Przeszłość
Zostałam
przedstawiona żmii, którą Caleb nazywał „mamą” pierwszego dnia września, tylko
parę miesięcy po naszej jednorocznej rocznicy. Zatrzymaliśmy się przy
dwupiętrowym kolonialnym domu około szesnastej. Od razu zaczęły mi drżeć ręce.
Caleb zaparkował przy wielkiej fontannie, która niegrzecznie pluła wodą w moją
stronę. Odwróciłam wzrok, już czując się znieważona.
- To
tylko posąg, Księżno – powiedział, uśmiechając się na moją minę. – On nie
gryzie. Zrobiłem tam kilka pijackich skoków, powinienem wiedzieć.
Uśmiechnęłam
się słabo i okrążyłam samochód, unikając patrzenia na niego.
Caleb
złapał mnie stanowczo za łokieć, gdy dotarliśmy do drzwi. Miałam nieodparte
uczucie, że myślał on, iż ucieknę. Chciałam uciec.
Jak
drzwi się otworzyły, dostałam krótkie pojęcie tego, co jego matka myślała o
poznaniu mnie. Była zbita z tropu, może przyjechaliśmy minutę wcześniej niż
oczekiwała. Twardo marszczyła czoło, kiedy odwróciła się do swojego męża, jakby
właśnie wymienili gorzkie słowa. Zobaczyłam, jak on patrzy na nią z dezaprobatą
i wiedziałam – czułam w brzuchu, że chodziło o mnie. Sekundy mijały, kłótnia w
powietrzu została zatuszowana i oboje uśmiechali się do nas, witając mnie w ich
domu. Stałam z boku jak zapomniany dodatek, gdy Caleb objął swoją matkę, całując
ją w policzek. Oceniała mnie nawet wtedy, gdy głaskała jego włosy i głośno
zachwycała się tym, jaki był przystojny. Czułam jej niechęć w sposobie, jakim
jej spojrzenie przesuwało się po moich włosach i twarzy, jak uprzejmie czekała
aż jej ukochany syn nas sobie przedstawi. Wreszcie Caleb klepnął swojego
ojczyma w plecy i odwrócił się do mnie.
- To
jest Olivia – usłyszałam jak mówi i uśmiechnęłam się nieśmiało, wychodząc zza
jego szerokich barków.
Najdroższa
Matka przyjrzała mi się, jakbym była gnijącą padliną i wyszła na przód, żeby
wziąć moją rękę. Byłam zirytowana jej natychmiastową niechęcią do mnie.
Chciałam jej aprobaty. Chciałam tego, tak jak chciałam jego.
- Caleb,
znalazłeś sobie najładniejszą dziewczynę na Florydzie – powiedział jego ojczym,
puszczając do mnie oko. Rozluźniłam się.
- Bardzo
miło jest w końcu cię poznać. – Jego matka kiwnęła krótko głową.
Zobaczyłam
jak Caleb popatrzył ode mnie na jego matkę i wzdrygnęłam się w duchu. Wiedział.
Spuściłam wzrok na swoje tanie buty ze wstydem. Kupiłam je specjalnie na tę
okazję. Chciałabym być lepsza w ukrywaniu przed nim rzeczy. Chciałabym kupić
droższą parę tenisówek.
- Obiad
zaraz będzie gotowy; pójdziemy do jadalni? – Skinęła na nas machnięciem
nadgarstka, żebyśmy za nią podążyli. Spacer do jadalni był torturą. Czułam się
jak wyrzutek idąc na końcu. Matka i syn szli przede mną ze złączonymi
ramionami, a ona chichotała na wszystko, co on powiedział. Ojczym Caleba
zniknął tuż po tym jak został ogłoszony obiad, żeby pojawić się, kiedy
siedzieliśmy przy stole. Zastanawiałam się gorzko czy w ogóle zauważyliby
gdybym zniknęła.
Siedziałam
sztywno na krześle, jak jego ojczym zadawał mi uprzejme pytania o moje studia,
a jego matka oceniała mnie jak indyka na święto dziękczynienia. Luca, jak
wszyscy ją nazywali, miała ponad 150 centymetrów wzrostu, miała długie blond
włosy i zdumiewające błękitne oczy. Wyglądała bardziej jak starsza siostra
Caleba niż matka, a ja podejrzewałam, że gdzieś był zespół chirurgów
plastycznych do podziękowania za to. Była piękna, dobrze wychowana oraz
zawzięta i jestem pewna, że jej opinią będzie to, że nie byłam wystarczająco
dobra dla jej Caleba.
- Co
robią twoi rodzice, Olivio? – zapytała mnie, biorąc delikatny kęs jej
jagnięcia.
Nigdy
nie jadłam jagnięcia i próbowałam posmarować je jaskrawą miętową galaretką.
- Moi
rodzice nie żyją – powiedziałam. Na następne pytanie zawsze bałam się
odpowiadać.
- Och,
bardzo mi przykro to słyszeć. Mogę zapytać jak odeszli? – Spojrzałam na jej
perły i kremowy garnitur, chcąc powiedzieć „nie, nie możesz” tym samym
wyniosłym tonem, którego używała wobec mnie. Zamiast tego ugryzłam się w język,
przez wzgląd na Caleba.
- Ojciec
popełnił samobójstwo, kiedy miałam trzynaście lat, a matka zmarła na raka
trzustki podczas mojego ostatniego roku liceum. Kiedy żyli, mama nauczała piątą
klasę, a tata tak jakby skakał z jednej pracy do drugiej.
Wyglądała
na niewzruszoną, ale zobaczyłam lekkie napięcie jej dłoni, gdy trzymała nóżkę
kieliszka do wina. Byłam hołotą do niczego. Plamą na jej życiu towarzyskim. Spaliłaby
się ze wstydu, gdybym została jej synową.
- Jak
się z tym uporałaś? – Tym razem wyglądała na szczerą, nawet słodką, i
zobaczyłam to, co widział Caleb – dobrą matkę.
-
Byłabyś zaskoczona, do czego ktoś jest zdolny, nie mając innego wyboru. – Caleb
uścisnął moją dłoń pod stołem.
-
Musiało to być dla ciebie bardzo ciężkie – rzekła.
- Było.
– Przygryzłam wargę, bo teraz chciało mi się płakać. Zareagowałam na słodkość
jak pieprzona muszka owocowa i teraz udało jej się mnie rozbroić.
- Caleb,
kochanie – powiedziała tym samym przesłodzonym tonem. – Podjąłeś jakąś decyzję
w sprawie Londynu?
Londyn? Spojrzałam na jego twarz.
Przytrzymywał oddech, jego oczy były bursztynową intensywnością.
- Nie.
Już o tym rozmawialiśmy.
- Och,
cóż, lepiej się pospiesz, taka okazja nie będzie trwała wiecznie. Poza tym, nie
widzę żadnego powodu dlaczego nie powinieneś jechać. – Ostentacyjnie rzuciła
spojrzenie w moim kierunku.
-
Londyn? – powiedziałam cicho. Zobaczyłam kątem oka jej uniesienie brwi.
Triumfowała.
- To
nic, Olivia. – Uśmiechnął się z trudem, a ja wiedziałam, że na pewno było to
„coś”.
- Caleb
otrzymał ofertę pracy w Londynie – rzekła Luca, splatając dłonie pod brodą – od
bardzo prestiżowej firmy. I oczywiście on wciąż uważa Londyn za swój dom,
ponieważ są tam jego wszyscy przyjaciele, jak również większość
wielopokoleniowej rodziny. Popieramy jego przeprowadzkę.
Poczułam
w głowie pustkę. Czułam się jakby ktoś właśnie wylał na moją głowę wiadro
zimnej wody.
- Nie
chcę jechać. – Patrzył teraz na mnie – tylko na mnie. Przeszukałam jego twarz,
próbując zdecydować czy mówił szczerze. – Może gdybyś skończyła już studia
mogłabyś jechać ze mną. Byłoby to możliwością. Ale tak długo jak jesteś tutaj,
tam będę ja.
Zamarłam.
Właśnie pokrzyżował plany jego matki przede mną i pokazał, że byłam jego
pierwszorzędnym priorytetem. Gdyby był ołtarz Caleba, chętnie bym go czciła.
- Caleb,
nie możesz być poważny. – Twarz jego
matki drgnęła, gdy jej dobre wychowanie walczyło z oburzeniem. - Ledwie ją
znasz. Nie sądzę, że powinieneś podejmować decyzję na podstawie jakiegoś
przelotnego związku.
-
Wystarczy – powiedział to spokojnie, ale łatwo można było zobaczyć że był
rozdrażniony.
Caleb
rzucił serwetkę na talerz przed nim i odsunął krzesło do tyłu. – Naprawdę
myślisz, że gdyby Olivia była tylko przelotnym związkiem przywiózłbym ją tutaj,
żeby cię poznała?
- Cóż,
na pewno nie jest ona pierwszą dziewczyną, którą przyprowadziłeś do domu. Byłeś
poważny względem Jessici i…
- Luca.
– Ostrzeżenie nadeszło od jego ojczyma, który aż do teraz obserwował wszystko w
milczeniu. – To nie twoja sprawa.
- Mój
sen zdecydowanie jest moją sprawą – powiedziała gniewnie, podnosząc swoją małą
figurę od stołu. – Nie będę patrzeć jak odrzuca swoje życie dla głodnej okazji…
-
Chodźmy, Olivia. – Caleb złapał moją rękę i odsunął mnie od stołu. Trzymałam w
buzi kęs w połowie przegryzionego ziemniaka. Przełknęłam go szybko i spojrzałam
na Caleba w rosnącym zdezorientowaniu. Naprawdę wychodził w połowie obiadu z
mojego powodu? Powinnam coś zrobić?
- Nigdy
nie odezwałem się do ciebie szorstko i nie zamierzam dzisiaj zacząć –
powiedział do niej spokojnie, choć przez sztywność jego ramion i mocny uścisk
mojej dłoni wiedziałam, że jego spokój był farsą. Gniew Caleba gotował się pod
powierzchnią jak gorąca lawa, a kiedy wybuchnie, nie ma odwrotu. – Jeśli nie
akceptujesz Olivii, nie akceptujesz mnie. – A potem wyprowadził mnie z pokoju
tak szybko, że ledwie miałam szansę przetrawić to, co dopiero się wydarzyło.
- Caleb?
– powiedziałam, kiedy byliśmy na podjeździe. Zatrzymał się, a ja prawie
wywróciłam się, gdy musiałam gwałtownie stanąć. Zanim mogłabym powiedzieć coś
jeszcze, obrócił mną, jakbyśmy tańczyli i przyciągnął mnie do torsu.
-
Przepraszam, Księżno – powiedział, całując mnie delikatnie w usta. Trzymał obie
ręce na mojej twarzy i patrzył mi w oczy z taką intensywnością, że chciało mi
się płakać.
- Za co
przepraszasz? – szepnęłam, stając na palcach żeby znowu go pocałować.
- Za to
– rzekł, wskazując głową dom. – Spodziewałem się, że będzie dla ciebie ostra,
ale nie tego. Jej zachowanie było niewybaczalne. Tak mi wstyd, że nie wiem co
powiedzieć.
- Nie
musisz nic mówić. Ona jest twoją matką i chce dla ciebie najlepiej. Pewnie ja
też odnosiłabym się do siebie podejrzliwie.
- Teraz
jesteś moją rodziną – powiedział poważnie – a jeśli oni nie mogą tego
zaakceptować, to do diabła z nimi.
Przytulił
mnie mocno i zaprowadził do samochodu. Poszłam za nim niema i drżąca. Nigdy
nikt nie zrobił czegoś tak namacalnego, dając mi znać, że mnie kocha. Rodzina
Caleba była dla niego całym światem, a on właśnie wybrał mnie nad nimi.
Trzymałam jego dłoń w aucie w drodze do domu i próbowałam nadać sens temu
wszystkiemu.
Kiedy
dotarliśmy do akademika, okrążył samochód, aby otworzyć mi drzwi. Szliśmy do
mojego budynku, żadne z nas nic nie mówiło, gdy Caleb nagle się zatrzymał.
-
Zatańczysz ze mną? – powiedział, wyciągając rękę. Moim pierwszym odruchem było
rozejrzenie się wokół by zobaczyć, kto na nas patrzy.
- Nie,
nie rób tego – rzekł – chociaż raz, nie martw się tym.
Podeszłam
chwiejnie do niego. Potrafiłam to zrobić?
Jego
dłoń była ciepła i całkowicie zakryła moją. Drugą położył na moich plecach i
przyciągnął mnie do siebie. Słyszałam głosy. Wokoło byli ludzie i zaraz nas
zobaczą. Wzięłam głęboki wdech, zamykając oczy.
- Bądź
odważna – powiedział, uśmiechając się do mnie. – Otwórz oczy.
Otworzyłam.
Jego stopy zaczęły się poruszać, a ja automatycznie za nim podążyłam. Był
płynnym tancerzem.
- Nie ma
muzyki. – Kątem oka starałam się zobaczyć, kto nas obserwuje.
Zaczął
nucić. Znowu zamknęłam oczy, ale tym razem z przyjemności. Miał cichy głos.
Nucił Yellow.
- Tutaj
po raz pierwszy się spotkaliśmy – powiedział, trącając mnie nosem w szyję. –
Tutaj zaczęły się wszystkie kłopoty.
Droczył
się, ale dla mnie te słowa były tak prawdziwe.
- Czemu
to zrobiłeś? – zapytałam, wciąż mając zamknięte oczy. – Nie powinieneś tego
zrobić.
- Bo cię
kocham. Ona pójdzie po rozum do głowy, znam ją.
- Jesteś
dobrym facetem, Calebie Drake.
-
Człowiek jest tylko tak dobry jak to, co kocha najbardziej, prawda? –
Wzdrygnęłam się. Miejmy nadzieję, że to nie prawda. Byłam tak zgniła jak
miesięczne jajko.
- Twoja
mama jest taka piękna – powiedziałam w jego ramię.
Roześmiał
się i złapał garść moich włosów, odciągając moją głowę, aż patrzyłam mu w oczy.
-
Zniszczysz mnie, wiesz o tym?
Wiedziałam.
Po tym
jak pocałował mnie na dobranoc, wróciłam do swojego pokoju i opadłam na poduchę
wypełnioną plastikowymi kuleczkami Cammie.
Wszystko
było zbyt dobre by było prawdziwe. Nic dobrego nie trwa wiecznie. Nasz czas się
kończył. Czułam to. To tylko kwestia czasu, nim on odkryje, kim naprawdę jestem
i nie będzie chciał mieć ze mną nic wspólnego. On był światłem, a ja
ciemnością.
-
Olivia, co jest? – zapytała Cammie, wychodząc z łazienki w obłoku pary.
- Stracę
go, Cam – powiedziałam, chowając twarz w dłoniach.
- Nie,
nie – powiedziała szybko, klękając obok mnie – on zbyt bardzo cię kocha.
Wszyscy to widzą.
- Och,
pieprzyć miłość – rzekłam bardziej do siebie niż do niej. – Nie zawsze przeżywa
złe rzeczy.
- Jakie
złe rzeczy? Oj, dramatyzujesz. – Wyciągnęła drugą pufę i usiadła przede mną. –
Co zrobiłaś?
- Cammie
– powiedziałam, patrząc na nią z przerażeniem. – Naprawdę, naprawdę złe rzeczy.
A najgorsze jest to, że nie wiem czy kiedykolwiek przestanę.
Cammie
spojrzała na mnie ze współczuciem. – Nie jesteś tak zła, jak sądzisz. Cokolwiek
zrobiłaś, Caleb nadal będzie cię kochał. Musisz pozwolić mu cię kochać, Olivia,
a co ważniejsze, musisz odwzajemnić jego miłość.
Sześć
miesięcy później wyprowadziłam się z akademika do własnego mieszkania. Pozostał
mi jeden semestr szkoły i chciałam, żeby już się skończył. Caleb i ja
zaczęliśmy ostrożnie rozmawiać o kupieniu razem mieszkania, kiedy skończę
studia. Spędził ostatnie sześć miesięcy pracując dla swojego ojczyma, a ja
widziałam go coraz rzadziej.
Postanowiliśmy
wybrać się razem na krótką wycieczkę. Gdzieś blisko, gdzie moglibyśmy leżeć na
słońcu i nic nie robić. Wybraliśmy Daytona Beach i ustaliliśmy, że odbierze
mnie, jak skończy pracę. Byłam spakowana i gotowa po ostatnich zajęciach. Torba
podróżna stała u moich stóp, a ręce zaciskałam nerwowo na kolanach. Pragnęłam,
żeby ten weekend był doskonały. Zrobiłam swoją pierwszą wizytę w Victoria’s
Secret i wybrałam coś, co sądziłam, że będzie mu się podobać. Dzisiejsza noc
była tą nocą. Byliśmy ze sobą od półtora roku. Cammie zawyła w podekscytowaniu,
kiedy jej powiedziałam.
-
Nareszcie, ty głupia krowo – powiedziała, dając mi pudełko powiększonych
prezerwatyw. – Wiesz, jak wszystko działa? Bo mogę przeprowadzić cię przez
podstawy.
- Gdybym
chciała rady od zdziry, zadzwoniłabym pod numer 900 – rzekłam, zabierając jej
pudełko. Zaśmiała się, i i tak je rozdzieliła.
Caleb
nigdy nie zapukał. Próbowałam zadzwonić na jego komórkę, która posyłała prosto
na pocztę głosową. Caleb nigdy się nie spóźniał; wszędzie przychodził
przynajmniej dziesięć minut wcześniej. Starałam się powściągnąć myśli o nim w
wypadku; jednakże ostatecznie niepokój mnie pokonał. Zadzwoniłam do szpitala,
lecz poinformowali mnie, że nikt z mojego opisu nie przybył tego wieczoru.
Pomyślałam o zadzwonieniu do jego rodziców, ale biorąc pod uwagę jak poszło
moje ostatnie spotkanie z nimi, nie potrafiłam zmusić się do wykręcenia numeru.
Zamiast tego odłożyłam telefon i obgryzłam paznokcie. Była tylko jedna inna
opcja. Był wciąż w pracy i stracił poczucie czasu. Tak czy tak, ostatnio
zdarzało się to często, jego praca była tak wymagająca, że czasami zapominał o
porze, w której mieliśmy gdzieś się spotkać, czy że była to nasza półroczna
rocznica i mieliśmy kupić sobie krasnale ogrodowe. Nie byłam zła. Nie
przeszkadzało mi to. Po prostu wpadnę do jego biura, żeby mu przypomnieć. Tak.
Wzięłam kluczyki i zbiegłam po schodach.
Biurowiec,
który zamieszkiwał Fossy Financial mieścił się w okręgu cukierniczym Ft.
Lauderdale, dwa budynki za Bonjour Bakery, gdzie Sylwester Stallone kupił sobie
croissanty za siedem dolców.
Budynek
zapewniający mieszkanie Fossy’emu był również domem dla innych pracowników, na
który mógł sobie pozwolić tylko bogaty, więc naturalnie był tam ochroniarz.
Zerknął na mnie przez zapuchnięte oczy, które sugerowały zbyt dużo alkoholu
poprzedniego wieczoru i wydał chrząknięcie.
-
Budynek zamknięty na wieczór – rzucił do mnie zirytowanym głosem.
- Więc
dlaczego są otwarte drzwi? – postawiłam się, przyglądając się kilku ludziom
kłębiącym się w holu. Wszyscy byli owinięci maślanymi jedwabiami oraz
smokingami zrobionymi na zamówienie. Cała scena krzyczała „Patrzcie na
Bogatych” w najwstrętniejszych sposobach.
- Jest
przyjęcie na piątym piętrze – prywatne
przyjęcie – podkreślił. – Drzwi są zamknięte dla wszystkich klientów.
Piąte
piętro było piętrem Caleba. Zdałam sobie z tego sprawę, czując jakby ktoś
kopnął mnie w brzuch. Nic nie wspomniał mi o przyjęciu. Prawda, miał wyjątkowo
pracowity tydzień w pracy, ale jak ktoś zapomina o czymś takim?
- Cóż,
zdarza mi się uczestniczyć w przyjęciu Fossy’ego – powiedziałam, używając
swojego najlepszego snobistycznego głosu.
- Tak?
Nie sądzę. – Jego spojrzenie przesunęło się po moich dżinsach i koszulce.
- Moje
nazwisko jest na liście znajomych – powiedziałam szybko. Nawet nie wiedziałam
czy jest lista. – Ava Lillibet. Proszę sprawdzić. – Ava była koleżanką z pracy
Caleba, często mówił o jej wstrętnym czosnkowym oddechu oraz implantach piersi
wielkości melona. Na wszelki wypadek wysunęłam klatkę piersiową. Moje
przeczucie o liście było prawidłowe i chwilę później grubo-oczny strażnik
znalazł moje fałszywe nazwisko na kartce przed sobą.
- Oki
doki, pani Lillibet. Może pani wejść. – Nie spojrzałam na niego, jak odwróciłam
się i skierowałam do wind. Może prawdziwa pani Czosnkowy-oddech nie pojawi się
tutaj i nie zdemaskuje mnie. Jazda windą była torturą. Kiedy usłyszałam „ding”,
wyskoczyłam, niemal przewracając się o własne stopy. Wytrzeszczałam oczy ze
zdziwienia. Nie było śladu biurek, faksów czy pracowników z kamiennymi
twarzami. Całe piętro zostało wyczyszczonej ze swojej poważnej natury i
zastąpione elegancko nakrytymi stolikami ze świecami pośrodku i połyskującymi
kryształowymi kieliszkami. Wszystkie zasłony w biurze były odsunięte, żeby
ukazać imponujący kanał Ft. Lauderdale. Piękni ludzie kłębili się nad tacami
kawioru, które przemieszczały się po pomieszczeniu w rękach w białych
rękawiczkach pracowników. Przycisnęłam się do najbliższej ściany i zaczęłam
skanować pokój w poszukiwaniu jego twarzy. Brak Caleba. Nie z lekkomyślną grupą
sekretarek, która zawsze kazała mi czekać zbyt długo i nie z jego ojczymem,
którego uśmiech obracał się teraz do grupy inwestorów. Poczułam przypływ
niepokoju. Co jeśli czeka teraz na mnie w moim mieszkaniu, a ja tutaj węszyłam
po jego biurze jak paranoiczka?
Zrobię w
miarę przyzwoitą rzecz i wyjdę, zanim zrobię z siebie totalną kretynkę.
Skierowałam się do znaku wyjścia, mając nadzieję znaleźć schody. Będę musiała
przejść przez korytarz tego, co wyglądało jak biura, ale jest mała szansa, że
którekolwiek z nich będzie zajęte kiedy było tutaj przyjęcie na pełnych
obrotach. Uciekłam w tamtym kierunku. Byłam prawie na końcu korytarza, może
trzy kroki dalej od schodów, gdy usłyszałam jego głos. Wydawało mi się dziwne,
że ponad dźwiękiem Chopina i ciągłym brzęczeniem tuzina konwersacji, usłyszałam
jego głos.
Stanęłam
gwałtownie i przechyliłam głowę, nie dla tego, że usłyszałam jak mówi, ale
przez sposób w jakim mówił – ponaglająco i intymnie. Pochyliłam się do
zamkniętych drzwi jego gabinetu i
usłyszałam gardłowy śmiech kobiety. Serce przeszło na trzeci bieg.
-
Chciałbyś się dowiedzieć? – Jej głos był wyraźnie kokieteryjny. Nie można było
tego pomylić, nawet przez dwucalowe panelowe drzwi. Dźwięk Appassionato Chopina grało w tle, jak odskoczyłam.
Dowiedzieć się czego? Wstrzymałam
oddech, przyciskając ucho do drzwi. Czy w ogóle chciałam wiedzieć? Niektóre rzeczy powinny pozostać w lodówce,
mawiała moja matka.
Przycisnęłam
się bliżej, aż twarz przyklejona była do paneli. Nie było już rozmowy.
Cokolwiek działo się po drugiej stronie tych drzwi, działo się cicho. Cofnęłam
się o krok. To był dla mnie sygnał – wejście szalonej dziewczyny. Nie będę krzyczeć, powiedziałam sobie. Załatwię to z klasą i przyzwoitością. Złapałam
klamkę, przekręciłam ją i otworzyłam. Drzwi przesunęły się jak zasłona,
ukazując scenę, która osiądzie w mojej pamięci na zawsze. Zmieni ona wszystko.
Zniszczy wszystko. Rozbije wszystko.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz