Po
czterdziestu ośmiu godzinach jestem wypisana ze szpitala. Caleb jest ze mną,
kiedy czekam na bycie zwolnioną. Trzyma Estellę i prawie jestem zazdrosna, tylko
że ciągle mnie dotyka – ręka na moim ramieniu, kciuk robiący kółka na tyle
mojej dłoni, jego usta na mojej skroni. Matka Caleba przybyła wcześniej z jego
ojczymem. Zostali na godzinę, zamieniając się w trzymaniu dziecka, potem zmyli
się na lunch z przyjaciółmi. Czułam ulgę, kiedy wyszli. Wiszący nade mną
ludzie, podczas gdy moje piersi wolno przeciekały, sprawiali, że wzdrygałam się
z zażenowaniem. Przynieśli butelkę Bruichladdicha dla Caleba, świnkę skarbonkę
od Tiffany’ego dla dziecka i zestaw dresu od Gucci’ego dla mnie. Pomimo jej
snobistyczności, ta kobieta miała doskonały gust. Mam na sobie ten dres.
Pocieram materiał między palcami, czekając, aż zostanę zwieziona na dół.
- Nie mogę
uwierzyć, że to zrobiliśmy – mówi Caleb po raz milionowy, wpatrując się w nią. –
Zrobiliśmy to.
Formalnie
rzecz biorąc, to ja to zrobiłam. To dogodne, jak mężczyźni mogą dopisać swoje
imiona do tych małych istot bez zrobienia niczego innego, jak przeżycie orgazmu
i kupienie łóżeczka dziecięcego. Wyciąga rękę i wesoło ciągnie mnie za włosy.
Uśmiecham się słabo. Nie potrafię być długo na niego zła. Jest idealny.
- Ma rude
włosy – mówi, jakby ustalając jej wiarygodność, jako moje dziecko. Jest Ruda,
jak należy. Biedne dziecko będzie miała pełne ręce roboty. Nie łatwo jest coś
osiągnąć będąc rudym.
- Co? Ten
meszek? To nie są włosy – drażnię się.
Przyniósł
ze sobą pluszowy, lawendowy kocyk. Nie mam pojęcia skąd go wziął, skoro
większość rzeczy naszego dziecka jest zielone albo białe. Patrzę jak opatula
nią nim, tak jak nauczyły go pielęgniarki.
-
Zadzwoniłeś do agencji niań? – pytam nieśmiało. To jest drażliwy temat pomiędzy
nami, razem z karmieniem piersią, które Caleb mocno propaguje, a mnie to nie
obchodziło. Nasz kompromis składa się ze mnie odciągającej przez kilka
miesięcy, a potem będę powiększać piersi.
Marszczy
czoło. Nie wiem czy to dlatego, co powiedziałam, czy dlatego, że kocyk sprawia
mu problemy.
- Nie
zatrudniamy niani, Leah.
Nie cierpię
tego. Caleb ma własne pomysły na to, jak wszystko powinno wyglądać. Można by
przysiąc, że został wychowany przez samą Betty Pieprzoną Crocker.
- Sama
powiedziałaś, że nie zamierzasz wrócić do pracy.
- Moje
koleżanki… - zaczynam, ale przerywa mi.
- Nie
obchodzi mnie, co te rozpieszczone próżniaczki robią ze swoimi dziećmi. Jesteś
jej matką i ty będziesz ją wychowywać, nie obcy.
Przygryzam
wargę, żeby powstrzymać płacz. Patrząc na jego minę, wiem, że nie wygram w tej
bitwie. Powinnam była wiedzieć, że ktoś taki jak Caleb Drake stoi nad tym, co
jest jego, obnażając zęby, nie pozwalając nikomu tego dotknąć.
- Nie wiem
nic o dzieciach. Po prostu myślałam, że mogłabym mieć kogoś do pomocy… - Wykorzystuję
ostatni sposób… lekko wydymam wargi. To zazwyczaj działa na moją korzyść.
- Coś wymyślimy
– odpowiada chłodno. – Reszta rodzącego świata nie posiada opcji niani – oni coś
wymyślili. My też.
Skończył
opatulać Estellę. Podaje mi ją i przychodzi pielęgniarka, żeby zawieźć mnie do
samochodu. Przez całą drogę mam zamknięte oczy, bojąc się na nią spojrzeć.
Kiedy Caleb
podjeżdża do krawężnika moim nowym samochodem „mamusi”, odkrywamy, że nie można
umieścić owiniętego w powijaki dziecka w foteliku samochodowym. Ja od razu bym
skwaśniała. Gdy nic nie idzie po mojej myśli, tracę cierpliwość. Za to Caleb
śmieje się, mówi do dziecka jaki to on jest głupi, odwijając ją z kocyka. Ona szybko
zasypia, ale on podtrzymuje dialog. To głupie, dorosły mężczyzna zachowujący
się w taki sposób. Kiedy jest przypięta, pomaga mi wsiąść do środka. Przed zamknięciem
drzwi, całuje mnie lekko w usta. Zamykam oczy i rozkoszuję się tym, smakuję
jego uwagę. Jest bardzo mało pocałunków, które sprawiają, że czuję się z nim
połączona. Zawsze jest gdzieindziej… z kimś innym. Jeżeli dziecko może nas
złączyć, to może miałam rację robiąc to, co zrobiłam.
To mój
pierwszy raz w moim nowym samochodzie, które Caleb odebrał dziś rano od
przedstawiciela handlowego. Moje wszystkie przyjaciółki mają tańsze samochody.
Ja mam najlepszy. Czuje się jak w karze więziennej warte dziewięćdziesiąt
tysięcy dolarów, pomimo mojego początkowego podniecenia, żeby go mieć. Caleb
wskazuje na różne rzeczy, gdy jedziemy. Słucham ze skupieniem dźwięku jego
głosu, ale nie słów. Wciąż myślę o tym, co jest w foteliku.
W domu Caleb
bierze Estellę z jej fotelika i delikatnie kładzie ją w jej nowym łóżeczku. Już
nazywa ją Stellą. Leniuchuję na moim ulubionym szezlongu w naszym dużym
salonie, przełączając kanały w telewizji. On przynosi mi odciągacz pokarmu i
wzdrygam się.
- Ona musi
jeść, no chyba że chcesz zrobić to w tradycyjny sposób…
Zabieram od
niego odciągacz i zabieram się do pracy.
Czuję się
jak dojona krowa, jak maszyna brzęczy i mruczy. Jak może to być sprawiedliwe?
Kobieta nosi dziecko przez czterdzieści dwa wyczerpujące tygodnie, tylko po to,
żeby potem zostać przypiętą do maszyny i zmuszona do karmienia go. Caleb wydaje
się cieszyć moim dyskomfortem. Ma dziwne poczucie humoru. Zawsze drażni się i
rzuca jakąś dowcipną uwagę, na którą często nie udaje mi się odpowiedzieć, ale
teraz, jak patrzy na mnie z tym lekkim uśmiechem tańczącym na jego wargach,
śmieję się.
- Leah
Smith – mówi. – Matka.
Wywracam
oczami. On lubi te słowa, ale mnie przyprawiają o palpitacje serce. Kiedy
kończę, w obu butelkach jest duża ilość wodnisto wyglądającego mleka. Oczekuję,
że on zrobi resztę, ale wraca z zawodzącą Estellą w ramionach i podaje mi ją.
To dopiero trzeci raz, jak muszę ją nosić. Staram się wyglądać naturalnie, żeby
zrobić na nim wrażenie i chyba to działa, bo kiedy daje mi butelkę, uśmiecha
się i dotyka mojej twarzy.
Może to
jest kluczem – udawanie, że kocham ten macierzyński układ. Może właśnie to musi
we mnie zobaczyć. Spoglądam na nią, jak ssie butelkę. Jej oczy są zamknięte i
wydaje okropne dźwięki, jakby umierała z głodu. To nie jest straszne. Odprężam
się trochę i przyglądam jej twarzy, szukając w niej jakiegoś śladu po mnie.
Caleb miał rację; ma wszelkie zadatki na rudzielca. Reszta niej wygląda
bardziej jak on – pełne, idealnie zarysowane usta pod dziwnym małym noskiem. Z
pewnością będzie piękna.
-
Pamiętasz, że mam w poniedziałek podróż służbową? – pyta, siadając naprzeciw
mnie.
Gwałtownie
podnoszę głowę i nie robię nic, aby ukryć panikę na mojej twarzy. Caleb często
wyjeżdża na podróże służbowe, ale myślałam, że weźmie kilka tygodni wolnego,
żeby pozwolić mi zaaklimatyzować się.
- Nie
możesz wyjechać.
Powoli na
mnie mruga i wypija łyk czegoś z kieliszka do koniaku.
- Nie chcę
jej jeszcze opuszczać, Leah. Ale wcześnie przyszła. Nikt inny nie może pojechać,
już próbowałem kogoś znaleźć. – Pochyla się przede mną, całując moją dłoń. –
Nic ci nie będzie. Twoja matka przyjeżdża w poniedziałek. Ona może ci pomóc.
Nie będzie mnie trzy dni.
Chcę
zapłakać na tę informację. Moja matka jest uzależniona od dramatyczności, w
dodatku jest nieznośnie narcystyczna. Dzień z nią jest jak tydzień. Caleb widzi
moją winę i marszczy czoło.
- Ona się
stara, Leah – chciała przyjechać. Tylko traktuj ją łagodnie.
Przygryzam
wargę, żeby nie powiedzieć czegoś naprawdę okropnego. Mam w sobie złośliwą
stronę, którą Caleb uważa za chamską, więc powściągam ją, kiedy jest w pobliżu.
Gdy nie ma go w pobliżu, klnę jak
marynarz i rzucam rzeczami.
- Na jak
długo zostaje? – burczę.
- Pomóż jej
odbić się…
- Co? – Tak
bardzo jestem rozproszona nadciągającą wizytą mojej matki; nie zauważam, że
Estella w połowie się krztusi, mleko bulgocze z jej ust jak pączki róż.
- Nie wiem
jak.
Podchodzi
do mnie, zabiera ją ode i kładzie na swojej klatce piersiowej. Klepie ją po
plecach w lekkich, krótkich stuknięciach, które wydają odgłos bicia serca.
- Będzie
tutaj na tydzień.
Przewracam
się i chowam twarz w poduszce, unosząc tyłek w powietrzu. Klepie mnie w niego,
śmiejąc się.
- Nie
będzie tak źle.
Zaciskam
zęby. – Nie.
Czuję
opadającą kanapę, kiedy siada obok mnie. Zerkam na niego spomiędzy włosów, które
obramują moją twarz jak czerwona maska. Jedną ręką trzyma dziecko, a drugą
wykorzystuje, żeby odsłonić mi twarz, łagodnie odsuwając włosy za moje ramię.
- Spójrz na
mnie – mówi. Patrzę, jedno oko zasłaniając przed małym czymś leżącym na jego
piersi.
- W
porządku?
Przełykam
ślinę. – Ta.
Zaciska
usta, kiwając głową. – Nie i Ta. Powiedziałem ci kiedyś, że mówisz „nie” i „ta”
tylko wtedy, kiedy jesteś bezbronna?
Jęczę. –
Nie poddawaj mnie psychoanalizie, Skaucie.
Śmieje się
i popycha mnie tak, że obracam się na plecy. Uwielbiam, gdy bawi się ze mną.
Zdarzało się to o wiele częściej, ale ostatnio…
- Będzie
dobrze, Ruda. Jeżeli będziesz mnie potrzebować, wskoczę do samolotu i wrócę do
domu.
Uśmiecham
się i kiwam głową.
Ale on jest
w błędzie. Nie będzie dobrze. Ostatnim razem, kiedy widziałam matkę byłam w
siódmym miesiącu ciąży. Przyleciała na moje przyjęcie z okazji zbliżających się
narodzin dziecka i przez cały czas narzekała na okropne miejsce, które wybrały
moje przyjaciółki.
- To jest
herbaciarnia, matko – nie bar.
Na
przyjęciu nie chciała z nikim rozmawiać i siedziała w kącie, dąsając się,
ponieważ nikt nie zapowiedział jej jako matka przyszłej matki. Niemal wybuchła
walka na pięści z właścicielem herbaciarni, bo nie podali brazylijskiego
organicznego miodu. Od tamtej pory nie chciałam się z nią widzieć.
Caleb –
zawsze wielkoduszny, zawsze wyrozumiały – zachęca mnie, abym nie patrzyła na
jej wady i pomogła jej zrozumieć jak być dla mnie lepszą matką. Kocham to w
nim, ale długi czas temu nauczyłam się, że staranie się być jak on jest poza
moim zasięgiem. Udaję, że rozumiem, do czego mnie kieruje, a potem robię własną
rzecz, co zazwyczaj wiąże się z jakimś rodzajem biernej agresji. Zatem zgadzam
się z nim całym sercem. Obiecuję, że będę się starać z moją matką i idę na
górę, żeby uciec od niego i hałaśliwego dziecka. Tak bardzo chcę papierosa, że
to mnie dobija. Przechodzę do łazienki i rozbieram się, po czym patrzę na
siebie długo i twardo w lustrze. Mój brzuch na szczęście opadł. Jeszcze trochę
kilogramów i wrócę do normy. Teraz muszę tylko sprawić, że moje życie wróci do
normalności.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz