23.10.13

The Opportunist - Rozdział siódmy

Przeszłość

Zawiozłam posępną Jessicę do przychodni sobotniego poranka, jak było ustalone. Dzień był trafnie ponury, a ona patrzyła przez okno przez większość drogi, wygłaszając sporadyczne komentarze o sklepie, który minęłyśmy czy o restauracji, do której zabrał ją Caleb. Zastanawiałam się czy jest ona zdolna mówić o czymkolwiek innym niż Calebie, kiedy wskazała na billboard Calvina Kleina i powiedziała, że Caleb jest o wiele seksowniejszy od faceta modelującego bieliznę. Wyobraziłam go sobie w bokserkach pływającego w basenie i nagle dostałam zawrotów głowy. Był. Obrzydliwa, zapładniająca dziewczynę, kanalia.
Przychodnia była ekskluzywna, zdecydowanie nie była jednym z tych podejrzanych śródmiejskich miejsc, które jest schowane za witryną sklepową. Tutaj bogate dziewczyny przychodziły zetrzeć swoją nieostrożność… w stylu Boca Raton.
Poczekalnia wypchana była ogromnymi meblami oraz oprawioną sztuką. Wybrałam miejsce w dalekim kącie i wpatrzyłam się intensywnie w makramową[1] doniczkę, podczas gdy Jessica rozmawiała z recepcjonistką. Przyszła usiąść obok mnie, wypełniając plik formularzy. Kreślenie długopisem po papierze było jedynym dźwiękiem w pomieszczeniu. Zanim pielęgniarka zaprowadziła ją na tyły, spojrzała na mnie oczami jak spodki i powiedziała…
- Myślisz, że dobrze robię?
Nerw w mojej brwi zaczął drżeć. Byłam tylko kierowcą. Nie chciałam być trenerem jej sumienia. Gdybym powiedziała jej „nie” od razu byśmy stąd wyszły, szukała ona powodu do wyjścia, a gdybym powiedziała jej „tak”… cóż… czyniłoby mnie to współwinną.
Pomyślałam o Calebie. Zrobiłby on prawidłową rzecz i poślubiłby ją, jeżeli zatrzymałaby dziecko. Prawdopodobnie rozwiedliby się w ciągu pięciu lat. Rozbita rodzina, złamane serca… ja bez niego. Przełknęłam ciężko ślinę.
- Jak najbardziej – powiedziałam, kiwając głową.
Uśmiechnęła się promiennie i chwyciła moją dłoń.
- Dziękuję ci, Olivio – powiedziała, ściskając ją. Łagodnie odciągnęłam palce i wsadziłam ręce pod moją torebkę.
OmójBoże,omójBoże,omójBoże.
Wstała, żeby odejść, a ja miałam ochotę porwać ją za rękę i pobiec do auta. Co ja wyprawiałam? Mogłam zmienić jej zdanie! Zrobiła jeden krok, dwa i chwila dobroci minęła, porywając przy tym moje sumienie. Pielęgniarka przeprowadziła Jessicę przez podwójne drzwi i już jej nie było. Było mi niedobrze – jakby cała krew w moich żyłach zamieniła się w ocet. Co ja zrobiłam? I dla czego? Niego? Czy naprawdę planowałam wykorzystać tę informację, żeby dostać to, co chciałam? Kołysałam się w przód i w tył, obejmując ramionami brzuch.
- Nic ci nie jest? – zapytała recepcjonistka, spoglądając zza płyty matowego szkła, za którą siedziała.
- Coś zjadłam – rzekłam. Skinęła głową, jakby rozumiała i wskazała mi kierunek łazienki. Ukrywałam się w kabinie dla niepełnosprawnych przez pół godziny, przyciskając plecy do drzwi, przekonując swoje poobijane sumienie, że to był wyłącznie jej wybór, a ja nie miałam z tym nic wspólnego. Kiedy minęło wystarczająco czasu z powrotem wślizgnęłam się do poczekalni i zajęłam miejsce.
Przejrzałam kilka czasopism i obgryzałam paznokcie. Jeszcze jedna dziewczyna przybyła podczas mojego udręczonego czasu tam. Wyglądała na około szesnaście lat i była odprowadzana przez swoją matkę, która chowała się za parą okularów przeciwsłonecznych. Matka pośpieszyła do okna, podczas gdy jej córka zgarbiła się na krześle i zaczęła pisać na jej telefonie, kciuki poruszały się jak szybka maszyneria nad klawiaturą. Oderwałam wzrok. Moja matka zmusiłaby mnie, żebym je zatrzymała. Pamiętam jak mi mówiła – Będę przeklęta, jeśli moja córka odejdzie od odpowiedzialności. Zrób to raz i będziesz to robić przez resztę życia. – Naprawdę tęskniłam za moją matką. Może gdyby żyła, nie byłabym tak zdemoralizowana.
Godzinę później podeszła do mnie pielęgniarka, pochylając się, by powiedzieć coś tym ściszonym tonem, którego każdy używa. Jeśli będziemy cicho mówili, może nie przyciągniemy uwagi do tego, co tutaj naprawdę się dzieje.
- Jessica jest gotowa. Możesz podjechać samochodem na tył, żeby ją zabrać.
Wzdrygnęłam się. Odsyłali ją tyłem budynku. Przebiegle, jakby była złym śmieciem. Szybko wyszłam i wskoczyłam do mojego auta, ciesząc się, że uwolniłam się od tego miejsca. Pielęgniarka stała za wózkiem inwalidzkim Jessici, ręce lekko opierając na jej ramionach. Jessica była blada jak obrany ziemniak. Uśmiechnęła się, kiedy podjechałam – uśmiechem pełnym ulgi, przez który poczułam się nieswojo. Wyskoczyłam z samochodu i pospieszyłam, żeby otworzyć drzwi pasażerskie.
- Ona nie może podnosić nic ciężkiego i ani ćwiczyć przez tydzień – poinformowała mnie pielęgniarka. Potaknęłam.
- Wszystko w porządku? – spytałam ją, gdy przeniosła się z krzesła na moje przednie miejsce.
Skinęła słabo głową.
Odjechałam od krawężnika z niepokojem buzującym w żołądku.
Osiągnęłam to, co zaplanowałam zrobić a teraz musiałam odsunąć od siebie Jessicę tak daleko, jak to możliwe. Sprawiła, że czułam poczucie winy, luksus, na który nie mogłam sobie pozwolić podczas próbowania skradnięcia Caleba.
Włączyłam radio, jak wjechałyśmy na autostradę. Jessica spędziła większość jazdy do domu znowu wyglądając przez okno. Część mnie chciała zapytać, co ona czuła, czy była smutna, czy czuła ulgę. Lecz część mnie, która pragnęła Caleba trzymała mój język przyklejony do podniebienia. To był biznes, przypomniałam sobie. Nie byłam tutaj żeby się zaprzyjaźniać.
Gdy ukazały się szare dachy kampusu, obydwie odetchnęłyśmy z ulgą. Zaparkowałam auto przed budynkiem i wysiadłam, żeby otworzyć jej drzwi.
- Chcesz, żebym pomogła ci dojść do twojego pokoju?
Potrząsnęła głową na „nie” i skrzywiła się, jak pomogłam jej wysiąść. Była blada, a jej zwykle pełne wargi wyglądały wiotko i płochliwo pod jej cieknącym nosem. To nie ta Jessica Alexander przedstawiona w szkolnej gazetce mniej niż dwa miesiące temu. Nawet jej włosy były matowe i bez wyrazu, zwisając naokoło jej twarzy w tłustych pasmach.
Uściskała mnie, zanim powłóczyła się do wind. Patrzyłam, jak przyciska guzik, opierając się bezwładnie o ścianę, obejmując ramionami tułowie. Kiedy winda w końcu przyjechała, odwróciła się ostatni raz, by pomachać mi słabo, potem weszła do środka i zniknęła za drzwiami. Osunęłam się na mój samochód, nagle czując wyczerpanie. Postanowiłam nie wracać do swojego pokoju. Cammie tam będzie, a gdy chodziło o mnie, była szalenie spostrzegawcza. Zamiast tego pojechałam do miejsca śniadaniowego kilka mil dalej i zasiadłam przy barze z gazetą, której pozbył się ktoś na zewnątrz.
Artykuł z pierwszej strony był o Laurze Hilberson i brakiem postępów w jej sprawie. Oficer śledczy zajmujący się przypadkiem spekulował, iż być może zniknięcie Laury nie było uprowadzeniem oraz że wszystkie dowody wskazywały, że Laura celowo zniknęła. Jej zrozpaczeni rodzice błagali kogokolwiek, by zgłosił się z informacjami.
Chciałabym zwrócić lepszą uwagę na tę dziewczynę, kiedy dzieliła ze mną zajęcia. Były to moje przed-Calebowe dni, gdy nic mnie nie obchodziło, z kim się umawiał i dlaczego. Nie wydawała się ona typem dziewczyny, która chciałaby zniknąć. Była popularna i radosna, na kierunku komunikacji, według gazety, miała aspiracje na stanie się prezenterką wiadomości. Wpatrywałam się w jej ziarniste zdjęcie i spróbowałam sobie wyobrazić ją siedzącą za biurem prezenterki w wiadomościach o szóstej. Teraz była w wiadomościach o szóstej. Było mi jej żal, gdziekolwiek była. Coś poszło okropnie nie tak, porwana czy nie, a teraz było prawdopodobne, że Laura nigdy nie zobaczy, że jej marzenia się ziściły.
Pomyślałam o swoich własnych marzeniach, wgryzając się w bajgla. Chciałam być prawniczką i wsadzać złych ludzi do więzienia. Teraz ja byłam złą osobą, ponieważ knułam intrygi dla głupiego chłopaka. Ostatnio nawet nie rozmyślałam nad swoimi marzeniami. Tak jakby Caleb wykorzenił moją ambicję i zastąpił ją silną obsesją. Boże, naprawdę podupadałam. Skończyłam kawę i rzuciłam pieniądze na ladę. Jeśli teraz ta obsesja osusza moją ambicję, co się stanie, gdy już go zdobędę? Będę tak oczarowana Calebem, że będę usatysfakcjonowana byciem jego dziewczyną i niczym więcej? Oznaczałoby to pójście w ślady mojej matki, a ostrzegła mnie ona przed zakochaniem się w mężczyźnie przed spełnieniem moich marzeń.
Byłam w połowie drogi w przekonaniu siebie, by porzucić moją obsesję Calebem, gdy wróciłam do kampusu. Zaparkowałam swój samochód na przelewającym się parkingu studenckim i pognałam do mojego budynku akademickiego zdeterminowana. Musiałam teraz zatrzymać tę głupotę, nim zniszczę wszystko, na co pracowałam. Wspinając się po schodach usłyszałam głosy rozbrzmiewające echem z trzeciego piętra. Zwolniłam, kiedy uświadomiłam sobie, że jeden z nich należał do Jessici. Gruchała, mówiąc tym słodkim, dziewczęcym głosem, którego zaawansowane uwodzicielki używały, by oczarować mężczyzn. Szłam powoli, próbując wyłapać tyle ile mogłam z tego, co mówiła.
- Nie dziś. Mam mój… no wiesz…
Wdrapałam się po ostatnich schodach i skręciłam za rogiem. Jessica stała na palcach, obejmując ramionami szyję Caleba. Stali do siebie nos do nosa, a on patrzył na nią z uwielbieniem. Zatrzymałam się gwałtownie i obydwoje odwrócili się, żeby na mnie spojrzeć.
- Olivia! – powiedziała, brzmiąc na speszoną. – Cześć.
- Cześć – rzekłam, patrząc na Caleba. On patrzył przeze mnie – jakby w ogóle mnie tam nie było. Odwrócił się twarzą do Jessici. Au. Jessica była świeżo umyta z mokrymi włosami i zaciągniętymi w koka. Wyglądała znacznie bardziej elegancko niż kiedy zostawiłam ją godziny temu. Wtedy mi zaświtało. Caleb musiał napomknąć o seksie. Jessica, która otrzymała ścisłe polecenie by powstrzymać się od figli-migli przez następne czternaście dni, próbowała odstraszyć go historyjką o okresie.
Żenująco przestąpiłam z nogi na nogę. Jej twarz była zaczerwieniona i patrzyła na mnie znacząco.
- Um… - Wskazałam na drzwi, które blokowali i uniosłam brwi prezentując moje rozdrażnienie.
- Och, sorka. – Jessica zachichotała i odsunęła Caleba z drogi. Upewniła się, żeby puścić do mnie oko, jak przecisnęłam się obok, a ja upewniłam się, żeby musnąć plecy Caleba ramieniem. Odsunął się gwałtownie od mojego dotyku i uśmiechnęłam się z zadowoleniem.
Bałwan.
Poszłam szybko do mojego pokoju ze słabymi zalążkami gniewu rosnącymi w mojej piersi. Jak ona może tak się na nim wieszać, po tym, co dopiero zrobiła? Włożyłam klucz do zamka i przekręciłam go tak mocno, że koniuszki palców zabolały mnie od siły. Kilka godzin po usunięciu jej dziecka i już oplata się wokół niego jak ciągnący się ser. Była idiotką, a ja muszę go mieć – proste. Nauczę się zbalansować go ze swoją ambicją. Mogę mieć obydwie rzeczy i będę miała. Przeszłam przez drzwi z determinacją i powiedziałam Cammie, żeby się zamknęła zanim miała szansę otworzyć usta. Rzuciłam się na łóżko i udawałam, że czytam podręcznik. Do końca tygodnia związek Jessici i Caleba będzie w strzępach, a ja będę miała swoją drugą szansę.




[1] Makrama – rodzaj rękodzieła ręcznie wyplatanego ze sznurów i włókien. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz