23.10.13

The Opportunist - Rozdział piąty

Teraźniejszość

Muszę przestać śnić na jawie. Spędziłam zbyt dużo czasu myśląc o przeszłości i ponownym przeżywaniu tego jak się spotkaliśmy. Nagle zdaję sobie sprawę, że siedzę za swoim biurkiem, nieobecnie bazgrając na dokumencie, który powinnam przepisywać do komputera i że minęły godziny. Przyniosłam pączki do pracy i jeden z prawników z firmy grzebie w pudełku, obsypując cukrem cały rękaw. Dokonuje swojego wyboru i przysiada na brzegu mojego biurka, przewracając kubek długopisów. Wzdrygam się, ale trzymam ręce na kolanach.
- Więc jak idzie wydział prawniczy? – On ignoruje bałagan, który narobił i wgryza się w galaretkę. Wyobrażam sobie stos podań na wydział prawniczy na komodzie w domu i wzdycham. Dziś wieczorem. Dziś wieczorem będę ambitna.
- Dobrze, dziękuję, panie Gould. – Nie mogę już tego znieść. Zgarniam długopisy i stawiam kubek.
- Wiesz, Olivio, dziewczyna z twoim wyglądem może zajść daleko w tym świecie, jeśli dobrze wszystko rozegra.
Żuje z otwartą buzią.
- Cóż, miałam nadzieję, że mój talent i ciężka praca zawiodą mnie daleko w świecie, panie Gould, nie mój wygląd.
On chichocze ze mnie. Wyobrażam sobie siebie jak wbijam długopis w jego tchawicę. Krew. Będzie mnóstwo krwi do sprzątnięcia. Lepiej nie.
- Gdybyś kiedykolwiek chciała wyróżnić się w tym zakresie, kochanie, daj mi znać. Mogę cię poinstruować. – Uśmiecha się do mnie, puszcza oko, a mój radar nieszczerości się włącza. Nie cierpię bycia słodko-ustą, szczególnie dla beczącej kozy w prążkach.
- Poinstruować? – pytam z fałszywym entuzjazmem. Pan Gould dłubie w zębach, błyskając mi widokiem jego obrączki, co, lubił zapominać, symbolizowało wierność.
- Muszę ci to przeliterować?
- Nie – wzdycham nudno – ale będzie pan musiał przeliterować to zasobom ludzkim, kiedy powiem im, że mnie pan seksualnie napastuje. – Wyciągam z swojej szafki pierdół pilnik do paznokci i zaczynam piłować paznokieć kciuka. Gdy podnoszę wzrok, jego twarz przeszła ze swojej zwykłej pomidorowej czerwieni do obrzydliwego odcienia cholernego strachu.
- Przykro mi, że widzisz moją troskę o twoją przyszłość jako napastowanie seksualne – mówi, szybko schodząc z mojego biurka.
Zmierzam go wzrokiem, od jego kościstych ramion, wystających z garnituru Armani’ego jak dwie piłeczki tenisowe aż po żałośnie małe stopy.
- Co pan na to, że pozostaniemy przy jedynie roboczych rozmowach, a pan oszczędzi swoją troskę dla pana żony… miała na imię Mary, prawda? – On odwraca się ze sztywnymi ramionami. Nienawidzę mężczyzn… cóż, większość.
Mój interkom trzaska.
- Olivio, możesz tutaj przyjść na sekundę? – To Bernie.
Bernadette Vespa Singer jest moją szefową i mnie uwielbia. Przy ponad 150 centymetrach wzrostu ma one grube kostki u nóg, wiecznie rozmazaną brzoskwiniową szminkę i szorstkie czarne włosy, które wyglądają jak futro pudla. Jest geniuszem na własną rękę i cholernie dobrą prawniczką.
- Pan Gould zaoferował mi pomoc w zrobieniu kariery – mówię spokojnie, wchodząc do jej gabinetu.
- Łajdak! – Tak mocno uderza dłonią o biurko, że jej podskakujące główki skaczą do działania.
- Chcesz wnieść oskarżenie, Olivia? Chrzanić tego kutasa. Myślę, że on sypia z sędzią Waltersem.
Potrząsam głową na „nie” i siadam na krześle stojącym przed jej biurkiem.
- Jesteś tak jakby moim pomocniczym dzieckiem, twarda jak skała i ambitna jak cholera.
Uśmiecham się. To właśnie powiedziała, kiedy mnie zatrudniła. Wzięłam tę pracę, wiedząc, że ona jest trochę szalona, ale nie przejmowałam się, skoro wygrywała sprawy.
- Co się dzieje z tym facetem, o którym mi mówiłaś? – pyta. Drapie się w nos końcówką pióra, a to zostawia kreskę na jej twarzy.
Czerwienię się tak gwałtownie, że jest to natychmiastowa emisja winy.
- Wiesz, że on ostatecznie się dowie – mówi ona, mrużąc na mnie już świdrujące oczy. – Nie rób nic głupiego, mogłabyś mieć jeden diabelny proces w rękach.
Zagryzam wnętrze policzka.
Nie wiem czemu jej powiedziałam. Teraz tego żałuję, gdy wpatruje się we mnie swoimi dociekliwymi oczami.
- Wiem – mamroczę, udając, że szarpię się z guzikami mojej koszuli. – Możemy po prostu teraz o tym nie rozmawiać?
- Co jest z tym kolesiem? – mówi, lekceważąc mnie. – Jest dobrze wspomagany finansowo? Nigdy nie zrozumiem dlaczego ładne dziewczyny jak ty uganiają się za mężczyznami. Powinnaś mieć wibrator. Nigdy nie wrócisz. Chwila, zapiszę ci nazwę dobrego dla ciebie. – Nabazgrała coś na żółtej karteczce i podaje mi ją.
- Dzięki. – Spojrzałam na ścianę nad jej głową i zabieram kartkę.
- Żaden problem. Do zobaczenia, dzieciaku. – Wygoniła mnie ze swojego gabinetu swoimi pucołowatymi, poplamionymi atramentem palcami.
Zaprosiłam Caleba na obiad. Ten sam pies, te same sztuczki. Nasze spotkanie kawowe nagle się skończyło, kiedy pryszczaty dzieciak zza lady przekręcił w oknie znak zamknięcia i wyłączył światła w kawiarni. Podnieśliśmy się z żalem od stołu i wyszliśmy na zewnątrz.
- Mogę cię znowu zobaczyć? – Stał tuż przed latarnią uliczną, a ona roztaczała eteryczną łunę wokół jego barków.
- Co byś zrobił gdybym odmówiła?
- Nie odmawiaj.
Był to kolejny z tych momentów, gdzie igram ze swoim sumieniem i tym razem udaję, że zamierzam zrobić dobrze.
- Przyjdź na obiad – wypalam. – Nie jestem zbytnią kucharką, ale hej…
Początkowo wyglądał na zdziwionego, a potem uśmiechnął się szeroko.
- Bardzo chętnie.
I tak to się stało.
Źle. Źle. Źle.

Zanim kończę pracę, szybko dzwonię na numer ze spodu listu gończego Dobsona Orcharda. Detektyw, z którym rozmawiam bierze moje imię oraz numer i dziękuje mi za informację. Obiecuje zadzwonić, jeśli cokolwiek się pojawi. Potem dzwonię do mojej ulubionej tajskiej restauracji i zamawiam dużą tacę czerwonych warzyw curry na wynos.
Pickles czeka na mnie przy drzwiach, gdy docieram do domu. Kładę torby na ladzie i wyciągam colę z lodówki.
- Jesteś żałosna, Pickles – mówię, przyczepiając smycz do jej obroży. – Wiesz, że nie mam na to dziś czasu.
Nasz szybki spacer zmienia się w dwudziestominutowy, jak Pickles uparcie mnie nie słucha i odmawia wysikania się na polecenie. Kiedy wracamy do domu, mam trzydzieści minut zanim ma przybyć Caleb. Wrzucam curry, które kupiłam, do naczynia żaroodpornego i wkładam je do piekarnika, żeby było ciepłe. Poleruję dwa kieliszki do wina, po czym wypolerowuję kieliszek wina. Potem wyciągam wszystkie składniki do zrobienia sałatki i ustawiam je w kolejności alfabetycznej na blacie.
Caleb przychodzi pięć minut za wcześnie.
- Dla ciebie – mówi, podając mi butelkę wina oraz doniczkowy mały krzaczek gardenii. Wypuścił jeden biały kwiat i zatrzymuję się, żeby go powąchać.
- To mój ulubiony kwiatek – mówię na pół zaskoczona.
- Naprawdę? Przypadkowe odgadnięcie.
Chrząkam. Gdyby tylko wiedział.
Rozpraszam się, próbując uspokoić Pickles, gdy ta histerycznie rzuca się na nogę Caleba. Kiedy on pochyla się, żeby poklepać ją po głowie, ona skomle i ucieka.
- To rzecz typu „ona może cię dotknąć, ale ty nie możesz dotknąć jej” – wyjaśniam.
- Więc jest ona kokietką, tak jak jej właścicielka.
- Nie znasz wystarczająco dobrze jej właścicielki, żeby zakładać takie twierdzenie – uśmiecham się.
- Chyba nie.
Rozgląda się po moim salonie, a ja niespodziewanie czuję się zażenowana. Moje mieszkanie jest małe i jest tu dużo fioletu. Oczywiście był on tutaj wcześniej, ale tego nie pamięta. Zamierzam wytłumaczyć mu, czemu nie mam ładniejszych rzeczy, kiedy jego oczy się rozjaśniają.
- Kiedyś miałaś długie włosy – mówi, podchodząc do kolażu zdjęć na ścianie. Podnoszę dłoń i dotykam skołtuniony kosmyk tego co zostało.
- Tak, w college’u. Potrzebowałam zmiany, więc ścięłam trzydzieści centymetrów. – Chrząkam i daję nura do kuchni.
- Trochę późno zaczęłam obiad – mówię, podnosząc nóż, zatrzymując się, żeby na niego spojrzeć. Chodzi od drobiazgu do drobiazgu, wszystko badając. Patrzę jak podnosi ceramiczną sowę z regału. Obraca ją i przygląda się spodowi, potem delikatnie ją odstawia. On kupił mi tę sowę.
- Oprowadziłabym cię po mieszkaniu – mówię do niego – ale możesz zobaczyć całe miejsce stamtąd gdzie stoisz.
- Jest urocze – uśmiecha się. – Dziewczęce. Ale z pewnością w twoim stylu.
Unoszę brew. Nie wiem co on ma na myśli. Nie zna mnie… zna, ale teraz nie. Gubię się. Brutalnie siekam cebulę.
Cztery lata temu Caleb pomógł mi się wprowadzić. Razem malowaliśmy; salon na jasnobrązowo, a sypialnię liliowo. Znając moje zamiłowanie do doskonałości, pacnął swoim wałkiem sufit nad łóżkiem, żeby mnie zirytować. Zostawił fioletową plamę, byłam wściekła.
- Teraz będziesz myśleć o mnie każdej nocy zanim zamkniesz oczy – powiedział, śmiejąc się z mojej zmartwionej miny. Nienawidziłam niedoskonałości, nienawidziłam ich. Plama na dywanie, uszczerbek w filiżance, wszystko co szpeciło sposób, w jakim powinny być rzeczy. Nawet nie zjadłabym połamanych chipsów. Po tym jak zerwaliśmy, byłam wdzięczna za tę kroplę farby. Była ostatnią rzeczą, jaką widziałam przed snem i pierwszą rzeczą, jaką widziałam, kiedy się budziłam. Wpatrywałam się w tę fioletową bliznę, jakby była tam gdzieś ukryta twarz Caleba. Caleb był moją niedoskonałością ze swoim nieznacznie zamerykanizowanym brytyjskim akcentem i tym, jak potrafił grać w jakikolwiek sport i zacytować jakiegokolwiek filozofa. Był taką mieszanką klasy i sportowca, romantyka i dupka, że doprowadzało mnie to do szału.
- Pomóc ci? – Miało to być pytanie, ale już odsuwał mnie na bok, jak wyciągnął nóż z mojej ręki i zabrał się do roboty przy pieczarkach. Przystanęłam w drodze do piekarnika i obserwowałam, jak kroi warzywa.
- A więc… przypomniałeś sobie cokolwiek w tym tygodniu? – Wyciągam wystawowe naczynie żaroodporne z piekarnika i kładę je na kuchence.
- Tak.
Moje ciało sztywnieje, a krew napływa do głowy.
- Przeglądałem magazyn, jeden z tych podróżniczych, a tam było zdjęcie pola namiotowego w Georgii. Nie wiem czy kiedykolwiek tam obozowałem. O ile wiem, mogłem sobie to wymyślić, ale coś poczułem, gdy patrzyłem na zdjęcia.
Odwracam wzrok, zanim oczy mogą mnie zdradzić. Obozował tam z wężem o imieniu Olivia.
- Powinieneś tam obozować. Może przywoła to ci jakieś określone wspomnienia. – Zdaję sobie sprawę z mojej głupoty, kiedy słowa już wyszły z moich ust. Jestem w drużynie „amnezja”. Jego przypomnienie będzie końcem mojej głupiej gry.
On otwiera usta, aby coś powiedzieć, ale przerywa mu dzwonek do drzwi. Caleb patrzy na mnie zaskoczony, zawieszając rękę nad papryką.
- Spodziewasz się gości? – pyta.
- Nie, jeśli nie zaprosiłeś swojej anonimowej amnestycznej grupy. – Wycieram ręce, uchylając się przed pieczarką, którą we mnie rzuca i ruszam do drzwi. Ktokolwiek zadzwonił do drzwi, teraz uciekł się do walenia, jak brzmiało, obiema pięściami.
Odblokowuję zasuwę bez patrzenia przez ziernik i otwieram drzwi. Stoi przede mną kobieta z pięścią uniesioną w powietrzu.
- W czym mogę pani pomóc?
Wykluczam Świadków Jehowy, ponieważ zawsze przychodzą dwójkami, a jej makijaż jest zbyt rozmazany, by była sprzedawczynią. Patrzy na mnie z mieszanką strachu i niepokoju. Kiedy zamierzam powiedzieć „nie, dziękuję” i zamknąć jej drzwi przed nosem, zauważam równy szereg łez spływających po jej policzkach. Wpatrujemy się w siebie i wtem, w chwili przerażenia, wiem.
Leah.
- Leah? – Słyszę za sobą głos Caleba, jak się wzdrygam. – Co ty tutaj robisz?
- Mogłabym ci zadać to samo pytanie – jej głos drży, gdy przygląda się naszym twarzom.
- Jem obiad z przyjaciółką. Jak ty…?
- Pojechałam za tobą – mówi szybko ona – nie odbierałeś moich telefonów i chciałam zobaczyć dlaczego. – Wyszeptuje tę ostatnią część, zaciskając powieki, jakby chciała mnie odciąć.
- Jak mogłeś to zrobić, Caleb?
Jak na zawołanie, opuszcza głowę i zaczyna szlochać w dłonie. Przyglądam się jej kapiącemu nosowi i odwracam się, zdegustowana. Mam najgorsze szczęście na świecie.
- Leah. – Caleb przeciska się obok mnie i obejmuje ją ramionami.
Obserwuję z zewnątrz, strach zaciska się na moim żołądku jak pięść.
- Chodź, zawiozę cię do domu. – Odwraca się, żeby pośpiesznie powiedzieć bezgłośnie „przepraszam”, wyprowadzając ją przez drzwi. Patrzę jak idą. Ona wygląda obok niego dziecinnie. On nigdy nie sprawił, że wyglądałam na tak małą i kruchą. Zamykam drzwi i przeklinam. Czuję się jakbym miała tysiąc lat.
Następnego wieczora leżę skulona na kanapie, przygotowując się na ekscytującą noc z moimi podaniami na wydział prawniczy, kiedy dzwoni dzwonek do drzwi.
Jęczę i przyciskam twarz do poduszki. Rosebud.
Otwieram drzwi bez zerknięcia przez ziernik.
Nie Rosebud. Caleb. Przyglądam mu się ostrożnie.
- No, no, no – mówię – spójrzcie kogo przyprowadziła rudowłosa dziewczyna.
On uśmiecha się do mnie z zakłopotaniem i przesuwa ręką przez włosy.
- Przepraszam, Olivia, chyba jest jej trudniej niż myślałem.
- Posłuchaj, naprawdę nie chcę angażować się w dramat twojej dziewczyny…
Uderzyłam w jakiś emocjonalny nerw, ponieważ on mruga, jakby robak właśnie wpadł mu do oka.
- Rozumiem to – mówi. – Ona chce, żebym miał przyjaciół. Po prostu to był szok.
- Ona nie chce, żebyś miał przyjaciela jak ja, Calebie, a jeśli powiedziała ci, że nie ma nic naprzeciwko, to kłamała.
- Przyjaciół jak ty? – mówi, uśmiechając się. – Insynuujesz, że jesteś atrakcyjna?
Wywracam oczami. Zupełnie nie na temat.
- Dobra, dobra – mówi, podnosząc ręce – ale chcę cię jako przyjaciółkę, niezależnie od tego, co myślą inni. Czy to się liczy?
Każę mu czekać. Udaję, że o tym myślę. Zagryzam wargę i marszczę brwi. Potem odsuwam się na bok i wpuszczam go do domu. Wygląda na całkiem zadowolonego z siebie.
Postanawiamy, że chcemy ciasto. Wyciągam miski oraz składniki, a Caleb robi nam czapki szefów kuchni z ręczników papierowych. Dziwię się faktem, że kilka tygodni temu myślałam, że już nigdy więcej go nie zobaczę, a oto jest w mojej kuchni. Dużo się śmiejemy, a kiedy rzadkie ciasto jest gotowe, żeby wlać je do formy, Caleb psuje nastrój.
- Leah robi najlepsze Red Velvet Cake.
Piorunuję go wzrokiem, bo nie chcę teraz myśleć o jego wymyślnej dziewczynie I nigdy nie jadłam Red Velvet Cake.
Gdy on bez końca o tym opowiada, biorę garstkę rzadkiego ciasta i rzucam je w stronę jego twarzy.
Oczywiście pudłuję i ląduje one na ścianie za jego głową. Caleb odwraca się, żeby na to spojrzeć.
- Wiesz co – mówi z zaskakującym opanowaniem – naprawdę musisz popracować nad swoim celem.
Nim orientuję się, co się dzieje, on przewraca całą swoją miskę do góry nogami nad moją głową.
Zachlapuję całą podłogę brązowym ciastem, śmiejąc się tak mocno, że ledwo mogę stać. Sięgam do blatu, żeby odzyskać równowagę i czuję jak stopy wysuwają się spode mnie. Caleb wyciąga dłoń, by mnie złapać, a ja zamiast przyjąć jego pomoc, próbuję usmarować go ciastem. Rozmazuję je na jego twarzy. On krzyczy, i w ciągu kilku sekund moja malutka kuchnia jest polem bitwy. Rzucamy jajkami, mąką i olejem, a gdy te się kończą – rzucamy w siebie garściami czekoladowych wiórków. W pewnym momencie łaskoczę go i upadamy na podłogę. Śmiejemy się tak mocno, że łzy zaczynają spływać z naszych pokrytych ciastem oczu. Pochylam się nad nim, jak on leży rozwalony na plecach. Na jego nosie jest jajko, a obydwie brwi pokryte są mąką. Nie mogę sobie wyobrazić, jak ja muszę wyglądać. Śmiech nagle jest wyssany z naszych gardeł, gdy zdajemy sobie sprawę z niezręczności swoich pozycji. Moglibyśmy się pocałować. Jak w filmach.
Wiszę nad nim przez chwilę, czekając aby zobaczyć, czy zrobi jakiś ruch. Jego spojrzenie niewątpliwe jest na moich wargach, a ja jestem bez tchu w oczekiwaniu. Moje serce jest przyciśnięte gdzieś do jego żeber i zastanawiam się, czy czuje jak bije ono pompatycznie.
- Olivia – szepcze.
Przełykam ślinę.
- Wciąż mamy ciasto do upieczenia.
Pieczenie? Rozglądam się po bałaganie i jęczę. Jak on może myśleć o pieczeniu?
Dwie godziny później siedzimy na podłodze mojego małego balkonu, wciąż pokryci rzadkim ciastem, jedząc ciasto Caleba. Wyciągam kawałek paskudztwa z włosów i wyrzucam je przez balustradę. Caleb upuszcza kolejny kawałek do moich rąk.
- Ulubiona książka? – pyta.
- Pani Bovary.
Prycha.
- Ulubione zajęcie?
- Depresja.
- Ulubione zajęcie? – pyta znowu. Gramy w tę grę przez ostatnią godzinę. Jest to bardzo jednostronne, ponieważ on nie pamięta swoich ulubionych rzeczy.
Drapię się w brodę. – Jedzenie.
- Ulubione wspomnienie?
Zatrzymuję się przy tym. Wszystkie moje ulubione wspomnienia obejmują jego.
- Był taki… facet… zaplanował super-niezwykłą randkę. Posłał mnie w grę, gdzie trzeba zbierać różne przedmioty i musiałam wykombinować odpowiedzi na takie wskazówki jak, gdzie była nasza pierwsza randka i gdzie było najlepsze miejsce na kupienie stanika. Za każdym razem, kiedy poszłam do jednego z miejsc we wskazówkach, czekały tam na mnie prezent i kolejna wskazówka. Skończyło się tak, że dotarłam do miejsca, gdzie mieliśmy pierwszy pocałunek. Przygotował stolik z kolacją i muzyką. Tańczyliśmy. Było… - Nie wiem jak skończyć te zdanie.
Caleb milczy. Kiedy odwróciłam się aby na niego spojrzeć, on wpatruje się w niebo.
- Jak miał na imię?
Kręcę głową.
- Nie ma mowy.
- Dlaczego? Wstrząśnij moim światem – powiedz mi…
- Dziś gwiazdy wyglądają na srebrne – mówię, zmieniając temat. – Może wkrótce przypomnisz sobie swoje ulubione rzeczy – mówię cicho. On wzrusza ramionami.
- Albo po prostu zrobię nowe ulubione rzeczy. Zaczynając z tobą. – To powinno mnie podekscytować, ale jedynie przypomina mi o tykającej bombie zegarowej, którą przypomina nasza relacja.
- Mogę być twoją ulubioną dziewczyną?
- Już jesteś, Księżno.
Wzrok mi się rozmazuje, a serce lekko podskakuje. Czy sobie tylko to wyobraziłam?
- Jak mnie właśnie nazwałeś?
Caleb wygląda na zawstydzonego.
- Księżną, ale nie pytaj czemu, po prostu pojawiło się w mojej głowie. Przepraszam.
Wpatruję się przed siebie i mam nadzieję, że nie zauważy on przerażenia na mojej twarzy.
- Nie, nie, to nic – mówię cicho. Ale tak nie jest. Księżna była jego przezwiskiem na mnie w college’u.
- Lepiej już pójdę – mówi on, szybko wstając.
Chcę go zapytać czy coś sobie przypomniał, ale jestem zbyt przerażona.
Odprowadzam go do drzwi, a on pochyla się, żeby pocałować mnie w policzek.
- Pa – mówię.
- Pa. – Następnie wchodzi w powietrze nocne, pozostawiając mnie samą.
On sobie przypomni i to za niedługo! Muszę wymyśleć sposób na kupienie sobie więcej czasu.
Księżna myśli o upiciu się, ale zamiast tego dzwoni do Cammie.
- Najwyższy czas! – jej głos brzmi daleko.
- Przepraszam, Cam, byłam zajęta.
- Zajęta czym? I myślałam, że przestałaś jeść chipsy.
Moje chrupanie zatrzymuje się. Trzymam w połowie zjedzone Dorito w policzku i nic nie mówię.
- Coś knujesz – mówi Cammie po minucie. – Powiedz mi, o co chodzi…
- Hmmm… uhhh… - mamroczę. Nic nie mogę ukryć przed tą dziewczyną. Ma radar plotkary.
- Widziałam Caleba, Cammie – wyrzucam, nerwowo gryząc paznokieć.
Jest cisza na drugim końcu linii. Ona wie, że nie żartowałabym o czymś takim.
- On ma amnezję i nie wie, kim jestem.
Słyszę jak wzdycha.
- Olivia… powiedz mi, że tego nie zrobiłaś.
- Zrobiłam.
- OSZALAŁAŚ? – Odsuwam telefon od ucha.
- Cammie, kiedy go zobaczyłam, poczułam to wszystko tak mocno, jak wtedy gdy byliśmy razem. Jest tak jakby wszystko było wciąż takie samo, a ostatnie trzy lata się nie wydarzyły.
- Masz prawo go kochać, tego nie można kontrolować. Do czego nie masz prawa, to go wykorzystywać… ZNOWU! – Skąd wziął się ten dojrzały potwór?
- Lubiłam cię bardziej jako studentkę pierwszego roku.
- Ta, cóż, niektórzy z nas dorastają, Olivia, i niektórzy z nas wiecznie grają w te same nudne gierki. Czy kiedykolwiek pomyślałaś, że może nie jesteście razem, ponieważ nie powinniście być? Odpuść sobie!
- Nie mogę – mówię cicho. Głos Cammie tym razem jest delikatniejszy.
- Olivia, możesz mieć każdego mężczyznę, jakiego chcesz. Czemu on? Czemu zawsze chodzi o Caleba?
- Bo… bo nie potrzebowałam nikogo, dopóki go nie poznałam.
- Wiesz, że on się dowie.
- Muszę iść – mówię. Nie chcę o tym myśleć. Łzy zaczynają sączyć się z moich oczu.
- Kocham cię, Olivia, bądź ostrożna. – Rozłączam się, czując jakby mój brzuch pełen był kamieni. Zapomniał o mnie. Mogę mu przypomnieć nie to, co mu zrobiłam, ale to co do mnie czuł.
Podchodzę do szafy, sięgam do najwyższej półki i wyciągam zakurzone pudło. Kładąc je na dywanie, delikatnie ściągam pokrywę i patrzę na jego zawartość. Jest parę kopert wypchanych listami, kilka zdjęć oraz małe drewniane pudełko z namalowanym kwiatem na wieczku. Wyciągam pudełko i je otwieram. Ręka przeszukuje stos wspomnień, brelok, płytę CD i wystrzępione pudełko zapałek. Dłoń nieruchomieje, kiedy muska najważniejszą pamiątkę. Potrząsam pudłem, aż wszystko odsuwa się na bok i mogę zobaczyć błyszczący, owalny pens.

- Ty – mówię oskarżycielsko, podnosząc go i przewracając pomiędzy palcami. – To wszystko twoja wina.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz