24.10.13

The Opportunist - Rozdział dwunasty

Teraźniejszość

- Na dworze jest jakieś -5 stopni, co? – Drżę i pocieram ramiona. Jest to nasz ostatni dzień i kula strachu usadowiła się w moim brzuchu.
- Bardziej 10 – mówi on, podając mi styropianowy kubek kawy.
Marszczę brwi i wracam do namiotu, aby się pakować. Składam ubrania, gdy słyszę jego głos.
- Olivia, musimy porozmawiać. – Zerkam podejrzliwie przez ramię. On przekręca swój pierścień na kciuku – zawsze zły znak.
Wzdycham. Chodzi o komórkę? zastanawiam się.
- Pewnie. – Balansuję na samej krawędzi katastrofy, czując nasz czas prześlizgujący się przez moje palce jak piasek. Przypominam sobie te ostrzeżenie dziwacznego gwałciciela na zewnątrz sklepu muzycznego; Powinnaś wrócić do domu, zanim będzie za późno. Czerwone niebo oznacza kłopoty. Czerwone, czerwone, czerwone… jak włosy Leah.
Idę za nim na zewnątrz, nadal trzymając kawę w ręce. On opiera się o maskę swojego auta.
- Co jest? – Staram się być nonszalancka, kiedy do niego podchodzę.
- Co tutaj się dzieje, Olivia? Co my robimy?
- Biwakujemy – oświadczam, co nie zarabia nawet połowicznego uśmiechu.
Co on chce żebym powiedziała? Co jest bezpieczne?
- My… nie wiem, Caleb. Co chcesz, żebym powiedziała?
Potrząsa głową. Wygląda na rozczarowanego. Powinnam wszystko wygadać? Zanim mogę otworzyć moje kłamliwe usta, on mnie wyprzedza.
- Nie możesz niczego wymyślić? – pyta. Kręcę głową. Czemu zawsze kłamię? Poważnie, to jest jak choroba.
- Więc dobra… - Robi coś niespodziewanego, zamiast mnie naciskać, zaczyna pakować nasze rzeczy; śpiwory, ubrania, Pickles. Wszystko zostaje wrzucone do samochodu, jedno po drugim, podwójnie, a ja tylko przypatruję się temu z otwartymi ustami. Ale cóż mogłam powiedzieć? Chcę być z tobą, Caleb. Te kilka dni było fantastycznych. Kocham cię bardziej z każdą sekundą, jaką z tobą jestem.
Jestem przyparta do muru. Niechętnie wsiadam do samochodu i wsadzam zimne ręce pod pachy. Caleb nastawia muzykę na największą głośność i mnie ignoruje. Jestem taka wściekła. Myślę o rzeczach, które mogą go wkurzyć, lecz jestem zbyt wielkim tchórzem żeby wypowiedzieć którąkolwiek z nich. Stary Caleb miał temperament, a jeśli ten facet go odziedziczył, nie chcę tego się dowiadywać.
Wzgórza stają się równinami, jak Georgia zmienia się we Florydę.
Ściszam muzykę, kiedy przejeżdżamy przez Tallahassee i odwracam ciało, aż mogę patrzeć mu w twarz.
- Caleb… porozmawiaj ze mną.
Widzę jak mięsień w jego szczęce drga, ale prócz tego nie daje mi on nic.
- Proszę… porozmawiaj ze mną – próbuję. Będzie trudniej niż się spodziewałam. Nowa taktyka.
- Dlaczego jesteś taki przewrażliwiony? Nie mówię tego, co chcesz usłyszeć, a teraz się dąsasz?
To działa. Gwałtownie skręca w prawo w ostatniej chwili. Słyszę burknięcie od Pickles, jak zostaje rzucona o tylne siedzenie.
Jesteśmy na odludziu, a przed nami są jedynie drzewa i droga. Caleb jedzie do bramy miejsca wyglądającego na park. Są tylko trzy miejsca parkingowe i wszystkie są wolne. Parkuje na jednym i zaciąga hamulec. Te miejsce przyprawia o gęsią skórkę. Wiercę się nerwowo, patrząc na jego twarz.
- Co my robimy? – pyta znowu.
- Ja… - Wyglądam przez okno, rozpaczliwie szukając ucieczki. Próbuje zmusić mnie do powiedzenia o moich uczuciach, coś czego nie mogę zrobić ze wszystkimi kłamstwami. Pomimo mojego strachu przed ciemnością, wysiadam z auta.
- Gdzie idziesz? – żąda, otwierając swoje drzwi i idąc za moim przykładem. Zanim zamykam drzwi, podchodzi tam, gdzie ja stoję i zagradza mi drogę.
Próbuję przepchnąć się obok niego, lecz on przyszpila mnie swoim ciałem do drzwi i kładzie dłonie po obu stronach mojej głowy. Stoimy nos w nos, gdy on gotuje się na mnie ze złości.
- Co. My. Robimy? – mówi twardo.
Kręcę się, ale nie mam gdzie iść. Kładę ręce na jego torsie. Tak w ogóle dlaczego stara on się to ode mnie wyciągnąć? Przysięgłabym, że to stary Caleb, nie te łagodne cielątko, z którym sobie radziłam.
- Dobra, dobra. Ale musisz wyjść z mojej przestrzeni osobistej…
Cofa się kilka cali, a ja wykorzystuję okazję, żeby prześlizgnąć się pod jego ramieniem.
Lekceważę jego wołania, koncentrując się na stawianiu jednej stopy przed drugą. Kieruję się do kompletnej ciemności, lecz wydaje się to lepsze niż alternatywa. Muszę pomyśleć przez chwilę. Idę, dopóki nie słyszę już szumu autostrady. Jestem w lesie – nie, jestem w gaju pomarańczy. Rozpoznaję pachnące białe kwiaty, faszerujące drzewa. Oczywiście pachną jak Caleb, ponieważ wszystko w moim pieprzonym życiu musi być związane z Calebem? Kopię w drzewo.
Słyszę stopy przesuwające się w kurzu za mną, więc zatrzymuję się. Równie dobrze mogę teraz mu wszystko powiedzieć, zatem wyprostowuję ramiona i przygotowuję się na walkę.
Caleb wychodzi z ciemności jak piękny duch. Kiedy mnie dostrzega, szybko się zatrzymuje. Wpatrujemy się w siebie, po czym krzyżuję ramiona na piersiach.
- Co my robimy? – powtarzam jego pytanie. – Próbuję uciec od mojego nieszczęśliwego, samotnego życia. Ja… - Biorę głęboki wdech, zanim kontynuuję. – Jestem kłamcą i koszmarną osobą. Okłamałam cię, ja…
Zajmuje mu trzy sekundy dojście tam, gdzie stoję. Słyszę swoje gwałtowne sapnięcie, gdy przyciska mnie do drzewa. Znajduje się kilka cali od mojej twarzy, podpiera ramiona o pień, aby zablokować mi ucieczkę.
- Przestań – mówi. – Po prostu przestań.
Patrzę mu w oczy i odwracam wzrok. Dlaczego on wszystko utrudnia? Po prostu chcę już to wszystko powiedzieć…
- Spójrz na mnie – żąda.
Patrzę.
- Wymyślasz wymówki i pogrywasz ze mną w gierki – mówi.
- Nie… ja…
- Tak. Robisz. To. Nie obchodzi mnie, co zrobiłaś. Jedynie powiedz mi, co czujesz.
Wygląda na tak złego, że cofam się do drzewa, aż czuję korę wbijającą się w moje plecy. Chce szczerej odpowiedzi, ale jestem całkiem pewna, że trzeba być szczerą osobą, by móc taką dać. Oblizuję usta, myśląc… myśląc. Mam milion myśli na dzień i wszystkie są związane z Calebem. Muszę tylko wyrzucić je z ust.
- Chcę, żebyś mnie pocałował.
Nie wygląda na zaskoczonego.
- Co jeszcze?
Jego wargi – widzę tylko jego wargi, tak pełne i zmysłowe. Mój oddech wychodzi żenująco szybko.
Jeśli pochylę się trochę do przodu, nasze usta się dotkną. Ale z lat doświadczenia wiem, że on nie da mi tego, czego chcę, dopóki nie dam mu tego, czego on chce.
Zaczyna działać mój upór. Odwracam głowę w bok. On kieruje ją z powrotem lekkim dotykiem palca.
- Olivia… - ostrzega. Jego wzrok wywierca mi dziurę w głowie. Czuję ciepło jego klatki piersiowej pod koniuszkami palców i wiem, że jego serce bije tak szybko jak moje.
- Powiedz to, Olivia. Choć raz, do cholery, to powiedz. – Wpatruje się w moje usta, czekając. Myślę o skłamaniu. Nie podoba mi się to, jaki nagle stał się bezpośredni. Było mi bardzo wygodnie, grając w gierki.
- Chcę… żebyś… - Szukam słowa i nie mogę go znaleźć. – Możesz najpierw mnie pocałować a potem zobaczymy jak się czuję?
On wyprawia tę rzecz z włożeniem języka pomiędzy zęby. Patrzy na moje wargi, jakby to rozważał. Niemal klękam w miejscu.
Porusza rękoma, opierając jedno przedramię na drzewie ponad moją głową, a drugą obejmuje mnie w pasie.
Stoimy twarzą w twarz, stykając się czołami. Szybko oddycham, klatka piersiowa unosi się w oczekiwaniu. Jestem banałem; motyle, mrowienie i gorąco wirują przeze mnie w najsilniejszej formie pożądania, jakiego kiedykolwiek doświadczyłam.
W dwóch garściach zaciskam jego koszulę i ściskam ją mocniej. – Na co czekasz?
Pogrywający w gierki, kochający rudowłosą, symulujący głupcze!
Mruży oczy, a ja chcę ucałować zmarszczki, które pojawiły się w ich kącikach. Jego głos jest szorstki oraz obnażony, gdy się odzywa.
- Jeżeli cię pocałuję, nie przestanę.
Zamykam oczy. Jest to groźba, lecz dobra.
- Nie będę cię o to prosić – szepczę przy jego ustach.
W chwili, kiedy czuję jak jego wargi muskają moje, chcę umrzeć. Przygryza moją dolną wargę i odsuwa się. Moje dłonie opuszczają jego tors i oplatają się wokół jego szyi.
- Powiedziałeś żadnych gierek.
Uśmiecha się przy moich ustach. Stoję na palcach, przyciskając się do każdego cala jego ciepła. Jeden miękki pocałunek… drugi… kolejne przygryzienie; jego pocałunki są jak jego osobowość. On jest bardzo drażniący; przemieszczając się pomiędzy szybko a wolno, mocno i lekko. Właśnie przywykam do jego rytmu, kiedy wsuwa język do moich ust. Wydaję żenująco sapiący dźwięk. On znowu się uśmiecha, a jest to tak seksowne, że całuję go mocniej.
Jeszcze parę lekkich jak piórko pocałunków i wtem naciera na mnie pełną siłą. Nasze wargi zderzają się jak dwie zagniewane burzowe chmury. Przenosi dłonie na mój brzuch.
Zaczynam odwzajemniać atak, ponieważ ja też jestem zła. Całuję go za wszystkie razy, kiedy nie mogłam go pocałować i za razy, kiedy całował Leah zamiast mnie. Całuję go, bo wszystko zniszczyłam, a mogłam to mieć każdego dnia. On odrywa się, aby pocałować wrażliwie miejsce u nasady mojej szyi.
- Olivia – mówi mi do ucha. Drżę na ton jego głosu. Kiedy jego głos tak się zniża, wiem, że nie żartuje. Oboje ciężko oddychamy.
- Kochasz mnie?
Zastygam. Dreszcz przebiega wzdłuż mojego kręgosłupa.
Ujmuje moją brodę i ją podnosi.
Wiem, że jeśli mu nie odpowiem, to odejdzie. Tak bardzo chcę być z nim szczera; powiedzieć mu, jak długo go kochałam i dlaczego go kocham, lecz mogę tylko wydusić słabe „Tak” szeptem.
- Powiedz to – mówi Caleb.
Zagryzam zęby.
On mną potrząsa. – Powiedz to.
Skąd wie, że jest cokolwiek do powiedzenia?
- Kocham cię – krzyczę do niego. Wygląda, jakbym właśnie go spoliczkowała. Teraz ja jestem pieprzenie wściekła.
Sięgam do jego talii i rozpinam guzik jego dżinsów. Nie spodziewał się tego.
Stoi nieruchomo. Jego ciało jest napięte. Całuję go, starając się stopić jego opór. Działa i atakuje mnie on jak powódź. Odrywa się od moich ust, żeby zrzucić koszulę, po czym wraca tak szybko, że ledwo mam czas odetchnąć.
Wyciągam ręce, żeby go dotknąć. Jego mięśnie napinają się pod moimi koniuszkami palców. Jest tak piękny; szerokie barki, wąska talia. Odsuwam dłonie, niepewna siebie. Caleb łapie mnie za nadgarstek, przyciągając moje ręce z powrotem do jego skóry. On jest ekspertem, a ja nowicjuszką; jest to bardzo wyraźne dla nas obojga. Nadaje mi rytm, kontrolując chwilę. Ściągając moją bluzkę przez głowę, całuje moje ramiona, odpina biustonosz. Ja wychodzę ze spodni.
On się odsuwa.
Potem na mnie patrzy. Jestem zawstydzona, to dziki i męski moment, a ja mu na to pozwalam, ponieważ nigdy wcześniej tego nie zrobiłam. Czuję się, jakbym była wystawiona dla całego świata. Nigdy nikomu nie pozwoliłam zobaczyć siebie nagiej.
Kiedy kończy mi się przyglądać, przyciąga mnie do siebie.
- Boże, Olivia – mówi w moją szyję. Palę się na czerwono. Nie wiem, co oznaczają jego słowa. Odrywam się, by spojrzeć na jego twarz. Jego oczy się zmieniły. Już nie są spokojne i śmiejące. Widzę pilność i pożądanie. Tak bardzo obawiam się tej chwili.
Zrywa mnie z moich stóp w jednym pełnym gracji ruchu i czuję chłodną trawę łaskoczącą mnie w plecy. Czuję w powietrzu kwiaty pomarańczy. Oplatam się wokół niego, czekając.
On nie spieszy się, ostrożnie wsuwając się we mnie. Nasze spojrzenia są złączone; moje powiększają się za każdym calem. Nie wiedziałam, że takie to będzie uczucie. Chcę jęknąć. Chcę wbić paznokcie w jego plecy i opleść go nogami, lecz jestem zbyt dumna by zrobić którąkolwiek z tych rzeczy. On przygląda się mojej twarzy z fascynacją. Szuka reakcji, ale moja reakcja jest tylko wewnątrz, gdzie nie może jej zobaczyć… gdzie ją ukrywam.
Wysuwa się, potem wchodzi. Ssie moją dolną wargę. Śmieje mi się w usta. Odsuwam głowę, żeby na niego spojrzeć.
- Jesteś tym typem dziewczyny.
Nie wiem, co ma na myśli. Nie jestem pewna, czy mnie to obchodzi – jest mi tak dobrze.
Łapie moje nadgarstki, przyciskając je ponad moją głową.
- Rozluźnij nogi.
Po raz pierwszy w życiu robię to, co mi kazano. Nagle jest jeszcze lepiej. Zaciskam wargi i obracam głowę na bok, żeby ukryć przed nim twarz. On przeciąga zębami po moim płatku ucha, a ciarki przebiegają przez moje ciało. – Spójrz na mnie. – Jego głos jest zachrypnięty. Patrzę na niego. Porusza się mocniej. Zamiera we mnie dech. Mocniej… i oddycham, jakbym dopiero co przebiegła maraton.
- Tak dobrze jest cię czuć.
To na mnie działa. Coś jak jęk gubi się w jego obojczyku, kiedy przyciskam twarz do jego klatki piersiowej. Gdy podnoszę wzrok, ma na twarzy wyraz Eureki. – W taki sposób wywołuję u ciebie jęk?
Po tym wypowiada naprawdę nieprzyzwoite rzeczy do mojego ucha. Znalazł moją słabość. Wydaję dźwięki, których będę żałować do momentu, kiedy umrę.
Czuję jak się wspinam, ale nie chcę, żeby to się kończyło. Ma on całkowitą kontrolę nad moim umysłem oraz ciałem. Nie lubię nie być w kontroli. Kiedy pochyla głowę do mojego ramienia, wykorzystuję okazję, aby przewrócić się na niego. Pozwala mi kierować naszymi ruchami przez kilka minut nim bierze kontrolę nad moimi biodrami. Dwoje może grać w tę grę. Nachylam się, żeby powiedzieć coś do jego ucha.
- Mocniej, Caleb… i nie wyciągaj… - Zamyka oczy, wbijając palce w moje uda. Czuję niewielkie zwycięstwo, dopóki nie przewraca mnie znowu na plecy.
- Nie planowałem tego. – Mój orgazm pojawia się na te zdanie.
Nie wydaję dźwięku.

Nie rozmawiamy w drodze do domu. Caleb pomaga mi sprzątnąć bałagan w moim mieszkaniu. Wypełniamy dziesięć ogromnych worków na śmieci resztkami tego, co kiedyś było moim życiem, zgarniając stłuczone talerze i szklanki w jedno, a strzępy moich ubrań w drugie.
Pracujemy w ciszy, radio gra cicho w tle. Wciąż zatrzymuję się w środku tego, co robię, żeby pomyśleć o tym, co zdarzyło się w gaju pomarańczy.
Czuję słone łzy na ustach, gdy podnoszę odbitkę fotografii Thomasa Barbey’a ze stłuczonej ramki. To tylko fotografia, lecz nadal jest moja i ją uwielbiałam. Zanim mogę ją zmiąć, Caleb ratuje ją z moich rąk i kładzie na bok.
- Możemy to naprawić – mówi, przejeżdżając palcem po mojej szczęce.
Kiedy znajduję zabytkową porcelanową figurkę mojej babci leżącą w kawałkach na podłodze, zamykam się w łazience, żeby płakać. Caleb wyczuwając znaczenie ręcznie malowanej pasterki, pozwala mi być i dyskretnie pozbywa się wszystkiego poza jej twarzą, która cudem została nietknięta. Znajduję ją później zawiniętą w bibułkę i wsadzoną do pudełka rzeczy ledwie uratowanych, które myślał, że będę chciała zatrzymać. Kiedy wszystko to, co kiedyś było moje, siedzi w dziesięciu workach na śmieci przy drzwiach wejściowych, Caleb przytula mnie i wychodzi. Opieram się o okno wychodzące na parking, patrząc jak idzie do samochodu. Czuję samotność tak gwałtowną, że mam poczucie jakby zaciskały mi się płuca. Przyciskam dłonie do skroni i przyciskam. Nie mogę tego robić. Nie mogę już kłamać. On jest zbyt dobry. Nie zasługuje na okropność, którą dawałam i zasługuje, żeby usłyszeć prawdę ode mnie, nie od Leah. Biegnę do drzwi i je otwieram. – Caleb, czekaj!
Jest prawie przy aucie, kiedy zatrzymuje się i odwraca.
Podbiegam do niego, nie przejmując się tym, że mam na sobie tylko starą koszulkę piłkarską i rzucam się na niego.
- Przepraszam, że byłam taką okropną osobą – mówię, przyciskając twarz do jego klatki piersiowej. – Tak bardzo przepraszam.
- O czym ty mówisz? – Chwyta mnie za brodę, podnosząc mi twarz, żebym na niego spojrzała. – Jesteś dobrą osobą.
- Nie, nie, nie jestem. – Potrząsam gwałtownie głową. – Jestem wyjątkowo potworna. – On uśmiecha się do mnie, pocierając moje plecy, jakbym była dzieckiem. Potem pochyla głowę i czuję jego usta na szyi. Całuje mnie lekko, intymnie.
- Czemu cały czas tak o sobie mówisz – śmieje się cicho. – Bardzo cię lubię, Wyjątkowo Potworna. – Jego stopy zaczynają poruszać się do melodii jakiejś bezgłośnej muzyki, a ja dostosowuję się do jego kroku. Jestem świadoma powietrza na moich nagich nogach, ciepła jego rąk na plecach i splątanych z moimi palcami.
- To mnie tylko obchodzi, Olivia.
- Zmienisz zdanie – mówię mu. – Kiedy… zorientujesz się, kim jestem.
- Już wiem, kim jesteś.
Kręcę głową, nieuniknione łzy zbierają mi się pod powiekami.
- Nic nie wiesz.
- Wiem wszystko, co muszę wiedzieć. Bądź cicho.
Więc zamykam usta – zamykam je ciasno i powstrzymuję się od mojego wyznania… znowu. Czuję prawdę przyciskaną mocno przez czas. Lecz teraz on nuci Yellow i tańczymy pod niebem, splątani razem po raz ostatni. Pozwalam Leah mu powiedzieć. Pozostaję tchórzem.
Później tego wieczora jestem w szlafroku, ręcznikiem susząc włosy, gdy słyszę ostre pukanie do drzwi.
Odrzucam ręcznik na bok i otwieram szeroko drzwi, spodziewając się Caleba.
- Cześć, Olivia.
Leah.
Uśmiecha się do mnie swobodnie, jakbyśmy były starymi przyjaciółkami.
- Co do diabła? – mówię to bardziej do siebie niż do niej, ale i tak wygląda na rozbawioną. Odsuwam się na bok, żeby ją wpuścić.
Ona bawi się swoimi włosami, nakręcając ich kosmyk na jeden z jej mlecznobiałych palców. Wchodzi beztrosko i lustruje wzrokiem pokój.
- Sprzątnęłaś.
Unoszę brwi, znudzona. Jeśli przyszła na kłótnię – nie byłam zainteresowana.
- Więc? – mówię. – Czego chcesz?
- Och, przyszłam zawrzeć z tobą umowę. – Patrzy na mnie wyczekująco, mrużąc swoje oczy w kształcie orzechów.
Śmierdzi drogimi perfumami i nowymi ciuchami. Patrzę jak przysiada lekko na podłokietniku mojej kanapy, jakby była zbyt dobra, żeby na niej po prostu usiąść.
Wygląda jak porcelanowa figurka w sklepie z używanymi rzeczami. Podchodzę do niej.
- Mów to, po co przyszłaś tutaj powiedzieć i wyjdź – żądam.
Chrząka delikatnym ćwierkającym dźwiękiem i składa ręce na kolanach.
- Jestem pewna, iż zdajesz już sobie sprawę, że posiadam pewne obciążające rzeczy.
- Zdaję sobie sprawę, że ukradłaś moje zdjęcia i listy, tak – mówię.
- To było bystre – na co pociągnęłaś Caleba. – Wyciąga ze swojej torebki paczkę papierosów z monogramem i otwiera wieczko. – Powiedział mi, że byłaś manipulatorką, kiedy zaczęliśmy się umawiać. Ale wow!
Bierze w dłoń papierosa i przeciąga kciukiem po kółeczku zapalniczki. Przypominam sobie, jak Jim robił to samo. Straciłam swoją fascynację procesem.
- Jesteś jak silne przeziębienie, Olivia, które po prostu nie chce odejść. Ale odejdziesz i zostawisz mojego narzeczonego i mnie samych.
- Nie jest bardziej twoim narzeczonym niż moim – wtrącam. – Tak naprawdę, o ile wiem, jest pierścionek zaręczynowy w jego szufladzie ze skarpetkami, którego nigdy nie zamierza włożyć na twojego palca. – Obserwuję z satysfakcją, jak kolor spływa z jej twarzy.
- Gdyby nie było wypadku, gdybyś ty się nie pojawiła, już bym nosiła ten pierścionek. Wiesz dlaczego? Ponieważ on wybrał mnie. Rzucił cię i przeniósł się na mnie. Jesteś tylko jego małym rozproszeniem uwagi. Nic nie znaczysz dla prawdziwego Caleba. – Jest zdyszana, oczy jej płoną jak jej głupie włosy.
Czuję proch zapalający się w moich żyłach. Ona nic nie wie o Calebie. To we mnie pierwszej się zakochał. To ja najbardziej go zraniłam. Byłam do niego przywiązana przez złamane serca, łzy oraz żal, i na Boga, takiej więzi nigdy z nim nie będzie miała.
- Jeśli widzisz mnie jako taką nieistotną, to dlaczego tutaj jesteś?
Myśli o tym.
- Jestem tutaj, żeby zaoferować ci ucieczkę. – Patrzę podejrzliwie na jej szkarłatne wargi, gdy owijają się wokół papierosa.
- Słucham.
- Jeżeli Caleb dowie się, jak go wykorzystałaś… cóż, jestem pewna, że wiesz, co się wydarzy. – Strzepuje popiół na mój zniszczony stolik do kawy. – Jeśli przestaniesz się z nim widywać – jeśli znikniesz, nic nie powiem.
- Nic nie powiesz? – Przedrzeźniam jej dobór słów jak z przedszkola i przewracam oczami. – On dowie się, co zrobiłam, kiedy wróci jego pamięć. Co to dla mnie za różnica, jeśli powiesz mu teraz czy on dowie się później?
- Będziesz mogła odejść z własnego wyboru. Zatrzymać jakieś wrażenie uczciwości. Pomyśl o tym, kochanie, będziesz upokorzona, kiedy odkryje twoje małe kłamstewko. Będzie konfrontacja, łzy i rana, która zabierze długi kawał czasu na zagojenie. Nie zrozum mnie źle. Nic mnie cholernie nie obchodzisz – to Caleba chcę ochronić.
- Z jakiegoś powodu trudno mi uwierzyć, że twoim jedynym niepokojem, w tej sprawie, jest Caleb – mówię beznamiętnie.
Wstaje, upuszczając peta jej Charlestona na mój dywan i gasząc go butem.
- Jesteś samolubną suką, Olivia. Nie mylmy tutaj spraw. Ja nigdy bym nie zrobiła tego, co ty zrobiłaś. Nigdy! – Jej słowa kłują mnie swoją prawdą. Nawet ta kobieta nigdy nie oszukałaby osoby, którą kochała. Jestem tak wstrząśnięta jej słowami, że biorę groźny krok w jej stronę.
- Kiedy go poznałam, wciąż mierzył się z cierpieniem, które spowodowałaś. – Celuje we mnie palcem. – Zajęło mi rok sprawienie, żeby zobaczył, że nie byłaś tego warta. Rok – syczy. – Nie jesteś niczym innym jak miernotą i nie pozwolę ci znowu się do niego zbliżyć! Rozumiesz mnie?
Rozumiałam. Może gdybym ja walczyła o niego tak, jak ona, wciąż bylibyśmy razem.
Wzdycham. Jeśli odmówię jej propozycji, od razu pójdzie do niego z dowodem. Pewnie, mogłam napomknąć o moim zniszczonym mieszkaniu i szantażu, lecz nawet porównywanie jej przestępstwa do mojego pozostawiało mnie w złym miejscu. Ja byłam biegunką, a ona jedynie ciężkim przypadkiem niestrawności. A co z Calebem? Zapewne odciąłby Leah, gdyby wiedział o jej udziale, ale to pozostawiłoby go zranionym i samotnym. Jakim typem potwora bym była, żeby pozwolić mu być zranionym – znowu? Zwłaszcza po to tylko, bym mogła zrobić na złość Leah? Jeśli zniknę, on w końcu o mnie zapomni. Już raz to zrobił.
Daję za wygraną.
- Dobra. Wynoś się. – Podchodzę do drzwi i otwieram je, bez patrzenia na nią. Chcę żeby zniknęła z mojego domu, z mojego życia. Nie było osoby, której nienawidziłam bardziej, oprócz siebie. Ona zatrzymuje się w drodze do wyjścia i patrzy mi w oczy – suka suce.
- Zawsze wygrywam. – Rzuca kopertę pod moje nogi i wychodzi. Zatrzaskuję drzwi, po czym je kopię. Chodzę po mieszkaniu, wykrzykując każde przekleństwo, które mogłam wymyślić.

To jest czas dla mnie, aby zapomnieć. Serce wydaje się zaraz eksplodować z bólu. Zsuwam się po ścianie i przyciągam kolana do piersi. Muszę się stąd wydostać, z miejsca, które nasączone jest Calebem. To jest to! decyduję. Wyjeżdżam i nigdy nie wracam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz