
Zacisnął piękne wargi.
- Bo chciałem wrócić na początek. Chciałem, żebyśmy mieli czysty start. A potem wyjechałaś…
- A potem wyjechałam – powtarzam. Nie zamierzałam mówić mu o Leah, o tym jak odstraszyła mnie z miasta. Było to bezsensowne i tylko go zrani.
- Więc dlaczego znowu mnie znalazłeś, bym była jej prawniczką? Co cię, na Boga, opętało?
Śmieje się.
- Chciałem cię torturować. Chciałem, żebyś zapłaciła za zostawienie mnie po raz drugi. Oczywiście skończyłem torturując tylko siebie.
- Nie, czułam się dosyć udręczona – uśmiecham się. – I tylko pomyśl, teraz mogłabym posłać ją do więzienia i mieć cię dla siebie.
Patrzy na mnie z rozbawieniem.
- Więc wciąż mnie kochasz? – droczy się, wyciągając rękę i zakładając mi włosy za ucho.
- Bardziej niż wszystko – mówię. – Czekałam na ciebie… latami. Nie żyłam. Po prostu czekałam, aż wrócisz.
Zamyka oczy i wiem, że myśli o tym, co ja. Co by było gdyby?
Przyciąga mnie do torsu i tam trzyma.
- Też cię kocham, Olivia. Bardziej niż kiedykolwiek pokocham inną duszę. Nie było ani jednej godziny od siedmiu lat, w której nie myślałbym o tobie.
Płaczę w jego bluzkę. Gdybym mogła teraz umrzeć, to nie musiałabym żyć bez niego, po prostu by mnie nie było.
- Nie płacz – mówi, delikatnie podnosząc moją twarz, żebym na niego spojrzała. – Zawsze będę cię kochał pierwszą, nic tego nie zmieni.
- Ale jakie to ma znaczenie, skoro nie mogę z tobą być? – zawodzę. – Nie potrafię bez ciebie żyć.
- Ale żyjesz – uśmiecha się, choć jest to smutny uśmiech. – Żyjesz i będziesz żyć.
Dzielnie kiwam głową, bo to prawda. Życie zawsze idzie dalej, nawet jeśli musi cię ciągnąć za sobą kopiącą i krzyczącą.
- Ty również o mnie nie zapomnij – mówi. Śmieję się na tego absurdalność.
- Byłoby to niemożliwe.
- Okej. – Uśmiecha się, po czym nachyla i mnie całuje. To ostatni prawdziwy pocałunek mojego życia. Na zawsze uchwycę się tego pocałunku. Mówił żegnaj, przepraszam i tak bardzo cię kocham. Kiedy się skończył, przycisnął czoło do mojego, a potem zniknął.

Jestem zdruzgotana.