Teraźniejszość
- Na
dworze jest jakieś -5 stopni, co? – Drżę i pocieram ramiona. Jest to nasz
ostatni dzień i kula strachu usadowiła się w moim brzuchu.
-
Bardziej 10 – mówi on, podając mi styropianowy kubek kawy.
Marszczę
brwi i wracam do namiotu, aby się pakować. Składam ubrania, gdy słyszę jego
głos.
-
Olivia, musimy porozmawiać. – Zerkam podejrzliwie przez ramię. On przekręca
swój pierścień na kciuku – zawsze zły znak.
Wzdycham.
Chodzi o komórkę? zastanawiam się.
-
Pewnie. – Balansuję na samej krawędzi katastrofy, czując nasz czas
prześlizgujący się przez moje palce jak piasek. Przypominam sobie te
ostrzeżenie dziwacznego gwałciciela na zewnątrz sklepu muzycznego; Powinnaś wrócić do domu, zanim będzie za
późno. Czerwone niebo oznacza kłopoty. Czerwone, czerwone, czerwone… jak
włosy Leah.
Idę za
nim na zewnątrz, nadal trzymając kawę w ręce. On opiera się o maskę swojego
auta.
- Co
jest? – Staram się być nonszalancka, kiedy do niego podchodzę.
- Co
tutaj się dzieje, Olivia? Co my robimy?
-
Biwakujemy – oświadczam, co nie zarabia nawet połowicznego uśmiechu.
Co on
chce żebym powiedziała? Co jest bezpieczne?
- My…
nie wiem, Caleb. Co chcesz, żebym powiedziała?
Potrząsa
głową. Wygląda na rozczarowanego. Powinnam wszystko wygadać? Zanim mogę
otworzyć moje kłamliwe usta, on mnie wyprzedza.
- Nie
możesz niczego wymyślić? – pyta. Kręcę głową. Czemu zawsze kłamię? Poważnie, to
jest jak choroba.
- Więc
dobra… - Robi coś niespodziewanego, zamiast mnie naciskać, zaczyna pakować
nasze rzeczy; śpiwory, ubrania, Pickles. Wszystko zostaje wrzucone do
samochodu, jedno po drugim, podwójnie, a ja tylko przypatruję się temu z
otwartymi ustami. Ale cóż mogłam powiedzieć? Chcę być z tobą, Caleb. Te kilka
dni było fantastycznych. Kocham cię bardziej z każdą sekundą, jaką z tobą
jestem.
Jestem
przyparta do muru. Niechętnie wsiadam do samochodu i wsadzam zimne ręce pod
pachy. Caleb nastawia muzykę na największą głośność i mnie ignoruje. Jestem
taka wściekła. Myślę o rzeczach, które mogą go wkurzyć, lecz jestem zbyt
wielkim tchórzem żeby wypowiedzieć którąkolwiek z nich. Stary Caleb miał
temperament, a jeśli ten facet go odziedziczył, nie chcę tego się dowiadywać.
Wzgórza
stają się równinami, jak Georgia zmienia się we Florydę.
Ściszam
muzykę, kiedy przejeżdżamy przez Tallahassee i odwracam ciało, aż mogę patrzeć
mu w twarz.
- Caleb…
porozmawiaj ze mną.
Widzę
jak mięsień w jego szczęce drga, ale prócz tego nie daje mi on nic.
-
Proszę… porozmawiaj ze mną – próbuję. Będzie trudniej niż się spodziewałam.
Nowa taktyka.
-
Dlaczego jesteś taki przewrażliwiony? Nie mówię tego, co chcesz usłyszeć, a
teraz się dąsasz?
To
działa. Gwałtownie skręca w prawo w ostatniej chwili. Słyszę burknięcie od
Pickles, jak zostaje rzucona o tylne siedzenie.
Jesteśmy
na odludziu, a przed nami są jedynie drzewa i droga. Caleb jedzie do bramy
miejsca wyglądającego na park. Są tylko trzy miejsca parkingowe i wszystkie są
wolne. Parkuje na jednym i zaciąga hamulec. Te miejsce przyprawia o gęsią
skórkę. Wiercę się nerwowo, patrząc na jego twarz.
- Co my
robimy? – pyta znowu.
- Ja… -
Wyglądam przez okno, rozpaczliwie szukając ucieczki. Próbuje zmusić mnie do
powiedzenia o moich uczuciach, coś czego nie mogę zrobić ze wszystkimi
kłamstwami. Pomimo mojego strachu przed ciemnością, wysiadam z auta.
- Gdzie
idziesz? – żąda, otwierając swoje drzwi i idąc za moim przykładem. Zanim
zamykam drzwi, podchodzi tam, gdzie ja stoję i zagradza mi drogę.
Próbuję
przepchnąć się obok niego, lecz on przyszpila mnie swoim ciałem do drzwi i
kładzie dłonie po obu stronach mojej głowy. Stoimy nos w nos, gdy on gotuje się
na mnie ze złości.
- Co.
My. Robimy? – mówi twardo.
Kręcę
się, ale nie mam gdzie iść. Kładę ręce na jego torsie. Tak w ogóle dlaczego
stara on się to ode mnie wyciągnąć? Przysięgłabym, że to stary Caleb, nie te
łagodne cielątko, z którym sobie radziłam.
- Dobra,
dobra. Ale musisz wyjść z mojej przestrzeni osobistej…
Cofa się
kilka cali, a ja wykorzystuję okazję, żeby prześlizgnąć się pod jego ramieniem.
Lekceważę
jego wołania, koncentrując się na stawianiu jednej stopy przed drugą. Kieruję
się do kompletnej ciemności, lecz wydaje się to lepsze niż alternatywa. Muszę
pomyśleć przez chwilę. Idę, dopóki nie słyszę już szumu autostrady. Jestem w
lesie – nie, jestem w gaju pomarańczy. Rozpoznaję pachnące białe kwiaty,
faszerujące drzewa. Oczywiście pachną jak Caleb, ponieważ wszystko w moim
pieprzonym życiu musi być związane z Calebem? Kopię w drzewo.
Słyszę
stopy przesuwające się w kurzu za mną, więc zatrzymuję się. Równie dobrze mogę
teraz mu wszystko powiedzieć, zatem wyprostowuję ramiona i przygotowuję się na
walkę.
Caleb
wychodzi z ciemności jak piękny duch. Kiedy mnie dostrzega, szybko się
zatrzymuje. Wpatrujemy się w siebie, po czym krzyżuję ramiona na piersiach.
- Co my
robimy? – powtarzam jego pytanie. – Próbuję uciec od mojego nieszczęśliwego,
samotnego życia. Ja… - Biorę głęboki wdech, zanim kontynuuję. – Jestem kłamcą i
koszmarną osobą. Okłamałam cię, ja…
Zajmuje
mu trzy sekundy dojście tam, gdzie stoję. Słyszę swoje gwałtowne sapnięcie, gdy
przyciska mnie do drzewa. Znajduje się kilka cali od mojej twarzy, podpiera
ramiona o pień, aby zablokować mi ucieczkę.
-
Przestań – mówi. – Po prostu przestań.
Patrzę
mu w oczy i odwracam wzrok. Dlaczego on wszystko utrudnia? Po prostu chcę już
to wszystko powiedzieć…
- Spójrz
na mnie – żąda.
Patrzę.
-
Wymyślasz wymówki i pogrywasz ze mną w gierki – mówi.
- Nie…
ja…
- Tak.
Robisz. To. Nie obchodzi mnie, co zrobiłaś. Jedynie powiedz mi, co czujesz.
Wygląda
na tak złego, że cofam się do drzewa, aż czuję korę wbijającą się w moje plecy.
Chce szczerej odpowiedzi, ale jestem całkiem pewna, że trzeba być szczerą
osobą, by móc taką dać. Oblizuję usta, myśląc… myśląc. Mam milion myśli na
dzień i wszystkie są związane z Calebem. Muszę tylko wyrzucić je z ust.
- Chcę,
żebyś mnie pocałował.
Nie
wygląda na zaskoczonego.
- Co
jeszcze?
Jego
wargi – widzę tylko jego wargi, tak pełne i zmysłowe. Mój oddech wychodzi
żenująco szybko.
Jeśli
pochylę się trochę do przodu, nasze usta się dotkną. Ale z lat doświadczenia
wiem, że on nie da mi tego, czego chcę, dopóki nie dam mu tego, czego on chce.
Zaczyna
działać mój upór. Odwracam głowę w bok. On kieruje ją z powrotem lekkim
dotykiem palca.
-
Olivia… - ostrzega. Jego wzrok wywierca mi dziurę w głowie. Czuję ciepło jego
klatki piersiowej pod koniuszkami palców i wiem, że jego serce bije tak szybko
jak moje.
-
Powiedz to, Olivia. Choć raz, do cholery, to powiedz. – Wpatruje się w moje
usta, czekając. Myślę o skłamaniu. Nie podoba mi się to, jaki nagle stał się
bezpośredni. Było mi bardzo wygodnie, grając w gierki.
- Chcę…
żebyś… - Szukam słowa i nie mogę go znaleźć. – Możesz najpierw mnie pocałować a
potem zobaczymy jak się czuję?
On
wyprawia tę rzecz z włożeniem języka pomiędzy zęby. Patrzy na moje wargi, jakby
to rozważał. Niemal klękam w miejscu.
Porusza
rękoma, opierając jedno przedramię na drzewie ponad moją głową, a drugą
obejmuje mnie w pasie.
Stoimy
twarzą w twarz, stykając się czołami. Szybko oddycham, klatka piersiowa unosi
się w oczekiwaniu. Jestem banałem; motyle, mrowienie i gorąco wirują przeze
mnie w najsilniejszej formie pożądania, jakiego kiedykolwiek doświadczyłam.
W dwóch
garściach zaciskam jego koszulę i ściskam ją mocniej. – Na co czekasz?
Pogrywający w gierki, kochający rudowłosą,
symulujący głupcze!
Mruży
oczy, a ja chcę ucałować zmarszczki, które pojawiły się w ich kącikach. Jego
głos jest szorstki oraz obnażony, gdy się odzywa.
- Jeżeli
cię pocałuję, nie przestanę.
Zamykam
oczy. Jest to groźba, lecz dobra.
- Nie
będę cię o to prosić – szepczę przy jego ustach.
W
chwili, kiedy czuję jak jego wargi muskają moje, chcę umrzeć. Przygryza moją
dolną wargę i odsuwa się. Moje dłonie opuszczają jego tors i oplatają się wokół
jego szyi.
-
Powiedziałeś żadnych gierek.
Uśmiecha
się przy moich ustach. Stoję na palcach, przyciskając się do każdego cala jego
ciepła. Jeden miękki pocałunek… drugi… kolejne przygryzienie; jego pocałunki są
jak jego osobowość. On jest bardzo drażniący; przemieszczając się pomiędzy
szybko a wolno, mocno i lekko. Właśnie przywykam do jego rytmu, kiedy wsuwa
język do moich ust. Wydaję żenująco sapiący dźwięk. On znowu się uśmiecha, a
jest to tak seksowne, że całuję go mocniej.
Jeszcze
parę lekkich jak piórko pocałunków i wtem naciera na mnie pełną siłą. Nasze
wargi zderzają się jak dwie zagniewane burzowe chmury. Przenosi dłonie na mój
brzuch.
Zaczynam
odwzajemniać atak, ponieważ ja też jestem zła. Całuję go za wszystkie razy,
kiedy nie mogłam go pocałować i za razy, kiedy całował Leah zamiast mnie.
Całuję go, bo wszystko zniszczyłam, a mogłam to mieć każdego dnia. On odrywa
się, aby pocałować wrażliwie miejsce u nasady mojej szyi.
- Olivia
– mówi mi do ucha. Drżę na ton jego głosu. Kiedy jego głos tak się zniża, wiem,
że nie żartuje. Oboje ciężko oddychamy.
-
Kochasz mnie?
Zastygam.
Dreszcz przebiega wzdłuż mojego kręgosłupa.
Ujmuje
moją brodę i ją podnosi.
Wiem, że
jeśli mu nie odpowiem, to odejdzie. Tak bardzo chcę być z nim szczera;
powiedzieć mu, jak długo go kochałam i dlaczego go kocham, lecz mogę tylko
wydusić słabe „Tak” szeptem.
-
Powiedz to – mówi Caleb.
Zagryzam
zęby.
On mną
potrząsa. – Powiedz to.
Skąd
wie, że jest cokolwiek do powiedzenia?
- Kocham
cię – krzyczę do niego. Wygląda, jakbym właśnie go spoliczkowała. Teraz ja
jestem pieprzenie wściekła.
Sięgam
do jego talii i rozpinam guzik jego dżinsów. Nie spodziewał się tego.
Stoi
nieruchomo. Jego ciało jest napięte. Całuję go, starając się stopić jego opór.
Działa i atakuje mnie on jak powódź. Odrywa się od moich ust, żeby zrzucić
koszulę, po czym wraca tak szybko, że ledwo mam czas odetchnąć.
Wyciągam
ręce, żeby go dotknąć. Jego mięśnie napinają się pod moimi koniuszkami palców.
Jest tak piękny; szerokie barki, wąska talia. Odsuwam dłonie, niepewna siebie.
Caleb łapie mnie za nadgarstek, przyciągając moje ręce z powrotem do jego
skóry. On jest ekspertem, a ja nowicjuszką; jest to bardzo wyraźne dla nas
obojga. Nadaje mi rytm, kontrolując chwilę. Ściągając moją bluzkę przez głowę,
całuje moje ramiona, odpina biustonosz. Ja wychodzę ze spodni.
On się
odsuwa.
Potem na
mnie patrzy. Jestem zawstydzona, to dziki i męski moment, a ja mu na to
pozwalam, ponieważ nigdy wcześniej tego nie zrobiłam. Czuję się, jakbym była
wystawiona dla całego świata. Nigdy nikomu nie pozwoliłam zobaczyć siebie
nagiej.
Kiedy
kończy mi się przyglądać, przyciąga mnie do siebie.
- Boże,
Olivia – mówi w moją szyję. Palę się na czerwono. Nie wiem, co oznaczają jego
słowa. Odrywam się, by spojrzeć na jego twarz. Jego oczy się zmieniły. Już nie
są spokojne i śmiejące. Widzę pilność i pożądanie. Tak bardzo obawiam się tej
chwili.
Zrywa
mnie z moich stóp w jednym pełnym gracji ruchu i czuję chłodną trawę łaskoczącą
mnie w plecy. Czuję w powietrzu kwiaty pomarańczy. Oplatam się wokół niego, czekając.
On nie
spieszy się, ostrożnie wsuwając się we mnie. Nasze spojrzenia są złączone; moje
powiększają się za każdym calem. Nie wiedziałam, że takie to będzie uczucie.
Chcę jęknąć. Chcę wbić paznokcie w jego plecy i opleść go nogami, lecz jestem
zbyt dumna by zrobić którąkolwiek z tych rzeczy. On przygląda się mojej twarzy
z fascynacją. Szuka reakcji, ale moja reakcja jest tylko wewnątrz, gdzie nie
może jej zobaczyć… gdzie ją ukrywam.
Wysuwa
się, potem wchodzi. Ssie moją dolną wargę. Śmieje mi się w usta. Odsuwam głowę,
żeby na niego spojrzeć.
- Jesteś
tym typem dziewczyny.
Nie
wiem, co ma na myśli. Nie jestem pewna, czy mnie to obchodzi – jest mi tak
dobrze.
Łapie
moje nadgarstki, przyciskając je ponad moją głową.
-
Rozluźnij nogi.
Po raz
pierwszy w życiu robię to, co mi kazano. Nagle jest jeszcze lepiej. Zaciskam
wargi i obracam głowę na bok, żeby ukryć przed nim twarz. On przeciąga zębami
po moim płatku ucha, a ciarki przebiegają przez moje ciało. – Spójrz na mnie. –
Jego głos jest zachrypnięty. Patrzę na niego. Porusza się mocniej. Zamiera we
mnie dech. Mocniej… i oddycham, jakbym dopiero co przebiegła maraton.
- Tak
dobrze jest cię czuć.
To na
mnie działa. Coś jak jęk gubi się w jego obojczyku, kiedy przyciskam twarz do
jego klatki piersiowej. Gdy podnoszę wzrok, ma na twarzy wyraz Eureki. – W taki
sposób wywołuję u ciebie jęk?
Po tym
wypowiada naprawdę nieprzyzwoite rzeczy do mojego ucha. Znalazł moją słabość.
Wydaję dźwięki, których będę żałować do momentu, kiedy umrę.
Czuję
jak się wspinam, ale nie chcę, żeby to się kończyło. Ma on całkowitą kontrolę
nad moim umysłem oraz ciałem. Nie lubię nie być w kontroli. Kiedy pochyla głowę
do mojego ramienia, wykorzystuję okazję, aby przewrócić się na niego. Pozwala
mi kierować naszymi ruchami przez kilka minut nim bierze kontrolę nad moimi
biodrami. Dwoje może grać w tę grę. Nachylam się, żeby powiedzieć coś do jego
ucha.
-
Mocniej, Caleb… i nie wyciągaj… - Zamyka oczy, wbijając palce w moje uda. Czuję
niewielkie zwycięstwo, dopóki nie przewraca mnie znowu na plecy.
- Nie
planowałem tego. – Mój orgazm pojawia się na te zdanie.
Nie
wydaję dźwięku.
Nie
rozmawiamy w drodze do domu. Caleb pomaga mi sprzątnąć bałagan w moim
mieszkaniu. Wypełniamy dziesięć ogromnych worków na śmieci resztkami tego, co
kiedyś było moim życiem, zgarniając stłuczone talerze i szklanki w jedno, a
strzępy moich ubrań w drugie.
Pracujemy
w ciszy, radio gra cicho w tle. Wciąż zatrzymuję się w środku tego, co robię,
żeby pomyśleć o tym, co zdarzyło się w gaju pomarańczy.
Czuję
słone łzy na ustach, gdy podnoszę odbitkę fotografii Thomasa Barbey’a ze
stłuczonej ramki. To tylko fotografia, lecz nadal jest moja i ją uwielbiałam.
Zanim mogę ją zmiąć, Caleb ratuje ją z moich rąk i kładzie na bok.
- Możemy
to naprawić – mówi, przejeżdżając palcem po mojej szczęce.
Kiedy
znajduję zabytkową porcelanową figurkę mojej babci leżącą w kawałkach na
podłodze, zamykam się w łazience, żeby płakać. Caleb wyczuwając znaczenie
ręcznie malowanej pasterki, pozwala mi być i dyskretnie pozbywa się wszystkiego
poza jej twarzą, która cudem została nietknięta. Znajduję ją później zawiniętą
w bibułkę i wsadzoną do pudełka rzeczy ledwie uratowanych, które myślał, że
będę chciała zatrzymać. Kiedy wszystko to, co kiedyś było moje, siedzi w
dziesięciu workach na śmieci przy drzwiach wejściowych, Caleb przytula mnie i
wychodzi. Opieram się o okno wychodzące na parking, patrząc jak idzie do
samochodu. Czuję samotność tak gwałtowną, że mam poczucie jakby zaciskały mi
się płuca. Przyciskam dłonie do skroni i przyciskam. Nie mogę tego robić. Nie
mogę już kłamać. On jest zbyt dobry. Nie zasługuje na okropność, którą dawałam
i zasługuje, żeby usłyszeć prawdę ode mnie, nie od Leah. Biegnę do drzwi i je
otwieram. – Caleb, czekaj!
Jest
prawie przy aucie, kiedy zatrzymuje się i odwraca.
Podbiegam
do niego, nie przejmując się tym, że mam na sobie tylko starą koszulkę
piłkarską i rzucam się na niego.
-
Przepraszam, że byłam taką okropną osobą – mówię, przyciskając twarz do jego
klatki piersiowej. – Tak bardzo przepraszam.
- O czym
ty mówisz? – Chwyta mnie za brodę, podnosząc mi twarz, żebym na niego
spojrzała. – Jesteś dobrą osobą.
- Nie,
nie, nie jestem. – Potrząsam gwałtownie głową. – Jestem wyjątkowo potworna. –
On uśmiecha się do mnie, pocierając moje plecy, jakbym była dzieckiem. Potem
pochyla głowę i czuję jego usta na szyi. Całuje mnie lekko, intymnie.
- Czemu
cały czas tak o sobie mówisz – śmieje się cicho. – Bardzo cię lubię, Wyjątkowo
Potworna. – Jego stopy zaczynają poruszać się do melodii jakiejś bezgłośnej
muzyki, a ja dostosowuję się do jego kroku. Jestem świadoma powietrza na moich
nagich nogach, ciepła jego rąk na plecach i splątanych z moimi palcami.
- To mnie tylko obchodzi, Olivia.
-
Zmienisz zdanie – mówię mu. – Kiedy… zorientujesz się, kim jestem.
- Już
wiem, kim jesteś.
Kręcę
głową, nieuniknione łzy zbierają mi się pod powiekami.
- Nic
nie wiesz.
- Wiem
wszystko, co muszę wiedzieć. Bądź cicho.
Więc
zamykam usta – zamykam je ciasno i powstrzymuję się od mojego wyznania… znowu.
Czuję prawdę przyciskaną mocno przez czas. Lecz teraz on nuci Yellow i tańczymy pod niebem, splątani
razem po raz ostatni. Pozwalam Leah mu powiedzieć. Pozostaję tchórzem.
Później
tego wieczora jestem w szlafroku, ręcznikiem susząc włosy, gdy słyszę ostre
pukanie do drzwi.
Odrzucam
ręcznik na bok i otwieram szeroko drzwi, spodziewając się Caleba.
- Cześć,
Olivia.
Leah.
Uśmiecha
się do mnie swobodnie, jakbyśmy były starymi przyjaciółkami.
- Co do
diabła? – mówię to bardziej do siebie niż do niej, ale i tak wygląda na
rozbawioną. Odsuwam się na bok, żeby ją wpuścić.
Ona bawi
się swoimi włosami, nakręcając ich kosmyk na jeden z jej mlecznobiałych palców.
Wchodzi beztrosko i lustruje wzrokiem pokój.
-
Sprzątnęłaś.
Unoszę
brwi, znudzona. Jeśli przyszła na kłótnię – nie byłam zainteresowana.
- Więc?
– mówię. – Czego chcesz?
- Och,
przyszłam zawrzeć z tobą umowę. – Patrzy na mnie wyczekująco, mrużąc swoje oczy
w kształcie orzechów.
Śmierdzi
drogimi perfumami i nowymi ciuchami. Patrzę jak przysiada lekko na
podłokietniku mojej kanapy, jakby była zbyt dobra, żeby na niej po prostu
usiąść.
Wygląda
jak porcelanowa figurka w sklepie z używanymi rzeczami. Podchodzę do niej.
- Mów
to, po co przyszłaś tutaj powiedzieć i wyjdź – żądam.
Chrząka
delikatnym ćwierkającym dźwiękiem i składa ręce na kolanach.
- Jestem
pewna, iż zdajesz już sobie sprawę, że posiadam pewne obciążające rzeczy.
- Zdaję
sobie sprawę, że ukradłaś moje zdjęcia i listy, tak – mówię.
- To
było bystre – na co pociągnęłaś Caleba. – Wyciąga ze swojej torebki paczkę
papierosów z monogramem i otwiera wieczko. – Powiedział mi, że byłaś
manipulatorką, kiedy zaczęliśmy się umawiać. Ale wow!
Bierze w
dłoń papierosa i przeciąga kciukiem po kółeczku zapalniczki. Przypominam sobie,
jak Jim robił to samo. Straciłam swoją fascynację procesem.
- Jesteś
jak silne przeziębienie, Olivia, które po prostu nie chce odejść. Ale odejdziesz i zostawisz mojego
narzeczonego i mnie samych.
- Nie
jest bardziej twoim narzeczonym niż moim – wtrącam. – Tak naprawdę, o ile wiem,
jest pierścionek zaręczynowy w jego szufladzie ze skarpetkami, którego nigdy
nie zamierza włożyć na twojego palca. – Obserwuję z satysfakcją, jak kolor
spływa z jej twarzy.
- Gdyby
nie było wypadku, gdybyś ty się nie pojawiła, już bym nosiła ten pierścionek.
Wiesz dlaczego? Ponieważ on wybrał mnie. Rzucił cię i przeniósł się na mnie.
Jesteś tylko jego małym rozproszeniem uwagi. Nic nie znaczysz dla prawdziwego
Caleba. – Jest zdyszana, oczy jej płoną jak jej głupie włosy.
Czuję
proch zapalający się w moich żyłach. Ona nic nie wie o Calebie. To we mnie
pierwszej się zakochał. To ja najbardziej go zraniłam. Byłam do niego
przywiązana przez złamane serca, łzy oraz żal, i na Boga, takiej więzi nigdy z
nim nie będzie miała.
- Jeśli
widzisz mnie jako taką nieistotną, to dlaczego tutaj jesteś?
Myśli o
tym.
- Jestem
tutaj, żeby zaoferować ci ucieczkę. – Patrzę podejrzliwie na jej szkarłatne
wargi, gdy owijają się wokół papierosa.
-
Słucham.
- Jeżeli
Caleb dowie się, jak go wykorzystałaś… cóż, jestem pewna, że wiesz, co się
wydarzy. – Strzepuje popiół na mój zniszczony stolik do kawy. – Jeśli
przestaniesz się z nim widywać – jeśli znikniesz, nic nie powiem.
- Nic nie powiesz? – Przedrzeźniam jej
dobór słów jak z przedszkola i przewracam oczami. – On dowie się, co zrobiłam,
kiedy wróci jego pamięć. Co to dla mnie za różnica, jeśli powiesz mu teraz czy
on dowie się później?
-
Będziesz mogła odejść z własnego wyboru. Zatrzymać jakieś wrażenie uczciwości.
Pomyśl o tym, kochanie, będziesz upokorzona, kiedy odkryje twoje małe
kłamstewko. Będzie konfrontacja, łzy i rana, która zabierze długi kawał czasu
na zagojenie. Nie zrozum mnie źle. Nic mnie cholernie nie obchodzisz – to
Caleba chcę ochronić.
- Z
jakiegoś powodu trudno mi uwierzyć, że twoim jedynym niepokojem, w tej sprawie,
jest Caleb – mówię beznamiętnie.
Wstaje,
upuszczając peta jej Charlestona na mój dywan i gasząc go butem.
- Jesteś
samolubną suką, Olivia. Nie mylmy tutaj spraw. Ja nigdy bym nie zrobiła tego,
co ty zrobiłaś. Nigdy! – Jej słowa kłują mnie swoją prawdą. Nawet ta kobieta
nigdy nie oszukałaby osoby, którą kochała. Jestem tak wstrząśnięta jej słowami,
że biorę groźny krok w jej stronę.
- Kiedy
go poznałam, wciąż mierzył się z cierpieniem, które spowodowałaś. – Celuje we
mnie palcem. – Zajęło mi rok sprawienie, żeby zobaczył, że nie byłaś tego
warta. Rok – syczy. – Nie jesteś niczym innym jak miernotą i nie pozwolę ci
znowu się do niego zbliżyć! Rozumiesz mnie?
Rozumiałam.
Może gdybym ja walczyła o niego tak, jak ona, wciąż bylibyśmy razem.
Wzdycham.
Jeśli odmówię jej propozycji, od razu pójdzie do niego z dowodem. Pewnie,
mogłam napomknąć o moim zniszczonym mieszkaniu i szantażu, lecz nawet
porównywanie jej przestępstwa do mojego pozostawiało mnie w złym miejscu. Ja
byłam biegunką, a ona jedynie ciężkim przypadkiem niestrawności. A co z Calebem?
Zapewne odciąłby Leah, gdyby wiedział o jej udziale, ale to pozostawiłoby go
zranionym i samotnym. Jakim typem potwora bym była, żeby pozwolić mu być
zranionym – znowu? Zwłaszcza po to tylko, bym mogła zrobić na złość Leah? Jeśli
zniknę, on w końcu o mnie zapomni. Już raz to zrobił.
Daję za
wygraną.
- Dobra.
Wynoś się. – Podchodzę do drzwi i otwieram je, bez patrzenia na nią. Chcę żeby
zniknęła z mojego domu, z mojego życia. Nie było osoby, której nienawidziłam
bardziej, oprócz siebie. Ona zatrzymuje się w drodze do wyjścia i patrzy mi w
oczy – suka suce.
- Zawsze
wygrywam. – Rzuca kopertę pod moje nogi i wychodzi. Zatrzaskuję drzwi, po czym
je kopię. Chodzę po mieszkaniu, wykrzykując każde przekleństwo, które mogłam
wymyślić.
To jest
czas dla mnie, aby zapomnieć. Serce wydaje się zaraz eksplodować z bólu. Zsuwam
się po ścianie i przyciągam kolana do piersi. Muszę się stąd wydostać, z
miejsca, które nasączone jest Calebem. To
jest to! decyduję. Wyjeżdżam i nigdy nie wracam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz