24.10.13

The Opportunist - rozdział piętnasty

Minął Jeden Rok



















Minęły Dwa Lata



















Trzy lata…




















Cztery




















Mijają cztery lata. Smakują jak karton.
Jestem inna. Jestem o galaktykę dalej od tego, gdzie byłam kiedyś. Żyję w układzie słonecznym „Taaaak bardzo poszłam dalej”.
Pan X jest teraz tylko wspomnieniem. Cholera, nawet nie mam pewności czy to wszystko się wydarzyło. Moja rzeczywistość jest taka, że poszłam do szkoły prawniczej, zdałam, zdobyłam pracę, jako wspólnik w dużej firmie…
Po tym jak skończyłam szkołę kupiłam dom w centrum miasta razem z Cammie za ostatnią sumę ubezpieczenia mojej matki. Dobrze, że zdobyłam też pracę, ponieważ moje konto bankowe robiło się puste. Pijemy dużo, jeszcze więcej jemy w restauracjach i spędzamy cały swój wolny czas na siłowni, spalając alkohol oraz restauracyjne jedzenie. Cammie pracuje w dekorowaniu, właściwie to wymarła kariera w tych czasach, ale jakoś udało jej się załapać robotę ze spółką, która dekoruje dla ogromnie bogatych. Nam obydwu dobrze się powodzi. Wygrywam większość swoich spraw. Wciąż mam umiejętność przekręcania prawdy, coś, co przydało się na moim polu.
Miesiąc temu dostałam telefon od mojej starej szefowej Bernie. Chce żebym przyjechała pracować dla jej firmy, mówi, że jeśli pójdzie mi dobrze, to zrobi ze mnie swoją wspólniczkę. Cammie i ja pijemy za to cały tydzień. Chciała wrócić na Florydę od lat. Cammie mówi, że pora znowu stawić czoła Południowej Florydzie. Mówi, że tam należę. Teksas jest dla przyjaznych ludzi, mówi mi. Ja należę gdzieś dla szybkich i wrednych. Postanawiamy sprzedać nasz dom i przemieścić nasze życia.
Mam chłopięcego, dobra, męskiego przyjaciela – wspomniałam o tym? On jest cudowny. Obiecuje, że nasz związek na dużą odległość może zadziałać, dopóki nie przeniesie się on do mnie. Wierzę mu. On chce się ze mną ożenić, cały czas tak mówi. W tym też mu wierzę.
Zapakowuję swoje rzeczy do U-Haulu[1] z pomocą Turnera, to właśnie mój chłopak, i jedziemy przez trzy stany, słuchając przebojów lat osiemdziesiątych. Cammie dzwoni co pół godziny, żeby sprawdzić, co u mnie. Przeprowadzi się za parę miesięcy, prawdopodobnie z trzema U-Haulami.
Turner masuje mój kark, kiedy prowadzę. On jest taki wspaniały. Gdy dojeżdżamy do mojego nowego mieszkania, którego nie będę dzieliła z Cammie, czekają tam mężczyźni żeby wnieść meble do mojego nowego domu. Turner zatrudnił ich do pomocy, żebyśmy nie musieli robić tego sami. Mnie to by nie przeszkadzało, ale Turner nie cierpi brudzić sobie rąk. Gdy pracownicy wychodzą przechadzam się od pokoju do pokoju, podziwiając bardzo imponujący widok. Z południowego okna widzę ocean roztapiający się w horyzoncie a z zachodniego każdy dach w promieniu mili. Mieszkanie znajduje się w Sunny Isles, a kosztowało mnie więcej, niż zarobiła moja matka w całym swoim życiu. Jestem dobrym adwokatem obrony, jestem znakomitym kłamcą. Życie wyszło tak, jak zawsze chciałam. Poza… w każdym razie… uwielbiam moje mieszkanie. Turner i ja bez wątpienia dzisiaj je ochrzcimy. Zabawa. Yay! On jest bardzo przystojny w konwencjonalny, wyrazisty sposób. Jest wysoki, ma oliwkową cerę i jest pretensjonalny. Cały czas nosi koszule frakowe. Nie, poważnie – naprawdę to robi. Także jest prawnikiem, więc mamy wiele wspólnego. Prawo nieruchomości - ale jednak...
Och i nienawidzi koszykówki, tak jak ja. Fantastycznie, prawda?
Poznałam go w dniu, kiedy brałam egzamin adwokacki. Chciał pożyczyć ode mnie ołówek. Jaki idiota przychodzi napisać egzamin bez ołówka? pomyślałam. Kiedy mu go podałam, on tylko siedział i gapił się na mnie.
- Co? – powiedziałam, nawet nie próbując ukryć swojego zniecierpliwienia.
- Potrzebuję też twojego numeru. – Powiedział to tak „rzeczowo”, że mu go dałam. Szanowałam ten tupet.
Jestem szczęśliwa.
Kiedy pracownicy wychodzą, zamawiamy sushi, albo ja zamawiam, bo Turner nie je „surowej ryby”. Chodzę po moim nowym mieszkaniu w jednej z jego bluzek, bo jeszcze nie rozpakowałam swoich rzeczy. Uprawiamy seks. Następnego ranka zabiera mnie on do przedstawiciela handlowego BMW i kupuje mi auto jako prezent na parapetówkę. Zadziwia, prawda? O szóstej godzinie tego wieczoru wiozę go na lotnisko Ft. Lauderdale w moim nowym, czerwonym sportowym samochodzie i całujemy się zanim on wsiada do samolotu.
- To zadziała – mówi mi.
- Skąd wiesz? – mówię, wyrównując klapy na jego kurtce.
- Bo weźmiemy ślub.
- Naprawdę? – odpowiadam z udawanym zdziwieniem. On zawsze tak mówi, a ja zawsze mówię to.
- Naprawdę – potwierdza, po czym klęka na jedno kolano i wyciąga pudełko z kieszeni.
Wracam do domu zaręczona. Przez całą drogę patrzę na pierścionek, jakby miał mnie ugryźć. To góra lodowa Tiffany’ego – duży i krzykliwy. Coś mi przypomina, ale nie mogę sobie przypomnieć, skoro ja tak baaaardzo całkowicie poszłam dalej.
W ciągu trzech miesięcy zrobiłam Florydzki Egzamin Adwokacki i zdałam. Zaczęłam nową pracę jako adwokat obrony dla Spinner i Wspólnicy. Sekretarka zachwyca się moim pierścionkiem. Pyta mnie o Turnera, co robi, jak wygląda. Ma ona małą przerwę pomiędzy dwoma przednimi zębami, na którą gapię się, gdy wyśpiewuje imiona jej dwóch miniaturowych cockapoo; Melody i Harmony. Opowiada mi jak zostały skradzione krasnale ogrodowe jej babki z jej ogródka w biały dzień. Biały dzień! Jednakże w Boca Raton. Współczuję sytuacji z krasnalami i ustalam dzień zabawy dla Melody, Harmony i Pickles.
Kiedy po raz pierwszy siadam za moim biurkiem, czuję się znakomicie. Moje rzeczy rozpakowane są w mieszkaniu, prawo jazdy zostało z powrotem zmienione na Florydę, mam zakupy, a wczoraj odwiedziłam grób mojej matki, żeby opowiedzieć jej o moich zaręczynach. Orientuję się z umiarkowanym zaskoczeniem, że to moje nowe życie, a potem opuszczam głowę na biurko i płaczę, ponieważ to naprawdę moje stare życie z pustymi wzniesieniami. Dzwonię do Cammie, żeby jej o tym powiedzieć i aby powiedzieć jej, że zrobiłam wielki błąd wprowadzając się tutaj znowu. Wielki. Ogromny. Ona słucha jak płaczę, a potem mówi mi, że jestem głupia i będzie tutaj za trzy tygodnie, żebym się trzymała, wszystko będzie lepiej.
- Okej – mówię, ale nie wierzę w to – nawet przez sekundę.
Lecz jest lepiej. Początkowo z niepokojem dostosowuję się do mojej nowej rutyny. Kiedy poleciałam do Teksasu cztery lata temu, przybyłam praktycznie z pustymi rękami. Tam zbudowałam nowiutkie życie, wypełniając moje szafki talerzami i szklankami, a w korytarzu powiesiłam nowy obraz Thomasa Barbey’a. Nic nie przypominało mi o moich przygodach na Florydzie. Teraz kiedy przechodzę przez mój nowy dom włączam te same lampy i robię herbatę w tym samym czajniku, który był częścią mojego teksańskiego życia. Dezorientujące. Ale ze wszystkimi nowymi rzeczami istnieje etap niewygodnej aklimatyzacji. Po kilku tygodniach Sunny Isles staje się moim domem, Spinner i Wspólnicy staje się moją pracą, a Publix przy 42. i Eisenhower staje się moim sklepem spożywczym. Cammie przyjeżdża z Pickles tydzień później, jak ustalono. Zostaje ze mną przez miesiąc zanim przeprowadza się do swojego własnego mieszkania, które jest dalej o krótką, półgodzinną jazdę. Cammie nie lubi Turnera. Czy już to wspomniałam? Mówi, że jest on tak przewidywalny jak okres dziewicy. To znaczy, nie nienawidzi go, ale zdecydowanie poradziłaby sobie bez niego, jak przypomina mi przy wielu okazjach. Ja lubię Turnera. Naprawdę, naprawdę lubię.
On odwiedza mnie co dwa tygodnie lub szybciej, jeśli pozwala mu harmonogram. Zawsze przywozi Pickles parę swoich starych skarpetek do zabawy, które ona rozszarpuje w około dwie godziny. Troszeczkę niepokojące są dla mnie jego skarpetkowe prezenty, zwłaszcza gdy zaczynam znajdować resztki przemoczonej wełny pomiędzy poduszkami kanapy. Chciałabym, żeby zamiast tego po prostu kupił rzemień. Proponuję to jednego wieczoru, gdy jedziemy do nowej restauracji na południu. Wilgoć opadła i powietrze wiejące przez otwarte okna samochodu jest chłodne oraz zbite. Przypomina mi ciepłą zimę tak dawno temu.
- To są gumowe kości. – Słyszałam jak mówię lekko znudzonym i obojętnym głosem. – Ona je lubi.
- Dobrze, dziecinko. – Turner kładzie rękę na moim kolanie i zaczyna kiwać głową do muzyki w radiu. Ma taki kanciasty gust muzyczny. Kanciasty, kanciasty. Nucę motyw muzyczny SpongeBoba Kanciastoportego i wyglądam przez okno. Niemal natychmiast zastyga mi ciało, Turner patrzy na mnie z niepokojem.
- Co jest, dziecinko? – pyta, zwalniając auto. Dziecinko.
- Nic, nic. – Uśmiecham się, żeby ukryć słoną wodę w oczach. – Po prostu mam skurcz w nodze – to wszystko. – Udaję, że ją pocieram.
Ale to nie było wszystko. Kiedy wyglądałam przez okno, moje spojrzenie przyciągnęło kulawe mruganie kolorowych świateł. Gdy skupiam się na nich, w żołądku boleśnie mi się zaciska.
Lodziarnia Jaxsona.
Było tak jakby otworzyły się drzwi i wypadły wszystkie wspomnienia, które schowałam. Pensy, pocałunki, baseny, wszystkie rzeczy, które przeznaczyłam do piekła. Ostatnią rzeczą którą chciała dziś robić to zajmować się bolącym sercem.
- Może pójdziemy tam na kolację? – mówię sztucznie wesołym głosem, wskazując na Jaxsona.
Turner patrzy na mnie jak na szaloną kobietę, którą jestem.
- Tam? – mówi. Wstręt jest tak wyraźny w jego głosie, że wzdrygam się.
- Pewnie. Nigdy nie masz dość tych wszystkich jedwabnych restauracji, do których chodzimy? Zróbmy coś innego. No dalej… - Wysuwam trochę dolną wargę, bo to zazwyczaj działa w stawianiu na swoim. On wzdycha dramatycznie i wjeżdża na plac. Zastanawiam się, co do diabła robię i dlaczego tak bardzo lubię karę. Chcę udowodnić sobie, że to tylko kolejna placówka zapewniająca jedzenie. Nie ma tu żadnej magii, żadnego spotęgowanego romansu, a przede wszystkim chcę potrafić przebywać w miejscu, które trzyma stare wspomnienia, nie mając załamania psychicznego. Czeeeeeść Jaxson.
Prawie nie zmieniło się tutaj od siedmiu lat, jedyną rzeczą brakującą w Jaxsonie był Harlow – którego nieobecność jest godna uwagi. Widzę jego zdjęcie na ścianie przy recepcji, a pod nim są daty 10 sierpień 1937 – 17 marzec 2006. Uśmiecham się do niego smutno, jak jesteśmy prowadzeni do stolika przez nastolatkę żującą gumę. Ona nie ma klasy, myślę z żalem.
- Ładne miejsce. – Nie umyka mi sarkazm Turnera, gdy zerkam na pechowy i szczęśliwy stolik.
- Zamknij się. Przestań zachowywać się jak snob.
Natychmiast łagodnieje.
- Przepraszam, kochanie – mówi, biorąc moje dłonie w swoje. – Będę miał otwarty umysł, dobrze?
Kochanie. Kiwam szorstko głową i przeglądam menu.
Na razie wszystko idzie dobrze. Przynajmniej nie trzęsłam się, nie płakałam ani nic. Może naprawdę było ze mną wszystko w porządku. Jemy kolację i zamawiamy deser. Staram się nie myśleć o rozmowach, które zdarzyły się przed laty pod tym dachem, ale od czasu do czasu zdania takie jak: „ponieważ bardziej przejmowałem się poznaniem ciebie niż wygraniem kolejnego głupiego meczu” wpadają mi do głowy. Szybko je wymazuję i patrzę na mojego wspaniałego narzeczonego, który dziś wieczorem obniżył swoje standardy, by jeść tutaj ze mną. Błogosławiona. Jestem tak błogosławiona.
Kiedy wychodzimy, zatrzymuję się przy maszynie pensowej, a tętno mi przyspiesza. Może Turner to zauważy, myślę. Może zrobi coś uroczego i romantycznego z jedną z tych wiadomości. Lecz Turner od razu wychodzi, a ja idę za nim rozczarowana. Tej nocy nie uprawiam z nim seksu.
Tydzień później ktoś puka do drzwi mojego biura.
- Pani Kaspen? – To ta sekretarka. – Pani Spinner chciałaby zobaczyć panią w jej gabinecie.
Cholera! Bernie zawsze mnie przejrzy. Nastrajam się, przesuwając palcami po przodzie mojej spódniczki od Diora. Lubię kupować drogie rzeczy. Jeśli noszę coś, co kosztuje więcej niż miesięczna pensja, obficie czuję, że moja gnijąca padlina jest przynajmniej ładnie okryta.
Kieruję się do jej biura na rogu, ćwicząc mój uśmiech „życie jest świetne”. Pukam, a ona krzyczy, że mogę wejść.
- Mam dla ciebie dobre i złe wieści – mówi, kiedy wchodzę. Ta sama stara Bernie, zawsze przechodzi od razu do rzeczy. Pokazuje mi, żebym usiadła na jednym z jej krzeseł w krowie wzory; siadam, krzyżując nogi.
- Którą chciałabyś najpierw usłyszeć? – pyta. Bernie ma teraz srebro we włosach i partnerkę życiową o imieniu Felecia.
- Dobrą – mówię, zagryzając wnętrze wargi. Złe wieści Bernie mogą być czymkolwiek od „Zamykam firmę, aby zostać gąsienicową farmerką” do „Zgubiłam numer do moich ulubionych delikatesów”. Czuję potrzebę psychicznego przygotowania się.
- Dobre wieści – zaczyna – są takie, że daję ci twoją pierwszą dużą sprawę – a jest ona wielka, Olivia.
- Och… kay – mówię, czując podekscytowanie w brzuchu. Chcę podskoczyć i ra ra sis boom ba!
- Co za sprawa? – mówię spokojnie.
- Kiedykolwiek słyszałaś o małej firmie farmaceutycznej OPI-Gem? – pyta.
Potrząsam głową na ‘nie’.
- Są początkowymi farmaceutykami. Sześć miesięcy temu wypuścili na rynek nowy lek „Prenavene”. Trzy miesiące po wydaniu, dwadzieścia siedem oddzielnych szpitali zgłosiło, że Prenavene zostało znalezione w systemach przypadków ataku serca, dwoje z nich było poniżej lat trzydziestu bez wcześniejszych problemów zdrowotnych. Było formalne postępowanie, a federalni odgrzebali o wiele więcej na tych ludzi.
- Co… takiego? – pytam.
- Podczas testowania, krzepnięcie krwi pokazało się u trzydziestu trzech procent ich ludzkich szczurów. Trzydziestu trzech procent, Olivia! Wiesz, jak duże to jest? Duże jak dwustopowy kutas!
Krzywię się. Jak na lesbijkę okropnie często odwołuje się ona do męskich genitaliów.
- Dość duże dla FDA[2] żeby uziemili produkt pół roku zanim OPI miało szansę wypuścić go na rynek.
Bernie rzuca mi gigantyczne akta.
- Więc jak dostali się na rynek bez aprobaty FDA? – pytam.
- Och, dostali ich aprobatę. Sfałszowali dane przedstawione w ubieganiu się o upoważnienie FDA w handlowaniu Prenavene na lek pospolity. Przedłożyli jego wersję oryginalną na testy FDA.
Ahhh – stary podstęp podmiany.
- Ale dlaczego OPI podjęłoby ryzyko po tym, co znalazło ich niezależne testowanie? Musieli wiedzieć, że ostatecznie cała rzecz runie.
- Większość oszustw w badaniach klinicznych jest mało prawdopodobnych do wykrycia. Większość przypadków, które upubliczniają się, to tylko z powodu niezwykłej nieostrożności przestępczego lekarza.
- Hmmmm – mówię.
- Oni nie są naszą sprawą – mówi ona, wyciągając akta z moich palców i zastępując je innymi.
- Dyrektor i współzałożyciel spółki miał rozległy zawał serca i zmarł dwa tygodnie temu. Wtedy wszystkie spojrzenia padły na jego córkę, dwudziestoparoletnią rozpieszczoną smarkulę z edukacją z Bluszczowej Ligi i zbyt wielką mocą podpisywania.
- Jej tytuł? – pytam.
- Wiceprezes spraw wewnętrznych. Prokurator okręgowy twardo ją atakuje. Budują przeciwko niej sprawę.
- Co na nią mają? – Kartkuję akta, wzrokiem skanując nudny żargon prawa.
- Jej podpis był na formularzach wydających, które podano FDA, co oznacza, że nadzorowała cały projekt. Wiedziała, że testowali prawdziwy lek, a nie Prenavene. – Cicho gwiżdżę na te wiadomości. Strona oskarżająca już miała diabelny argument. Odrzucam akta na jej biurko.
- Odkryłaś złe wieści, a ja nie musiałam ci o nich mówić – mówi ponuro. – Ona jest winna jak grzech, przyznała nam się do całej sprawy. – Znowu chwytam akta.
- Chcemy podjąć ryzyko – mówi, odbijając długopis od ściany. – Ta sprawa będzie w mediach, podsadzi nas na kolejny poziom.
- Więc następnym pytaniem będzie… czemu dajesz sprawę tej wielkości nowicjuszce?
- Dwa powody, moja córko marnotrawna. Pierwszy, ponieważ lubię cię i drugi, bo klientka specjalnie prosiła o ciebie.
- Co? Jak? – Wygrałam wiele spraw w Teksasie, ale nic co zwróciłoby na mnie uwagę. Byłam stosunkowo nieznaną stroną wszczynającą spór sądowy.
- Klientka cię szukała.
- Jak się nazywa? – pytam, niepewna co to wszystko znaczy.
- Smith, Johanna Smith.
- Nigdy nie słyszałam.
- Mogli przeczytać o twoich sprawach w Teksasie albo może zostałaś polecona przez twojego poprzedniego klienta, tak czy inaczej, masz to, mała. Nie schrzań.
Wchodzę niezdarnie do mojego biura, przyciskając do piersi teczkę z aktami. Byłam na to gotowa? Jedna dobra sprawa, poprawka – jedna niemożliwa sprawa, jeżeli wygrana, podsadzi mnie do wspólnika…
Zamykam się w biurze na resztę popołudnia, cały czas od nowa czytając akta, aż słowa stały się rozmazane i boli mnie głowa. Sekretarka wyszła razem z większością innych. Witam się ze sprzątaczką w drodze do samochodu i w myślach planuję rozmowę, którą przeprowadzę z Johanną Smith rano. Cholera! Sprawa była zbyt duża dla mnie.
W drodze do domu dzwonię do Turnera, żeby powiedzieć mu o wieściach i sprawie. Brzmi na mniej niż podekscytowanego.
- Nie wiem, Olivia. Prokurator będzie dość mocno atakował tę dziewczynę. Jesteś przygotowana przegrać swoją pierwszą dużą sprawę?
- Dzięki za wotum zaufania – warczę do słuchawki.
- Słuchaj, wierzę w ciebie – naprawdę, ale to trudny przypadek. Oni mają bezpośredni dowód wiążący ją z oszustwem, mają dwóch świadków gotowych zeznać, że brała w tym udział. Jeśli przegrasz sprawę, możesz pocałować na pożegnanie wspólnictwo. – Co za dupek. Mówię mu, że moja szefowa dzwoni na drugiej linii. Kiedy rozłączam się, mam łzy w oczach.
- To moja szansa! – krzyczę na samochód przede mną. – I zamierzam ją wziąć!
O siódmej następnego poranka przyjeżdżam do biura, znajdując ładnego ciemnogranatowego Jaguara zaparkowanego na moim miejscu. Znajduję miejsce kilka metrów dalej i maszeruję przez drzwi, zastanawiając się kto miał czelność zaparkować tam, gdzie napisane jest Zarezerwowane Kaspen. Sekretarka wita mnie kubkiem kawy, po czym blokuje wejście do mojego biura całym ciałem.
- Jest coś, co powinnam pani powiedzieć, zanim pani tam wejdzie – mówi, gdy ja upijam łyk z mojego różowego kubka.
- Zatrułaś moją kawę? – pytam, spoglądając na nią ponad brzegiem.
- Nie, ale…
- Więc możesz mi powiedzieć, podczas gdy ja włączę komputer. – Sięgam obok niej i naciskam klamkę.
Jest mężczyzna w moim biurze. Najpierw widzę jego plecy, jak przygląda się licznym płytom i zdjęciom, które mam na ścianie. Posyłam spojrzenie sekretarce, a ona mówi do mnie bezgłośnie „mąż Johanny Smith”, po czym dyskretnie wychodzi. Ma szminkę na zębach.
- Panie Smith – mówię śmiało, choć jestem trochę wytrącona z równowagi przez zaskoczenie. Moje spotkanie z nimi miało być za dwie godziny.
On odwraca się powoli, ręce ściskając za plecami. Widzę jego szary garnitur, białą koszulę z kołnierzykiem rozpiętą u góry, złotą opaleniznę i zachłystuję się kawą.
- Tak naprawdę, to Drake – mówi rozbawionym głosem.
Cofam się, próbując złapać oddech i stwierdzam, że przyciskam się do ściany.
- Niespodzianka – mówi, po czym śmieje się z mojej miny.
Odsuwam się od ściany, bo wyglądam jak ofiara napaści i staram się swobodnie podejść do mojego biurka. Opadam na krzesło, wpatrując się w niego zaszklonymi oczami.
- Co do diabła? – mówię.
Poza inną fryzurą i paroma więcej zmarszczek przy oczach, wygląda dokładnie tak samo.
- Szukałem ciebie.
- Tak?
- Przez rok po tym jak wyjechałaś…
- Musiałeś nie dość mocno szukać – mówię, chociaż wiem, że to nieprawda. Rok po tym jak wyjechałam z Florydy, Bernie zadzwoniła, żeby powiedzieć mi, że dżentelmen wydzwaniał do biura pytając o moje obecne miejsce pobytu. Powiedziała, że miał brytyjski akcent.
- Poślubiłem ją, Olivia.
- Kogo?
- Leah.
- Myślałam, że jesteś mężem Johanny Smith? – Kręciło mi się w głowie.
- Leah to jej drugie imię, zawsze używała Leah i zostawiła swoje nazwisko. Johanna Leah Smith.
Słowo „poślubiłem” dzwoni ciągle w mojej głowie, pocieram skronie na jego brzydotę. Caleb ożenił się. Był poślubiony. Rodzinny mężczyzna.
- Caleb – dławię się jego imieniem. – Dlaczego tutaj jesteś? Właściwie, nie odpowiadaj – po prostu wyjdź, do cholery. – Podnoszę głos, wstając.
- Chciałem zobaczyć się z tobą, porozmawiać zanim zobaczyłabyś mnie po raz pierwszy przed wszystkimi.
Znowu siadam.
- To ty mnie szukałeś? Próbowałeś mnie znaleźć, żebym wzięła sprawę Leah? – Potakuje. - Nie – mówię. – Nie ma mowy – nigdy. Nigdy. Nie.
Może ona nigdy nie powiedziała mu o tym, co zrobiłam. On myśli, że po prostu wyjechałam. Wciąż nie wróciła mu pamięć!
- Tak – mówi, wstając. – Zrobisz to. Ona jest winna, a ty jesteś najlepszym kłamcą, jakiego znam. – Okej, może mu powiedziała.
Prycham, odwracając wzrok.
- Nie mam żadnej motywacji, żeby wygrać tę sprawę dla ciebie. – Uśmiecham się ironicznie, opierając o krzesło.
- Jesteś mi winna – uśmiecha się. – Wiem, że nie masz zbytnio sumienia, ale sądzę, że po tym przez co mnie przeprowadziłaś, dwa razy, może chciałabyś zastanowić się nad wzięciem sprawy.
- W końcu powiedziałabym ci prawdę – mamroczę. W każdym razie, gdyby Arielka oszustka farmaceutyczna mnie nie szantażowała…
- Zrobiłabyś to, Olivia? Czy czekałaś aż sam to odkryję, kiedy wróciła moja pamięć?
Podnoszę wzrok na sufit i marszczę brwi.
- Słuchaj, nie jestem tutaj po to, żeby dyskutować fakt, że jesteś kłamliwa, manipulacyjna i bez serca.
Au
- Proszę o osobistą przysługę. Wiem, co czujesz w stosunku do niej. Wiem, co ona zrobiła, ale potrzebuję, żebyś zrobiła coś, aby nie poszła do więzienia.
- Ja chcę żeby poszła do więzienia.
Caleb patrzy na mnie dziwnie, wzrokiem przesuwając po mojej twarzy a potem rękach.
- Ja nie. Jest moją żoną. I proszę, żebyś wzięła pod uwagę moje uczucia, choć raz.
Tak bardzo boli słyszeć, jak mówi „żona”. Wiem, że nie powinno, ale tak jest.
- Nie możesz używać na mnie poczucia winy, żebym broniła tę żmiję! Poza tym Leah nigdy by się na to nie zgodziła – odpowiadam – jest pomiędzy nami wzajemna nienawiść, gdybyś nie zauważył.
- Leah zrobi to, co jej powiem. Potrzebuję twojego zapewnienia, że zrobisz wszystko, co w twojej mocy, żeby jej pomóc.
Czuję przypływ adrenaliny. Mogłabym wziąć sprawę i celowo przegrać! Tak! Ale wiem, że nigdy bym tego nie zrobiła. Moje dni bawienia się ludzkimi życiami są skończone. S.K.O.Ń.C.Z.O.N.E.
- Nie mogę. – Wbijam paznokcie w uda, by powstrzymać krzyk.
- Tak, możesz – mówi, kładąc ręce na moim biurku i pochylając się w moją stronę. – Masz obsesję na punkcie własnego sukcesu – zawsze miałaś. Weź to. Wygraj sprawę, Olivia. Będziesz bogata, sławna… i może nawet zastanowię się nad wybaczeniem tobie.
Przebaczenie? Wyobrażam sobie siebie jedzącą kolację w ich domu; tylko ja, Leah, Caleb i ich dzieci… Niemal śmieję się na głos.
Piorunuję go wzrokiem. Jest wciąż najprzystojniejszym mężczyzną, jakiego kiedykolwiek widziałam. Żeniący się z rudowłosą, dostający amnezji, łajdak!
- Zobaczę się z wami w sali posiedzeń o dziewiątej, żeby podać swoją decyzję – mówię, kończąc rozmowę. On posyła mi spojrzenie, którego nie mogę rozszyfrować i prostuje się, żeby wyjść.
- Podejmij słuszną decyzję, Księżno – mówi, zanim wychodzi przez drzwi.
- Księżno – parskam i rzucam za nim stos karteczek samoprzylepnych.
Zbieram się dokładnie godzinę i czterdzieści pięć minut. Nieopisany szok zobaczenia go po tylu latach pozostawił mnie opadniętą na krześle jak porzucona szmaciana lalka. Wciąż widzę część, gdzie on się odwraca, a ja wypluwam kawę przez nos.
Robię ćwiczenia oddechu. Uspokajam się myślami wesołych tęcz i lodów, lecz kolory wciąż zmieniają się w czerń, a lody roztapiają się. Kiedy chwyciłam się wrażenia spokoju, w kółko tnąc nożem teczkę sprawy Leah, idę do sali posiedzeń.
- On jest gorący! – szepce do mnie sekretarka, gdy mijam jej biurko. Czuję jak drga mi oko.
- Och, zamknij się.
Gdy wchodzę do pomieszczenia najpierw widzę Leah. Jak mogłabym tego nie zrobić? Wciąż otoczona jest aureolą rudych włosów. Wydają się jaśniejsze niż cztery lata temu, żywsze. Chciałabym posłuchać gwałciciela Dobsona tego dnia w deszczu i pójść do domu, wtedy nic z tego by się nie działo.
Caleb wstaje, kiedy wchodzę. Czarujący. Leah odwraca wzrok. Zgorzkniała.
- Olivia – mówi Bernie, uśmiechając się do mnie promiennie. – Chciałabym, żebyś poznała Leah Smith i jej męża Caleba Drake’a. – Wszyscy ściskami dłonie i zajmuję miejsce naprzeciwko nich. Caleb, który ma przerzucone ramię przez oparcie krzesła Leah, uśmiecha się do mnie, jakbyśmy byli starymi kumplami, po czym puszcza oko.
Takie niesprawiedliwe.
Leah patrzy na mnie spod rzęs i nawet nie próbuje się uśmiechnąć.
- Przejrzałam pani sprawę, pani Drake…
- Smith – poprawia mnie.
- Racja. Jestem dumna z siebie w byciu szczerą, więc zamierzam powiedzieć pani z góry, że strona oskarżająca ma bardzo mocny argument.
Caleb burczy cicho na wzmiankę o szczerości. Leah wygląda zielono. Kontynuuję pomimo nieprzyjemnych spojrzeń, które daje mi Bernie. Sądzi, że ich przestraszę i zniszczę szansę firmy na sprawę. – Oni mają świadków, którzy chcą zeznawać, że miała pani coś wspólnego z fałszowaniem wyników leku Prenavene.
Splatam dłonie pod brodą, obserwując Caleba wiercącego się obok jego wstrętnej żony.
- Obecny prokurator kręgowy ma najwyższy wskaźnik ścigania sądowego w stanie Florydy. Będą panią ścigać z wycelowanymi broniami, rozumie pani? Wszystko, czym pani jest, kim był pani ojciec – to wszystko wyjdzie w sądzie. Kiedy oni skończą, nie pozostanie ani jedno kłamstwo do odkrycia.
Leah patrzy na mnie w osłupieniu. Wiem, że przestraszyłam ją o wiele gorzej niż powinnam. Łzy pływają w jej oczach. Wykorzystuję szansę.
- Nie zawsze wygrywasz – mówię, patrząc na nią znacząco. Podnosi na mnie wzrok z rozpoznaniem w oczach. W pomieszczeniu jest cisza. Albo wszyscy zdają sobie sprawę, że coś jest na rzeczy albo śpią. Nie odrywam wzroku od Leah.
- Możesz mi pomóc? – mówi w końcu i słyszę w jej głosie rozpacz. Opieram się o krzesło.
To jest coś – moja nemezis prosi mnie o pomoc. Wiedziałam, że karma przyjdzie po nas obie, ale jeeezu, naprawdę kopie ją w tyłek. Kontroluję jej życie. Spoglądam na Caleba. Jego życie też kontroluję. Nie spieszę się z odpowiedzią. Wstając, spaceruję z dłońmi zaciśniętymi za plecami.
- Mogę.
Ona wydaje się wizualnie zapadać w uldze. – Co jest pani gotowa zrobić by być uważana za niewinną w tej sprawie? – Milczała przez chwilę, przyglądając się mojej twarzy, w ten sam sposób jak ja przyglądałam się jej. Potem nachyla się, opierając jasnoczerwone paznokcie na stole konferencyjnym, jakby dotykała klawiszy fortepianu.
- Wszystko. Zrobię wszystko. – I gdy siedzę związana w chwili tak ozięble napiętej, czuję gęsią skórkę. Wierzę jej. Jesteśmy takie same. Obie jesteśmy gotowe targować się naszymi duszami, żeby zapewnić sobie szczęście. Kochałyśmy tego samego mężczyznę. Wciągnęłyśmy się w brudne przeciągnie liny, żeby go zdobyć i obie mamy za co odpokutować.
Biorę sprawę. Będę musiała zdyskredytować ich świadków, zdemonizować jej ojca i ukazać Leah jako dobrą osobę, którą nie jest. Nie robię tego dla mojej kariery – pomimo tego, co myśli sobie Caleb. Robię to za ten raz, kiedy zjechał na bok i odmówił jechania dalej, dopóki nie zaśpiewałam „Achey, Breaky, Heart”, za ten raz, kiedy pocałował mnie na podłodze swojej sypialni, trzymając moje ręce nad głową. Robię to, bo on nadal nazywa mnie Księżną.
To ta sama winna gra, w którą cały czas grałam, żeby być blisko Caleba niezależnie od okoliczności czy kosztów.
Caleb, Caleb, Caleb.
Kończymy nasze spotkanie z planami na kolejne i wszyscy robimy wielkie zamieszanie ze ściskaniem rąk. Bernie ma bzika na punkcie ściskania dłoni. Po wszystkim pędzę do łazienki i wpycham ręce pod gorącą wodę, aż są jasnoczerwone. Nie cierpię tego, że musiałam ją dotykać. Bernie czeka na mnie w moim biurze.
- O co tam chodziło? – warczy, co jest z jej strony bardzo nietypowe.
- Nie twój interes. Mam sprawę i zamierzam ją wygrać, więc nie mieszaj się.
- To moja dziewczynka – nuci Bernie, po czym wychodzi bez kolejnego słowa ode mnie.




[1] U-Haul – firma przewożąca.
[2] FDA (Food and Drug Administration) – Agencja ds. Żywności i Leków

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz