24.10.13

The Opportunist - Rozdział czternasty

Teraźniejszość

Wyjechałam. Leah mogła go mieć, ale ja nie chciałam być w pobliżu, kiedy tak się stanie. Nie wzięłam dużo; parę książek i albumy fotograficzne, które należały do mojej matki. Wszystko inne zostało zniszczone. Wepchnęłam wszystko do samochodu razem z Pickles i uderzyłam w gaz. Zostawiłam swoje pudełko pamięci pana X leżące pośrodku zarysowanego stolika, razem z kopertą ze zdjęciami, które ukradła Leah. Również wsunęła do koperty pięć jednotysięcznych banknotów… je też zostawiłam. Jeśli miałam to zrobić – musiało być to skończone. Żadnego więcej taszczenia ozdóbek, które miały moc zmienienia mojego serca w mieloną wołowinę.
Zanim wyszłam przez drzwi na dobre, trzymałam w dłoni pensa. Cholerny pens. Cholerny Caleb. Zamknęłam palce, ściskając tak mocno jak mogłam, aż moja pięść zbielała i byłam pewna, że słowa „Dobry na jeden POCAŁUNEK!„ będą odbite na mojej skórze. Potem rozwarłam dłoń i pozwolił pensowi opaść na dywan. Wsunęłam notkę pożegnalną pod drzwi Rosalie, w której skłamałam o pracy w Californii i przyrzekłam napisać do niej gdy tylko się ustabilizuję. Zostawiłam klucze w leasingowym biurze i pojechałam. Poczułam uczuciowy ciężar unoszący się z moich barków, kiedy wjechałam autem na I-95 i poczułam się wolna, gdy przekroczyłam granicę państwową Georgii, lecz poczułam całkowitą ulgę, gdy Cammie zarzuciła na mnie ramiona.
- Witaj w Teksasie, najlepsza przyjaciółko. – Uśmiechnęła się, całując mnie w policzek. – Zacznijmy twoje nowe życie.


Przeszłość

Wiatr uderzał gniewnie o samochód, wykrzykując swoje protesty za nie wpuszczenie go do środka. Na zewnątrz pęknięte szkło przedniej szyby zebrało z powietrza tańczące płatki śniegu, rozkładając biały koc na zabarwionej na czerwono sieci pajęczej. Dwójka pasażerów siedziała pochylona i zakrwawiona na przednich siedzeniach, żaden z nich nie był przytomny, a kierowca był pokryty własną krwią. Nie zadzwoniono po żadną karetkę, bo samochód musiał zostać dopiero dostrzeżony w śnieżycy. Pasażer obudził się, jęcząc i ściskając głowę. Kiedy odsunął rękę, krew rozmazana była na koniuszkach palców.
Obejrzał się po ciemnym wnętrzu samochodu, zastanawiając się gdzie jest i kim mógłby być krwawiący człowiek obok niego. Czuł się dziwnie, jakby wszystkie organy naprężyły się wewnątrz jego ciała. Macając drzwi, złapał klamkę, ale nie ruszyła się. Wtem uświadomił sobie oczywiste, coś z czego jego zamglony umysł nie zdał sobie z początku sprawy. Samochód był zmiażdżony do połowy swojej normalnej wielkości. Odpiął pas i przeszukał kieszenie po telefon, a po znalezieniu go, zadzwonił pod 911. Kiedy odebrał żeński operator odezwał się, nie poznając własnego głosu.
- Był wypadek. Nie wiem gdzie jesteśmy. – Czy kim ja jestem chciał dodać, ale tego nie zrobił.
Odłożył komórkę i przytrzymał głowę. Radiowóz zostanie wysłany, kiedy już wytropią sygnał. On czekał, drżąc z szoku lub zimna, nie wiedział. Starał się nie patrzeć na ciało obok niego. Był to przyjaciel? Jego ojciec? Brat?
Wiedział, że przybyła pomoc, kiedy kątem oka dostrzegł odbicie świateł radiowozu tańczące na oknach. Zawołały głosy i trzasnęły drzwi. Wkrótce ludzie sięgali do środka i wyciągali go z samochodu.
- Musimy użyć kleszczy do rozcinania samochodu – usłyszał mówiącego strażaka. Ktoś świecił mu w oczy; ktoś inny owijał go pomarańczowym polarem. Położyli go na noszach, gdy śnieg opadł mu na twarz. Głos który brzmiał bardzo daleko zapytał go o imię. Potrząsnął głową, zastanawiając się czy powinien jakieś wymyślić. Josh to dobre imię, mógł powiedzieć Josh, ale tego nie zrobił. Zastanawiał się czy mężczyzna obok niego był żywy, a potem usłyszał syreny innej karetki i poślizg kół na żwirze, gdy odjechała z krzyczącymi syrenami. Położył się na płaskiej poduszce i mocno próbował sobie przypomnieć… i to zrobił. Rzeczy dobre i złe przesączyły się z powrotem do jego mózgu, jak ciepła woda przez popękany lód. Wzdrygnął się, gdy przypomniał sobie rzeczy, o których wolałby zapomnieć.
Ratownik zapytał go, czy nic mu nie jest. Potrząsnął głową na tak, choć wewnątrz, gdzie to się liczyło, gdzie rany nie mogły być uratowane ani zaszyte, czuł się źle. Potarł głowę, knykciami o skronie i marzył o tym, żeby nie pamiętać. Jak łatwo by było, gdyby jego umysł został wytarty do czysta, jak tablica gąbką. Żadnego śladu szczęścia lub nieszczęścia, tylko świeży start. Karetka gładko się zatrzymała, a podwójne drzwi zostały otwarte przez ręce w rękawiczkach. Pozwolił sobie być ciągniętym, popychanym i szturchanym przez drzwi ostrego dyżuru, dopóki nie leżał w surowo białym miejscu, czekając na rezonans magnetyczny. Milczał. Doktor wszedł do pomieszczenia, gdzie on czekał na wyniki. Był Hindusem z miłą twarzą. Nosił obrączkę na palcu serdecznym z trzema rubinami osadzonymi w złocie. Na identyfikatorze było Dr. Sunji Puni. Zastanawiał się, czy dr. Puni był szczęśliwy i czy te trzy czerwone kamienie symbolizowały jego dzieci. Chciał zapytać, ale wciąż nic nie powiedział. Doktor odezwał się akcentowanym głosem.
- Ma pan poważne wstrząśnięcie mózgu. Chcę przeprowadzić na panu trochę więcej testów, by być pewnym, że nie ma żadnego uszkodzenia na pana mózgu. Ratownicy poinformowali mnie, że był pan zdezorientowany względem tego, kim pan jest. – Pacjent nic nie powiedział, choć wpatrywał się w płaski biały sufit, jakby było to świetne dzieło sztuki.
- Może pan mi powiedzieć swoje imię? – Wciąż nie odezwał się, spojrzeniem krążąc w tę i z powrotem.
- Proszę pana? Wie pan, kim jest? – Głos doktora był teraz zaniepokojony, uderzając w wyższą oktawę niż wcześniej. Wiem, wiem! Krzyczał jego umysł. Pacjent odwrócił głowę, aż spojrzał w pomarszczone czarne oczy. Wtedy podjął swoją decyzję. Będzie wiele kłopotów z tym, co zamierzał zrobić, ale nie obchodziło go to. Musiał ją znaleźć.

- Nie – powiedział Caleb Drake. – Nic nie pamiętam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz