Przeszłość
W dzień, w którym spotkałam Caleba
Drake’a słońce świeciło trochę jaśniej na mój świat. Było to podczas nieznośnej
pory roku, gdy w powietrzu wisiały egzaminy końcowe i całe ciało studenta
zaczynało sinieć wokół oczu. Właśnie opuściłam sesję naukową w bibliotece i
spostrzegłam niebo oblegane przez zrzędliwie wyglądające deszczowe chmury.
Jęcząc, poszłam szybko w kierunku mojego akademika, przeklinając się za nie
wzięcie parasolki. Byłam w połowie drogi, kiedy zaczęło mżyć. Schroniłam się
pod wierzbą i spiorunowałam wzrokiem jej gałęzie, jakbym obwiniała je o deszcz.
Wtedy właśnie podszedł on do mnie dumnym krokiem, jakby był pijany swoim
własnym dobrym wyglądem.
- Czemu jesteś zła na drzewo?
Skrzywiłam się, kiedy zobaczyłam kto
to. On roześmiał się i uniósł ręce w udawanej kapitulacji.
- Tylko pytanie, Słońce, nie atakuj.
Przeszyłam go spojrzeniem. – Mogę ci
w czymś pomóc?
Przez chwilę myślałam, że zobaczyłam
błysk niepewności na jego twarzy, lecz potem zniknął, a on znowu się do mnie
uśmiechał.
- Interesowałem się dowiedzeniem się,
dlaczego te drzewo sprawiło, że się nachmurzyłaś – powiedział, powtarzając swój
pierwszy kiepski tekst.
Spojrzałam ponad jego ramieniem i
dostrzegłam grupkę zidiociałych koszykarzy spoglądających na nas. On podążył za
moim wzrokiem i musiał posłać swojej grupie paparazzi wściekłe spojrzenie, bo
chwilę później zbiorowisko się rozproszyło. Wrócił swoją uwagą do mnie.
A tak… miałam odpowiedzieć na jego
pytanie.
Spojrzałam na pień drzewa, który
przypominał źle splecione ciasto i zorientowałam się jak intensywnie musiałam
na nie patrzeć.
- Próbujesz ze mną flirtować? –
westchnęłam.
Wydał tak jakby zdławiony kaszel. –
Caleb Drake.
- Przepraszam, co?
- Moje imię – powiedział, wyciągając
do mnie dłoń. Caleb Drake był znanym imieniem na kampusie, a ja nie miałam
żadnego zamiaru dołączać do jego fanklubu. Uścisnęłam mocno jego rękę, żeby
wiedział, że nie jestem nim zahipnotyzowana.
- Tak, próbowałem z tobą flirtować,
dopóki mnie nie odstrzeliłaś.
Uniosłam brwi i wymusiłam uśmiech.
Okej, musiałam zrobić to szybko. Sportowcy mieli nieznośnie krótki zakres
uwagi.
- Posłuchaj, bardzo bym chciała tutaj
postać i podnieść twojego ego gadką szmatką, ale muszę iść.
Przeszłam obok niego, czując ulgę że
kieruję się do pół litra gęstej bitej śmietany i lodów w mojej lodówce.
Zamierzałam dodać czekoladowy sos i zrobić cholernie dobry koktajl mleczny.
Jego śmiech dogonił mnie, kiedy
zbliżyłam się do krawężnika. Zesztywniałam, ale szłam dalej.
- Gdybyś urodziła się jako zwierzę –
byłabyś lamą – zawołał za mną.
To mnie zatrzymało. Czy ten kretyn
poważnie porównywał mnie do włochatego ssaka?
- Niby dlaczego? – Byłam do niego
odwrócona plecami, ale drżało mi oko.
- Wygoogluj sobie.
Czy to naprawdę się działo?
Przekręciłam głowę w stylu egzorcysty i spiorunowałam go wzrokiem. Wyglądał na
tak pewnego siebie.
- Do zobaczenia – powiedział,
wsadzając dłonie do kieszeni i wracając do swojej grupki.
Przewróciłam oczami. Miejmy nadzieję,
że nigdy. Byłam podenerwowana przez całą drogę do pokoju akademickiego. Nim
mogłabym dotknąć klamki, drzwi otworzyły się szeroko z werwą. Ujrzałam moją
współlokatorkę od pierwszego roku.
- Czemu on z tobą rozmawiał?
Była ona melodyjną, jasnooką
blondynką i choć bardzo chciałam ją nienawidzić, była okropnie uroczą osóbką.
- Rekrutował członków do swojego
fanklubu. Podałam mu twoje imię, Cam.
- Poważnie, Olivia, co mówił? –
Podążyła za mną, jak położyłam schludnie swoje książki na biurku.
Kiedy próbowałam ją zignorować,
zaczęła rzucać w moją głowę M&M’sami.
- Jedynie popisywał się przed swoimi
przyjaciółmi, nie ma nic do powiedzenia. Naprawdę! – Pozwoliła mi przejść.
Szłam po moją bitą śmietanę, gotowa wypić ją od razu, kiedy stanęła mi na
drodze.
- Jesteś taka tępa!
- Tępa? – Pokręciłam głową. –
Nazywasz mnie skomplikowaną czy głupią? – Spojrzałam tęsknie ponad jej
ramieniem na lodówkę.
- Caleb Drake nie podchodzi do
dziewczyn, dziewczyny podchodzą do Caleba Drake’a. Właśnie wyszedł ze swojego
pudła, żeby z tobą porozmawiać, a ty go olałaś!
- On nie jest mną zainteresowany –
powiedziałam, wzdychając. – Popisywał się.
- No więc się popisywał. Kogo to
obchodzi? Ma prawo. Jest wspaniały!
Zrobiłam wymiotujący dźwięk.
- Olivia – błagała. – Jest więcej w
życiu niż tylko książki i uczenie się! – Zrzuciła moje podręczniki z biurka na
pokaz. – Chłopcy są… mogą… robić rzeczy – dokończyła, kiwając na mnie.
- Ty – powiedziałam, dźgając ją w
żebra – jesteś zdzirą.
Uratowałam podręczniki z podłogi i
zaczęłam się uczyć.
- O-liv-ia!
Zacisnęłam powieki. Nienawidziłam,
kiedy wymawiała tak moje imię.
- Hmmm?
Wyrwała mi książkę z rąk.
- Posłuchaj mnie, ty niewdzięczna
świętoszko. – Złapała moją brodę ręką i odchyliła ją w górę, aż na nią
patrzyłam. – Znowu będzie z tobą rozmawiał, choćby dlatego, że go odrzuciłaś.
Tak jakby mu się to spodobało… a kiedy to zrobi – zacisnęła dłoń na moich
protestujących ustach – porozmawiasz z nim i będziesz z nim flirtować.
Rozumiesz mnie?
Wzruszyłam ramionami.
Cammie wykrzyknęła „Agghh!” i
zamknęła się w łazience.
Z pewnością nie obchodziło mnie, jaki
miał on efekt na kobietach na kampusie. Caleb Drake nic dla mnie nie znaczył. Nigdy nic nie będzie dla mnie znaczył.
Byłam nie do przegadania. Koniec.
Cammie okazała się mieć rację.
Później w tym tygodniu, uczyłam się cały dzień, kiedy zaczęła suszyć mi głowę,
żebym wzięła z nią udział w meczu koszykówki.
- Kupię ci gorącą czekoladę.
- Z dodatkową bitą śmietaną?
- Z chmurami, jeśli tylko się
pospieszysz!
Dziesięć minut później siedziałam na
trybunach, popijając gorącą czekoladę z dodatkową bitą śmietaną ze
styropianowego kubka. Cammie mnie ignorowała, a ja już żałowałam swojej
decyzji, żeby przyjść. Caleb Drake latał wokół boiska jak trzepaczka do jajek i
szczerze przyprawiało mnie o zawroty głowy patrzenie na niego.
Nadeszła przerwa w połowie meczu, a
ja wstałam, żeby znaleźć łazienkę. Próbowałam przejść obok Cammie, gdy prezes
ciała studenckiego wyszedł na boisko i podniósł ręce na ciszę.
- Laura Holberman, jedna z naszych
studentek, jest nieobecna w akademiku od ponad pięciu dni – powiedział do
mikrofonu. Zatrzymałam się, żeby posłuchać. – Jej rodzice, tak jak i kadra,
nakłaniają kogokolwiek, kto ma jakiekolwiek informacje o Laurze, żeby od razu
przyszedł. Dzięki, cieszcie się resztą meczu.
Dzieliłam kilka zajęć z Laurą na
pierwszym roku. Studenci czasami lubili znikać na kilka dni, kiedy sprawy
stawały się stresujące. Prawdopodobnie ukrywała się gdzieś w domu przyjaciółki,
jedząc czekoladę i narzekając na profesorów. Ludzie zawsze robili wielki
problem z niczego.
- Umawiała się z Calebem Drake’iem na
jej pierwszym roku – szepnęła Cammie. – Zastanawiam się czy on będzie w stanie
skupić się na grze, teraz, gdy wie.
Spojrzałam na Caleba, który siedział
na ławce, pijąc z butelki wody. Wyglądał na zrelaksowanego.
Dupek.
Podczas czwartego kwadransa, kiedy
pozostała jedna minuta do końca meczu, przeciwna drużyna wyrównała 72-72. Nie
wiedziałabym tego, gdyby Cammie mi nie powiedziała, ponieważ spędziłam ostatnie
dwadzieścia minut wybierając meszki ze swojego swetra. Caleb Drake stał na
linii rzutu wolnego, przygotowując się na najważniejszy rzut wieczora. Wyglądał
na spokojnego, jakby już wiedział, że mu się uda. Po raz pierwszy tego
wieczora, sala gimnastyczna dziwnie przycichła. Zaintrygowana zapomniałam o
wybieraniu meszków i wyprostowałam się. Chciałam, żeby mu się udało.
Wiedziałam, że było to zawstydzające, ale chciałam. Tym razem zrozumiałam
Calebową manię. Był jak jalapeno, jasny i gładki, lecz niebezpiecznie gorący.
Mała część mnie chciała go ugryźć.
Odwróciłam się do Cammie, której oczy
były wielkie z oczekiwania. Właśnie tutaj była główna sprawa. Mój wzrok wrócił
do boiska. Drgnęłam. Caleb na mnie patrzył. Wszyscy studenci na niego patrzyli,
a Caleb patrzył na mnie. Nim sędzia mógł gwizdnąć, Caleb włożył piłkę pod ramię
i podbiegł do swojego trenera.
- Co się dzieje? Co się dzieje? –
Cammie podskakiwała z jednej nogi na drugą, jej kucyki podskakiwały wraz z
rytmem muzyki.
Coś było nie tak. Przesunęłam się na
siedzeniu, krzyżując i rozkrzyżowując nogi. Caleb podawał swojemu trenerowi
piłkę. Nagle czułam się jakbym siedziała w saunie.
- On wchodzi po schodach, Olivia!
Idzie w tę stronę! – pisnęła Cammie.
Zsunęłam się niżej na miejscu.
Niemożliwe, żeby to się działo! Zmierzał prosto do mnie! Udawałam zajętą
grzebaniem w torebce. Kiedy zatrzymał się on obok mojego siedzenia, podniosłam
wzrok w zaskoczeniu.
- Olivia – powiedział, opierając się
o biodra, żeby spojrzeć mi w oczy. – Olivia Kaspen. – Zobaczyłam jak szczęka
Cammie opada i mnóstwo głów odwracających się, żeby na nas spojrzeć.
- Brawo, odkryłeś moje imię. – Potem
cichszym głosem. – Co ty, do diabła, robisz?
Zignorował mnie. – Jesteś całkowitą
zagadką na kampusie. – Jego głos był zachrypnięty, taki, że gdyby wyszeptany do
twojego ucha, to wywołałby u ciebie gęsią skórkę. Chrząknęłam i zrobiłam ile w
mojej mocy, żeby wyglądać na zirytowaną.
- Zamierzasz teraz przejść do rzeczy
czy wstrzymujesz grę, żeby przechwalać się swoimi umiejętnościami
detektywistycznymi?
Roześmiał się. Spojrzał na podłogę, a
potem na mnie.
- Jeśli uda mi się ten rzut, umówisz
się ze mną? – Jego wzrok wędrował pomiędzy moimi oczami a ustami. Poczułam
gorąco uderzające moją twarz i pochyliłam głowę. Nie lubiłam sposobu, w jakim
na mnie patrzył. Tak jakby już planował nasz pierwszy pocałunek, oceniając moje
wargi. Potrząsnęłam głową. To było śmieszne. Robił pokaz ze swojego zranionego
ego, a mnie gówno obchodziło czy uda mu się rzut.
Zmrużyłam oczy. – Gdybyś urodził się
jako zwierzę, wiesz czym byś był? – zapytałam. Przebłysk niepewności mignął na
jego twarzy. Po naszym małym spotkaniu w deszczu, wygooglowałam lamę, tak jak
zasugerował. Podobno były dosyć wredne; plucie, kopanie i uderzanie głową było
częścią ich społecznej stosowności.
- Pawiem.
Uśmiechnął się szeroko.
- Zajęło ci cały tydzień wymyślenie
tego, prawda? – Jego spojrzenie znów było na moich ustach.
- Pewnie. – Wzruszyłam ramionami.
- Zatem można przyznać, że myślałaś o
mnie przez cały tydzień? – Teraz była moja kolej na wyglądanie na wstrząśniętą.
Cholera. Jak już go miałam.
- Nie… i… nie, nie umówię się z tobą.
Odchyliłam się na krześle i
postanowiłam patrzeć na tablicę wynikową. Może jeśli go zignoruję, to sobie
pójdzie. The Black Eyed Peas grali głośno przez głośniki. Stukałam stopą do
rytmu.
- Czemu nie? – Wydawał się wzburzony.
Podobało mi się to.
- Bo ja jestem lamą, a ty ptakiem i
MY do siebie nie pasujemy. – Na sali gimnastycznej zaczęło wzrastać
zainteresowanie, gdy ludzie wstawali, żeby lepiej zobaczyć co się dzieje.
Zaczęłam się denerwować.
- Dobra – powiedział rzeczowo. – Więc
czego to będzie wymagało? – Pochylał się do mnie tak blisko, że czułam jego
oddech na twarzy. Miał zapach mięty. Wstrzymałam oddech i starałam się przejąć
kontrolę nad szybko bijącym sercem.
I nadszedł błyskotliwy pomysł.
- Nie traf.
Przekrzywił głowę. Przybliżyłam się,
zmrużyłam oczy. Powiedziałam teraz wolniej, żeby nie było żadnej pomyłki.
- Nie traf, a umówię się z tobą.
Zobaczyłam jak delikatność odpływa z
jego oczu. Proszenie pawia o opuszczenie swoich piór było trudną rzeczą.
Wyprostował się on szybko, zbyt
szybko i zszedł na dół, po dwa schodki naraz. Usiadłam wygodnie na krześle z
zadowolonym uśmiechem. Mogę się założyć, że nie spodziewał się tego. Ważniak.
Idiota.
Cammie obracała się, patrząc to na
mnie, to na Caleba. Było coś jak podziw na jej twarzy. Otworzyła usta, żeby coś
powiedzieć, ale podniosłam palec, aby ją uciszyć. Nie była to pora na buzię
Cammie.
- Oszczędź to, Camadoro – ostrzegłam
ją.
Skupiłam uwagę na figurze stojącej na
linii rzutu wolnego, nie wyglądał już na tak opanowanego, jak kilka minut temu.
Sędzia dmuchnął w gwizdek i Caleb
podniósł ramiona, trzymając mocno piłkę w dłoniach. Próbowałam sobie wyobrazić,
co myślał. Miał mnie dosyć, bez wątpienia. Zapewne był zły, że miałam czelność…
zgubiłam się w myślach. Zaczynała się chwila prawdy.
Mięśnie napięły się w jego ramionach,
jak piłka wyleciała z jego rąk i popłynęła w kierunku kosza. W tych kilku
sekundach mój umysł miał czas zauważyć, że coś było nie tak w tej sytuacji. A
potem to się stało. Piłka upadła stopę od kosza i uderzyła podłogę z
przyprawiającym o mdłości odgłosem. Patrzyłam w przerażeniu, jak rozpoczęło się
piekło.
- Nie, nie, nie, nie – wyszeptałam
pod nosem. Jak on mógł to zrobić? Czemu to zrobił? Co za kompletny idiota!
- Olivio, zamierzam udawać, że nic z
tego nie usłyszałam – syknęła Cammie, łapiąc mnie za nadgarstek. – Musimy iść,
zanim ktoś cię zabije. – Kiedy ciągnęła mnie przez tłum, odwróciłam się do
boiska, żeby ostatni raz spojrzeć na to, co się działo. Caleb zniknął.
Nic od niego nie usłyszałam przez
tydzień. Poczucie winy zaczęło przesączać się do moich przemądrzałych kości i
bolało aż w szpiku kości. Nie chciałam przyznać, że Caleb Drake mnie zaskoczył
i upokorzył samego siebie. Ktoś jak on nie mógł zaskoczyć kogoś jak ja… prawda?
Jakoś wiadomości, że sabotował on
mecz dla dziewczyny rozeszły się po kampusie. Ponieważ to ze mną rozmawiał
minuty przed jego nie trafieniem, byłam główną podejrzaną. Dziewczyny szeptały,
kiedy mnie widziały, a drużyna koszykarska rzucała mi zjadliwe i groźne
spojrzenia.
- Ona nie jest nawet taka ładna – usłyszałam
jedną cheerleaderkę mówiącą do drugiej. – Jeśli zamierzał sabotować całą swoją
karierę koszykarską; powinien zrobić to dla lepszej dupy.
Opuściłam głowę ze wstydu i zniknęłam
w bibliotece. Skąd miałam wiedzieć, że na meczu byli ludzie poszukujący
talentów? Moja wiedza sportowa ograniczała się do potrafienia zidentyfikować
piłek o różnych kolorach, i tak w ogóle, kto by pomyślał, że on naprawdę to
zrobi?
Rano spędzałam trochę więcej czasu
przed lustrem nakładając tusz do rzęs i podkręcając włosy. Ponieważ wszystkie
spojrzenia były na mnie, równie dobrze mogę spróbować być ładną dupą.
Byłam zbyt ładna, żeby być brzydkim
kaczątkiem, a moje rysy były zbyt zaokrąglone by były egzotyczne. Mężczyźni
mnie unikali. Cammie raz mi powiedziała, że miałam taką jakby zaciętość w
oczach, która odstraszała ludzi. Jednak Caleb Drake nie był wystraszony.
Specjalnie nie trafił w obręcz. Zagrał według moich reguł i przegrał.
- Olivia, jest tutaj uhh… przesyłka
dla ciebie. – Zawołała Cammie przez drzwi łazienki pewnego wieczora.
Pudełko leżało na moim schludnie
pościelonym łóżku, kiedy się pojawiłam. Szybko je zdjęłam i otarłam miejsce,
gdzie leżało. Cammie wywróciła oczami i opadła na swoje łóżko, które nie było
pościelone od tygodnia.
- Otwórz to, dobra? Było ręcznie dostarczone
przez tego dziwaka z kampusowej poczty. Nawet próbował powąchać moje włosy,
kiedy to od niego brałam.
- Ma problemy z zatokami –
powiedziałam, biorąc nożyczki – nie pochlebiaj sobie. – Pudełko się otworzyło,
a ja wpatrywałam się w środek, nie całkiem pewna co widzę.
- To piłka koszykowa spuszczona z
powietrza – rzekłam, podnosząc ją, żeby pokazać Cammie. Był do niej
przyczepiona koperta. Cammie usiadła, jej wzrok nagle czujny.
- Nie, geniuszu, to ta piłka koszykowa spuszczona z
powietrza!
Przełknęłam głośno ślinę, czytając
notkę:
Olivia,
Czas zapłacić. Spotkaj się ze mną w
bibliotece za dziesięć minut.
-Caleb
- Niewiarygodne! – powiedziałam,
trzymając piłkę w ręce. – Nawet żadnego proszę! Mniej więcej rozkazał mi tam
być!
- Idziesz. – Cammie wstała z rękami
na biodrach.
Zassałam kąciki ust i pokręciłam
głową na nie.
- OLIVIA! Zrujnowałaś mu
najważniejszy mecz sezonu! Jesteś mu winna.
Tak jakby.
- Dobra. DOBRA! – krzyknęłam,
naśladując jej ton. Wzięłam bluzę z kapturem z szafy i gwałtownie założyłam ją
przez głowę. – Ale to koniec, okej? – powiedziałam, celując w nią palcem. –
Spotykam się z nim w bibliotece, a potem nie chcę słyszeć już słowa o tym od
ciebie, jego czy tego cholernego składu cheerlederek!
Cammie promieniała. – Zapamiętaj
każdy szczegół i spróbuj wspomnieć moje imię.
Wychodząc, trzasnęłam drzwiami.
O dziewiątej trzydzieści w piątkowy
wieczór Biblioteka Dart była praktycznie wymarłym miastem. Kobieta o zrzędliwym
wyrazie twarzy stała za kasą piorunując wzrokiem dwoje studentów pierwszego
roku, którzy się obściskiwali. Minęłam zdjęcie Laury Helberman na ścianie z
informacją, żeby skontaktować się z władzami, gdyby ją widziano. Była ładna w
typie Daisy Duke. Blond włosy, dużo tuszu do rzęs i ściągnięte usta, które
wyglądały jakby właśnie ssały lizaka. Była zaginiona od szesnastu dni, a jej
historia została przejęta przez Nancy Grace – moją bohaterkę.
Westchnęłam. Byłam wcześnie.
Postanowiłam przejść się po sekcji fikcyjnej, żeby zobaczyć czy jest coś warte
wypożyczenia.
Caleb znalazł mnie tam kilka minut
później.
- Cześć, Olivia. – Podszedł do mnie z
taką śmieszną pewnością siebie, że chciałam wystawić stopę i go podciąć.
- Caleb. – Skinęłam mu szorstko.
Miał na sobie czarną kurtkę
marynarską na drogo wyglądającym kremowym swetrze. Moje serce zrobiło mały
galop. Zapanowałam nad sercem, uspokoiłam je i odwróciłam się do niego. Ręce
trzymał w kieszeniach jego sztruksów. Bardzo stylowo. Spodziewałam się zobaczyć
go w jednej z tych śmiesznych kurtek koszykarskich i wypłowiałej parze dżinsów.
- Czemu jesteś tak ubrany? –
warknęłam, dodając powieść do rosnącego stosu książek na stole.
- Jak znajdujesz czas na czytanie? –
zapytał, podnosząc książkę i przyglądając się okładce. Nie zamierzałam
powiedzieć mu, że nie mam życia i że czytam w weekendy. Posłałam mu wrzące
spojrzenie i miałam nadzieję, że zostawi temat. Głupi sportowiec zapewne nigdy
nie przeczytał niczego od deski do deski. Chciałam mu to powiedzieć, kiedy
przeszedł alejką obok mnie i wrócił niosąc masywną powieść w dłoni.
- Spróbuj tego. To moja ulubiona
książka.
Patrzyłam na niego ostrożnie, zanim
wyciągnęłam ją z jego palców.
Wielkie nadzieje. Nigdy tego nie czytałam.
- Żartujesz sobie?
Uśmiechnął się.
- Myślisz, że dlatego iż gram w
koszykówkę, jestem analfabetą?
Pociągnęłam nosem. Tak właśnie
myślałam.
- Czemu chciałeś, żebym tutaj
przyszła?
- Pomyślałem, że wygodniej ci będzie
spotkać się ze mną tutaj. – Przysiadł
na krawędzi stołu. – Myślałaś, że nie będę chciał wziąć zapłaty za nasz zakład?
Po raz pierwszy zauważyłam akcent. Brytyjski,
pomyślałam, ale nie byłam pewna. Cokolwiek to było, miało na mnie taki sam
efekt jak wódka.
- Poprosiłam cię, żebyś nie trafił.
Nie powiedziałam, że się z tobą umówię, jak to zrobisz.
- Naprawdę? Nie całkiem tak to
pamiętam. – Zmrużył oczy i przekrzywił głowę, udając, że jest zdezorientowany.
Tylko ja mogłam być sarkastyczna.
- Umówisz się ze mną, Olivio,
ponieważ choć nie cierpisz tego przyznać, myliłaś
się co do mnie.
Otworzyłam usta i zamknęłam. Moja
błyskotliwość! Gdzie jest moja błyskotliwość?
- Ja… uhhh…
- Nie – przerwał mi. – Żadnych
wymówek. Zabieram cię na randkę.
- Okej. – Zamknęłam oczy i wciągnęłam
głęboko powietrze. – Umowa to umowa.
Cammie będzie mnie za to uwielbiać.
Uwielbiać!
- Środa, ósma godzina. – Wstał.
Cofnęłam się o krok. Był taki wysoki.
Zaczął odchodzić, ale zatrzymał się.
- Olivia?
- Co? – warknęłam.
- Zamierzam cię pocałować. Wiedz o
tym.
Słyszałam echo jego śmiechu przez
bibliotekę, kiedy wyszedł. Po moim trupie. Czemu on musi być taki przystojny? I
dlaczego moje imię brzmi tak ładnie, kiedy on je wymawia?
Pochwyciłam moje książki i poszłam do
kasy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz