23.10.13

The Opportunist - Rozdział pierwszy

Teraźniejszość

Nazywam się Olivia Kaspen i jeśli coś kocham, wyrywam to ze swojego życia. Nie celowo… również nie niecelowo. Widzę teraz jedno z nich; ocalałego mojej skażonej, cierpkiej miłości. Jest sto metrów od miejsca, gdzie stoję, przeglądając stare płyty.
Caleb. Jego imię toczy się w mojej głowie jak kolczasta kula, otwierając uczucia, które dawno stały się blizną. Moje serce próbuje wyrwać się z klatki piersiowej, a wszystko co mogę zrobić to stać i go obserwować. Minęły trzy lata odkąd widziałam go po raz ostatni. Jego słowa pożegnalne były ostrzeżeniem, żeby trzymać się z daleka. Wciągam lepkie powietrze do płuc i staram się kontrolować moje ckliwe emocje.
Chcę do niego iść. Chcę obserwować nienawiść ujawniającą się w jego oczach. Głupie. Zaczynam odchodzić i jestem prawie po drugiej stronie ulicy i przy aucie, kiedy nogi mnie zawodzą. Ostre mrowienie wzburzenia wspina się po koniuszkach moich palców. Zaciskając pięści, wracam marszem do okna. To moja strona miasta. Jak śmie on pokazywać tutaj swoją twarz.
Jego głowa pochyla się nad tekturowym pudełkiem płyt i kiedy odwraca się, żeby spojrzeć na coś przez ramię, zauważam jego nietypowy nos. Ściska mnie w sercu. Wciąż kocham tego chłopaka. Ta świadomość mnie przeraża. Myślałam, że przez to przeszłam. Myślałam, że mogę znieść coś takiego; improwizowane wpadnięcie. Miałam terapię; miałam trzy lata żeby…
O nim zapomnieć.
Gnić w moim poczuciu winy.
Wariuję w moich emocjach przez jeszcze parę chwil, aż odwracam się plecami do sklepu muzycznego i Caleba. Nie mogę tego zrobić. Nie mogę wrócić do tego mrocznego miejsca. Podnoszę stopę, żeby zejść z krawężnika, kiedy chmury, które czaiły się nad Miami od tygodnia nagle wydają jęk jak stara instalacja kanalizacyjna. Nim robię dwa kroki, deszcz napada chodnik, przemaczając moją białą bluzkę. Szybko się cofam i chowam pod markizą sklepu muzycznego. Patrzę na mojego starego Żuka poprzez smugi deszczu. Tylko krótki bieg i będę w drodze do domu. Głos nieznajomego przerywa mój moment ucieczki. Odsuwam się, niepewna czy mówi on do mnie.
- Niebo jest czerwone – oznacza kłopoty.
Odwracam się na pięcie i znajduję kogoś stojącego tuż za mną. On jest bliżej niż jest to uznane za społecznie akceptowalne. Wydaję zaskoczony dźwięk w gardle i cofam się o krok. Jest on przynajmniej stopę wyższy ode mnie, cały muskularny, choć nie w atrakcyjny sposób. Trzyma dłonie pod dziwnym kątem z napiętymi i rozpostartymi palcami. Moje oczy przyciągnięte są do pieprzyka, który siedzi jak cel pośrodku jego czoła.
- Co? – Potrząsam głową, zdezorientowana. Próbuję zajrzeć mu przez ramię, żeby dostrzec Caleba. Jest tam wciąż? Powinnam wejść do środka?
- To przesąd starego marynarza. – Wzrusza ramionami.
Zniżam wzrok do jego twarzy. Wygląda trochę znajomo i, biorąc pod uwagę powiedzenie mu żeby się odczepił, staram się sobie przypomnieć, gdzie widziałam go wcześniej.
- Mam parasolkę. – Podnosi kwiecistą rzecz z plastikową rączką w kształcie stokrotki. – Mogę odprowadzić cię do auta.
Patrzę na niebo, które naprawdę wygląda na ciemnoczerwone i drżę. Chcę, żeby zostawił mnie w spokoju i zamierzam mu to powiedzieć, kiedy myślę – Co jeśli to znak? Niebo jest czerwone – wynoś się stąd, do diabła!
Przyglądam się zdartemu lakierowi na kciuku i rozpatruję jego propozycję. Nie jestem za omenami, lecz ma on sposób, żeby utrzymać mnie suchą.
- Nie, dzięki – mówię. Odwracam głową w stronę sklepu muzycznego za mną i uświadamiam sobie, że już podjęłam decyzję.
- Okej. Zbliża się huragan, ale rób co chcesz. – Znowu wzrusza ramionami i wychodzi na deszcz, nie otwierając swojej parasolki.
Patrzę jak idzie. Jego szerokie plecy zaginają się pod ulewą jak półka na resztę jego ciała. Naprawdę jest wielki. W kilka sekund deszcz go połknął i już nie widzę jego sylwetki. Znam go skądś, ale z pewnością zapamiętałabym takiego dużego faceta, gdybym wcześniej go spotkała. Odwracam się do sklepu. Znak nad drzwiami ma napis Music Mushroom w jaskrawych, zakręconych literach. Patrzę za szkło i przeszukuję przejścia. Jest on tam, gdzie go zostawiłam, jego głowa wciąż pochylona nad czymś, co wygląda na część reggae. Nawet stąd gdzie stoję mogę dostrzec niewielką bruzdę na jego czole.
Nie może się zdecydować. Zdaję sobie sprawę, co robię i czuję zażenowanie. Już go nie znam. Nie mogę składać przypuszczeń na temat tego, o czym on myśli.
Chcę, żeby podniósł wzrok i mnie zobaczył, ale tego nie robi. Ponieważ nie chcę już czaić się pod markizą jak dziwak, zbieram odwagę, nastrajam się i wchodzę przez drzwi. Klimatyzacja jest lodowata na mojej wilgotnej skórze i przebiegają mnie ciarki. Dostrzegam wysoką półkę z lewej strony, chowam się za nią i wyciągam puderniczkę, żeby sprawdzić makijaż.
Szpiegując go przez szpary w półkach, używam palca, żeby zetrzeć rozmazany tusz pod oczami. Muszę sprawić, żeby wpadnięcie na niego wyglądało na przypadkowe.
Przede mną jest bim bam w kształcie głowy Boba Marley’a. Patrzę w szklane oczy Boba i ćwiczę zaskoczoną minę. Jestem zdegustowana poziomami, do których się zniżam. Szczypiąc policzki do koloru, wychodzę z kryjówki.
Oto wychodzi wszystko.
Moje obcasy wbijają się w linoleum, stukając głośno, gdy robię wejście. Równie dobrze mogłam zatrudnić trębacza, żeby ogłosił moje przyjście. O dziwo nie podnosi on wzroku. Klimatyzacja włącza się, kiedy jestem parę metrów dalej. Ktoś przywiązał limonkowo zielone serpentyny do otworów wentylacyjnych. Gdy zaczynają tańczyć, czuję coś – to zapach Caleba, mięta i pomarańcze.
Jestem wystarczająco blisko, żeby zobaczyć bliznę, która zakrzywia się łagodnie wokół jego prawego oka – tę, którą kiedyś muskałam palcem. Jego obecność w pomieszczeniu jest jak wstrząsająca fizyczna siła uderzenia. Na dowód tego, widzę kobiety – stare i młode posyłające mu spojrzenia, pochylające się w jego stronę. Cały świat kłania się Calebowi Drake’owi, a on jest tego uroczo nieświadomy. Naprawdę odrażająco jest to obserwować.
Podchodzę obok niego i sięgam po płytę. Caleb nieświadomy mojej obecności przechodzi wzdłuż listy alfabetycznej artystów. Podążam za jego krokami i kiedy poruszam się kilka stóp za nim – jego ciało odwraca się w moim kierunku. Zamieram i przez krótką sekundę mam ochotę uciec. Wbijam obcasy i patrzę, jak jego oczy przesuwają się po mojej twarzy, jakby nigdy wcześniej jej nie widział i lądują na plastikowym kwadracie w mojej ręce. A potem, po trzech długich latach, słyszę jego głos.
- Są oni dobrzy?
Czuję, jak szok płynie z mojego serca do kończyn i ląduje w żołądku.
Wciąż mówi z tym samym rozrzedzonym brytyjskim akcentem, który pamiętałam, lecz twardości, którą spodziewałam się usłyszeć, nie ma. Coś jest nie tak.
- Ummm…
Patrzy znowu na moją twarz, a jego oczy dotykają każdej rysy, jakby widział je po raz pierwszy.
- Przepraszam? Nie usłyszałem.
Cholera, cholera, cholera.
- Em, są w porządku – mówię, wpychając płytę z powrotem na półkę. Mija kilka sekund ciszy. Decyduję, że czeka on, aż coś powiem.
- Niespecjalnie są w twoim stylu.
Wygląda na zdezorientowanego.
- Nie są w moim stylu?
Potakuję.
- A myślisz, że jaki dokładnie jest mój styl? – Jego oczy śmieją się ze mnie i jest cień uśmiechu wokół jego ust.
Przesuwam wzrokiem po jego twarzy szukając wskazówki co do gry, w którą gra. Zawsze był taki dobry w wyrazach twarzy, zawsze odpowiedni w odpowiednim momencie. Wygląda na spokojnego i tylko trochę zainteresowanego moją odpowiedzią. Czuję się bezpiecznie, więc mówię: - Umm, jesteś typem faceta klasycznego rocka… ale mogę się mylić. – Ludzie się zmieniają.
- Klasyczny rock? – powtarza, obserwując moje usta. Drżę mimowolnie, jak wraca do mnie wspomnienie jego patrzącego w taki sposób na moje usta. Czy to nie te spojrzenie to wszystko zaczęło?
- Przepraszam – mówi, opuszczając spojrzenie na podłogę. – To niezręczne, ale ja… uchhh… nie wiem, jaki jest mój styl. Nie mam tego pamięci.
Gapię się na niego. Czy był to jakiś chory żart? Sposób odpłacenia mi się?
- Nie pamiętasz? Jak mógłbyś nie pamiętać?
Caleb przeciąga dłonią po karku, mięśnie w jego ramionach się napinają. – Straciłem pamięć w wypadku. Brzmi oklepanie, wiem. Ale prawda jest taka – nie mam pojęcia co lubię czy lubiłem, chyba to powinienem powiedzieć. Przepraszam. Nie wiem dlaczego ci to mówię.
Odwraca się, żeby odejść, prawdopodobnie dlatego, że moja twarz jest tak zszokowana, że jest mu niezręcznie. Mam wrażenie, jakby ktoś walnąć tłuczkiem do ziemniaków mój mózg. Nic nie ma sensu. Nic nie pasuje. Caleb nie wie, kim jestem. Caleb nie wie, kim jestem! Z każdym krokiem, który stawia w stronę drzwi ja staję się coraz bardziej zrozpaczona. Gdzieś w głowie słyszę krzyk. – Zatrzymaj go!
- Poczekaj – mówię. Mój głos jest ledwo słyszalny. – Poczekaj… poczekaj! – tym razem krzyczę i kilka ludzi odwraca się, żeby spojrzeć. Odcinając ich, skupiam się na plecach Caleba. Jest prawie przy drzwiach, kiedy odwraca się do mnie. Myśl szybko, myśl szybko! Unosząc palec, wskazujący mu, żeby czekał tam gdzie jest, ruszam do części klasycznego rocka. Zajmuje mi tylko minutę znalezienie tego, co kiedyś było jego ulubioną płytą. Wracam zaciskając ją mocno w rękach, zatrzymując się kilka stóp od miejsca, gdzie stał.
- Spodoba ci się to – mówię, rzucając mu kopię. Mój cel nie jest dobry, ale łapie ją z wdziękiem i uśmiecha się niemal smutno.
Patrzę jak podchodzi do kasy, podpisuje pokwitowanie swojej karty kredytowej i znowu znika z mojego życia.
Cześć – Do widzenia.

Dlaczego nie powiedziałam mu, kim jestem? Teraz jest za późno i moment na szczerość minął. Stoję wryta, moje serce bije niemrawo w piersi, jak próbuję przetrawić, to co się stało. Zapomniał o mnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz