Pewnego razu w piątej klasie,
oglądałam tajemnicze morderstwa w telewizji. Detektyw, w którym śmiesznie się
podkochiwałam, nazywał się Follagyn Beville. Współczesny Kuba Rozpruwacz
wybierał sobie za cel prostytutki. Follagyn go tropił. Przesłuchiwał bardzo
irytująco wyglądającą prostytutkę ze strąkowymi blond włosami, które zabarwione
były na czarno przy podstawie. Skulona była na musztardowo żółtej kanapie, usta
ssały zachłannie papierosa. – Wow, co za
niesamowita aktorka! – Wspominam myślenie. – Powinna wygrać Emmy za bycie tak wzruszającą. Trzymała w dłoni
szklankę z lodem i brała szybkie, ptasie łyki whisky. Obserwowałam jej ruchy,
spragniona dramatu, zapamiętując wszystko, co zrobiła. Później tamtego wieczora
zapełniłam szklankę lodem i Pepsi. Zabrałam napój do parapetu okiennego i
podniosłam wymyślonego papierosa do ust.
- Nikt mnie nie słucha – szepnęłam, a
mój oddech oszronił szybę. – Ten świat… Jest zimny. – Wzięłam łyk Pepsi,
upewniając się, że potrząsnęłam lodem.
Półtora dekady później i wciąż mam moje
poczucie dramatyczności. Dzień po moim wpadnięciu na Caleba, huragan Phoebe
zdewastował miasto i oszczędził mi przymusu zadzwonienia do pracy, że jestem
chora. Leżę w łóżku, moje ciało zaborczo owinięte jest wokół butelki wódki.
Blisko południa staczam się z łóżka i
wlokę się do łazienki. Wciąż jest prąd pomimo trzeciej kategorii huraganu
szarpiącą moimi oknami. Wykorzystuję to, nalewając sobie wody do wanny. Gdy
siedzę w parującej wodzie, odtwarzam całą sytuację w głowie po raz milionowy.
Wszystko kończy się z zapomniał o mnie.
Mój mops, Pickles, sadowi się na
macie łazienkowej i obserwuje mnie uważnie. Ona jest taka brzydka, że się
uśmiecham.
- Caleb, Caleb, Caleb – mówię, żeby
zobaczyć czy wciąż brzmi tak samo.
Miał on kiedyś dziwny zwyczaj odwracania
imion ludzi, kiedy słyszał je po raz pierwszy. Ja byłam Aivilo, a on Belac.
Myślałam, że to śmieszne, lecz ostatecznie zorientowałam się, że robię to samo.
Stało się to tajemnym kodem, którego używaliśmy plotkując.
A teraz on mnie nie pamięta. Jak
można zapomnieć kogoś, kogo się kochało, nawet, jeśli podarłam jego serce na
strzępy? Wlewam trochę wódki do wody. Jak teraz kiedykolwiek wyrzucę go z
głowy? Mogłam zrobić bycie w depresji moją pracą na pełnym etacie. To właśnie
robili piosenkarze country. Mogę być piosenkarką country. Wyśpiewałam parę
zwrotek „Achey Breaky Heart” i wzięłam kolejny haust.
Ciągnę łańcuch od korka palcem u nogi
i słucham bulgotania wody w otworze odpływowym. Ubieram się i idę do lodówki, z
tanim alkoholem rozlewającym się po moim pustym żołądku. Moje awaryjne
huraganowe zasoby żywnościowe składają się z dwóch butelek sosu ranchowego,
cebuli i kostki ostrego sera cheddar. Kroję ser oraz cebule i wrzucam je do
miski, polewając górę tłustym, darmowym ranchem. Włączam dzbanek do kawy i
wieżę. W niej była ta sama płyta CD, którą dałam Calebowi w Music Mushroom.
Wypijam jeszcze więcej wódki.
Budzę się na podłodze kuchennej z
twarzą przyciśniętą do kałuży śliny. W mojej pięści jest zdjęcie Caleba, które
było podarte i z powrotem zaklejone. Czuję się całkiem cholernie dobrze,
chociaż jest łagodne pulsowanie w moich skroniach. Podejmuję decyzję. Dzisiaj
zamierzam zacząć od zera. Zamierzam zapomnieć jakie-jest-jego-imię i kupić
zdrowe pierdoły do jedzenia i iść do przodu ze swoim cholernym życiem. Sprzątam
swój pijacki bałagan, zatrzymując się na chwilkę, żeby wrzucić podarte i
zaklejone zdjęcie do kosza. Żegnaj wczorajszy dniu. Biorę torebkę i ruszam do
najbliższego sklepu ze zdrową żywnością.
Pierwszą rzeczą, którą robi sklep ze
zdrowymi pierdołami to dmucha pachnącym paczuli powietrzem w moją twarz.
Marszczę nos i wstrzymuję oddech, aż mijam kasę, gdzie dziewczyna w moim wieku
strzela gumą i medytuje za ladą.
Łapiąc wózek, kieruję się na tyły
sklepu, przeciskając się obok butelek Środków Oczyszczających Atmosferę Madame
Deerwood (nie działają), oka traszki i torebek Gotu Kola.
Jeżeli o mnie chodzi, to normalny
sklep spożywczy i nie przystań zaopatrzeniowa dla każdego współczesnego
dziwadła w promieniu dwudziestu mil. Caleb i ja nigdy nie byliśmy tutaj razem,
czyniąc dla mnie Mecca Market strefę wolną od wspomnień.
Wrzucam do wózka trochę wodorostowych
ciastek i zapiekanych frytek i ruszam do alejki z lodami. Mijam kobietę noszącą
bluzkę z napisem „Jestem Wiccanką,
patrz jak latam na miotle”. Nie ma na sobie żadnych butów.
Przechodząc alejką z lodami, drżę.
- Zimno?
Obracam się tak szybko, że mój bark
przewraca wystawę waflowych rożków. Patrzę w przerażeniu jak spadają na ziemię,
rozrzucając się i ślizgając jak moje myśli.
Caleb!
Przyglądam się, jak podnosi pudełka
jeden po drugim, układając je w wolnej ręce. Uśmiecha się do mnie i mam
poczucie, że jest rozbawiony moją reakcją.
- Przepraszam, nie chciałem cię
przestraszyć.
Taki uprzejmy. I znowu ten cholerny
akcent.
- Co ty tutaj robisz? – Słowa
wylatują z moich ust zanim mogę je powstrzymać.
On się śmieje. – Nie śledzę cię,
przysięgam. Prawdę mówiąc chciałem ci podziękować za propozycję muzyczną w
sklepie tamtego dnia. Spodobała mi się – bardzo. – Trzyma ręce w kieszeniach i
podskakuje na piętach.
- Wino – mówi, przekręcając
pierścionek na kciuku palcem wskazującym. Kiedyś to robił, kiedy był
podenerwowany.
Gapię się na niego beznamiętnie.
- Zapytałaś mnie, co tutaj robię –
mówi cierpliwie, jakby przemawiał do dziecka. – Moja dziewczyna lubi te wino i
można je dostać tylko tutaj… Organiczne. – Ostatnie słowo wywołuje w nim
śmiech.
Dziewczyna? Mrużę
oczy. Jak to możliwe, że pamięta ją, a nie mnie?
- A więc – mówię od niechcenia,
otwierając jedną z zamrażarek i biorąc pierwszą rzecz, którą widzę. – Pamiętasz
swoją dziewczynę? – Starałam się brzmieć nonszalancko, lecz nie mogłabym
brzmieć bardziej zduszenie gdyby zaciskał ręce wokół mojego gardła.
- Nie, po wypadku… nie pamiętałem
jej.
Czuję się troszkę lepiej.
Od razu wracam myślami do pierwszego
razu, kiedy położyłam na niej moje niebieskie oczy, trzy lata temu, kiedy
przeprowadzałam rytuał szpiegowania po zerwaniu. Postanowiłam, że muszę
zobaczyć moje zastępstwo dla zamknięcia spraw. Naprawdę było to szalone, ale
wszyscy jesteśmy upoważnieni do małego śledzenia.
Ubrałam czerwony melonik mojej babci,
ponieważ miał śmiesznie szeroką obwódkę, która ukryłaby moją twarz i był tak
melodramatyczny jak moja osobowość. Wzięłam Pickles dla wsparcia.
Leah Smith. Tak nazywała się mała
bestia. Była tak bogata jak ja biedna, tak szczęśliwa jak ja nieszczęśliwa,
miała tak rude włosy jak ja ciemne. Spotkał ją na jakimś eleganckim przyjęciu
około rok po tym jak zerwaliśmy. Najwyraźniej szybko się stuknęli lub może on
szybko to stuknął, nie jestem pewna.
Leah pracowała w biurze dziesięć
minut od mojego mieszkania. Kiedy zaparkowałam moje auto na parkingu, miałam
zapasową godzinę nim był koniec jej zmiany. Spędziłam ją przekonując się, że
moje zachowanie było normalne.
Leah wyszła z budynku dokładnie pięć
po szóstej z torebką z Prady kołyszącą się wesoło na jej przedramieniu.
Chodziła jak kobieta, która wiedziała że ma świat gapiący się na jej piersi.
Obserwowałam jej chód po chodniku w jej zielonych szpilkach, dusząc kierownicę.
Nienawidziłam jej długich rudych włosów, które spływały po jej plecach w
gęstych lokach. Nienawidziłam sposobu w jakim machała na pożegnanie swoim
współpracownikom, poruszając koniuszkami palców. Nienawidziłam faktu, że
podobały mi się jej buty.
Przeszukując jego oczy po odpowiedź i
próbując wyrwać umysł z przeszłości, zapytałam: - Więc co… dalej jesteście
razem, chociaż nie wiesz, kim ona jest?
Spodziewam się, że będzie obronny,
ale zamiast tego przebiegle się uśmiecha. – Ona naprawdę jest rozdarta tą całą
sprawą i jest wspaniałą dziewczyną, że tkwi ze mną przez to wszystko. – Nie
patrzy na mnie, gdy mówi „to”.
Tak jakby jakakolwiek dziewczyna o
zdrowych zmysłach pozwoliłaby mu odejść
– oprócz mnie oczywiście – ale nigdy nie twierdziłam, że mam zdrowe zmysły.
- Miałabyś ochotę na kubek kawy? –
pyta. – Mogę cię wprowadzić w moją ckliwą historyjkę.
Czuję mrowienie zaczynające się w
moich stopach i przechodzące w górę mojego ciała. Gdyby on cokolwiek o mnie
pamiętał, to by się nie działo. To było szalone – dokładny typ sytuacji, którą
całkowicie mogłabym wykorzystać.
- Nie mogę. – Czuję się z siebie taka
dumna, że unoszę głowę. On przyjmuje moją odpowiedź w ten sam sposób w jaki
przyjmował wszystkie moje odrzucenia przez lata, jak ze sobą chodziliśmy,
uśmiechając się, jakbym nie mogła mówić poważnie.
- Tak, możesz. Uważaj to za przysługę
dla mnie.
Przekrzywiam głowę.
- Potrzebuję jakichś nowych
przyjaciół – dobrych wpływów.
Otwieram usta i wypuszczam długi
dźwięk Pffffffffff.
Caleb unosi brew.
- Ja nie jestem dobrym wpływem –
mówię, mrugając szybko.
Przestępuję z nogi na nogę,
rozpraszając się butelką koktajlowych wisienek. Mogłabym wziąć butelkę, rzucić
nią mu w głowę i uciec albo mogłabym
z nim iść na kawę. Przecież była to tylko kawa. Nie seks, nie związek, tylko
jakaś przyjazna gadka pomiędzy dwójką ludzi, która ponoć się nie zna.
- Dobra, kawa. – Słyszę
podekscytowanie w swoim głosie i się wzdrygam. Jestem. Odrażająca.
- Dobrze. – On się uśmiecha.
- Dwie przecznice dalej jest
kawiarnia na północno-zachodnim rogu. Mogę się tam z tobą spotkać za pół
godziny – mówię, przeliczając czas, który zajęłoby mi pojechanie do domu i
odświeżenie się. Powiedz, że nie możesz.
Powiedz, że masz inne rzeczy do roboty…
- Pół godziny – powtarza, patrząc na
moje wargi. Ściągam je dla efektu, a Caleb pochyla głowę, żeby ukryć uśmiech.
Odwracam się i idę spokojnie alejką. Czuję jego wzrok na plecach, wywołujący we
mnie ciarki.
Porzucam wózek z zakupami jak tylko
jestem poza zasięgiem wzroku i galopuję do przodu sklepu. Japonki uderzają o
moje pięty, jak biegnę.
Docieram do domu w rekordowym czasie.
Moja sąsiadka Rosebud puka do moich drzwi z cebulą w dłoni. Jeśli Rosebud mnie
złapie, będę włączona do dwugodzinnej jednostronnej rozmowy o jej Bertiem i
jego walce z podagrą. Ukrywam się w krzakach. Kiedy ona poddaje się pięć minut
później, uda pieką mnie od kucania i chce mi się siku.
Pierwszą rzecz jaką robię, kiedy
przechodzę przez moje drzwi, to ocalenie zdjęcia Caleba ze śmieci. Wycierając
je ze skorupek jajka, wpycham je do szuflady ze sztućcami.
Po piętnastu minutach wychodzę z domu
czując się tak nerwowo, że muszę się wysilić, żeby nie przewrócić się o własne
stopy. Droga przez trzy przecznice jest udręką. Klnę na siebie i dwa razy
zawracam, żeby wrócić do domu. Dojeżdżam do parkingu z łagodnym bólem
kręgosłupa, spowodowanym gwałtownym hamowaniem w czasie jazdy.
Kawiarnia pełna jest
ciemnoniebieskich ścian i wzorów mozaicznych. Jest intensywnie, przygnębiająco
i przyjaźnie zarazem. Ze Starbucksem tylko trzy przecznice dalej, te miejsce
jest zarezerwowane dla bardziej poważnego tłumu – typów udających znawców
sztuki, którzy rozmyślają nad swoimi Macbookami.
- Hej, Livia. – Drobny punkowy
chłopiec, który pracuje przy ladzie macha do mnie.
Uśmiecham się do niego. Kiedy mijam
tablicę informacyjną, coś zwraca moją uwagę. Wydruk twarzy mężczyzny jest
przypięty wśród ulotek. Podchodzę bliżej, czując ciarki rozpoznania. Wzdłuż
dołu jego twarzy słowo: POSZUKIWANY
wyróżnia się tłustym drukiem. Był to mężczyzna z Music Mushroom – ten z
parasolką!
Dobson Scott Orchard, urodzony 7 września, 1960.
Poszukiwany za porwanie, gwałt i napaść.
Wyróżniająca cecha: znamię na czole.
Pieprzyk! To było znamię, o którym
wspomniał plakat. Co mogłoby się stać, gdybym z nim poszła? Wyrzucam obraz z
głowy i zapamiętuję numer na dole strony. Gdybym nie zobaczyła Caleba tego
dnia, może pozwoliłabym mu odprowadzić się do auta.
Dobson znika z mojej głowy, gdy widzę
Caleba.
Czeka na mnie przy małym stoliku w
głębokim kącie wpatrując się w zamyśleniu w blat. Podnosi białą porcelanową
filiżankę do ust, a do mnie wraca wspomnienie jego robiącego to samo w moim
mieszkaniu lata temu. Serce mi przyspiesza.
On dostrzega mnie, kiedy jestem parę
stóp dalej.
- Cześć. Wziąłem ci latte – mówi,
wstając. Ogarnia mnie spojrzeniem od stóp do twarzy w jednym szybkim ruchu.
Dobrze się wymyłam. Odsuwam kosmyk ciemnych włosów z oczu i uśmiecham się.
Jestem stremowana, moje ręce drżą. Kiedy on podaje mi dłoń, waham się zanim ją
ściskam.
- Caleb Drake – mówi. – Powiedziałbym,
że zazwyczaj przedstawiam się kobietom zanim umawiam się z nimi na kawę, ale
nie pamiętam.
Uśmiechamy się niezręcznie na jego
okropny żart, gdy pozwalam mojej małej dłoni zostać połkniętą przez jego. Dotyk
jego skóry jest tak znajomy. Zamykam oczy na krótką chwilę i pozwalam spłynąć
na mnie absurdalności sytuacji.
- Olivia Kaspen. Dziękuję ci za kawę.
Siadamy niezręcznie i zaczynam sypać
cukier do mojej filiżanki. Obserwuję jego twarz. Kiedyś drażnił się ze mną o
to, że moja kawa jest tak słodka, że aż bolą zęby. On pije gorącą herbatę, w
taki sposób jaki piją Brytyjczycy. Kiedyś myślałam, że było to czarujące i
wytworne, tak naprawdę dalej tak myślę.
- Więc co powiedziałeś swojej
dziewczynie? – pytam, biorąc łyk. Macham butem na końcu dużego palca u stóp, co
kiedyś go drażniło, jak byliśmy razem. Widzę, że jego oczy wędrują do mojej
stopy i przez chwilę myślę, że złapie ją, żeby zatrzymać ruch.
- Powiedziałem jej, że potrzebuję
trochę czasu, żeby pomyśleć. To okropna rzecz do powiedzenia kobiecie, co nie?
– pyta.
Kiwam głową.
- W każdym razie, wybuchła płaczem w
chwili, kiedy słowa wyszły z moich ust, a ja nie wiedziałem co zrobić.
- Przykro mi – kłamię. Truskawkowa
piegowata twarz dzisiaj przytula się z odrzuceniem. Cudownie.
- Zatem – mówię – amnezja.
Caleb potakuje, spuszczając wzrok na
stół. Z roztargnieniem przesuwa palcem po wzorze kół.
- Tak, nazywa się to wybiórczą
amnezją. Lekarze, ośmiu, powiedzieli mi, że to tymczasowe.
Wciągam powietrze w zamyśleniu na
słowo „tymczasowo”. Może to znaczyć, że mój czas z nim jest tak tymczasowy jak
pofarbowane włosy lub przebłysk adrenaliny. Postanawiam że wezmę którekolwiek.
Piję kawę z mężczyzną, który niegdyś mnie nienawidził, „tymczasowo” nie musi
być złym słowem.
- Jak to się stało? – pytam.
Caleb chrząka i rozgląda się po
pomieszczeniu, jakby ustalał, kto może nas usłyszeć.
- Co? Zbyt osobiste? – Nie mogę
powstrzymać śmiechu w głosie. Dziwne jest, że waha się, aby mi powiedzieć.
Kiedy byliśmy razem, mówił mi wszystko – nawet te rzeczy, którymi większość mężczyzn
byłoby zawstydzonych żeby podzielić się ze swoimi dziewczynami. Nadal mogę
wyczytać jego wyrazy twarzy po tych wszystkich latach i mogę powiedzieć, że
jest mu niewygodnie dzielić się szczegółami jego amnezji.
- Sam nie wiem. Wydaje się, że
powinniśmy zacząć czymś prostym zanim wyznam ci swoje sekrety. Tak jak mój
ulubiony kolor.
Uśmiecham się. – Pamiętasz, jaki jest
twój ulubiony kolor?
Caleb potrząsa głową. Obydwoje się
śmiejemy.
Wzdycham i bawię się filiżanką kawy.
Gdy zaczęliśmy się umawiać, zapytałam go o jego ulubiony kolor. Zamiast po
prostu mi powiedzieć, wepchnął mnie do auta, mówiąc że musi mi pokazać.
- To śmieszne, mam test, na który muszę się uczyć – narzekałam. Woził
mnie przez dwadzieścia minut, puszczając głośno okropną muzykę rapową, której
lubił słuchać i w końcu zatrzymał się obok Portu Lotniczego Miami.
- To mój ulubiony kolor – powiedział, wskazując światła wzdłuż pasa
startowego.
- To niebieski – rzekłam. – No i co?
- Nie jest to byle jaki niebieski, to lotniskowy niebieski – odparł. – I
nigdy o tym nie zapomnij.
Odwróciłam się do pasa startowego, żeby przyjrzeć się światłom. Kolor był
niesamowity, wyglądał jak ogień, gdy najgoręcej się palił i zmieniał w
niebieski. Gdzie miałam znaleźć bluzkę w takim kolorze?
Patrzę na niego teraz, wspomnienie
wyraźne w moim umyśle, a w jego wymazane. Jak to by było zapomnieć swojego
ulubionego koloru? Lub dziewczynę, która zdemolowała twoje serce?
Lotniskowy niebieski mnie dręczył.
Stał się dla mnie marką, znakiem naszego rozbitego związku i mojej porażki w
pójściu do przodu. Lotniskowy pieprzony niebieski.
- Twoim ulubionym kolorem jest
niebieski – mówię – a moim czerwony. Teraz jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi,
więc powiedz mi co się stało.
- Niebieski – mówi, uśmiechając się.
– To był wypadek samochodowy. Kolega i ja byliśmy w podróży służbowej w
Scranton. Mocno padał śnieg, a my byliśmy w drodze na spotkanie. Auto wpadło w
poślizg i uderzyło w drzewo. Ja odniosłem poważne obrażenia głowy… - recytuje
to, jakby był znudzoną historyjką. Wyobrażam sobie, że wygłosił ją już setki
razy.
Nie muszę pytać, gdzie pracuje. Jest
bankierem inwestycyjnym. Pracuje w spółce jego ojczyma i jest bogaty.
- A twój współpracownik?
- Nie udało mu się. – Opuszcza
ramiona. Zagryzam wargę. Nie jestem dobra ze śmiercią i słowami, które powinno
się wypowiadać w kondolencjach. Kiedy moja matka zmarła ludzie mówili głupie
rzeczy, które mnie złościły! Delikatne słowa, które nie miały żadnej wagi;
„Przykro mi” – kiedy wyraźnie nie była to ich wina i „jeśli jest cokolwiek, co
mogłabym zrobić…”, kiedy obydwoje wiedzieliśmy, że nie było nic. Zmieniam
temat, zamiast wypowiedzieć puste słowa. – Pamiętasz wypadek?
- Pamiętam obudzenie się po tym jak
to się wydarzyło. Nic przed tym.
- Nawet swojego imienia?
Kręci głową.
- Dobre wieści są takie, że lekarze
mówią, że sobie przypomnę. To tylko kwestia czasu i bycia cierpliwym.
Dobre wieści dla mnie są takie, że on
nie pamięta. Nie rozmawialibyśmy, gdyby pamiętał.
- Znalazłem pierścionek zaręczynowy w
swojej szufladzie ze skarpetkami. – Jego wyznanie jest tak niespodziewane, że
zachłystuję się kawą.
- Przepraszam. – On klepie mnie po
plecach, a ja chrząkam ze łzawiącymi oczami. – Naprawdę potrzebowałem to komuś
powiedzieć. Przygotowywałem się, żeby jej się oświadczyć a teraz nawet nie wiem
kim ona jest.
Wow… wow! Czuję
się, jakby ktoś właśnie podłączył mnie do prądu i wrzucił do wanny pełnej wody.
Wiedziałam, że on poszedł dalej ze swoim życiem, wystarczająco go szpiegowałam,
ale małżeństwo? Swędziało mnie tylko na tę myśl.
- Co twoi rodzice myślą o twoim
stanie? – pytam, kierując rozmowę w bardziej smaczną stronę. Myśl o Leah w
białej sukni sprawiła, że zachciało mi się śmiać. Lepiej jej odpowiadała
zdzirowata bielizna i rura striptizerska.
- Matka patrzy na mnie jakbym w jakiś
sposób ją zdradził, a ojciec wciąż klepie mnie po plecach, mówiąc „Za niedługo
to odzyskasz, kolego, wszystko będzie dobrze, Caleb”. – Przedrzeźnia swoich
rodziców co do joty, a ja się uśmiecham.
- Wiem, że brzmi to egoistycznie, ale
po prostu chcę żeby zostawiono mnie w spokoju, żebym wszystko sobie
uporządkował… wiesz?
Nie wiedziałam, ale i tak skinęłam
głową.
- Dalej zastanawiam się czemu nie
mogę sobie przypomnieć. Jeśli moje życie było tak świetne, jak wszyscy mi
mówią, dlaczego nic z tego nie jest znajome?
Nie wiem, co powiedzieć. Caleb,
którego znałam zawsze miał kontrolę. Zawsze był modnie wrażliwy, ale zbyt
wyluzowany, żeby się przejmować. Ten Caleb jest zdezorientowany, rozbity i
wygaduje się komuś, kogo uważa za zupełnie obcą osobę. Chcę ucałować jego twarz
i wygładzić zmarszczki na jego czole. Zamiast tego siedzę zamrożona na krześle,
powstrzymując chęć powiedzenia mu o wszystkim, co w ogóle nas rozdzieliło.
- Więc co z tobą, Olivio Kaspen? Jaka
jest twoja historia?
- Ja… uch… nie mam żadnej. – Tak
jestem zaskoczona jego pytaniem, że zaczynają mi drżeć dłonie.
- Daj spokój… ja powiedziałem ci
wszystko – błaga.
- Wszystko, co pamiętasz – zauważam.
– Jak długo masz amnezję?
- Trzy miesiące.
- Cóż, przez trzy miesiące mojego życia nie robiłam nic prócz pracowania
i czytania. Oto twoja odpowiedź.
- Z jakiegoś powodu sądzę, że jest w tobie
trochę więcej niż to. – Lustruje moją twarz i mam wrażenie, że tworzy on
historię z tego, co tam widzi.
Chciałabym, żeby tego nie robił –
próbował przejrzeć moje mury. Nigdy nie byłam z nim dobra w udawaniu.
- Słuchaj, kiedy odzyskasz pamięć i
ujawnisz wszystkie swoje sekrety z przeszłości, będziemy mieli nocowanie i
powiem ci wszystko; ale jeśli chodzi o mnie, dopóki ten dzień nie nadejdzie,
obydwoje mamy amnezję. – On się śmieje pełnym śmiechem, a ja skrywam swój
zadowolony uśmiech za brzegiem kubka kawy.
- Zatem nie brzmi to dla mnie tak źle
– droczy się.
- Och? Dlaczego?
- Cóż, ponieważ właśnie pozwoliłaś mi
zobaczyć cię jeszcze raz i teraz mam do oczekiwania nocowanie.
Rumienię się i postanawiam, że nigdy
nie mogę mu powiedzieć. Ostatecznie sobie przypomni i cała ta szarada runie na
mnie jak zła gra w Jengę. Do tego czasu mam go z powrotem i zamierzam trzymać
się tego tak długo, jak to możliwe.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz