23.10.13

The Opportunist - Rozdział drugi

Pewnego razu w piątej klasie, oglądałam tajemnicze morderstwa w telewizji. Detektyw, w którym śmiesznie się podkochiwałam, nazywał się Follagyn Beville. Współczesny Kuba Rozpruwacz wybierał sobie za cel prostytutki. Follagyn go tropił. Przesłuchiwał bardzo irytująco wyglądającą prostytutkę ze strąkowymi blond włosami, które zabarwione były na czarno przy podstawie. Skulona była na musztardowo żółtej kanapie, usta ssały zachłannie papierosa. – Wow, co za niesamowita aktorka! – Wspominam myślenie. – Powinna wygrać Emmy za bycie tak wzruszającą. Trzymała w dłoni szklankę z lodem i brała szybkie, ptasie łyki whisky. Obserwowałam jej ruchy, spragniona dramatu, zapamiętując wszystko, co zrobiła. Później tamtego wieczora zapełniłam szklankę lodem i Pepsi. Zabrałam napój do parapetu okiennego i podniosłam wymyślonego papierosa do ust.
- Nikt mnie nie słucha – szepnęłam, a mój oddech oszronił szybę. – Ten świat… Jest zimny. – Wzięłam łyk Pepsi, upewniając się, że potrząsnęłam lodem.
Półtora dekady później i wciąż mam moje poczucie dramatyczności. Dzień po moim wpadnięciu na Caleba, huragan Phoebe zdewastował miasto i oszczędził mi przymusu zadzwonienia do pracy, że jestem chora. Leżę w łóżku, moje ciało zaborczo owinięte jest wokół butelki wódki.
Blisko południa staczam się z łóżka i wlokę się do łazienki. Wciąż jest prąd pomimo trzeciej kategorii huraganu szarpiącą moimi oknami. Wykorzystuję to, nalewając sobie wody do wanny. Gdy siedzę w parującej wodzie, odtwarzam całą sytuację w głowie po raz milionowy. Wszystko kończy się z zapomniał o mnie.
Mój mops, Pickles, sadowi się na macie łazienkowej i obserwuje mnie uważnie. Ona jest taka brzydka, że się uśmiecham.
- Caleb, Caleb, Caleb – mówię, żeby zobaczyć czy wciąż brzmi tak samo.
Miał on kiedyś dziwny zwyczaj odwracania imion ludzi, kiedy słyszał je po raz pierwszy. Ja byłam Aivilo, a on Belac. Myślałam, że to śmieszne, lecz ostatecznie zorientowałam się, że robię to samo. Stało się to tajemnym kodem, którego używaliśmy plotkując.
A teraz on mnie nie pamięta. Jak można zapomnieć kogoś, kogo się kochało, nawet, jeśli podarłam jego serce na strzępy? Wlewam trochę wódki do wody. Jak teraz kiedykolwiek wyrzucę go z głowy? Mogłam zrobić bycie w depresji moją pracą na pełnym etacie. To właśnie robili piosenkarze country. Mogę być piosenkarką country. Wyśpiewałam parę zwrotek „Achey Breaky Heart” i wzięłam kolejny haust.
Ciągnę łańcuch od korka palcem u nogi i słucham bulgotania wody w otworze odpływowym. Ubieram się i idę do lodówki, z tanim alkoholem rozlewającym się po moim pustym żołądku. Moje awaryjne huraganowe zasoby żywnościowe składają się z dwóch butelek sosu ranchowego, cebuli i kostki ostrego sera cheddar. Kroję ser oraz cebule i wrzucam je do miski, polewając górę tłustym, darmowym ranchem. Włączam dzbanek do kawy i wieżę. W niej była ta sama płyta CD, którą dałam Calebowi w Music Mushroom. Wypijam jeszcze więcej wódki.
Budzę się na podłodze kuchennej z twarzą przyciśniętą do kałuży śliny. W mojej pięści jest zdjęcie Caleba, które było podarte i z powrotem zaklejone. Czuję się całkiem cholernie dobrze, chociaż jest łagodne pulsowanie w moich skroniach. Podejmuję decyzję. Dzisiaj zamierzam zacząć od zera. Zamierzam zapomnieć jakie-jest-jego-imię i kupić zdrowe pierdoły do jedzenia i iść do przodu ze swoim cholernym życiem. Sprzątam swój pijacki bałagan, zatrzymując się na chwilkę, żeby wrzucić podarte i zaklejone zdjęcie do kosza. Żegnaj wczorajszy dniu. Biorę torebkę i ruszam do najbliższego sklepu ze zdrową żywnością.
Pierwszą rzeczą, którą robi sklep ze zdrowymi pierdołami to dmucha pachnącym paczuli powietrzem w moją twarz. Marszczę nos i wstrzymuję oddech, aż mijam kasę, gdzie dziewczyna w moim wieku strzela gumą i medytuje za ladą.
Łapiąc wózek, kieruję się na tyły sklepu, przeciskając się obok butelek Środków Oczyszczających Atmosferę Madame Deerwood (nie działają), oka traszki i torebek Gotu Kola.
Jeżeli o mnie chodzi, to normalny sklep spożywczy i nie przystań zaopatrzeniowa dla każdego współczesnego dziwadła w promieniu dwudziestu mil. Caleb i ja nigdy nie byliśmy tutaj razem, czyniąc dla mnie Mecca Market strefę wolną od wspomnień.
Wrzucam do wózka trochę wodorostowych ciastek i zapiekanych frytek i ruszam do alejki z lodami. Mijam kobietę noszącą bluzkę z napisem „Jestem Wiccanką, patrz jak latam na miotle”. Nie ma na sobie żadnych butów.
Przechodząc alejką z lodami, drżę.
- Zimno?
Obracam się tak szybko, że mój bark przewraca wystawę waflowych rożków. Patrzę w przerażeniu jak spadają na ziemię, rozrzucając się i ślizgając jak moje myśli.
Caleb!
Przyglądam się, jak podnosi pudełka jeden po drugim, układając je w wolnej ręce. Uśmiecha się do mnie i mam poczucie, że jest rozbawiony moją reakcją.
- Przepraszam, nie chciałem cię przestraszyć.
Taki uprzejmy. I znowu ten cholerny akcent.
- Co ty tutaj robisz? – Słowa wylatują z moich ust zanim mogę je powstrzymać.
On się śmieje. – Nie śledzę cię, przysięgam. Prawdę mówiąc chciałem ci podziękować za propozycję muzyczną w sklepie tamtego dnia. Spodobała mi się – bardzo. – Trzyma ręce w kieszeniach i podskakuje na piętach.
- Wino – mówi, przekręcając pierścionek na kciuku palcem wskazującym. Kiedyś to robił, kiedy był podenerwowany.
Gapię się na niego beznamiętnie.
- Zapytałaś mnie, co tutaj robię – mówi cierpliwie, jakby przemawiał do dziecka. – Moja dziewczyna lubi te wino i można je dostać tylko tutaj… Organiczne. – Ostatnie słowo wywołuje w nim śmiech.
Dziewczyna? Mrużę oczy. Jak to możliwe, że pamięta ją, a nie mnie?
- A więc – mówię od niechcenia, otwierając jedną z zamrażarek i biorąc pierwszą rzecz, którą widzę. – Pamiętasz swoją dziewczynę? – Starałam się brzmieć nonszalancko, lecz nie mogłabym brzmieć bardziej zduszenie gdyby zaciskał ręce wokół mojego gardła.
- Nie, po wypadku… nie pamiętałem jej.
Czuję się troszkę lepiej.
Od razu wracam myślami do pierwszego razu, kiedy położyłam na niej moje niebieskie oczy, trzy lata temu, kiedy przeprowadzałam rytuał szpiegowania po zerwaniu. Postanowiłam, że muszę zobaczyć moje zastępstwo dla zamknięcia spraw. Naprawdę było to szalone, ale wszyscy jesteśmy upoważnieni do małego śledzenia.
Ubrałam czerwony melonik mojej babci, ponieważ miał śmiesznie szeroką obwódkę, która ukryłaby moją twarz i był tak melodramatyczny jak moja osobowość. Wzięłam Pickles dla wsparcia.
Leah Smith. Tak nazywała się mała bestia. Była tak bogata jak ja biedna, tak szczęśliwa jak ja nieszczęśliwa, miała tak rude włosy jak ja ciemne. Spotkał ją na jakimś eleganckim przyjęciu około rok po tym jak zerwaliśmy. Najwyraźniej szybko się stuknęli lub może on szybko to stuknął, nie jestem pewna.
Leah pracowała w biurze dziesięć minut od mojego mieszkania. Kiedy zaparkowałam moje auto na parkingu, miałam zapasową godzinę nim był koniec jej zmiany. Spędziłam ją przekonując się, że moje zachowanie było normalne.
Leah wyszła z budynku dokładnie pięć po szóstej z torebką z Prady kołyszącą się wesoło na jej przedramieniu. Chodziła jak kobieta, która wiedziała że ma świat gapiący się na jej piersi. Obserwowałam jej chód po chodniku w jej zielonych szpilkach, dusząc kierownicę. Nienawidziłam jej długich rudych włosów, które spływały po jej plecach w gęstych lokach. Nienawidziłam sposobu w jakim machała na pożegnanie swoim współpracownikom, poruszając koniuszkami palców. Nienawidziłam faktu, że podobały mi się jej buty.
Przeszukując jego oczy po odpowiedź i próbując wyrwać umysł z przeszłości, zapytałam: - Więc co… dalej jesteście razem, chociaż nie wiesz, kim ona jest?
Spodziewam się, że będzie obronny, ale zamiast tego przebiegle się uśmiecha. – Ona naprawdę jest rozdarta tą całą sprawą i jest wspaniałą dziewczyną, że tkwi ze mną przez to wszystko. – Nie patrzy na mnie, gdy mówi „to”.
Tak jakby jakakolwiek dziewczyna o zdrowych zmysłach pozwoliłaby mu odejść – oprócz mnie oczywiście – ale nigdy nie twierdziłam, że mam zdrowe zmysły.
- Miałabyś ochotę na kubek kawy? – pyta. – Mogę cię wprowadzić w moją ckliwą historyjkę.
Czuję mrowienie zaczynające się w moich stopach i przechodzące w górę mojego ciała. Gdyby on cokolwiek o mnie pamiętał, to by się nie działo. To było szalone – dokładny typ sytuacji, którą całkowicie mogłabym wykorzystać.
- Nie mogę. – Czuję się z siebie taka dumna, że unoszę głowę. On przyjmuje moją odpowiedź w ten sam sposób w jaki przyjmował wszystkie moje odrzucenia przez lata, jak ze sobą chodziliśmy, uśmiechając się, jakbym nie mogła mówić poważnie.
- Tak, możesz. Uważaj to za przysługę dla mnie.
Przekrzywiam głowę.
- Potrzebuję jakichś nowych przyjaciół – dobrych wpływów.
Otwieram usta i wypuszczam długi dźwięk Pffffffffff.
Caleb unosi brew.
- Ja nie jestem dobrym wpływem – mówię, mrugając szybko.
Przestępuję z nogi na nogę, rozpraszając się butelką koktajlowych wisienek. Mogłabym wziąć butelkę, rzucić nią mu w głowę i uciec albo mogłabym z nim iść na kawę. Przecież była to tylko kawa. Nie seks, nie związek, tylko jakaś przyjazna gadka pomiędzy dwójką ludzi, która ponoć się nie zna.
- Dobra, kawa. – Słyszę podekscytowanie w swoim głosie i się wzdrygam. Jestem. Odrażająca.
- Dobrze. – On się uśmiecha.
- Dwie przecznice dalej jest kawiarnia na północno-zachodnim rogu. Mogę się tam z tobą spotkać za pół godziny – mówię, przeliczając czas, który zajęłoby mi pojechanie do domu i odświeżenie się. Powiedz, że nie możesz. Powiedz, że masz inne rzeczy do roboty…
- Pół godziny – powtarza, patrząc na moje wargi. Ściągam je dla efektu, a Caleb pochyla głowę, żeby ukryć uśmiech. Odwracam się i idę spokojnie alejką. Czuję jego wzrok na plecach, wywołujący we mnie ciarki.
Porzucam wózek z zakupami jak tylko jestem poza zasięgiem wzroku i galopuję do przodu sklepu. Japonki uderzają o moje pięty, jak biegnę.
Docieram do domu w rekordowym czasie. Moja sąsiadka Rosebud puka do moich drzwi z cebulą w dłoni. Jeśli Rosebud mnie złapie, będę włączona do dwugodzinnej jednostronnej rozmowy o jej Bertiem i jego walce z podagrą. Ukrywam się w krzakach. Kiedy ona poddaje się pięć minut później, uda pieką mnie od kucania i chce mi się siku.

Pierwszą rzecz jaką robię, kiedy przechodzę przez moje drzwi, to ocalenie zdjęcia Caleba ze śmieci. Wycierając je ze skorupek jajka, wpycham je do szuflady ze sztućcami.
Po piętnastu minutach wychodzę z domu czując się tak nerwowo, że muszę się wysilić, żeby nie przewrócić się o własne stopy. Droga przez trzy przecznice jest udręką. Klnę na siebie i dwa razy zawracam, żeby wrócić do domu. Dojeżdżam do parkingu z łagodnym bólem kręgosłupa, spowodowanym gwałtownym hamowaniem w czasie jazdy.
Kawiarnia pełna jest ciemnoniebieskich ścian i wzorów mozaicznych. Jest intensywnie, przygnębiająco i przyjaźnie zarazem. Ze Starbucksem tylko trzy przecznice dalej, te miejsce jest zarezerwowane dla bardziej poważnego tłumu – typów udających znawców sztuki, którzy rozmyślają nad swoimi Macbookami.
- Hej, Livia. – Drobny punkowy chłopiec, który pracuje przy ladzie macha do mnie.
Uśmiecham się do niego. Kiedy mijam tablicę informacyjną, coś zwraca moją uwagę. Wydruk twarzy mężczyzny jest przypięty wśród ulotek. Podchodzę bliżej, czując ciarki rozpoznania. Wzdłuż dołu jego twarzy słowo: POSZUKIWANY wyróżnia się tłustym drukiem. Był to mężczyzna z Music Mushroom – ten z parasolką!
Dobson Scott Orchard, urodzony 7 września, 1960.
Poszukiwany za porwanie, gwałt i napaść.
Wyróżniająca cecha: znamię na czole.
Pieprzyk! To było znamię, o którym wspomniał plakat. Co mogłoby się stać, gdybym z nim poszła? Wyrzucam obraz z głowy i zapamiętuję numer na dole strony. Gdybym nie zobaczyła Caleba tego dnia, może pozwoliłabym mu odprowadzić się do auta.
Dobson znika z mojej głowy, gdy widzę Caleba.
Czeka na mnie przy małym stoliku w głębokim kącie wpatrując się w zamyśleniu w blat. Podnosi białą porcelanową filiżankę do ust, a do mnie wraca wspomnienie jego robiącego to samo w moim mieszkaniu lata temu. Serce mi przyspiesza.
On dostrzega mnie, kiedy jestem parę stóp dalej.
- Cześć. Wziąłem ci latte – mówi, wstając. Ogarnia mnie spojrzeniem od stóp do twarzy w jednym szybkim ruchu. Dobrze się wymyłam. Odsuwam kosmyk ciemnych włosów z oczu i uśmiecham się. Jestem stremowana, moje ręce drżą. Kiedy on podaje mi dłoń, waham się zanim ją ściskam.
- Caleb Drake – mówi. – Powiedziałbym, że zazwyczaj przedstawiam się kobietom zanim umawiam się z nimi na kawę, ale nie pamiętam.
Uśmiechamy się niezręcznie na jego okropny żart, gdy pozwalam mojej małej dłoni zostać połkniętą przez jego. Dotyk jego skóry jest tak znajomy. Zamykam oczy na krótką chwilę i pozwalam spłynąć na mnie absurdalności sytuacji.
- Olivia Kaspen. Dziękuję ci za kawę.
Siadamy niezręcznie i zaczynam sypać cukier do mojej filiżanki. Obserwuję jego twarz. Kiedyś drażnił się ze mną o to, że moja kawa jest tak słodka, że aż bolą zęby. On pije gorącą herbatę, w taki sposób jaki piją Brytyjczycy. Kiedyś myślałam, że było to czarujące i wytworne, tak naprawdę dalej tak myślę.
- Więc co powiedziałeś swojej dziewczynie? – pytam, biorąc łyk. Macham butem na końcu dużego palca u stóp, co kiedyś go drażniło, jak byliśmy razem. Widzę, że jego oczy wędrują do mojej stopy i przez chwilę myślę, że złapie ją, żeby zatrzymać ruch.
- Powiedziałem jej, że potrzebuję trochę czasu, żeby pomyśleć. To okropna rzecz do powiedzenia kobiecie, co nie? – pyta.
Kiwam głową.
- W każdym razie, wybuchła płaczem w chwili, kiedy słowa wyszły z moich ust, a ja nie wiedziałem co zrobić.
- Przykro mi – kłamię. Truskawkowa piegowata twarz dzisiaj przytula się z odrzuceniem. Cudownie.
- Zatem – mówię – amnezja.
Caleb potakuje, spuszczając wzrok na stół. Z roztargnieniem przesuwa palcem po wzorze kół.
- Tak, nazywa się to wybiórczą amnezją. Lekarze, ośmiu, powiedzieli mi, że to tymczasowe.
Wciągam powietrze w zamyśleniu na słowo „tymczasowo”. Może to znaczyć, że mój czas z nim jest tak tymczasowy jak pofarbowane włosy lub przebłysk adrenaliny. Postanawiam że wezmę którekolwiek. Piję kawę z mężczyzną, który niegdyś mnie nienawidził, „tymczasowo” nie musi być złym słowem.
- Jak to się stało? – pytam.
Caleb chrząka i rozgląda się po pomieszczeniu, jakby ustalał, kto może nas usłyszeć.
- Co? Zbyt osobiste? – Nie mogę powstrzymać śmiechu w głosie. Dziwne jest, że waha się, aby mi powiedzieć. Kiedy byliśmy razem, mówił mi wszystko – nawet te rzeczy, którymi większość mężczyzn byłoby zawstydzonych żeby podzielić się ze swoimi dziewczynami. Nadal mogę wyczytać jego wyrazy twarzy po tych wszystkich latach i mogę powiedzieć, że jest mu niewygodnie dzielić się szczegółami jego amnezji.
- Sam nie wiem. Wydaje się, że powinniśmy zacząć czymś prostym zanim wyznam ci swoje sekrety. Tak jak mój ulubiony kolor.
Uśmiecham się. – Pamiętasz, jaki jest twój ulubiony kolor?
Caleb potrząsa głową. Obydwoje się śmiejemy.
Wzdycham i bawię się filiżanką kawy. Gdy zaczęliśmy się umawiać, zapytałam go o jego ulubiony kolor. Zamiast po prostu mi powiedzieć, wepchnął mnie do auta, mówiąc że musi mi pokazać.
- To śmieszne, mam test, na który muszę się uczyć – narzekałam. Woził mnie przez dwadzieścia minut, puszczając głośno okropną muzykę rapową, której lubił słuchać i w końcu zatrzymał się obok Portu Lotniczego Miami.
- To mój ulubiony kolor – powiedział, wskazując światła wzdłuż pasa startowego.
- To niebieski – rzekłam. – No i co?
- Nie jest to byle jaki niebieski, to lotniskowy niebieski – odparł. – I nigdy o tym nie zapomnij.
Odwróciłam się do pasa startowego, żeby przyjrzeć się światłom. Kolor był niesamowity, wyglądał jak ogień, gdy najgoręcej się palił i zmieniał w niebieski. Gdzie miałam znaleźć bluzkę w takim kolorze?
Patrzę na niego teraz, wspomnienie wyraźne w moim umyśle, a w jego wymazane. Jak to by było zapomnieć swojego ulubionego koloru? Lub dziewczynę, która zdemolowała twoje serce?
Lotniskowy niebieski mnie dręczył. Stał się dla mnie marką, znakiem naszego rozbitego związku i mojej porażki w pójściu do przodu. Lotniskowy pieprzony niebieski.
- Twoim ulubionym kolorem jest niebieski – mówię – a moim czerwony. Teraz jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi, więc powiedz mi co się stało.
- Niebieski – mówi, uśmiechając się. – To był wypadek samochodowy. Kolega i ja byliśmy w podróży służbowej w Scranton. Mocno padał śnieg, a my byliśmy w drodze na spotkanie. Auto wpadło w poślizg i uderzyło w drzewo. Ja odniosłem poważne obrażenia głowy… - recytuje to, jakby był znudzoną historyjką. Wyobrażam sobie, że wygłosił ją już setki razy.
Nie muszę pytać, gdzie pracuje. Jest bankierem inwestycyjnym. Pracuje w spółce jego ojczyma i jest bogaty.
- A twój współpracownik?
- Nie udało mu się. – Opuszcza ramiona. Zagryzam wargę. Nie jestem dobra ze śmiercią i słowami, które powinno się wypowiadać w kondolencjach. Kiedy moja matka zmarła ludzie mówili głupie rzeczy, które mnie złościły! Delikatne słowa, które nie miały żadnej wagi; „Przykro mi” – kiedy wyraźnie nie była to ich wina i „jeśli jest cokolwiek, co mogłabym zrobić…”, kiedy obydwoje wiedzieliśmy, że nie było nic. Zmieniam temat, zamiast wypowiedzieć puste słowa. – Pamiętasz wypadek?
- Pamiętam obudzenie się po tym jak to się wydarzyło. Nic przed tym.
- Nawet swojego imienia?
Kręci głową.
- Dobre wieści są takie, że lekarze mówią, że sobie przypomnę. To tylko kwestia czasu i bycia cierpliwym.
Dobre wieści dla mnie są takie, że on nie pamięta. Nie rozmawialibyśmy, gdyby pamiętał.
- Znalazłem pierścionek zaręczynowy w swojej szufladzie ze skarpetkami. – Jego wyznanie jest tak niespodziewane, że zachłystuję się kawą.
- Przepraszam. – On klepie mnie po plecach, a ja chrząkam ze łzawiącymi oczami. – Naprawdę potrzebowałem to komuś powiedzieć. Przygotowywałem się, żeby jej się oświadczyć a teraz nawet nie wiem kim ona jest.
Wow… wow! Czuję się, jakby ktoś właśnie podłączył mnie do prądu i wrzucił do wanny pełnej wody. Wiedziałam, że on poszedł dalej ze swoim życiem, wystarczająco go szpiegowałam, ale małżeństwo? Swędziało mnie tylko na tę myśl.
- Co twoi rodzice myślą o twoim stanie? – pytam, kierując rozmowę w bardziej smaczną stronę. Myśl o Leah w białej sukni sprawiła, że zachciało mi się śmiać. Lepiej jej odpowiadała zdzirowata bielizna i rura striptizerska.
- Matka patrzy na mnie jakbym w jakiś sposób ją zdradził, a ojciec wciąż klepie mnie po plecach, mówiąc „Za niedługo to odzyskasz, kolego, wszystko będzie dobrze, Caleb”. – Przedrzeźnia swoich rodziców co do joty, a ja się uśmiecham.
- Wiem, że brzmi to egoistycznie, ale po prostu chcę żeby zostawiono mnie w spokoju, żebym wszystko sobie uporządkował… wiesz?
Nie wiedziałam, ale i tak skinęłam głową.
- Dalej zastanawiam się czemu nie mogę sobie przypomnieć. Jeśli moje życie było tak świetne, jak wszyscy mi mówią, dlaczego nic z tego nie jest znajome?
Nie wiem, co powiedzieć. Caleb, którego znałam zawsze miał kontrolę. Zawsze był modnie wrażliwy, ale zbyt wyluzowany, żeby się przejmować. Ten Caleb jest zdezorientowany, rozbity i wygaduje się komuś, kogo uważa za zupełnie obcą osobę. Chcę ucałować jego twarz i wygładzić zmarszczki na jego czole. Zamiast tego siedzę zamrożona na krześle, powstrzymując chęć powiedzenia mu o wszystkim, co w ogóle nas rozdzieliło.
- Więc co z tobą, Olivio Kaspen? Jaka jest twoja historia?
- Ja… uch… nie mam żadnej. – Tak jestem zaskoczona jego pytaniem, że zaczynają mi drżeć dłonie.
- Daj spokój… ja powiedziałem ci wszystko – błaga.
- Wszystko, co pamiętasz – zauważam. – Jak długo masz amnezję?
- Trzy miesiące.
- Cóż, przez trzy miesiące mojego życia nie robiłam nic prócz pracowania i czytania. Oto twoja odpowiedź.
 - Z jakiegoś powodu sądzę, że jest w tobie trochę więcej niż to. – Lustruje moją twarz i mam wrażenie, że tworzy on historię z tego, co tam widzi.
Chciałabym, żeby tego nie robił – próbował przejrzeć moje mury. Nigdy nie byłam z nim dobra w udawaniu.
- Słuchaj, kiedy odzyskasz pamięć i ujawnisz wszystkie swoje sekrety z przeszłości, będziemy mieli nocowanie i powiem ci wszystko; ale jeśli chodzi o mnie, dopóki ten dzień nie nadejdzie, obydwoje mamy amnezję. – On się śmieje pełnym śmiechem, a ja skrywam swój zadowolony uśmiech za brzegiem kubka kawy.
- Zatem nie brzmi to dla mnie tak źle – droczy się.
- Och? Dlaczego?
- Cóż, ponieważ właśnie pozwoliłaś mi zobaczyć cię jeszcze raz i teraz mam do oczekiwania nocowanie.
Rumienię się i postanawiam, że nigdy nie mogę mu powiedzieć. Ostatecznie sobie przypomni i cała ta szarada runie na mnie jak zła gra w Jengę. Do tego czasu mam go z powrotem i zamierzam trzymać się tego tak długo, jak to możliwe.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz