23.10.13

The Opportunist - Rozdział dziewiąty

Przeszłość

Decyzja została podjęta. Powiedziałam Cammie o aborcji, jak siedziałyśmy w bufecie pochylone nad naszymi obiadowymi tacami.
- Żartujesz – powiedziała, kiedy frytka wypadła z jej ust.
- Nie – rzekłam, przełykając gulę w gardle. – Podsłuchałam jak mówiła o tym tej wysokiej dziewczynie – tej, która ciągle się drapie.
Wepchałam ostatnią frytkę do ust i zlizałam sól z warg.
- Nadii? – zapytała Cammie, odpychając swój talerz.
- Tak, Nadii, ale nie możesz nikomu powiedzieć, że to ja ci powiedziałam, Cam, jak okropnie by było, gdyby to się wydało?
Przyjrzałam się ładnej twarzy mojej współlokatorki i zmarszczyłam brwi. Może to będzie ten jeden raz, kiedy Cammie będzie trzymała buzię na kłódkę. Co ja wtedy zrobię?
- Myślisz, że Caleb by się przyjął, to znaczy, myślisz, że on by chciał je zatrzymać?
Wpatrywałam się w jej błyszczące oczy i poczułam jak opada mi żołądek. Nigdy tak naprawdę o tym nie myślałam. On chciałby je zatrzymać. W głębi serca to wiedziałam. To jak mówił o swojej rodzinie tego wieczora u Jacksona powiedział mi, że chciałby być ojcem. Zamknęłam nikczemne oczy i westchnęłam.
- Dlaczego myślisz, że mogłabym znać odpowiedź na te pytanie?
Cammie wzruszyła ramionami. – Trochę go znasz. Mam na myśli, że spędziłaś z nim trochę czasu, po prostu pomyślałam…
- Nic o nim nie wiem – warknęłam, wstając i chwytając moją tacę. Tyle tylko że pragnęłam go bardziej niż wszystkiego innego na świecie. Spuściłam wzrok na Cammie i poczułam panikę. To było to.
Cammie miała biegunkę ustną. Będzie to w całej szkole i to szybko. Właśnie oficjalnie zapewniłam sobie miejsce w pierwszym rzędzie w pociągu do piekła.
Ciuch ciuch!
- Wracam do akademika – powiedziałam. Chciałam, żeby poszła ona ze mną, bym mogła mieć na nią oko. Nie byłam pewna czy chciałam…
- Okej. Ja tutaj jeszcze pobędę. – Cammie uśmiechnęła się do mnie słodko. Jej twarz wyglądała niewinnie, ale jej oczy były diabelskie. Mogłam zobaczyć jak potwór plotkarski wpełza w górę jej przełyku i naciska jak oszalały na jej usta, żeby być wypuszczonym.
Odwróciłam się na pięcie i wyszłam, zanim mogłaby zobaczyć łzy tkwiące w kącikach moich oczu.
Ciuch ciuch…
Nowiny o aborcji obracały się i rechotały przez łańcuch plotek aż doszły do Caleba dwa dni później. To eksdziewczyna wymierzyła Calebowi uderzenie. Wykorzystała swoją pierwszą szansę by odciąć Jessicę, żeby go odzyskać. Widziałam jak posyłała Jessice nieprzyjemne spojrzenia przez ostatnie kilka tygodni. Rozpoznałam je, ponieważ ja też je wysyłałam.
Całe zerwanie zajęło mniej niż dziesięć minut. Była tego świadkiem duża część ciała studenckiego, która kręciła się przy scenie jak muchy przy krwawiącej padlinie. Nie byłam tam, lecz opowiedziała mi o tym Cammie, która miała miejsce w pierwszym rzędzie. Eks wybrała doskonałą porę, mówiąc Calebowi tuż przed tym jak miał spotkać się z Jessicą na obiedzie, a potem obserwowała wszystko z dystansu. Jessica znalazła Caleba czekającego na nią na schodach do kafeterii. Ich spotkanie było krótkie. W ataku histerii Jessica wyznała wszystko Calebowi, który, jak niektórzy mówili, walnął w ścianę, a inni mówili, że rzucił ławką w drzewo. W rzeczywistości odszedł od niej z kamienną twarzą i nigdy więcej się do niej nie odezwał. Jessica wyjechała do domu dzień po zamieszaniu i rzekomo pozostawiła wszystkie swoje rzeczy. Zastanawiałam się czy wiedziała, że to byłam ja – czy w ogóle pomyślała o mnie po tym dniu lub czy moja twarz rozmazała się w miejscu, gdzie należeli wszyscy niepopularni.
Nosiłam swoje poczucie winy przez tydzień. Miałam poczucie jakby twarda ręka naciskała na mój kark. Zwieszałam głowę we wstydzie i czaiłam się po akademiku jak cień. Do dnia ósmego już usprawiedliwiłam to, co zrobiłam.
Zaszyłam się w samolubstwie. Wykorzystałam dziewczynę szukającą kogoś do zaufania i wykorzystałam jej kłopotliwe położenie dla własnego zysku. Byłam dzieckiem mojego ojca. Czułam do siebie odrazę.
Mój ojciec – Oliver Kaspen, bez drugiego imienia, był najgorszym typem łajdaka, jakiego kobieta mogła wypuścić ze swoich lędźwi. Moja matka kiedyś mawiała, że był on wiernym odbiciem Elvisa, ciemny i seksowny z namiętnym spojrzeniem. Miał rodzaj ust, które mówiły ładne rzeczy, lecz kiedy sprawy się pogarszały, układały się w pełnym nienawiści uśmiechu i raniły cię tam, gdzie bolało. Ale zanim zrzucił płaszcz uroku, który nosił i zanim powiedział ci, że był z tobą tylko z powodu brzydkiego bachora, którego nosiłaś, był cały w uśmiechach, pocałunkach i komplementach. W taki sposób zdobył moją matkę i tak otrzymał mnie – brzydkiego bachora.
Został tylko przez trzy lata po moich narodzinach, nim odszedł z workiem marynarskim na ramieniu. Okresowo „godził się” z mamą, zamieszkiwał lewą stronę jej łóżka, a potem znowu znikał, by gdzie indziej toczyć swoją burzliwą młodość. Stawiał w grach nasze pieniądze na zakupy, przeklinał nas, kiedy je tracił i nigdy nie czuł poczucia winy, gdy nie mieliśmy nic do jedzenia prócz czerstwych słonych krakersów. Mój tata.
Raz kiedy nasze szafki były puste, a ja łapczywie gryzłam swojego kciuka, zniknął z ostatnim dolarem mojej matki. Mój pięcioletni umysł pomyślał, że poszedł znaleźć jakieś jedzenie, lecz kilka godzin później wrócił pachnąc tak mocno filadelfijskim serowym befsztykiem, że wywołało to u mnie ślinotok. Oliver Kaspen dbał o Olivera Kaspena. Au. To była kropla, która przepełniła miarę mojej matki. Wykopała go z naszej gównianej kawalerki z wiązanką przekleństw, których nigdy wcześniej nie słyszałam.
Szał na Caleba zaczął się krótko po tym jak wyjechała Jessica. Dziewczyny domagały się uwagi Caleba jak naćpane szympansy.
- On ma banana, którego pragnie każda dziewczyna – skomentował Jim jednego popołudnia, jak obserwowaliśmy kilka blondynek podskakujących wokół niego jak luźno przywiązane balony z helem. Caleb śmiał się z czegoś, co powiedziała jedna z nich. Pochyliła się i pocałowała go w policzek, na co on się zarumienił i odsunął w zaskoczeniu. Odwróciłam zazdrosna wzrok. Nie mogłam już tego wytrzymać. Mentalnie mordowałam kogoś nowego, co kilka minut.
Moja okazja nadeszła tego samego dnia, kiedy oblałam sprawdzian z łaciny. Nigdy nie otrzymałam trójki w całej mojej edukacyjnej karierze, więc duża jedynka obrysowana czerwienią i podkreślona dwa razy była czystym wstrząsem. Traciłam kontrolę. Nie potrafiłam się skoncentrować. Caleb zagrzebał się w moim umyśle jak pasożyt i żywił się moimi uczuciami oraz myślami. Coś musiało zostać zrobione. Stałam pomiędzy budynkami, trzymając sprawdzian kurczowo przy piersi i wpatrując się szklistym spojrzeniem na jakąś ceglaną ścianę, kiedy ktoś mnie minął i wepchnął mi do ręki ulotkę. Normalnie bym ją wyrzuciła, ale tym razem, obwiniajcie za to moment szoku, ją obróciłam.
PRZYJĘCIE ZAX
Gdzie? Gdzie indziej?
Kiedy? W sobotę o 22:00
Przynieś: Piwo
Kiedy wróciłam do pokoju, rzuciłam ulotką w twarz Cammie.
- Chodźmy na to.
Pochylała się nad szerokim plakatem, używając ciekłej kreski do oka, żeby szablonować słowa „Biznesplan” na górze. Zerknęła na ulotkę przez ułamek sekundy i zaczęła dmuchać na litery.
- Masz jakiś kryzys wieku średniego?
- Mam tylko dwadzieścia lat, smarkaczu; musisz być w średnim wieku, żeby mieć kryzys wieku średniego. Czemu nie używasz markera?
- Nie mam i nie jestem w humorze na żarty. Ten projekt jest na jutro, a jedyną rzeczą jaką wiem o biznesie jest, jak go przeliterować.
- Cóż, nawet tego nie wiesz, bo brakuje ci „s”.
Cammie zmarszczyła brwi na swój plakat i zaczęła pracować nad „s”.
- Musisz ze mną iść…
Podeszłam do mojej szuflady i wyciągnęłam pudełko markerów.
- Co zamierzasz robić na imprezie?
Stłumiłam pragnienie, aby ją walnąć i próbowałam brzmieć przyjemnie.
- Nie wiem. Normalne rzeczy, jakie ludzie robią na imprezach… jak… spędzanie czasu.
- Nie pijesz, tańczysz ani palisz. Sorry, Olivia, nikt nie będzie chciał rozmawiać z tobą o polityce, chyba że pójdziesz beczkową imprezę przy Beta Nu, a to byłoby tak bardzo, bardzo nudne.
- Umiem tańczyć – powiedziałam obronnie – i każdy umie pić – nie potrzeba do tego specjalnego talentu.
- Tak, ale potrzeba specjalnego talentu na nie zachowywanie się jak głupek, kiedy się pije. – Rysowała serduszka na rogach plakatu i w każdym z nich robiła małe uśmiechające się minki.
Była takim marnotrawstwem dobrego powietrza.
Westchnęłam dramatycznie.
- Zrobię za ciebie twój projekt – jeśli ze mną pójdziesz.
Cammie przekręciła się na plecy i wymachiwała ramionami w powietrzu, jakby pływała stylem klasycznym.
- Chwała allejuja! Wypowiedziałaś magiczne słowa.
Burknęłam. I tak bym to dla niej zrobiła. Byłabym potępiona, gdybym pozwoliła swojej współlokatorce oddać biznesplan, który wyglądał jak kartka walentynkowa.
W sobotę przygotowałam się z precyzją chirurga kręgowego. Wszystko musiało być właściwe. Zamierzałam wygrać tę bitwę. O dwudziestej drugiej Cammie i ja wchodziłyśmy po schodach do domu Zax otoczone chmurą wydychanej nikotyny. Kręciło mi się w głowie, a sukienka, która była o rozmiar za mała, opinała mi klatkę piersiową jak boa dusiciel.
- Dobrze, że wyglądasz jak normalna dziewczyna – powiedziała Cammie, uśmiechając się do mnie z aprobatą.
- Normalna – w przeciwieństwie do czego?
Szarpałam za sukienkę, starając się zakryć odkrytą krągłość moich piersi, które unosiły się jak dwie pulchne bułeczki z biustonosza push-up Cammie.
Uśmiechnęła się do mnie złośliwie i zsunęła z powrotem sukienkę.
- Cóż, po pierwsze masz te. – Szturchnęła mnie w pierś. – Ukrywałaś je w tych brzydkich, niemodnych koszulkach, które nosisz. I makijaż sprawia, że wyglądasz seksownie – nawet egzotycznie. Ładnie się odstawiłaś.
Miałam taką nadzieję.
- Jesteś gotowa, O? – zapytała Cammie, ściskając mnie za ramię. Tak naprawdę było mi trochę niedobrze, ale wzięłam głęboki wdech i potaknęłam.
- Dobrze, ponieważ to będzie najbardziej interesujący wieczór twojego życia.
Drzwi się otworzyły i weszłyśmy do pomieszczenia tak przepełnionego ciałami i smrodem piwa, że moim pierwszym odruchem było cofnięcie się. Cammie przepchnęła mnie przez próg w stronę stolika zastawionego butelkami.
- Najpierw drink – rzekła, podając mi czerwony plastikowy kubek – potem zrobisz to, po co tu przyszłaś.
Cammie wlała wódkę do mojego kubka, po czym dodała odrobinę żurawiny. Byłam taka zdenerwowana. Wzięłam łyk zbyt duży na moją buzię i wylałam mieszankę na przód swojej sukienki.
- Ostrożnie, Julio Roberts. Planem jest, żeby być spokojną. – Cammie przypatrywała mi się z dezaprobatą, a ja upiłam kolejny łyk, tym razem ostrożnie. Było gorzej, niż myślałam. Ludzie się pocili i wszystkiego dotykali, chuchali alkoholowym oddechem w twarze innych ludzi… zarazki! Chcica! Zachowywali się jak zwierzęta. Nagle poczułam przypływ paniki. To było zbyt trudne – zachowywanie się jak kto inny. Musi być na to jakiś inny sposób.
- Nie sądzę, że potrafię… - powiedziałam, obracając się. Drzwi były w odległości dziesięciu kroków. Musiałabym tylko ominąć parę ciał i mogłabym wyślizgnąć się w chłodne nocne powietrze, zanim miałabym szanse się upokorzyć.
Cammie chwyciła mnie za ramię.
- Tam on jest – syknęła mi do ucha. Odwróciłam się. Był w pokoju po naszej lewej, grając w bilard. Rechotliwy śmiech przypłynął tam, gdzie stałyśmy i wyłapałam słowa „wibrator i ślusarz”.
- Dobra, możemy zostać na trochę – powiedziałam słabo. Teraz była kolej Caleba. Nachylił się nad stołem mocno skoncentrowany i wbił dwie bile do łuz.
- Co teraz zrobię?
- Musisz przyciągnąć jego uwagę bez przyciągania jego uwagi.
- Nie mówię w gierkach dziewczyn.
Cammie pomachała do kogoś po drugiej stronie pokoju.
- Słuchaj, po prostu nie bądź oczywista – rzekła. – Nie ma nic bardziej nieatrakcyjnego niż dziewczyna, która rzuca się na faceta. – Mówiła to ta sama Cammie, która każdego poranka wcierała oliwkę dla dzieci w swój dekolt, żeby przyciągnąć uwagę do jej „lepszych części”, jak je obwieszczała.
- Jak do diabła mam to zrobić?
- To ty chciałaś tutaj przyjść. Sama wymyśl. – I z tym mnie zostawiła. Mała szumowina. Stałam przy stoliku z napojami przez kilka minut aż zdałam sobie sprawę, że muszę wyglądać jak frajerka i zaczęłam się przechadzać. Okej, musiałam zrobić coś, żeby zwrócić jego uwagę, żeby wiedział, iż tutaj jestem.
Dostrzegłam boks DJ’a i pomysł pojawił się w moim mózgu. Tańczenie! Moja tajna broń!
Facet mający na sobie koszulkę z „Korn” wpisywał coś do laptopa za stołem. Skinął mi głową, kiedy podeszłam, a jego wzrok od razu znalazł mój dekolt.
- Mogę poprosić o piosenkę? – krzyknęłam ponad muzyką. Kiwnął na moje dziewczynki i wcisnął mi do dłoni kawałek papieru i ołówek. Szybko zapisałam tytuł piosenki i artystę na kartkę i mu ją oddałam.
- Moja twarz jest tutaj – powiedziałam, wyciągając rękę i podnosząc jego brodę, aż patrzył mi w oczy. Uśmiechnął się i puścił mi oko.
Degenerat. Trochę go lubiłam.
- Twoja jest następna. – Zawołał ponad muzyką. Podniósł kciuki w moją stronę, jak odeszłam.
Przyjrzałam się parkietowi z niepokojem i zobaczyłam, że jedyną osobą, która tam była, to przedwcześnie pijany facet, który kręcił się w koło, kręcąc biodrami bez śladu rytmu. To mnie zabije, ale była to obsesja i zamierzałam to zrobić. Wzięłam olbrzymi haust, wypijając pozostałości mojego koktajlu z wódki i przywołałam wspomnienie naszego pocałunku w basenie. Ta myśl dała mi chwilowy przypływ odwagi. Znowu chciałam być tak całowana – możliwe każdego dnia mojego życia.
Weszłam na parkiet, gdy moja piosenka popłynęła z głośników. Zajęło mi tylko dziesięć sekund, aby przejąć cały pokój. Ludzie jednocześnie przestali robić, co robili, żeby na mnie popatrzeć. Byłam dobra. Byłam naprawdę, naprawdę dobra. Cicho podziękowałam swojej matce za osiem lat lekcji tańca, które wykłóciła z miejscowego studia, kiedy kręciłam biodrami w skomplikowanym ruchu.
Mam obsesję na punkcie jednej myśli o tobie[1]
Zobaczyłam twarz Cammie pojawiającą się zza rogu, żeby zobaczyć co się dzieje. Jej usta zrobiły kształt „O” i puściła do mnie oko z aprobatą.
To niezdrowo tak się czuć…
Inni ludzie zaczęli dołączać do mnie na parkiecie, ale trzymali pełen szacunku dystans, kołysząc się wokół mnie jak moi właśni pomocni tancerze.
- Wygląda na to, że mamy dziś wieczorem kogoś seksownego w tym domu. – Usłyszałam jak mówi DJ przez mikrofon. Gdy więcej ludzi zaczęło tłoczyć się wokół, żeby mnie oglądać, zobaczyłam, że Caleb i jego kumple bilardowi wychodzą z tylnego pokoju. O tak, chodź zobaczyć wokół czego jest całe te zamieszanie. Pozwoliłam włosom opaść uwodzicielsko na oczy i zakręciłam biodrami w jego kierunku.
Tym razem, proszę, niech ktoś mnie uratuje…
Obserwowałam jego twarz, jak mnie zauważył, a mój żołądek zrobił mały taniec ekscytacji. Bingo! Kontakt wzrokowy. Poza lekkim zmrużeniem oczu, jego twarz nie pokazała ani joty emocji. Cholera! Wykonałam swoje popisowe potrząśnięcie brzuchem i zobaczyłam z zadowoleniem, jak uniósł brew. Kiedy Rihanna zaśpiewała: Twoja obecność i ja po drugie szacują moje zdrowe zmysły… spojrzałam wprost na Caleba i zgięłam palec. W ogóle nie wyglądał na zdziwionego. Odepchnął się od ściany i swobodnie do mnie podszedł, dłonie wciąż trzymając w kieszeniach. Przez chwilę pozwalał mi tańczyć wokół siebie, uśmiechając się na pogwizdywanie, zanim chwycił mnie w pasie i tańczył w synchronizacji z moimi krokami. Był dobry – płynny – tak jak się spodziewałam.
Gdy ta piosenka się skończyła, tańczyliśmy do następnej i następnej. Moje włosy były mokre i kleiły się do karku, kiedy Caleb w końcu ściągnął mnie z parkietu. Trzymałam jego rękę, jak kierował nami przez ocean ciał na ganek. Oparliśmy łokcie o balustradę, pozwalając chłodnemu powietrzu przebiec palcami po naszej lepkiej skórze.
- Jesteś pełna niespodzianek. – Takie były pierwsze słowa, jakie powiedział do mnie od miesięcy. Rozkoszowałam się dźwiękiem jego głosu, nim odpowiedziałam.
- Czemu? Bo potrafię tańczyć? – Podniosłam włosy z szyi i spojrzałam mu w oczy.
Caleb pokręcił głową i zrobił coś wargami, co niemal ugięło mi kolana.
- Nie. Bo przyszłaś… bo masz na sobie tę sukienkę – uśmiechnął się, przyglądając się mojemu dekoltowi – i nie dlatego, że potrafisz tańczyć, ale dlatego, że zatańczyłaś.
- Myślisz, że jestem sztywna – westchnęłam, patrząc na wymiotującą dziewczynę w azalie sto metrów dalej.
- Wszyscy myślą, że jesteś sztywna.
Wiedziałam, że nie mówił tego, by być wrednym. To był tylko fakt – jak to, że zielone jabłka są kwaśne.
- Jesteś jak para butów z sześciocalowymi obcasami. Cała poza oraz seksowność, ale sprawiasz, że ludzie czują się nieswojo tylko na ciebie patrząc.
Cóż, oficjalnie przeszłam lamy na obuwie.
- A po dzisiejszym wieczorze? – zapytałam go, dłubiąc złuszczoną farbę na poręczy.
- Sądzę, że złamałaś obcas i nosisz klapki, tak jak reszta nas. – Był śmiech w jego głosie.
- Jutro mogę włożyć z powrotem swoje buty – powiedziałam. – I dlaczego mówimy metaforą?
Caleb roześmiał się, a potem nagle znowu stał się poważny.
- Lubię twoje buty. Są seksowne. – Głos miał gardłowy i uwodzicielski. Wiedziałam, że potrafił zabrać dziewczyny – może nawet mnie do łóżka, jedynie używając tego głosu.
- Mam coś dla ciebie – powiedziałam nagle, wyciągając się z transu, który na mnie kładł. Przekrzywił głowę. Ten mały gest tak podniósł mi emocje, że na parę sekund zapomniałam, co miałam zrobić. Łapiąc jego rękę, położyłam na niej mój symbol. On uśmiechnął się do mnie, prawie pytająco i opuścił wzrok. To był pens. Znalazłam go w kieszeni jego bluzy w poranek po naszym pocałunku.
Tym razem to ja zrobiłam pierwszy krok. Podeszłam do niego, eliminując przestrzeń między nami, w chwili kiedy podniósł wzrok. Jego dłonie objęły mnie w talii i w jednym płynnym ruchu, obrócił naszymi ciałami, aż moje plecy przyciskały się do ściany. On starał się osłonić nasz moment przed maruderami, którzy przechadzali się po ganku. Zniknęłam za jego plecami, lecz wciąż słyszałam parsknięcia i okrzyki zaskoczenia.
Ten pocałunek był inny od pierwszego. Całowaliśmy się wcześniej, więc tym razem nie było żadnego niezdecydowania czy nieśmiałość. Robił on rzeczy swoimi ustami, które celowo prowokowały sugestywne myśli. Ciężko oddychałam, kiedy się odsunął. Opierałam ręce za sobą, przyciskając je do szorstkiego tynku domu. Caleb zaśmiał się, przebiegając dłońmi po moich włosach, ciągnąc za rozdwojone końce.
Nadal opierałam się o ścianę, zastanawiając się czy moje nogi będą pracować, jeśli nimi poruszę. Tylne drzwi się otworzyły, wypuszczając hałas imprezy.
- Chodź – powiedział, chwytając moją rękę. – Chcę znowu zobaczyć jak tańczysz.
Zakochałam się mocno i szybko, jak cios Tysona. Jednego dnia po prostu cieszyłam się jego towarzystwem, a następnego nie mogłam bez niego przeżyć. Widywaliśmy się ze sobą w każdej wolnej chwili – nawet jeśli był to tylko szybki, głodny pocałunek przed zajęciami. Kiedy nasze oceny gwałtownie spadły, postawiliśmy granice: żadnego rozmawiania przez telefon po zmroku i nie widywanie się w ciągu tygodnia oprócz pór posiłków. Przez większość czasu łamaliśmy nasze zasady kilka minut po ich ustaleniu. Nieistotne było próbowanie trzymać się od niego z daleka. Był moim narkotykiem. Nigdy nie miałam dosyć, a kiedy go miałam, już myślałam o tym, kiedy będę miała go następnym razem.
Wydawaliśmy się szczęśliwsi niż inne pary, wiecznie tkwiący w szczęściu tak intensywnym, że nasze usta unosiły się w uśmiechu nawet w naszym śnie. Caleb nauczył mnie jak się bawić – coś czego nigdy nie wiedziałam w młodości ani jako dorosła. Przynosił mi babeczki, po czym rozbijał mi je na twarzy. Wziął mnie na kajaki i przewrócił nas do wody. Pewnego razu, kiedy jego bractwo było gospodarzem nocy zapasów w galaretce, przekonał mnie bym przyszła, a potem wyzwał mnie na pojedynek. Z kolanami zagłębionymi w galaretce koloru niebieskawozielonym, zaatakowałam go, celując w kolana. Miałam szczęście i wytrąciłam go z równowagi. Obydwoje wylądowaliśmy na plecach, a Caleb śmiał się tak mocno, że brzmiało jakby szlochał. Kochałam go całą sobą. Nauczył mnie on, kim byłam, coś czego nigdy bym się nie dowiedziała, bez jego wprawnego obchodzenia się z moją osobowością.
Tamtego lata, wzięłam niepełno-etatową pracę w małej księgarni. Byłam jedynym pracownikiem, oprócz właściciela, i pracowałam w nocy, co wymagało ode mnie żebym zamykała sklep około północy. Księgarnia dzieliła parking z barem Wystrzały i przez większości nocy musiałam znosić gwizdy od nietrzeźwych motocyklistów, którzy stali na zewnątrz. Nie cierpiałam tego i zaciskałam pięści przez całą drogę do samochodu, na wypadek gdybym musiała kogoś uderzyć.
Pracowałam tam przez trzy tygodnie, kiedy Caleb wpadł, by mnie zobaczyć. Jego twarz była zaczerwieniona i napięta, gdy przeszedł przez drzwi.
- Co jest? – powiedziałam, obchodząc ladę, żeby go przytulić. Zerknęłam przez jego ramię, zastanawiając się czy jeden ze szczurów z baru powiedział coś, żeby go rozzłościć. Często wygłaszali niegrzeczne komentarze klientom przechodzącym obok.
- Jesteś tutaj sama?
- Cóż, jest paru klientów – rzekłam, rozglądając się po alejkach.
- Kiedy wychodzisz w nocy, idziesz sama do auta? – Jego głos był zniecierpliwiony, a ja zastanawiałam się, dokąd z tym zmierzał.
- Tak.
- Już tutaj nie pracujesz – powiedział stanowczo.
- Co? – Opadła mi szczęka. Nigdy nie odezwał się do mnie w taki sposób.
Wskazał na zewnątrz, na bar. – To niebezpieczne. Jesteś kobietą. Jesteś sama, a nie pomaga to, że wyglądasz tak jak wyglądasz.
- Mówisz mi, że muszę rzucić pracę z powodu tego jak wyglądam? – Podniosłam brew i wróciłam za kasę. Wkurzał mnie.
- Mówię ci, że nie jest dla ciebie bezpieczne bycie tutaj samej, a potem chodzenie samej do samochodu.
- Potrafię o siebie zadbać. – Zaczęłam układać książki, które musiały być odłożone na półki do wózka.
- Jesteś lekka jak piórko, a tamci mężczyźni są bardzo pijani.
Wzruszyłam ramionami.
Caleb wyglądał jak kula gorącej energii i mnie niepokoił.
- Nie rzucę pracy – powiedziałam, kładąc ręce na biodrach. – Muszę pracować. Nie wszyscy mają bogatych rodziców i fundusze powiernicze, które przeprowadzą nas przez życie.
Jego twarz pobladła. Nienawidził kiedy ktokolwiek wspominał fakt, że był on bogaty, tym bardziej, kiedy ja to robiłam. Wyszedł ze sklepu bez pożegnania. Rzuciłam długopisem w drzwi, chcąc by dalej tam stał, wtedy uderzyłby on w jego głowę.
Później tego wieczora, gdy zamykałam zobaczyłam jego auto na parkingu.
Podeszłam do okna od strony kierowcy i stuknęłam kluczykami w szybę.
- Co ty tutaj robisz? – powiedziałam, kiedy opuścił okno.
Wzruszył ramionami.
Zirytowana odeszłam bez zapytania go o cokolwiek innego.
Od tego czasu kiedy tylko pracowałam samochód Caleba był zapakowany na parkingu, jak wychodziłam. Nigdy nie zauważaliśmy się na parkingu i nigdy o tym nie rozmawialiśmy podczas naszych regularnych godzin związku. Lecz o północy on zawsze tam był, upewniając się, że jestem bezpieczna. Podobało mi się to.
Zajęło mi trochę przyzwyczajenie się do ogromnej popularności Caleba. Może pięć osób w kampusie znało moje imię, ale jego imię było wygrawerowane na mosiężnych płytach w sali gimnastycznej.
- Czuję się, jakbym chodziła ze sławą – rzekłam, kiedy byliśmy na kolacji jednego wieczora i para dziewczyn pomachała do niego ze stolika obok. On wywrócił oczami i zbył to, jakbym była dramatyczna. Ale moja zazdrość wpełzała mi do głowy za każdym razem, gdy jakaś lalunia składała mu hołd.
Te dziewczyny nie miały żadnego względu na fakt, że był on moim chłopakiem. Czekały na szansę, żeby go zaatakować – tak jak ja kiedyś.
I była kwestia z seksem. Nie doszliśmy tak daleko. Cammie wypytywała mnie co wieczór o to jak daleko poszło nasze obściskiwanie się.
- Tylko się całowaliśmy – powiedziałam jej po raz nie wiem który. Obydwie leżałyśmy w łóżkach ze zgaszonym światłem, a Cammie ssała lizaka, robiąc mokre, siorbiące hałasy.
- Musisz umyć zęby, kiedy z tym skończysz.
- A on nigdy nie próbuje zrobić czegoś więcej? – zapytała, ignorując mnie.
- Nie chcę, żeby to robił.
- Olivia, tylko patrzenie na tego mężczyznę sprawia, że chcę uprawiać seks i jestem pewna, że dziewięćdziesiąt dziewięć procent żeńskiej części studenckiej zgadza się ze mną. Jaki jest twój problem? Czekaj! Byłaś molestowana?
Wymówiła to „mo-lestowana”. Wywracam oczami.
- Nie, zamknij się. Po prostu nie chcę. Czemu muszę być produktem napaści seksualnej bo nie wskakuję z nim do łóżka?
- Halooo, Caleb jest mężczyzną. On chce uprawiać seks, a jeśli ty mu go nie dasz, znajdzie to gdzie indziej.
Obróciłam się na bok i odmówiłam powiedzenia czegoś więcej. W każdym razie co wiedziała Camadora? Czy studentki pierwszego roku nie są sławne z bycia głupimi i zdzirowatymi? Czy mój ojciec nie był sławny ze „znajdywania tego gdzie indziej”?
Nie. Nie zamierzałam użyć mojego ojca jako wymówki, żeby stracić Caleba raz jeszcze. Caleb był wierny, uważny i nigdy nie naciskał mnie na coś więcej niż pocałunek, ponieważ mnie szanował. Przypomniałam sobie ostatni raz, kiedy się całowaliśmy. Było to w jego pokoju, leżąc na jego łóżku. Jego całe ciało było napięte, jakby był związany i gotowy do uwolnienia. Co jeśli używał każdej uncji samokontroli, gdy ze mną był? Słowo „podpuszczalska” pojawiło się w moim umyśle i wczołgałam się głębiej pod kołdrę we wstydzie.
Nie było tak, że nie myślałam o uprawianiu z nim seksu. Myślałam o tym cały czas. Lecz myślenie a robienie było dwiema różnymi rzeczami. Nie byłam gotowa i nie wiedziałam dlaczego.
Laura Hilberson została znaleziona tego samego tygodnia, kiedy Caleb i ja wygłupialiśmy się po raz pierwszy. Policja znalazła ją przechadzającą się po lotnisku w Miami, boso, a powieki nisko wisiały nad jej mlecznymi oczami. Historia Laury była taka, że mężczyzna uprowadził ją, gdy biegała na szlaku przy parku nie dalej niż dwie mile od szkoły. Wołając o pomoc, twierdził on, że skręcił kostkę i błagał ją o pomoc. Poprosił żeby pomóc mu dojść do samochodu, który był tuż za pagórkiem. Niechętnie Laura się zgodziła. Zarzuciła na ramiona jego wagę i przeszła krótki dystans do jego białej furgonetki. Furgonetka była starą furgonetką Astro z rdzą przeżerającą metal jak rak. Z dystansu Laura stwierdziła, że podbarwione okna i trochę popękane tylne drzwi były migającym ostrzeżeniem. Kiedy pomogła mu wejść na siedzenie kierowcy, on upuścił kluczyki z palców, a one opadły na trawę u stóp Laury. Gdy pochyliła się, żeby je podnieść, mężczyzna podniósł łom z miejsca pasażera i połączył go jednym mocnym uderzeniem z ładną skronią Laury. Potem wsadził ją na tył i zawiózł ją gdzieś, co gazety nazywają „Legowiskiem Gwałciciela”.
Laura pamiętała bycie przetrzymywaną w jakiegoś rodzaju piwnicy przez czas, którego nie potrafiła określić, ponieważ podawano jej środek uspokajający. Mężczyzna, którego opisała jako „nieśmiałego”, wykorzystywał ją dla seksu i do towarzystwa. Potem pewnego dnia, bez żadnego dobrego powodu, pocałował ją w policzek i podrzucił ją na lotnisko. Powiedziała policji, że nazywał się Devon. Laury Hilberson nie było sześć miesięcy.
Podczas gdy Laura leżała w szpitalnym łóżku będąc przesłuchiwaną przez policję, Caleb i ja byliśmy na aukcji dobroczynnej, na której większość studentów ostatniego roku w jego bractwie było zobowiązanych być. Było to jedno z tych wydarzeń, gdzie wszyscy ubierali się w drogie garnitury i sukienki, a kelnerzy krążyli wokoło z kieliszkami szampana. On dostrzegł grupę ludzi, tłoczących się razem w ciasnej paczce.
- Chodziłem z nimi do liceum – powiedział beztrosko, ustami ściągając oliwkę z wykałaczki.
- Z iloma z tych dziewczyn się umawiałeś? – rzekłam, przyglądając się grupie. Niemal wszystkie dziewczyny były wystarczająco piękne, żeby być na okładce magazynu, a kilka z nich przywitało Caleba ze zmysłową znajomością, która sprawiła, że mój zielony potwór strzelił knykciami.
- Czemu jest to ważne? – zapytał i mogłam zobaczyć w jego oczach rozbawienie.
- Ponieważ gdybym ja coś takiego oświadczyła, chciałbyś wiedzieć, kogo całowałam – warknęłam niecierpliwie.
Uśmiechnął się i nie protestował, zginając szyję, żeby mówić cicho do mojego ucha.
- Adriana Parsevo – jego głos był tak cichy, że musiałam wytężyć słuch, by go słyszeć. Przysunęłam ucho bliżej jego ust, kiedy poczułam je przy płatku. – Jest w małej srebrnej sukience. – Skierowałam spojrzenie w stronę uderzająco pięknej dziewczyny, której sukienka nie zdołała przykryć nawet jednej dziesiątej jej nigdy niekończących się nóg. Co to było z Calebem i nogami?
- Umawialiśmy się przez chwilę. Była bardzo… eksperymentalna. – Ostatnie słowo oraz struktura jego głosu robiły tak wielką aluzję, że poczułam przypływ zazdrości miażdżący moją tchawicę. Caleb, wyglądając jakby dobrze bawił się moją reakcją, kontynuował.
- Dziewczyna, z którą rozmawia, ta pijąca mimozę nazywa się Kirsten, jeśli dobrze pamiętam. Ma znamię podobne do Afryki na wnętrzu uda.
Wydmuchałam mocno powietrze przez nos i spiorunowałam go wzrokiem. On się roześmiał – typem niegrzecznego, seksownego chichotu, który poruszył śpiącymi motylami w moim brzuchu.
- Pytałaś, Księżno…
Wyobraziłam go sobie całującego te dziewczyny. Jego palce muskające ich znamiona i oddech utkwił mi w gardle. Nienawidziłam ich i nienawidziłam go za lubienie ich.
- Chciałabyś usłyszeć więcej? – zapytał, muskając ustami moje ucho.
- Nie – powiedziałam opryskliwie i miałam to na myśli. Pytanie było wielkim błędem.
Jak tylko weszliśmy do samochodu zaatakowałam go. Pocałowałam go mocno – przeskakując z siedzenia na jego kolana. Zaśmiał się do moich ust, wiedząc, że jego gra poruszyła czułą stronę i przykrył dłońmi moje pośladki. Zlekceważyłam go i ciągnęłam zamiar udowodnienia, że jestem uwodzicielska.
Nastrój Caleba szybko się zmienił i wkrótce uśmiechy zniknęły, gdy wplątaliśmy się w pocałunek tak intensywny, że obydwoje dyszeliśmy. Myślałam, że umrę, kiedy jego palce obniżyły ramiączka mojej sukienki i poczułam powietrze na piersiach. Potem było więcej niż tylko powietrze. Jego dłonie i wargi znalazły mnie, a ja zastanawiałam się, dlaczego nigdy wcześniej tego nie zrobiłam. Powiedziałam coś. Nie wiem co, lecz mój głos zdawał się przywrócić go do rzeczywistości, ponieważ oderwał się ode mnie w chwili, kiedy go usłyszał i wyciągnął mnie na długość ramienia. Nigdy nie zrobiłam czegoś tak rozwiązłego, tak śmiałego i to co było trzymane bezpiecznie pod moim stanikiem, a on nie musiał przestawać w tak wczesnym momencie w grze wstępnej.
- Dlaczego…? – Byłam bez tchu i wciąż trzymałam się jego koszulki. Pocałował mnie delikatnie w usta. Wybuch seksualności zniknął. Zapalił silnik.
Weszłam z powrotem na swoją stronę auta i opadłam na siedzenie. To dlatego, że nie chciał dojść do połowy drogi. Nie było żadnego „wygłupiania się” z Calebem. Większość facetów cieszyłoby się trzymaniem tak wielu uczuć, ile mogli dostać. Z Calebem było inaczej. Albo szło się na całość, albo zostawało się w płytkich wodach całowania. Nie użyłby brudnych gierek do seksu, odciągając mnie coraz dalej od mojej czystości, dając mi kawałki tego, co przegapiałam. Oparłam się o siedzenie i zastanowiłam się nad wyrzuceniem wszystkich swoich zahamowań na wiatr. Czym one były tak w ogóle? Ledwo mogłam sobie je przypomnieć, gdy myślałam o jego rękach i tym, jak doskonale wiedziały gdzie dotykać.
Zastanawiałam się, co by powiedziała moja matka. Cieszyłaby się, że znalazłam takiego faceta jak Caleb, lecz nadal miałaby się przed nim na baczności. Mój ojciec podarował nam obydwu paczkę podejrzeń, która stała w naszych umysłach jak pies obronny obnażający zęby. – Strzeż swojego serca, żeby nie złamało się jak moje – mawiała matka przynajmniej dwa razy w tygodniu.
Sheri, najlepsza przyjaciółka mojej matki, przyniosła życiu Olivera Kaspena nagły koniec czwartego lipca po tym jak skończyłam jedenaście lat. Użyła jego własnej strzelby, aby wykonać czyn, pokrywając jego szarą materią jej różową zasłonę kabiny prysznicowej. Bez wiedzy mojej matki Sheri była jedną z wielu kobiet, którą mój ojciec wykorzystał dla seksu i pieniędzy. Przypominała mi cockera spaniela o wodnistym spojrzeniu z osobowością tak mazistą jak surowe jajko. Zanim matka dowiedziała się o jego romansie z Sheri, ja wiedziałam. W popołudnia, kiedy mama pracowała do późna, a ojciec zabierał mnie spod szkoły, chodziliśmy odwiedzać jego „przyjaciół”. Ci wszyscy przyjaciele zdarzyli się być kobietami i miały dostęp do pieniędzy, narkotyków albo obydwu.
- Nie mów swojej mamusi o tych małych wizytach, które składasz tutaj ze swoim tatą – powiedziała Sheri, grożąc mi palcem. – Ma już dosyć na talerzu, a twój tata po prostu potrzebuje przyjaciela do porozmawiania.
Rozmawiali godzinami w sypialni Sheri, czasami z radiem grającym dawne przeboje i dymem papierosowym przesączającym się spod drzwi. Mój tata był dla mnie naprawdę miły po tym jak wychodził z sypialni. Zawsze zatrzymywaliśmy się na gelato w drodze do domu. Nie tęskniłam za nim, gdy go nie było. Był po prostu jakimś facetem, który odprowadzał mnie do domu po szkole i przekupywał mnie lodami. W czasie jego śmierci minęło dziesięć miesięcy odkąd widziałam go ostatni raz i nawet nie zadzwonił do mnie na moje urodziny. Oliver Kaspen, mój imiennik, umarł zostawiając mnie z podmuchem złych wspomnień i kłódką na sercu, do której tylko on miał klucz. Miałam problemy tatusiowe, które skazywały Caleba na niepowodzenie od początku.




[1] Piosenka to S.O.S. od Rihanny, a przetłumaczony tekst zaczerpnięty ze strony tekstowo.pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz