27.10.13

Dirty Red - rozdział 2

Po czterdziestu ośmiu godzinach jestem wypisana ze szpitala. Caleb jest ze mną, kiedy czekam na bycie zwolnioną. Trzyma Estellę i prawie jestem zazdrosna, tylko że ciągle mnie dotyka – ręka na moim ramieniu, kciuk robiący kółka na tyle mojej dłoni, jego usta na mojej skroni. Matka Caleba przybyła wcześniej z jego ojczymem. Zostali na godzinę, zamieniając się w trzymaniu dziecka, potem zmyli się na lunch z przyjaciółmi. Czułam ulgę, kiedy wyszli. Wiszący nade mną ludzie, podczas gdy moje piersi wolno przeciekały, sprawiali, że wzdrygałam się z zażenowaniem. Przynieśli butelkę Bruichladdicha dla Caleba, świnkę skarbonkę od Tiffany’ego dla dziecka i zestaw dresu od Gucci’ego dla mnie. Pomimo jej snobistyczności, ta kobieta miała doskonały gust. Mam na sobie ten dres. Pocieram materiał między palcami, czekając, aż zostanę zwieziona na dół.
- Nie mogę uwierzyć, że to zrobiliśmy – mówi Caleb po raz milionowy, wpatrując się w nią. – Zrobiliśmy to.
Formalnie rzecz biorąc, to ja to zrobiłam. To dogodne, jak mężczyźni mogą dopisać swoje imiona do tych małych istot bez zrobienia niczego innego, jak przeżycie orgazmu i kupienie łóżeczka dziecięcego. Wyciąga rękę i wesoło ciągnie mnie za włosy. Uśmiecham się słabo. Nie potrafię być długo na niego zła. Jest idealny.
- Ma rude włosy – mówi, jakby ustalając jej wiarygodność, jako moje dziecko. Jest Ruda, jak należy. Biedne dziecko będzie miała pełne ręce roboty. Nie łatwo jest coś osiągnąć będąc rudym.
- Co? Ten meszek? To nie są włosy – drażnię się.
Przyniósł ze sobą pluszowy, lawendowy kocyk. Nie mam pojęcia skąd go wziął, skoro większość rzeczy naszego dziecka jest zielone albo białe. Patrzę jak opatula nią nim, tak jak nauczyły go pielęgniarki.
- Zadzwoniłeś do agencji niań? – pytam nieśmiało. To jest drażliwy temat pomiędzy nami, razem z karmieniem piersią, które Caleb mocno propaguje, a mnie to nie obchodziło. Nasz kompromis składa się ze mnie odciągającej przez kilka miesięcy, a potem będę powiększać piersi.
Marszczy czoło. Nie wiem czy to dlatego, co powiedziałam, czy dlatego, że kocyk sprawia mu problemy.
- Nie zatrudniamy niani, Leah.
Nie cierpię tego. Caleb ma własne pomysły na to, jak wszystko powinno wyglądać. Można by przysiąc, że został wychowany przez samą Betty Pieprzoną Crocker.
- Sama powiedziałaś, że nie zamierzasz wrócić do pracy.
- Moje koleżanki… - zaczynam, ale przerywa mi.
- Nie obchodzi mnie, co te rozpieszczone próżniaczki robią ze swoimi dziećmi. Jesteś jej matką i ty będziesz ją wychowywać, nie obcy.
Przygryzam wargę, żeby powstrzymać płacz. Patrząc na jego minę, wiem, że nie wygram w tej bitwie. Powinnam była wiedzieć, że ktoś taki jak Caleb Drake stoi nad tym, co jest jego, obnażając zęby, nie pozwalając nikomu tego dotknąć.
- Nie wiem nic o dzieciach. Po prostu myślałam, że mogłabym mieć kogoś do pomocy… - Wykorzystuję ostatni sposób… lekko wydymam wargi. To zazwyczaj działa na moją korzyść.
- Coś wymyślimy – odpowiada chłodno. – Reszta rodzącego świata nie posiada opcji niani – oni coś wymyślili. My też.
Skończył opatulać Estellę. Podaje mi ją i przychodzi pielęgniarka, żeby zawieźć mnie do samochodu. Przez całą drogę mam zamknięte oczy, bojąc się na nią spojrzeć.
Kiedy Caleb podjeżdża do krawężnika moim nowym samochodem „mamusi”, odkrywamy, że nie można umieścić owiniętego w powijaki dziecka w foteliku samochodowym. Ja od razu bym skwaśniała. Gdy nic nie idzie po mojej myśli, tracę cierpliwość. Za to Caleb śmieje się, mówi do dziecka jaki to on jest głupi, odwijając ją z kocyka. Ona szybko zasypia, ale on podtrzymuje dialog. To głupie, dorosły mężczyzna zachowujący się w taki sposób. Kiedy jest przypięta, pomaga mi wsiąść do środka. Przed zamknięciem drzwi, całuje mnie lekko w usta. Zamykam oczy i rozkoszuję się tym, smakuję jego uwagę. Jest bardzo mało pocałunków, które sprawiają, że czuję się z nim połączona. Zawsze jest gdzieindziej… z kimś innym. Jeżeli dziecko może nas złączyć, to może miałam rację robiąc to, co zrobiłam.
To mój pierwszy raz w moim nowym samochodzie, które Caleb odebrał dziś rano od przedstawiciela handlowego. Moje wszystkie przyjaciółki mają tańsze samochody. Ja mam najlepszy. Czuje się jak w karze więziennej warte dziewięćdziesiąt tysięcy dolarów, pomimo mojego początkowego podniecenia, żeby go mieć. Caleb wskazuje na różne rzeczy, gdy jedziemy. Słucham ze skupieniem dźwięku jego głosu, ale nie słów. Wciąż myślę o tym, co jest w foteliku.

W domu Caleb bierze Estellę z jej fotelika i delikatnie kładzie ją w jej nowym łóżeczku. Już nazywa ją Stellą. Leniuchuję na moim ulubionym szezlongu w naszym dużym salonie, przełączając kanały w telewizji. On przynosi mi odciągacz pokarmu i wzdrygam się.
- Ona musi jeść, no chyba że chcesz zrobić to w tradycyjny sposób…
Zabieram od niego odciągacz i zabieram się do pracy.
Czuję się jak dojona krowa, jak maszyna brzęczy i mruczy. Jak może to być sprawiedliwe? Kobieta nosi dziecko przez czterdzieści dwa wyczerpujące tygodnie, tylko po to, żeby potem zostać przypiętą do maszyny i zmuszona do karmienia go. Caleb wydaje się cieszyć moim dyskomfortem. Ma dziwne poczucie humoru. Zawsze drażni się i rzuca jakąś dowcipną uwagę, na którą często nie udaje mi się odpowiedzieć, ale teraz, jak patrzy na mnie z tym lekkim uśmiechem tańczącym na jego wargach, śmieję się.
- Leah Smith – mówi. – Matka.
Wywracam oczami. On lubi te słowa, ale mnie przyprawiają o palpitacje serce. Kiedy kończę, w obu butelkach jest duża ilość wodnisto wyglądającego mleka. Oczekuję, że on zrobi resztę, ale wraca z zawodzącą Estellą w ramionach i podaje mi ją. To dopiero trzeci raz, jak muszę ją nosić. Staram się wyglądać naturalnie, żeby zrobić na nim wrażenie i chyba to działa, bo kiedy daje mi butelkę, uśmiecha się i dotyka mojej twarzy.
Może to jest kluczem – udawanie, że kocham ten macierzyński układ. Może właśnie to musi we mnie zobaczyć. Spoglądam na nią, jak ssie butelkę. Jej oczy są zamknięte i wydaje okropne dźwięki, jakby umierała z głodu. To nie jest straszne. Odprężam się trochę i przyglądam jej twarzy, szukając w niej jakiegoś śladu po mnie. Caleb miał rację; ma wszelkie zadatki na rudzielca. Reszta niej wygląda bardziej jak on – pełne, idealnie zarysowane usta pod dziwnym małym noskiem. Z pewnością będzie piękna.
- Pamiętasz, że mam w poniedziałek podróż służbową? – pyta, siadając naprzeciw mnie.
Gwałtownie podnoszę głowę i nie robię nic, aby ukryć panikę na mojej twarzy. Caleb często wyjeżdża na podróże służbowe, ale myślałam, że weźmie kilka tygodni wolnego, żeby pozwolić mi zaaklimatyzować się.
- Nie możesz wyjechać.
Powoli na mnie mruga i wypija łyk czegoś z kieliszka do koniaku.
- Nie chcę jej jeszcze opuszczać, Leah. Ale wcześnie przyszła. Nikt inny nie może pojechać, już próbowałem kogoś znaleźć. – Pochyla się przede mną, całując moją dłoń. – Nic ci nie będzie. Twoja matka przyjeżdża w poniedziałek. Ona może ci pomóc. Nie będzie mnie trzy dni.
Chcę zapłakać na tę informację. Moja matka jest uzależniona od dramatyczności, w dodatku jest nieznośnie narcystyczna. Dzień z nią jest jak tydzień. Caleb widzi moją winę i marszczy czoło.
- Ona się stara, Leah – chciała przyjechać. Tylko traktuj ją łagodnie.
Przygryzam wargę, żeby nie powiedzieć czegoś naprawdę okropnego. Mam w sobie złośliwą stronę, którą Caleb uważa za chamską, więc powściągam ją, kiedy jest w pobliżu. Gdy nie ma go w pobliżu, klnę jak marynarz i rzucam rzeczami.
- Na jak długo zostaje? – burczę.
- Pomóż jej odbić się…
- Co? – Tak bardzo jestem rozproszona nadciągającą wizytą mojej matki; nie zauważam, że Estella w połowie się krztusi, mleko bulgocze z jej ust jak pączki róż.
- Nie wiem jak.
Podchodzi do mnie, zabiera ją ode i kładzie na swojej klatce piersiowej. Klepie ją po plecach w lekkich, krótkich stuknięciach, które wydają odgłos bicia serca.
- Będzie tutaj na tydzień.
Przewracam się i chowam twarz w poduszce, unosząc tyłek w powietrzu. Klepie mnie w niego, śmiejąc się.
- Nie będzie tak źle.
Zaciskam zęby. – Nie.
Czuję opadającą kanapę, kiedy siada obok mnie. Zerkam na niego spomiędzy włosów, które obramują moją twarz jak czerwona maska. Jedną ręką trzyma dziecko, a drugą wykorzystuje, żeby odsłonić mi twarz, łagodnie odsuwając włosy za moje ramię.
- Spójrz na mnie – mówi. Patrzę, jedno oko zasłaniając przed małym czymś leżącym na jego piersi.
- W porządku?
Przełykam ślinę. – Ta.
Zaciska usta, kiwając głową. – Nie i Ta. Powiedziałem ci kiedyś, że mówisz „nie” i „ta” tylko wtedy, kiedy jesteś bezbronna?
Jęczę. – Nie poddawaj mnie psychoanalizie, Skaucie.
Śmieje się i popycha mnie tak, że obracam się na plecy. Uwielbiam, gdy bawi się ze mną. Zdarzało się to o wiele częściej, ale ostatnio…
- Będzie dobrze, Ruda. Jeżeli będziesz mnie potrzebować, wskoczę do samolotu i wrócę do domu.
Uśmiecham się i kiwam głową.

Ale on jest w błędzie. Nie będzie dobrze. Ostatnim razem, kiedy widziałam matkę byłam w siódmym miesiącu ciąży. Przyleciała na moje przyjęcie z okazji zbliżających się narodzin dziecka i przez cały czas narzekała na okropne miejsce, które wybrały moje przyjaciółki.
- To jest herbaciarnia, matko – nie bar.
Na przyjęciu nie chciała z nikim rozmawiać i siedziała w kącie, dąsając się, ponieważ nikt nie zapowiedział jej jako matka przyszłej matki. Niemal wybuchła walka na pięści z właścicielem herbaciarni, bo nie podali brazylijskiego organicznego miodu. Od tamtej pory nie chciałam się z nią widzieć.
Caleb – zawsze wielkoduszny, zawsze wyrozumiały – zachęca mnie, abym nie patrzyła na jej wady i pomogła jej zrozumieć jak być dla mnie lepszą matką. Kocham to w nim, ale długi czas temu nauczyłam się, że staranie się być jak on jest poza moim zasięgiem. Udaję, że rozumiem, do czego mnie kieruje, a potem robię własną rzecz, co zazwyczaj wiąże się z jakimś rodzajem biernej agresji. Zatem zgadzam się z nim całym sercem. Obiecuję, że będę się starać z moją matką i idę na górę, żeby uciec od niego i hałaśliwego dziecka. Tak bardzo chcę papierosa, że to mnie dobija. Przechodzę do łazienki i rozbieram się, po czym patrzę na siebie długo i twardo w lustrze. Mój brzuch na szczęście opadł. Jeszcze trochę kilogramów i wrócę do normy. Teraz muszę tylko sprawić, że moje życie wróci do normalności.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz