Turner postanowił przeprowadzić się na Florydę, kiedy wygrałam sprawę. Sprzedał swój dom w Grapevine, kupił nową szafę pastelowych półbutów i wymienił Lexusa na błyszczącą, żółtą korwettę. Czułam się najechana, gdy jednego dnia wróciłam do domu i znalazłam salon wypchany pudłami opatrzonymi etykietami. Dolna Szafa, Pokój Gier, Biuro, napisane było ręcznym pismem, który musiał należeć do jego matki. Przechodzę przez labirynt rzeczy Turnera, mając nadzieję, że nie planuje tutaj ich rozpakowywać. Nie mam miejsca na tarczę do strzałek i zdjęcia z autografem Diego Maradony. Kłócimy się o to przez tydzień i ostatecznie zgadza się schować swoje rzeczy do magazynu. Gdy pudła znikają, pracuję nad dostosowaniem się do nowego „współlokatora”, który patroluje mój przedpokój w białych dżokejkach, śpiewając melodie z programów telewizyjnych Teksańskim akcentem. Lodówkę mam zapełnioną piwem i salsą, i z jakiegoś dzikiego powodu irytuje mnie to bardziej, niż góry brudnego prania, które znajduję rozrzucone po całym mieszkaniu.
Pewnego ranka budzę się i znajduję nagryzmolone szminką słowa na moim lustrze „Jesteś Gorąca”. Zagryzam zęby, wyrzucając zniszczoną pięćdziesięciodolarową tubkę Wine Gum, po czym spędzam dziesięć minut na szorowanie resztek osadu octem. Gdy zdarza się to drugi raz, chowam szminkę. Pomiędzy marcem, a majem, znajduję siedemnaście ciekawych plam na kanapie koloru kości słoniowej, dwanaście odcisków buta na ścianie i trzydzieści siedem butelek piwa pozostawionych na chybił trafił po mieszkaniu. W naszą rocznicę zabiera mnie do restauracji i ma na sobie koszulę zapinaną na guziki, białe spodnie i białe mokasyny ze skóry krokodyla. Wspominam gustowny wybór ubrań Caleba i czuję się zawstydzona ekstrawagancją Turnera. To nie jest gra porównań, przypominam sobie. On cały czas mi mówi, że mnie kocha, a ja za każdym razem wzdrygam się w duchu.
Och, co ty wiesz o miłości? Narzekam bezgłośnie. Nigdy nie oszukałeś, żeby ją mieć.
Przystojny Turner, który mnie uwielbia i traktuje jak drogi dodatek, nawet nie cierpię zapachu jego poduszki.
Caleb to sprawił, niech go szlag. Byłam szczęśliwa, w tak jakby urojeniowy sposób, ale pomimo to szczęśliwa. A teraz – a teraz myślę tylko o jego przekrzywionym uśmiechu, zapachu i sposobie, w jakim patrzył na świat z rozbawieniem. Podaję psychoanalizie mój związek z Turnerem, a gdy dochodzę do pewnego wniosku, spotykam się z Cammie by omówić sprawę.
Wybieramy małą francuską kawiarnię na Las Olas Avenue i popijamy kawę z francuskiej maszyny.
- On jest wypełnieniem – mówi Cammie z większym przekonaniem niż pilot samobójca.
- Co to znaczy? – Przeglądam menu, rozważając migdałowego croissanta.
- No wiesz – szybko wpycha coś do twojego serca, żeby powstrzymać jego otwarcie… od wykrwawienia…
- Czyli umawiałam się z Turnerem, żeby przestać myśleć o Calebie?
Cammie potakuje.
- Czemu nie mogłaś tego tak od razu powiedzieć?
- Bo kiedy mówi się w przenośni, to brzmi się na mądrzejszą.
Mrugam na nią kilka razy, po czym odstawiam menu na bok.
- Więc sugerujesz, bym co zrobiła, mądralo? Jego żona jest już uniewinniona z przestępstw.
- Chwila – mówi Cammie. – Ja nawet nie mówię tutaj o Calebie. Mówię tylko, że Turner jest dla ciebie bardzo, bardzo zły.
Wzdycham. Czemu wszyscy tak mówią?
Dwa tygodnie później absolutnie odchodzę od zmysłów w „udawaniu tego”. Turner cały czas czegoś ode mnie chce, a ja mam dosyć odpychania go i szukania wymówek. Postanawiam wziąć dzień dla siebie. Rozdzielam się z moim nachmurzonym narzeczonym przy drzwiach frontowych, całując go szybko w usta. Woła za mną, pytając kiedy będę w domu, ale ignoruję go, idąc dalej. Gdy zamykają się drzwi windy, opadam na podłogę i kładę głowę pomiędzy kolanami. Czuję, że mogę znów oddychać. Zakupy lub trochę czasu w spa brzmią fajnie, znam nawet dziewczynę, która może mnie wcisnąć w ostatniej chwili. Ale potem moje myśli zmieniają się i biegną do mężczyzny, w którym wciąż jestem zakochana i wiem, że dzień - gdziekolwiek jest – nie jest dniem z daleko od niego. Więc decyduję się na następną najlepszą rzecz, coś, czego nie robiłam od dłuższego czasu. Wyciągam komórkę ze zbyt drogiej torebki i przyciskam ‘jedynkę’ na szybkim wybieraniu.
- Cammie, to ja – szepczę do telefonu, chociaż jestem sama i nikt mnie nie usłyszy. Czuję poczucie winy, wiedząc, co zaraz powiem. – Pamiętasz stare czasy Inspektora Gadżeta? – Następuje długa cisza, w której sprawdzam komórkę aby upewnić się, że nadal jesteśmy połączone.
- Oszalałaś – mówi w końcu. Po długim milczeniu. – Kogo szpiegujemy?
- A jak myślisz? – pytam, bawiąc się paskiem torebki.
Kolejna cisza.
- NIE! Absolutnie… NIE! Nie mogę w ogóle uwierzyć… gdzie jesteś, do diabła?
- Daj spokój, Cam, gdybym miała inną przyjaciółkę, to bym poprosiła…
- Z pewnością byś nie poprosiła nikogo innego o tak psychotyczną rzecz. A, jeśli byś to zrobiła, byłabym bardzo urażona.
- Jestem w drodze do twojego domu – mówię, wycofując auto, wyjeżdżając z miejsca parkingowego – w stylu diwy.
- Dobra. Będę czekać gotowa. Weź ze sobą kawę.
Pół godziny później przyjeżdżam do czystego domu Cammie na końcu ślepej uliczki i parkuję auto na jej podjeździe. Na oknach ma doniczki z kwiatami, a w peoniach krasnale ogrodowe, śliczny domek jak dla takiej czarownicy. Otwiera drzwi, zanim przyciskam dzwonek i wciąga mnie do środka za pasek spodni.
- Który samochód bierzemy? – pyta rzeczowo.
- Myślałam, że nie chcesz.
Zabiera kawę z mojej ręki i patrzy na mnie ponad jej brzegiem.
- Oczywiście, że chcę, ale wyglądałabym na złą osobę, gdybym wcale się nie sprzeciwiała.
Wzruszam ramionami. Wiele lat temu przestałam łagodzić swoje sumienie. – Twój samochód. On nigdy go nie widział, więc mamy mniejszą szansę na bycie zauważonymi.
Kiwa głową, biorąc worek marynarski z kanapy.
- Wiesz, gdzie mieszka ten żartowniś?
- Totalnie wiem – naśladuję jej ton, idąc za nią do garażu. – Jestem jego prawniczką – uch!
- Taa? Więc w jakiej pozycji oni… - W tej chwili Cammie mówi coś naprawdę prymitywnego. Krzywię się. Zaczęłam nie lubić słowa na „p”. Ładna i delikatna Cammie zaczęła przeklinać po Stevenie, który dwa razy ją zdradził i ukradł z jej komody tysiąc siedemset dolarów. Od tamtego brzemiennego w skutkach popołudnia, gdy znalazła Stevena kopulującego ze swoją sekretarką, ma obsesję na punkcie mówienia słowa na „p” i nazywania dziewczyn „szmirowatymi sukami”.
- Prawdopodobnie w tej samej pozycji, w której byli Steven i Tina, kiedy znalazłaś ich baraszkujących – mówię.
- Trafne – odpowiada. – Zatem szpiegujemy również szmirowatą sukę czy tylko Pana Cudownego?
- Caleba – mówię zdecydowanie. – Chcę szpiegować Caleba. – Cammie potakuje i wyjeżdża czarnym SUVem na autostradę.
- Zadzwoń do jego biura.
- Po co? – pytam, grzebiąc w worku, aby sprawdzić zawartość.
- Żeby wiedzieć gdzie on jest i co dzisiaj robi, geniuszu.
- Nie mogę – mówię z palcem uniesionym nad klawiaturą. Cammie zabiera mi komórkę i sama wybiera numer.
- Słabeusz – mruczy, a potem: - Cześć, hej, jestem z Sunrise Dental i próbuję zlokalizować pana Caleba Drake’a. Tego ranka opuścił swoje spotkanie i… o tak? Naprawdę? Cóż, to jest całkowicie zrozumiałe… w porządku… oddzwonię, żeby zmienić harmonogram, dziękuję. – Rozłącza się, triumfalnie uśmiechając.
- Wyjechali z miasta!
- Dobra – mówię, kręcąc głową ze zdezorientowaniem. – Czemu tak się cieszysz?
- Bo teraz możemy włamać się do ich domu! – oznajmia, pokazując mi prawdziwie demoniczną minę.
- Jesteś szalona – mówię, odwracając się od niej i patrząc przez okno. – Czemu nagle chce mi się wymiotować?
- Będzie ci się podobać, zaufaj mi. Włamałam się do mieszkania Stevena po tym jak przeleciał tę szmirowatą sukę i znalazłam dużo interesujących rzeczy – lubił azjatyckich… mężczyzn.
- Włamałaś się do mieszkania swojego byłego? – Teraz moja głowa pływała. – Dlaczego o tym nie wiem i kiedy zmieniłaś się we mnie?
- Byłaś zajęta. Lucy i Ethel się nie włamały – Ethel weszła, żeby znaleźć kolczyki swojej babci, które tam zostawiła.
- Okej, po pierwsze przestań odnosić się do siebie w pierwszej osobie, Ethel, a po drugie, nie zamierzam włamywać się do ich domu!
- Niby od kiedy jesteś moralną policją? – Gwałtownie upiła kawę.
- Jestem prawniczką.
Zmarszczyła brwi.
- I dorosła.
Prychnęła.
- I już spowodowałam życia warte kłopoty temu mężczyźnie.
Ostatnie stwierdzenie zdało się doprowadzić ją do wściekłości, bo zaczęła burczeć. Zaatakowała mnie pełnym teksańskim akcentem.
- A on tobie! – Wycelowała we mnie palcem, po czym walnęła kierownicę. – On wciąż wraca! Niech to szlag, Olivia, on dalej cię znajduje, a ty masz prawo wiedzieć dlaczego. Obrócił twoje życie do góry nogami już co najmniej cztery razy. NIE CIERPIĘ, KIEDY LUDZIE NIE UŻYWAJĄ KIERUNKOWSKAZÓW! – Pokazała środkowy palec Mercedesowi, gdy go minęłyśmy. – Poza tym, nie zapominajmy, że Leah też ma na swoim koncie włamanie z kradzieżą w biały dzień, używając na twoim mieszkaniu motyw z Fatalnego zauroczenia.
To była taka prawda.
- Znam ich kod alarmowy domu – mówię słabo.
- Skąd? – W jej rozszerzonych oczach widać podziw.
- Coś go wyłączyło, kiedy Caleb, Leah i ja byliśmy w odprawie i spółka alarmowa zadzwoniła do niego, aby sprawdzić kod, zanim go dezaktywowali.
- Teraz potrzebujemy tylko klucza. – Uśmiecha się do mnie i wyjeżdża wyjazdem Parkland.
- Trzymają zapasowy w karmniku na podwórku.
- Skąd wiesz o tym?
- Słyszałam, jak mówił przez telefon służącej, kiedy zatrzasnęła się na zewnątrz.
Przeklina na mnie, używa słowa na „p” i nazywa mnie dziwakiem.
- Tak, a ty jesteś szmirowatą suką.
Stoimy w holu gigantycznego domu Leah i Caleba. Ja z poczuciem winy, obgryzając paznokcie, a Cammie niezmartwiona przechadza się dookoła, dotykając rzeczy. Obserwuję ją i zastanawiam się, kto by wygrał, gdyby ona i Leah wdały się w walkę.
- Spójrz na to – mówi, podnosząc filigranowe jajko z ozdobnego złotego stolika. – To jest warte co najmniej stu torebek Cartiera.
- Odłóż to – syczę na nią, wypluwając kawałek akrylu z kącika ust. Ich dom był muzeum, a Leah była jego główną atrakcją. Gdziekolwiek spojrzałam były obrazy i fotografie rudowłosej bestii, niektóre z nich były na tyle uprzejme, żeby włączać Caleba. Wyślizgnęłam się spod jej spojrzenia i stanęłam pod alkową.
- Już się włamaliśmy, równie dobrze możemy to jak najlepiej wykorzystać – mówi do mnie.
Idę za nią do kuchni, gdzie patrzymy do ich lodówki. Wypchana jest wszystkim: od bułgarskiego kawioru do czekoladowego puddingu. Cammie zrywa winogrono z pęku i wrzuca sobie do buzi. – Bez nasion – mamrocze. Sok pryska z jej ust na drzwi lodówki. Ścieram plamkę ręcznikiem papierowym i wrzucam go do kosza.
Idziemy w górę krętych schodów, nasze obcasy stukając o maślany marmur.
Cammie zatrzymuje się przy drzwiach, które wydają się prowadzić do głównej sypialni.
- Nie, nie, ja tam nie idę – mówię, cofając się parę kroków. Prędzej odcięłabym sobie rękę niż zobaczyła ich sypialnię.
- Cóż, ja popatrzę. – Otworzyła drzwi i zniknęła w środku. Kroczę wolnym krokiem w przeciwnym kierunku. Idę długim korytarzem, który wyłożony jest czarnobiałymi zdjęciami rozmiaru 8x10. Caleb i Leah krojący swój tort ślubny, Caleb i Leah stojący na plaży, Leah paląca papierosa przed wieżą Eiffela – odwracam się zniesmaczona. Już nie chcę tutaj być, to jest ich miejsce: gdzie śmieją się, jedzą i uprawiają seks. Nie mogę uwierzyć, jak wszystko się zmieniło. Czuję się trochę pozostawiona z tyłu: jakbym wybudzała się ze śpiączki, orientując się, że świat poszedł dalej beze mnie. Czemu dalej czuję się tak samo, gdy wszyscy są inni?
Wracam na dół, żeby poczekać na Cammie. Wtedy to widzę – drzwi, owalne drzwi. Caleb zawsze mi mówił, że pewnego dnia, kiedy wybuduje dom to chce mieć drzwi do biura podobne do tych ciężkich średniowiecznych, które widzi się w filmach. Zbliżam się w ich kierunku i sięgam, by unieść kolistą klamkę, która jest niemal tak wielka, jak moja głowa. Otwierają się, a westchnienie nowego domu i wody kolońskiej uderza mnie w twarz.
Tutaj nawet nie pachnie jak on. W ciągu ostatnich czterech lat zmienił wodę kolońską, więc znowu mam te uczucie śpiączki.
Orzechowe regały stoją wzdłuż każdej ściany, wypełnione powieściami, podręcznikami i sporadycznymi bibelotami. Podchodzę do biurka i siadam na jego ogromnym obrotowym fotelu. Obracam się na nim dłuższą chwilę. To jego ulubione pomieszczenie w domu. Widzę to. Jest tutaj wszystko, co kocha, lubi i nienawidzi. Na półce ściennej piłki do baseballa z autografami. Niemal mogę zobaczyć, jak bierze jedną z wystawy i parę razy rzuca nią w powietrzu, po czym z uwielbieniem ją odkłada. Bardzo wieloraki wybór muzyczny stoi w stercie obok monitora komputerowego. Z umiarkowaną radością zauważam, że jest w nich płyta ze sklepu muzycznego, a potem jest model konia trojańskiego, którego dał mu ojciec, gdy przegapił jego imprezę z okazji 21 urodzin. Zrobiony był z solidnego brązu i rzecz jasna był bardzo ciężki. Caleb go nie cierpiał, ale zawsze trzymał go na widoku, bo mówił, że przypominał mu, by być człowiekiem dotrzymującym słowa. Podnoszę go i obracam, żeby spojrzeć na brzuch konia. Jest tam mała klapa, o której nikt nie wie. Caleb raz mi powiedział, że tam przechowywał wspomnienia – wspomnienia, których nie chciał pokazywać innym. Zagryzam wargę, po czym ją otwieram. Czym była kolejna zbrodnia, prawda? Mój arkusz kalkulacyjny już minął „dawno zaginione”.
Chwytam palcami coś cienkiego i papierowego. Delikatnie to wyciągam i rozwijam pewnego rodzaju pergamin. To rysunek wykonany zdartym czubkiem ciemnografitowego ołówka. Na dole strony artysta się podpisał: C. Price Carrol w dużych, płynących literach. Dzieło jest twarzą kobiety. Uśmiecha się ironicznie, a w policzku ma drobny dołeczek. Wpatruję się w znajomą twarz, ale nie mogę sobie jej przypomnieć – nie dlatego, że to zły rysunek, ale dlatego, że to było bardzo, bardzo dawno odkąd ostatni raz ją widziałam.
- Jessica Alexander – mówię głośno, przyglądając się jej dużym oczom – kolejna osoba, która mi ufała, a ja to spieprzyłam. – Zawijam kartkę i odkładam ją na bok. Zastanawiam się jak często Caleb wciąż o niej myśli. Czy wyobraża sobie, jak wyglądałoby jego życie z nią? Czy wyobraża sobie, jakie byłoby ono ze mną? Czy w ogóle o mnie myśli? Znowu sięgam i tym razem wyciągam coś metalowego i okrągłego. Pierścień kciukowy Caleba: ten z gwiazdą i diamentem, który dałam mu na urodziny. Wzdycham, przyciskając go do ust. Więc go ukrył? Przynajmniej go zatrzymał, tak? Może w niektóre wieczory, kiedy jest sam i słucha tej płyty, wyciąga go i o mnie myśli. Dziewczyna może mieć tylko nadzieje. Potem wyciągam miniaturową klepsydrę, w której maleńkie ziarnka piasku są srebrne, następnie niewielką broszurę, której kolorowe strony czerni, czerwieni, bieli, złota i zieleni nie mają słów. Nie wiem skąd pochodzą wspomnienia tych ozdóbek, jak sądzę po mnie. Kładę ozdobę do góry nogami na biurko, a małe dzwonienie zwraca moją uwagę.
Gdzie wcześniej słyszałam ten dźwięk? Przesuwam wzrokiem po biurku, potem po podłodze wokół niego, szukając winowajcy. Gdzie… gdzie? Tam! Zgarniam to rękami i cichy dźwięk wychodzi z mojego gardła. Nie wiem czy jestem zaskoczona, czy cały czas wiedziałam, że on to znajdzie, ale mam sucho w ustach, gdy obracam rzeczą w dłoni. Pens, nasz pens. Poszedł on do mojego mieszkania, po tym jak wyjechałam, żeby mnie znaleźć? Zobaczył leżące to na moim zniszczonym stoliku do kawy? Do oczu napływają mi łzy, jak wyobrażam sobie jak musiał czuć się zdezorientowany. Skąd wiedział, żeby zabrać jedną rzecz, która symbolizowała początek naszego romansu? Leah musiała mu powiedzieć, orientuję się gorzko. Pomimo jej obietnicy, musiała wyznać mu prawdę z chorą satysfakcją. Żeby trzymać go z dala ode mnie, ponieważ musiała wiedzieć, że on będzie próbował mnie znaleźć. Mam posępny nastrój, garbię się i mam mdłości, kiedy słyszę wołanie mojego imienia. Odbija się echem w wielkim domu, jakby było zaśpiewane przez pomocniczy wokal.
- Olivia! – Cammie wchodzi pochylona do jego biura, wyrywając mnie z oszołomienia. Macha czymś rękoma, jej blond włosy podskakują w każdą stronę w jej podekscytowaniu.
- Olivia – mówi raz jeszcze z wytrzeszczonymi oczami. – Jest coś, co musisz zobaczyć.
Unosi szarą kopertę, którą po chwili rzuca do mnie na biurko.
- Gdzie to znalazłaś? – Nie chcę tego dotykać.
- Zamknij gębę i to otwórz. – Zakłada ramiona na klatce piersiowej, a ja nie mogę nie zauważyć na jak zmartwioną wygląda. Sięgam ręką do koperty i lekko otwieram, pozwalając wypaść zawartości na biurko Caleba. Listy, zdjęcia… Przyglądam im się przez chwilę, zanim fale szoku przechodzą przez moje ciało.
- O mój Boże! Cammie? – Spoglądam na nią, potrząsając głową. Jestem kompletnie zmieszana.
- Mówiłam – mówi. – Przeczytaj je.
Leżące na biurko zdjęcia przedstawiają mnie… i Turnera. Jest ujęcie z oświadczyn, te które robiliśmy profesjonalnie po tym jak się oświadczył i ujęcie z zoo, gdzie byliśmy razem podczas naszego pierwszego roku bycia ze sobą.
- Nie rozumiem… - mówię w osłupieniu, a Cammie, kochana detektywistyczna Cammie, wskazuje na stertę listów.
- Będę zdenerwowana? – pytam, przygryzając wargę.
- Bardzo.
Wyciągam pierwszy list. Jest napisany ręcznie na zwykłej białej kartce.
Cześć, Jo
Wiem, że nie cierpisz, jak tak cię nazywam, ale nie mogę się powstrzymać.
To dziwna prośba, z którą mnie zapoznałaś, a ja muszę przyznać,
że moja ciekawość jest wielka. Nie wiem, w jakie wplątałaś się tarapaty,
ale jeśli są tego typu jak w liceum… zgadzam się!
Żarty na bok, jestem ci dłużny. Bilety na Superbowl są warte mojego pierworodnego,
zatem jeśli chcesz, żebym umówił się na randkę z ładną dziewczyną, nie będę narzekał.
W każdym razie, śliczna, będę przekazywał ci najświeższe informacje o moim statusie.
Lepiej, żeby była ona seksowna!
Turner
Mój lament wściekłości zaczyna się od jęku i stopniowo narasta, aż brzmię jak syrena wozu strażackiego. Cammie wygląda na zaniepokojoną, więc uspokajam się i przestaję.
- Następny. – Wyciągam dłoń w jej stronę, a ona podaje mi do ręki kolejny kawałek papieru.
Jo-Jo,
Nie mogę uwierzyć, że to się dzieje! Mam na myśli, co do diabła?
Jestem pewny, że będziesz się cieszyć, gdy usłyszysz, że bierzemy ślub.
W końcu posłuchałem twojej rady i poprosiłem ją o rękę.
Wow! Chyba powinienem podziękować. Dzięki!
W następnym miesiącu będę na Florydzie, żeby ją odwiedzić,
może wszyscy możemy iść na lunch; twój mężczyzna, O i ja.
Nie zabije cię porozmawianie z nią!
Wiem, że pomiędzy wami jest jakaś wstrętna przeszłość, ale cokolwiek to jest,
przejdzie jej. W końcu jesteś siłą, która nas połączyła. Pogadamy wkrótce.
Zaręczony,
Turner
- Kuźwa – mówię.
- To niedopowiedzenie. – Cammie podchodzi do miejsca, gdzie siedzę i otwiera kopiarkę Caleba.
- Wrobiła mnie! Jakoś wiedziała, że pojechałam do Teksasu i zmusiła jednego ze swoich przyjaciół, żeby się do mnie dobrał – żebym była z dala od Caleba! – Mój głos staje się głośniejszy, a Cammie klepie mnie współczująco po ramieniu.
- Turner jest przyjacielem Leah. Wykorzystała go, a on nawet nie wiedział.
- Cóż, dała mu bilety na Superbowl. Nie łatwo temu odmówić, wiesz. – Cammie przyciska guzik startu i warkoczący hałas wypełnia pokój.
- Jestem zaręczona z buciorem Leah.
W tym samym czasie chce mi się ryczeć i zepsuć jej filigranowe jajko. Jak mogłam być tak głupia? Nie, nie byłam głupia. Nie było sposobu, bym wiedziała, że Turner i Leah są powiązani. Lecz powinnam wiedzieć, że ona mi nie zaufa w kwestii opuszczenia życia Caleba i że podejmie dodatkowe środki ostrożności. Planowałam ślub z jej środkiem ostrożności!
- Spalmy jej dom – mówię, podnosząc się.
- Już, już, Lucy, to też dom Caleba. Nie trzeba karać go za to, co zrobiła Leah. – Pomimo faktu, że ona powinna być Ethel, używa akcentu Ricky’ego Ricardo.
- Dopiero co uratowałam ją od dwudziestoletniej kary więziennej – jęczę. – Broniłam tę obrzydliwą, złą, podstępną sukę.
- Tak. Szkoda, że jesteś taką zajebistą prawniczką, co? W każdym razie, jest więcej złych wiadomości…
- Więcej? Jak może być ich więcej?
Wyciąga patyczek z tylnej kieszeni i wkłada mi do ręki.
- Co to jest? – wykrztuszam, odpychając łzy. Cammie przewraca oczami.
- Monitor płodności.
- Hę?
- To patyczkowy test wykorzystany do monitorowania poziomu hormonów obecnych w twoim moczu… byś mogła zajść w ciążę…
Obróciłam dłonią, puszczając to.
- Starają się o dziecko? – Nabieram gwałtownie powietrza. Dlaczego on mi o tym nie powiedział?
- Ona stara się o dziecko. Znalazłam te cholerstwo ukrywające się w „sekretnym” pudełku na buty z tymi listami – wskazuje na korespondencje Turnera – i wykresem płodności. Jeśli oboje starają się o dziecko, nie sądzisz, że jej malutkie gadżety byłyby w szafce w łazience?
Patrzę na nią bezbarwnie.
- O-livia! Ona stara się zajść w ciążę, bo jesteś z powrotem na scenie. Boi się go stracić. Caleb nic nie wie! Musisz ich zatrzymać, zanim on będzie na zawsze w potrzasku.
- Czemu? Ja nie mogę… - mówię, żałośnie osuwając się na krzesło. – Wykres płodności – powtarzam, nie mając pojęcia co to jest.
- Tak, mówi jej w jakie dni będzie najprawdopodobniej zdolna począć dziecko. Z jakiegoś jesteś wieku?
- Czy wykres płodności mówi o tym weekendzie? – Czuję jak brak mi powietrza, jakby ktoś walnął mnie w brzuch.
Cammie potakuje.
- Proszę. – Podaje mi fotokopie listów od Turnera. – Słuchaj, czas coś zrobić. I nie mówię o twojej zwyczajnej rutynie przebiegłości i nieuczciwości. Tym razem musisz mu powiedzieć prawdę i oczyścić się ze wszystkiego.
- Jak co? Co pozostało mi do oczyszczenia? On już wie o dużych sprawach.
- Jak powiedzenie mu, że Leah cię odstraszyła, kiedy opuściłaś Florydę i próbowała przekupić cię pieniędzmi… co ty na to?
- To niczego nie zmieni. On już wie, że jest ona tak zepsuta jak ja. Cholernie uwielbia niemoralne dziewczyny.
- A porozmawianie z nim o jego uczuciach co do ciebie? Znowu cię odnalazł, nawet po tym jak wiedział, co zrobiłaś, gdy miał amnezję. On wciąż jest w tobie zakochany, Olivia. Musisz po prostu go w tym przekonać.
Myślę o tym jak pojawił się w moim mieszkaniu w wieczór przed skazywaniem Leah. On zawsze się pojawiał, nieprawdaż? Pojawił się w sklepie muzycznym, pojawił się w sklepie spożywczym, pojawił się w moim biurze. Niech to szlag. Cammie miała rację, musiało w tym coś być.
- Okej – mówię.
- Okej – zgadza się ona. – Teraz włącz komputer, musimy dowiedzieć się, gdzie wyjechali.
Dwie godziny później, wchodzę przez drzwi mojego mieszkania. Okna są otwarte, a słone morskie powietrze uderza mnie w twarz. Przełykam je i zaczynam szukać mojego szczura narzeczonego. Przypominam sobie, aby być spokojną, zachowywać się jak dama, ale gdy widzę go opalającego się na moim ogromnym patio, klnę na niego głośno, więc obraca się, niemal upuszczając swoją wodę.
- Proszę. – Ściągam pierścionek z palca i rzucam nim w niego. Kręci się na płytkach i zatrzymuje u jego stóp. – Jadę na wycieczkę. Kiedy wrócę, MA CIĘ NIE BYĆ.
Wstaje, wyglądając na zdezorientowanego. Patrzy na lewo i prawo, jakby mógł tu znaleźć odpowiedź na moje niekonsekwentne zachowanie.
- Co…?
Patrzę na jego łososiowe spodenki kąpielowe, okulary przeciwsłoneczne Gucci’ego, to jak porusza się jak robot i wewnętrznie się wzdrygam. Co ja sobie myślałam?
Nie myślałam! Wpychałam coś do mojego serca. Cammie miała rację!
- Znasz Leah! Przez te wszystkie miesiące, gdy broniłam w jej sądzie, ty nigdy nic nie powiedziałeś!
Twarz Turnera blednie, mimo jego absurdalnej opalenizny. Macha rękami, jakby nie mógł zdecydować czy skapitulować, czy wycelować je we mnie.
- Umawiałeś się ze mną dla biletów na Superbowl! – teraz krzyczę.
- Tak, ale…
- Zamknij się! Po prostu się zamknij.
Osuwam się na krzesło ogrodowe, kładąc głowę na rękach. Czuję się, jakbym miała dziewięćdziesiąt lat.
- Turner, nie jesteśmy dla siebie odpowiedni. Nie chcę za ciebie wychodzić, przykro mi.
- Cóż – sapie. – Czy ja nie mam w tym zdania?
Patrzę na niego przez palce.
- Tak naprawdę, to nie – wzdycham i wstaję. – Muszę iść się spakować.
Kieruję się do środka.
- Dlaczego? – woła za mną. – Dlaczego nie możemy nad tym popracować?
Zatrzymuję się, patrząc przez ramię.
- Nie ma nic nad czym moglibyśmy pracować. Nie mogę dać ci czegoś, czego nie mam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz