23.10.13

The Opportunist - Rozdział ósmy

Teraźniejszość

- Olivia? Przyjdziesz? – Głos Caleba wisi na drugim końcu połączenia, czekając na moją odpowiedź. Wzdycham, rozglądając się po moim mieszkaniu i dłubiąc w swetrze. On chce żebym przyszła do niego na obiad, a ja mam przeczucie, że to naprawdę byłoby przekroczenie granicy. Nie jest tak, że jestem dziewicą w przekraczaniu granic, ale staram się być przyzwoitą osobą. Jeśli będę mogła trzymać rzeczy z dala od jego osobistego życia, wtedy mogę wmawiać sobie, że to on to wszystko zaczyna.
- Poważnie, Caleb, nie sądzę, że to dobry pomysł. Twoja dziewczyna by się załamała, gdyby się dowiedziała. Czemu nie możemy spotkać się w restauracji czy coś?
- Moje gotowanie jest lepsze niż jakakolwiek restauracja, w której kiedykolwiek byłaś. Poza tym jest większa szansa, że zauważy nas ona w restauracji niż w moim domu.
Chyba że śledzi cię, jak ostatnim razem… pomyślałam gorzko.
- Nie miała zbytniego problemu, żeby znaleźć moje mieszkanie – mówię kwaśno. – Ponadto, ledwie cię znam. Jak rozważne byłoby to z mojej strony, pojawienie się w domu nieznajomego na obiedzie? O ile wiem, mógłbyś być gwałcicielem.
- Olivia, już zaprosiłaś mnie do swojego domu i przeżyłaś. Otworzę butelkę wina… będzie zabawa.
- Niespecjalnie jestem kochającą zabawę osobą.
- Będzie niebezpiecznie.
Uśmiecham się.
- Piję tylko czerwone wino.
- Tak, proszę pani.
- I upewnij się, że tym razem ona się nie pojawi.
Caleb śmieje się. – Naprawdę? Myślałem, że byłoby fajnie, gdyby przyszła.
Ustalamy dzień i porę, po czym rozłączam się, czując niepokój. Przyciskam twarz do poduszki i jęczę we wstydzie. Wdałam się w coś, co mnie przerasta.
Mój telefon znowu dzwoni. Myśląc, że to Caleb ze szczegółem z ostatniej chwili, odbieram.
- Halo.
- Olivia? – To inny głos.
- Taaaak?
- Olivia! Ty seksowna kobieca bestio! Gdzie byłaś przez całe moje życie?
- Jim?
- Jedyny i niepowtarzalny, maleńka. Jak leci życie? Dokopuje ci ostatnio?
- Ciężkie jak zwykle – mówię, śmiejąc się. – Czemu zawdzięczam przyjemność?
- Jestem w mieście i nie ma nic, czego chciałbym bardziej niż spędzić trochę czasu z moją wymarzoną dziewczyną.
- Wymarzoną dziewczyną! Ostatnim razem, jak cię widziałam nazwałeś mnie jędzą i powiedziałeś mi, że nie mam talentu.
- To tylko słowa, dziecinko. Poza tym właśnie odrzuciłaś kolejne wyznanie mojej miłości do ciebie. Oddaj mężczyźnie jego obelgi słowne, co? A więc kiedy jesteś wolna na branie?
Jim. Jim. Ten sam facet, którego wykorzystałam, żeby określić publicznie swoją seksualność. Ten, którego rzuciłam jak brudny grzech w chwili, kiedy skradłam Caleba. On dochował wierności. Dostawałam telefon za każdym razem, kiedy jego praca przesuwała się przez mój kod pocztowy, a wtedy mieliśmy noc tańczenia, jedzenia czy jakiejkolwiek innej przyjemności, która nam odpowiadała. Potem wyjeżdżał, a ja nie miałam temu nic przeciwko.
- Jak długo jesteś w moim kącie?
- Dwa dni – trzy maksimum. Myślałem, że moglibyśmy pójść do Fali, upić się, pokręcić tyłkiem na parkiecie…
- Hmm… brzmi romantycznie. Kiedy możesz tutaj być?
- Piętnaście minut, muszę zatrzymać się po fajki.
- Dobra – mówię. – Będę gotowa.
Rozłączam się i rozsmarowuję trochę szminki na ustach. Wciąż myślę o Calebie i muszę się zmusić, żeby przestać.
Dziś wieczorem będzie tylko Jim, ja i dobry czas. Żadnych obsesji. Wkładam parę czarnych spodni i zieloną bluzkę z odkrytymi ramionami, a włosy wkładam do kucyka.
Jim odbiera mnie poza mieszkaniem. Wsiadam do jego samochodu, ożywionego Mustanga z 1969 rocznika pomalowanego na zielono z żółtymi pasami wyścigowymi, i uśmiecham się do niego.
- Jesteś jak Oksykodon w zły dzień, Libby – mówi, zaskakując mnie i całując mnie prosto w usta. Odsuwam się i potrząsam głową.
- Mmm, uwielbiam kiedy porównujesz mnie do leków na receptę. – Zapinam pas bezpieczeństwa i zaczynam bawić się radiem. Jim lubi Phish a to według mnie praktycznie grzech, bo są oni tylko kiepskimi naśladowcami Grateful Dead.
Jim puszcza do mnie oko i wkłada papieros między wargi. Zazwyczaj nie toleruję palenia – sprawia, że czuję się zapiaszczona i nie pomaga to, że moja mama umarła na raka. Lecz jest coś w tym, jak pali Jim, co sprawia, że chcę go obserwować. Przyglądam się w oczekiwaniu, jak knot jego zapalniczki wypluwa maleńki język ognia. On obniża papierosa do płomienia i wciąga powietrze. Niemal mogę usłyszeć koniuszek jego Camela syczącego radośnie, gdy akceptuje ogień. Moja ulubiona część – długo się zaciąga, jego powieki dygoczą jak u ćpuna, po czym wypycha szary dym przez nos a on zwija się do nieba, jak pełen gracji, popielaty duch. Piękne.
Opieram się o siedzenie zadowolona. Jim jest mrocznie przystojny. Nosi kredkę do oczu i dżinsy, które czepiają się jego ciała jak skóra jaszczurki. Włosy ma kudłate i ufarbowane na czarno, co sprawia, że jego bystre niebieskie oczy wyglądają na prawie lawendowe. Zawsze sądziłam, że brytyjski akcent bardziej pasuje do niego niż Caleba. Odganiam od siebie dym i nucę wraz z ostatnimi słowami dawnego przeboju, który moja mama kiedyś uwielbiała.
- Czemu jesteś dziś taka wesoła? – pyta on, strzepując cal papierosowego popiołu do pustej puszki Red Bulla. – Jest coś załamująco złego z wszechświatem, kiedy jesteś wesoła na tyle, żeby nucić.
Wjeżdża samochodem w ruch uliczny, niemal uderzając w zderzak auta przed nami.
- Nie wiem. Po prostu jestem.
Jim podnosi brew.
- Daj spokój, Libby. Wiem, kiedy coś się dzieje.
Milczę. Potem mówię. – Caleb wrócił.
Następuje zszokowana cisza. Gladys Knight jest w radiu. Palce Jima z roztargnieniem stukają w kierownicę w rytm piosenki.
- On wrócił. – Wychodzi to jako oświadczenie zamiast pytania. Słyszę niesmak w jego głosie i nie winię go. Caleb zawsze był solą w oku Jima, zwłaszcza gdy ostatecznie wybrałam Caleba ponad Jimem.
- Olivia. – Wyłącza radio i gasi papierosa, co oznacza, że znowu będę miała szansę obejrzeć cały proces zapalania za kilka minut. – W jaki sposób on wrócił?
Nie mam żadnego zamiaru mówić mu o amnezji.
- Sama nie wiem. Po prostu wrócił i naprawdę nie obchodzi mnie dlaczego.
Jim mruży oczy i wydaje się patrzeć podejrzliwie na drogę.
- Nie wiem co to jest z tobą i tym dupkiem. Cztery lata i złe rozstanie później a ty nadal jesteś w pieprzonym chemicznym romansie z koszykarskim Kenem.
Nie chcę tego słyszeć. Nie od Jima. Nie od Cammie. W moich najbardziej szalonych snach nigdy nie wyobrażałam sobie tego zwrotu akcji w mojej historii. Tysiące dziewczyn mogło mi powiedzieć, że zrobiłyby coś innego od tego, co zrobiłam ja, w dniu, kiedy udałam że nie znam Caleba, a mnie to by nic nie obchodziło. To była moja kolejna szansa.
- Stało się to przez przypadek. Nie poszłam go szukać, więc po prostu do diabła się na ten temat zamknij.
Parkujemy przed klubem i wysiadam zanim portier otwiera moje drzwi. Czekam na Jima, kiedy wyciąga swoje długie ciało z auta i rzuca kluczyki parkingowemu. Jest wkurzony. Widzę to na jego twarzy. Niejednokrotnie oskarżył mnie o wykorzystywanie go jako plan awaryjny, gdy nie było Caleba. Idę przed nim, ignorując bicie, które daje mi jego spojrzenie. Dziś czuję się trochę jak twardzielka, więc nie jest to trudne. I tak to nie jest jego cholerna sprawa – wtrącający się, nosząc kredkę do oczu punk. Jim nie cierpi słabości i na Boga, Caleb jest mój. Ale wierzę, że do czasu, kiedy zaczniemy tańczyć przejdzie mu.
Fala jest zapełniona od ściany do ściany drgającymi ciałami. Jim łapie moją rękę i ciągnie mnie przez chmarę tancerzy, aż docieramy do baru. Większość dziewczyn obraca się, żeby na nas spojrzeć. Co ostry rockowiec robi z mięczakiem takim jak ja? Najeżam się pod ich ciekawskimi wzrokami, rozsyłając kilka nieuprzejmych spojrzeń.
Jim kładzie pięćdziesiątkę na lepkim barze i zamawia pięć kieliszków tequili. Przygotowuję nasze limonki i uśmiecham do niego.
- Dalej jesteś zły? – pytam.
Barman przysuwa do nas kieliszki i obydwoje bierzemy dwa. Jim wzrusza ramionami.
- Ma to znaczenie?
Wlewam pierwszy do gardła i ssę limonkę, by wyciągnąć smak. Tequila jest obrzydliwa.
- Nie chcę żebyś był zły. Ledwie się z tobą widzę.
Jim mruga potrójnie, co sprawia, że wygląda na naprawdę zirytowanego, po czym całuje mnie w policzek.
- Po prostu się zabawmy.
Zamawia jeszcze dwa kieliszki i brzdękamy się razem szklankami. Zostajemy przy barze przez kilka minut, obserwując parkiet. Wciąż jesteśmy zbyt trzeźwi, żeby się rozluźnić.
- Chodźmy trochę rozruszać parkiet – mówi on, wrzucając do kosza skórkę limonki. Idę za nim do poruszającego się tłumu, gdy tequila odnajduje moją głowę.
Tańczymy, aż moje stopy są zdrętwiałe, a włosy mokre z potu. Jim dotyka mnie bardziej niż zazwyczaj. Utożsamiam to z powrotem Caleba. Mężczyźni zawsze muszą sikać na wszystko, co uważają za swoje. Pozwalam mu przyciągnąć się bliżej. Jestem zbyt pijana, żeby się przejmować. Przypomina mi się scena z Dirty Dancing gdzie Baby rozwala imprezę pracowników ściskając arbuza[1]. Tańczymy twarzą w twarz, nieprzyzwoicie. Jim nie wierzy w podskakiwanie i przyciskanie się do siebie, pozorny taniec nastolatków. On nazywa to nieprzyzwoitym łyżeczkowaniem. Tańczymy twarzą w twarz. Znajduję w tym coś bardzo szczerego.
Nie wychodzimy, dopóki D.J. nie zaczyna pakować swojego wyposażenia.
- Możesz prowadzić? – pytam go. Czuję się jakbym podskakiwała w przestrzeni.
Jim prycha. – Jestem tak trzeźwy jak kaznodzieja w niedzielny poranek – mówi przez nos w sztucznym południowym akcencie.

W drodze do domu mam zamknięte oczy i pozwalam wiatru dmuchać mi w twarz. Nie mówimy zbyt dużo. Jim włączył starą płytę Mercy Playground, której słuchaliśmy w college’u. Sex and Candy. Chichoczę, gdy on wyśpiewuje głośno słowa.
Kiedy parkujemy przy moim mieszkaniu, wysiada z auta i idzie za mną do drzwi.
- Czy to była randka? Czemu odprowadzasz mnie do domu? – śmieję się. Grzebię w mojej torebce, szukając kluczy, podczas gdy on patrzy.
Gdy podnoszę wzrok, wpatruje się we mnie zabawnie.
- Jim? – pytam, podchodząc do niego o krok. – Wszystko w porządku? – Chyba jest chory. Jego twarz jest pozbawiona wyrazu i trochę poczerwieniała, jak ktoś kto decyduje czy będzie wymiotował. Zatrzymuję się, kiedy on nagle wyrywa się do przodu. Początkowo myślę, że będzie mu niedobrze, ale w ostatniej chwili sięga do mojej twarzy i próbuje mnie pocałować. Odwracam głowę, więc jego usta lądują mokro na moim policzku. Kiedy się cofa, jego oczy są czerwone. – Co ty robisz? – pytam. Jim i ja nigdy tam nie zachodzimy. Jest to moja niewypowiedziana zasada.
On jest tak blisko mnie, że muszę odchylić głowę, by widzieć jego twarz. Nie całowaliśmy się od college’u.
- Czy to dlatego, że nie jestem nim, Olivia? Pieprzonym Calebem?
Kręcę głową. Mam rozmazany obraz. Nie potrafię wystarczająco szybko formułować słów.
- Tacy nie jesteśmy, Jim. Czemu teraz?
- Wiesz, seks nie zawsze musi coś znaczyć. Może być zrobiony dla zabawy.
Jego oczy mrugają, mrugają, jakby próbował wygonić mnie ze swojego pola widzenia. Co mam na to powiedzieć?
- Sądzę, że przyjaciele powinni zostać przyjaciółmi – bez komplikacji seksu.
- Przyjaciele – nuci w okropnym syku. – Mam dosyć bycia twoim pieprzonym wytchnieniem.
Drżę. To prawdziwa prawda, ale brzydka do usłyszenia.
- Jesteś prawdziwą podpuszczalską, wiesz o tym? – Podnoszę zaskoczona wzrok. Nazywał mnie tak żartobliwie wiele razy, ale nigdy takim tonem głosu. Ma plamy na twarzy i zaczerwienione oczy, i przeraża mnie w tej głębokiej części kobiety, która mówi ci żeby uciekać. Cofam się o krok.
- Jim, jesteś pijany – mówię powoli.
- Jestem pijany, a ty jesteś suką. – Wtem jego usta są na mnie wszędzie, przyciskając się do moich zaciśniętych warg, jego ręce są pomiędzy moimi nogami. Wydaję zduszony krzyk zza ataku i próbuję go odepchnąć. On nie rusza się pod moim odpychaniem, a ja zdaję sobie sprawę, że nie ma nic, co będę w stanie zrobić żeby go zatrzymać. Próbuję błagać, ale wszystko zdaje się po nim spływać. Obmacuje mnie, starając się ściągnąć mi spodnie. Drzwi mojej sąsiadki są mniej niż dziesięć metrów dalej po drugiej stronie budynku. Jeśli się uwolnię, mogę do nich podbiec. Nagle nadchodzi moment, kiedy jest on rozproszony i jego chwyt na moim ramionach jest lżejszy. Wykorzystuję szansę, żeby uwolnić dłonie i mocno go policzkuję. On odsuwa się w zaskoczeniu, a jego ręka dotyka miejsca, gdzie go uderzyłam. Jestem przygotowana, że wróci on mocniej, silniej, ale on tylko na mnie patrzy. Nie mam gdzie pójść. Jestem osaczona przy własnych drzwiach wejściowych. Rozważam krzyk, lecz jedyną osobą która może mnie usłyszeć jest Rosebud a co ona mogłaby zrobić? Zatem próbuję go przekonać.
- Jedź do domu, Jim. – Mój głos jest stanowczy. Te kilka chwil które wykorzystuje na rozważaniu jego opcji stają się dla mnie ciemnym wspomnieniem. Jestem wściekła, zawstydzona i przerażona, gdy obserwuję jak decyduje on czy mnie zgwałcić, czy nie.
Proszę, Boże, pozwól mu odejść.
Przestrzeń pomiędzy nami rośnie, jak odwraca się i idzie chwiejnie do swojego samochodu.
Praktycznie wpadam przez swoje drzwi. Kiedy jestem po drugiej stronie, rygluję zasuwę i rzucam się na kanapę. Szlocham w poduszkę, aż moje gardło jest zdarte, po czym podnoszę telefon i dzwonię do jedynej osoby, której kiedykolwiek ufałam.
- Caleb…
- Olivia? – Jego głos jest ciężki od snu. – Co jest?
- Możesz przyjść… do mojego domu?
- Teraz? – Słyszę jak chodzi po swoim pokoju… zapala światło… szpera w rzeczach.
- Caleb… proszę… ja…
- Zaraz będę.
Kiedy Caleb przychodzi, włosy ma potargane i ma na sobie szorty oraz obszarpaną koszulkę.
- Co się stało? – pyta, gdy tylko mnie widzi. Przytrzymuje palcami moją brodę i odwraca moją twarz na boki. Mówię mu o Jimie, o klubie i o tym, co zrobił potem.
Caleb przemierza mój salon. Jego twarz jest wykrzywiona w gniewie.
- Gdzie jest jego hotel, Olivia? – Zaciska pięści po bokach. Boję się, że jeśli znajdzie Jima, dowie się, kim naprawdę jestem.
- Nie! Nie chcę żebyś szedł. – Ciągnę go za ramię, dopóki nie siada obok mnie. Jego wściekłość stopniowo zmienia się w niepokój i przyciąga mnie do swojej klatki piersiowej. Nie byłam przy jego torsie przez bardzo długi czas i czuję się obezwładniona. Pachnie on jak mydło, święta i on, a ja płaczę jak dziecko na nieznane bezpieczeństwo, które daje mi jego dotyk. Nikt nigdy wcześniej mnie tak nie trzymał. Nie wiem czy od tego uciekać czy trzymać się ze wszystkich sił.
- Możesz dzisiaj tutaj zostać? – szepczę.
On całuje mnie w czoło i ściera moje łzy kciukami.
- Tak, oczywiście, że zostanę.
Czuję tak wielką ulgę, że żałośnie drżę. On ściska mnie mocniej. Co bym zrobiła, gdyby jego nie było w pobliżu? Do kogo bym zadzwoniła? Caleb teraz tutaj jest, ale zegar tyka. Wciągnęłam się w sytuację, gdzie znowu go stracę. Pierwszy raz był wystarczająco zły. Wtulam się w jego ciepło i cieszę się poczuciem, że ktoś się o mnie troszczy. Zasypiam z głową opartą o jego klatkę piersiową, słuchając, jak jego serce wybija najpiękniejszy rytm, jaki kiedykolwiek słyszałam.




[1] Ta scena nie mam pojęcia czy naprawdę miała miejsce w Dirty Dancing, bo nigdy całości nie widziałam, więc przepraszam jak coś nagmatwałam z tłumaczeniem xD

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz