Teraźniejszość
Wyjechałam.
Leah mogła go mieć, ale ja nie chciałam być w pobliżu, kiedy tak się stanie.
Nie wzięłam dużo; parę książek i albumy fotograficzne, które należały do mojej
matki. Wszystko inne zostało zniszczone. Wepchnęłam wszystko do samochodu razem
z Pickles i uderzyłam w gaz. Zostawiłam swoje pudełko pamięci pana X leżące
pośrodku zarysowanego stolika, razem z kopertą ze zdjęciami, które ukradła
Leah. Również wsunęła do koperty pięć jednotysięcznych banknotów… je też
zostawiłam. Jeśli miałam to zrobić – musiało być to skończone. Żadnego więcej taszczenia ozdóbek, które miały moc
zmienienia mojego serca w mieloną wołowinę.
Zanim
wyszłam przez drzwi na dobre, trzymałam w dłoni pensa. Cholerny pens. Cholerny
Caleb. Zamknęłam palce, ściskając tak mocno jak mogłam, aż moja pięść zbielała
i byłam pewna, że słowa „Dobry na jeden POCAŁUNEK!„ będą odbite na mojej
skórze. Potem rozwarłam dłoń i pozwolił pensowi opaść na dywan. Wsunęłam notkę
pożegnalną pod drzwi Rosalie, w której skłamałam o pracy w Californii i przyrzekłam
napisać do niej gdy tylko się ustabilizuję. Zostawiłam klucze w leasingowym
biurze i pojechałam. Poczułam uczuciowy ciężar unoszący się z moich barków,
kiedy wjechałam autem na I-95 i poczułam się wolna, gdy przekroczyłam granicę
państwową Georgii, lecz poczułam całkowitą ulgę, gdy Cammie zarzuciła na mnie
ramiona.
- Witaj
w Teksasie, najlepsza przyjaciółko. – Uśmiechnęła się, całując mnie w policzek.
– Zacznijmy twoje nowe życie.
Przeszłość
Wiatr
uderzał gniewnie o samochód, wykrzykując swoje protesty za nie wpuszczenie go
do środka. Na zewnątrz pęknięte szkło przedniej szyby zebrało z powietrza
tańczące płatki śniegu, rozkładając biały koc na zabarwionej na czerwono sieci
pajęczej. Dwójka pasażerów siedziała pochylona i zakrwawiona na przednich
siedzeniach, żaden z nich nie był przytomny, a kierowca był pokryty własną
krwią. Nie zadzwoniono po żadną karetkę, bo samochód musiał zostać dopiero
dostrzeżony w śnieżycy. Pasażer obudził się, jęcząc i ściskając głowę. Kiedy
odsunął rękę, krew rozmazana była na koniuszkach palców.
Obejrzał
się po ciemnym wnętrzu samochodu, zastanawiając się gdzie jest i kim mógłby być
krwawiący człowiek obok niego. Czuł się dziwnie, jakby wszystkie organy
naprężyły się wewnątrz jego ciała. Macając drzwi, złapał klamkę, ale nie
ruszyła się. Wtem uświadomił sobie oczywiste, coś z czego jego zamglony umysł
nie zdał sobie z początku sprawy. Samochód był zmiażdżony do połowy swojej
normalnej wielkości. Odpiął pas i przeszukał kieszenie po telefon, a po
znalezieniu go, zadzwonił pod 911. Kiedy odebrał żeński operator odezwał się,
nie poznając własnego głosu.
- Był
wypadek. Nie wiem gdzie jesteśmy. – Czy
kim ja jestem chciał dodać, ale tego nie zrobił.
Odłożył
komórkę i przytrzymał głowę. Radiowóz zostanie wysłany, kiedy już wytropią
sygnał. On czekał, drżąc z szoku lub zimna, nie wiedział. Starał się nie
patrzeć na ciało obok niego. Był to przyjaciel? Jego ojciec? Brat?
Wiedział,
że przybyła pomoc, kiedy kątem oka dostrzegł odbicie świateł radiowozu tańczące
na oknach. Zawołały głosy i trzasnęły drzwi. Wkrótce ludzie sięgali do środka i
wyciągali go z samochodu.
- Musimy
użyć kleszczy do rozcinania samochodu – usłyszał mówiącego strażaka. Ktoś
świecił mu w oczy; ktoś inny owijał go pomarańczowym polarem. Położyli go na
noszach, gdy śnieg opadł mu na twarz. Głos który brzmiał bardzo daleko zapytał
go o imię. Potrząsnął głową, zastanawiając się czy powinien jakieś wymyślić.
Josh to dobre imię, mógł powiedzieć Josh, ale tego nie zrobił. Zastanawiał się
czy mężczyzna obok niego był żywy, a potem usłyszał syreny innej karetki i
poślizg kół na żwirze, gdy odjechała z krzyczącymi syrenami. Położył się na
płaskiej poduszce i mocno próbował sobie przypomnieć… i to zrobił. Rzeczy dobre
i złe przesączyły się z powrotem do jego mózgu, jak ciepła woda przez popękany
lód. Wzdrygnął się, gdy przypomniał sobie rzeczy, o których wolałby zapomnieć.
Ratownik
zapytał go, czy nic mu nie jest. Potrząsnął głową na tak, choć wewnątrz, gdzie
to się liczyło, gdzie rany nie mogły być uratowane ani zaszyte, czuł się źle.
Potarł głowę, knykciami o skronie i marzył o tym, żeby nie pamiętać. Jak łatwo
by było, gdyby jego umysł został wytarty do czysta, jak tablica gąbką. Żadnego
śladu szczęścia lub nieszczęścia, tylko świeży start. Karetka gładko się
zatrzymała, a podwójne drzwi zostały otwarte przez ręce w rękawiczkach.
Pozwolił sobie być ciągniętym, popychanym i szturchanym przez drzwi ostrego
dyżuru, dopóki nie leżał w surowo białym miejscu, czekając na rezonans
magnetyczny. Milczał. Doktor wszedł do pomieszczenia, gdzie on czekał na
wyniki. Był Hindusem z miłą twarzą. Nosił obrączkę na palcu serdecznym z trzema
rubinami osadzonymi w złocie. Na identyfikatorze było Dr. Sunji Puni.
Zastanawiał się, czy dr. Puni był szczęśliwy i czy te trzy czerwone kamienie
symbolizowały jego dzieci. Chciał zapytać, ale wciąż nic nie powiedział. Doktor
odezwał się akcentowanym głosem.
- Ma pan
poważne wstrząśnięcie mózgu. Chcę przeprowadzić na panu trochę więcej testów,
by być pewnym, że nie ma żadnego uszkodzenia na pana mózgu. Ratownicy
poinformowali mnie, że był pan zdezorientowany względem tego, kim pan jest. –
Pacjent nic nie powiedział, choć wpatrywał się w płaski biały sufit, jakby było
to świetne dzieło sztuki.
- Może
pan mi powiedzieć swoje imię? – Wciąż nie odezwał się, spojrzeniem krążąc w tę
i z powrotem.
- Proszę
pana? Wie pan, kim jest? – Głos doktora był teraz zaniepokojony, uderzając w
wyższą oktawę niż wcześniej. Wiem, wiem! Krzyczał
jego umysł. Pacjent odwrócił głowę, aż spojrzał w pomarszczone czarne oczy.
Wtedy podjął swoją decyzję. Będzie wiele kłopotów z tym, co zamierzał zrobić,
ale nie obchodziło go to. Musiał ją znaleźć.
- Nie –
powiedział Caleb Drake. – Nic nie pamiętam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz