24.10.13

The Opportunist - Rozdział trzynasty

Przeszłość

Zostałam przedstawiona żmii, którą Caleb nazywał „mamą” pierwszego dnia września, tylko parę miesięcy po naszej jednorocznej rocznicy. Zatrzymaliśmy się przy dwupiętrowym kolonialnym domu około szesnastej. Od razu zaczęły mi drżeć ręce. Caleb zaparkował przy wielkiej fontannie, która niegrzecznie pluła wodą w moją stronę. Odwróciłam wzrok, już czując się znieważona.
- To tylko posąg, Księżno – powiedział, uśmiechając się na moją minę. – On nie gryzie. Zrobiłem tam kilka pijackich skoków, powinienem wiedzieć.
Uśmiechnęłam się słabo i okrążyłam samochód, unikając patrzenia na niego.
Caleb złapał mnie stanowczo za łokieć, gdy dotarliśmy do drzwi. Miałam nieodparte uczucie, że myślał on, iż ucieknę. Chciałam uciec.
Jak drzwi się otworzyły, dostałam krótkie pojęcie tego, co jego matka myślała o poznaniu mnie. Była zbita z tropu, może przyjechaliśmy minutę wcześniej niż oczekiwała. Twardo marszczyła czoło, kiedy odwróciła się do swojego męża, jakby właśnie wymienili gorzkie słowa. Zobaczyłam, jak on patrzy na nią z dezaprobatą i wiedziałam – czułam w brzuchu, że chodziło o mnie. Sekundy mijały, kłótnia w powietrzu została zatuszowana i oboje uśmiechali się do nas, witając mnie w ich domu. Stałam z boku jak zapomniany dodatek, gdy Caleb objął swoją matkę, całując ją w policzek. Oceniała mnie nawet wtedy, gdy głaskała jego włosy i głośno zachwycała się tym, jaki był przystojny. Czułam jej niechęć w sposobie, jakim jej spojrzenie przesuwało się po moich włosach i twarzy, jak uprzejmie czekała aż jej ukochany syn nas sobie przedstawi. Wreszcie Caleb klepnął swojego ojczyma w plecy i odwrócił się do mnie.
- To jest Olivia – usłyszałam jak mówi i uśmiechnęłam się nieśmiało, wychodząc zza jego szerokich barków.
Najdroższa Matka przyjrzała mi się, jakbym była gnijącą padliną i wyszła na przód, żeby wziąć moją rękę. Byłam zirytowana jej natychmiastową niechęcią do mnie. Chciałam jej aprobaty. Chciałam tego, tak jak chciałam jego.
- Caleb, znalazłeś sobie najładniejszą dziewczynę na Florydzie – powiedział jego ojczym, puszczając do mnie oko. Rozluźniłam się.
- Bardzo miło jest w końcu cię poznać. – Jego matka kiwnęła krótko głową.
Zobaczyłam jak Caleb popatrzył ode mnie na jego matkę i wzdrygnęłam się w duchu. Wiedział. Spuściłam wzrok na swoje tanie buty ze wstydem. Kupiłam je specjalnie na tę okazję. Chciałabym być lepsza w ukrywaniu przed nim rzeczy. Chciałabym kupić droższą parę tenisówek.
- Obiad zaraz będzie gotowy; pójdziemy do jadalni? – Skinęła na nas machnięciem nadgarstka, żebyśmy za nią podążyli. Spacer do jadalni był torturą. Czułam się jak wyrzutek idąc na końcu. Matka i syn szli przede mną ze złączonymi ramionami, a ona chichotała na wszystko, co on powiedział. Ojczym Caleba zniknął tuż po tym jak został ogłoszony obiad, żeby pojawić się, kiedy siedzieliśmy przy stole. Zastanawiałam się gorzko czy w ogóle zauważyliby gdybym zniknęła.
Siedziałam sztywno na krześle, jak jego ojczym zadawał mi uprzejme pytania o moje studia, a jego matka oceniała mnie jak indyka na święto dziękczynienia. Luca, jak wszyscy ją nazywali, miała ponad 150 centymetrów wzrostu, miała długie blond włosy i zdumiewające błękitne oczy. Wyglądała bardziej jak starsza siostra Caleba niż matka, a ja podejrzewałam, że gdzieś był zespół chirurgów plastycznych do podziękowania za to. Była piękna, dobrze wychowana oraz zawzięta i jestem pewna, że jej opinią będzie to, że nie byłam wystarczająco dobra dla jej Caleba.
- Co robią twoi rodzice, Olivio? – zapytała mnie, biorąc delikatny kęs jej jagnięcia.
Nigdy nie jadłam jagnięcia i próbowałam posmarować je jaskrawą miętową galaretką.
- Moi rodzice nie żyją – powiedziałam. Na następne pytanie zawsze bałam się odpowiadać.
- Och, bardzo mi przykro to słyszeć. Mogę zapytać jak odeszli? – Spojrzałam na jej perły i kremowy garnitur, chcąc powiedzieć „nie, nie możesz” tym samym wyniosłym tonem, którego używała wobec mnie. Zamiast tego ugryzłam się w język, przez wzgląd na Caleba.
- Ojciec popełnił samobójstwo, kiedy miałam trzynaście lat, a matka zmarła na raka trzustki podczas mojego ostatniego roku liceum. Kiedy żyli, mama nauczała piątą klasę, a tata tak jakby skakał z jednej pracy do drugiej.
Wyglądała na niewzruszoną, ale zobaczyłam lekkie napięcie jej dłoni, gdy trzymała nóżkę kieliszka do wina. Byłam hołotą do niczego. Plamą na jej życiu towarzyskim. Spaliłaby się ze wstydu, gdybym została jej synową.
- Jak się z tym uporałaś? – Tym razem wyglądała na szczerą, nawet słodką, i zobaczyłam to, co widział Caleb – dobrą matkę.
- Byłabyś zaskoczona, do czego ktoś jest zdolny, nie mając innego wyboru. – Caleb uścisnął moją dłoń pod stołem.
- Musiało to być dla ciebie bardzo ciężkie – rzekła.
- Było. – Przygryzłam wargę, bo teraz chciało mi się płakać. Zareagowałam na słodkość jak pieprzona muszka owocowa i teraz udało jej się mnie rozbroić.
- Caleb, kochanie – powiedziała tym samym przesłodzonym tonem. – Podjąłeś jakąś decyzję w sprawie Londynu?
Londyn? Spojrzałam na jego twarz. Przytrzymywał oddech, jego oczy były bursztynową intensywnością.
- Nie. Już o tym rozmawialiśmy.
- Och, cóż, lepiej się pospiesz, taka okazja nie będzie trwała wiecznie. Poza tym, nie widzę żadnego powodu dlaczego nie powinieneś jechać. – Ostentacyjnie rzuciła spojrzenie w moim kierunku.
- Londyn? – powiedziałam cicho. Zobaczyłam kątem oka jej uniesienie brwi. Triumfowała.
- To nic, Olivia. – Uśmiechnął się z trudem, a ja wiedziałam, że na pewno było to „coś”.
- Caleb otrzymał ofertę pracy w Londynie – rzekła Luca, splatając dłonie pod brodą – od bardzo prestiżowej firmy. I oczywiście on wciąż uważa Londyn za swój dom, ponieważ są tam jego wszyscy przyjaciele, jak również większość wielopokoleniowej rodziny. Popieramy jego przeprowadzkę.
Poczułam w głowie pustkę. Czułam się jakby ktoś właśnie wylał na moją głowę wiadro zimnej wody.
- Nie chcę jechać. – Patrzył teraz na mnie – tylko na mnie. Przeszukałam jego twarz, próbując zdecydować czy mówił szczerze. – Może gdybyś skończyła już studia mogłabyś jechać ze mną. Byłoby to możliwością. Ale tak długo jak jesteś tutaj, tam będę ja.
Zamarłam. Właśnie pokrzyżował plany jego matki przede mną i pokazał, że byłam jego pierwszorzędnym priorytetem. Gdyby był ołtarz Caleba, chętnie bym go czciła.
- Caleb, nie możesz być poważny. – Twarz jego matki drgnęła, gdy jej dobre wychowanie walczyło z oburzeniem. - Ledwie ją znasz. Nie sądzę, że powinieneś podejmować decyzję na podstawie jakiegoś przelotnego związku.
- Wystarczy – powiedział to spokojnie, ale łatwo można było zobaczyć że był rozdrażniony.
Caleb rzucił serwetkę na talerz przed nim i odsunął krzesło do tyłu. – Naprawdę myślisz, że gdyby Olivia była tylko przelotnym związkiem przywiózłbym ją tutaj, żeby cię poznała?
- Cóż, na pewno nie jest ona pierwszą dziewczyną, którą przyprowadziłeś do domu. Byłeś poważny względem Jessici i…
- Luca. – Ostrzeżenie nadeszło od jego ojczyma, który aż do teraz obserwował wszystko w milczeniu. – To nie twoja sprawa.
- Mój sen zdecydowanie jest moją sprawą – powiedziała gniewnie, podnosząc swoją małą figurę od stołu. – Nie będę patrzeć jak odrzuca swoje życie dla głodnej okazji…
- Chodźmy, Olivia. – Caleb złapał moją rękę i odsunął mnie od stołu. Trzymałam w buzi kęs w połowie przegryzionego ziemniaka. Przełknęłam go szybko i spojrzałam na Caleba w rosnącym zdezorientowaniu. Naprawdę wychodził w połowie obiadu z mojego powodu? Powinnam coś zrobić?
- Nigdy nie odezwałem się do ciebie szorstko i nie zamierzam dzisiaj zacząć – powiedział do niej spokojnie, choć przez sztywność jego ramion i mocny uścisk mojej dłoni wiedziałam, że jego spokój był farsą. Gniew Caleba gotował się pod powierzchnią jak gorąca lawa, a kiedy wybuchnie, nie ma odwrotu. – Jeśli nie akceptujesz Olivii, nie akceptujesz mnie. – A potem wyprowadził mnie z pokoju tak szybko, że ledwie miałam szansę przetrawić to, co dopiero się wydarzyło.
- Caleb? – powiedziałam, kiedy byliśmy na podjeździe. Zatrzymał się, a ja prawie wywróciłam się, gdy musiałam gwałtownie stanąć. Zanim mogłabym powiedzieć coś jeszcze, obrócił mną, jakbyśmy tańczyli i przyciągnął mnie do torsu.
- Przepraszam, Księżno – powiedział, całując mnie delikatnie w usta. Trzymał obie ręce na mojej twarzy i patrzył mi w oczy z taką intensywnością, że chciało mi się płakać.
- Za co przepraszasz? – szepnęłam, stając na palcach żeby znowu go pocałować.
- Za to – rzekł, wskazując głową dom. – Spodziewałem się, że będzie dla ciebie ostra, ale nie tego. Jej zachowanie było niewybaczalne. Tak mi wstyd, że nie wiem co powiedzieć.
- Nie musisz nic mówić. Ona jest twoją matką i chce dla ciebie najlepiej. Pewnie ja też odnosiłabym się do siebie podejrzliwie.
- Teraz jesteś moją rodziną – powiedział poważnie – a jeśli oni nie mogą tego zaakceptować, to do diabła z nimi.
Przytulił mnie mocno i zaprowadził do samochodu. Poszłam za nim niema i drżąca. Nigdy nikt nie zrobił czegoś tak namacalnego, dając mi znać, że mnie kocha. Rodzina Caleba była dla niego całym światem, a on właśnie wybrał mnie nad nimi. Trzymałam jego dłoń w aucie w drodze do domu i próbowałam nadać sens temu wszystkiemu.
Kiedy dotarliśmy do akademika, okrążył samochód, aby otworzyć mi drzwi. Szliśmy do mojego budynku, żadne z nas nic nie mówiło, gdy Caleb nagle się zatrzymał.
- Zatańczysz ze mną? – powiedział, wyciągając rękę. Moim pierwszym odruchem było rozejrzenie się wokół by zobaczyć, kto na nas patrzy.
- Nie, nie rób tego – rzekł – chociaż raz, nie martw się tym.
Podeszłam chwiejnie do niego. Potrafiłam to zrobić?
Jego dłoń była ciepła i całkowicie zakryła moją. Drugą położył na moich plecach i przyciągnął mnie do siebie. Słyszałam głosy. Wokoło byli ludzie i zaraz nas zobaczą. Wzięłam głęboki wdech, zamykając oczy.
- Bądź odważna – powiedział, uśmiechając się do mnie. – Otwórz oczy.
Otworzyłam. Jego stopy zaczęły się poruszać, a ja automatycznie za nim podążyłam. Był płynnym tancerzem.
- Nie ma muzyki. – Kątem oka starałam się zobaczyć, kto nas obserwuje.
Zaczął nucić. Znowu zamknęłam oczy, ale tym razem z przyjemności. Miał cichy głos. Nucił Yellow.
- Tutaj po raz pierwszy się spotkaliśmy – powiedział, trącając mnie nosem w szyję. – Tutaj zaczęły się wszystkie kłopoty.
Droczył się, ale dla mnie te słowa były tak prawdziwe.
- Czemu to zrobiłeś? – zapytałam, wciąż mając zamknięte oczy. – Nie powinieneś tego zrobić.
- Bo cię kocham. Ona pójdzie po rozum do głowy, znam ją.
- Jesteś dobrym facetem, Calebie Drake.
- Człowiek jest tylko tak dobry jak to, co kocha najbardziej, prawda? – Wzdrygnęłam się. Miejmy nadzieję, że to nie prawda. Byłam tak zgniła jak miesięczne jajko.
- Twoja mama jest taka piękna – powiedziałam w jego ramię.
Roześmiał się i złapał garść moich włosów, odciągając moją głowę, aż patrzyłam mu w oczy.
- Zniszczysz mnie, wiesz o tym?
Wiedziałam.
Po tym jak pocałował mnie na dobranoc, wróciłam do swojego pokoju i opadłam na poduchę wypełnioną plastikowymi kuleczkami Cammie.
Wszystko było zbyt dobre by było prawdziwe. Nic dobrego nie trwa wiecznie. Nasz czas się kończył. Czułam to. To tylko kwestia czasu, nim on odkryje, kim naprawdę jestem i nie będzie chciał mieć ze mną nic wspólnego. On był światłem, a ja ciemnością.
- Olivia, co jest? – zapytała Cammie, wychodząc z łazienki w obłoku pary.
- Stracę go, Cam – powiedziałam, chowając twarz w dłoniach.
- Nie, nie – powiedziała szybko, klękając obok mnie – on zbyt bardzo cię kocha. Wszyscy to widzą.
- Och, pieprzyć miłość – rzekłam bardziej do siebie niż do niej. – Nie zawsze przeżywa złe rzeczy.
- Jakie złe rzeczy? Oj, dramatyzujesz. – Wyciągnęła drugą pufę i usiadła przede mną. – Co zrobiłaś?
- Cammie – powiedziałam, patrząc na nią z przerażeniem. – Naprawdę, naprawdę złe rzeczy. A najgorsze jest to, że nie wiem czy kiedykolwiek przestanę.
Cammie spojrzała na mnie ze współczuciem. – Nie jesteś tak zła, jak sądzisz. Cokolwiek zrobiłaś, Caleb nadal będzie cię kochał. Musisz pozwolić mu cię kochać, Olivia, a co ważniejsze, musisz odwzajemnić jego miłość.
Sześć miesięcy później wyprowadziłam się z akademika do własnego mieszkania. Pozostał mi jeden semestr szkoły i chciałam, żeby już się skończył. Caleb i ja zaczęliśmy ostrożnie rozmawiać o kupieniu razem mieszkania, kiedy skończę studia. Spędził ostatnie sześć miesięcy pracując dla swojego ojczyma, a ja widziałam go coraz rzadziej.
Postanowiliśmy wybrać się razem na krótką wycieczkę. Gdzieś blisko, gdzie moglibyśmy leżeć na słońcu i nic nie robić. Wybraliśmy Daytona Beach i ustaliliśmy, że odbierze mnie, jak skończy pracę. Byłam spakowana i gotowa po ostatnich zajęciach. Torba podróżna stała u moich stóp, a ręce zaciskałam nerwowo na kolanach. Pragnęłam, żeby ten weekend był doskonały. Zrobiłam swoją pierwszą wizytę w Victoria’s Secret i wybrałam coś, co sądziłam, że będzie mu się podobać. Dzisiejsza noc była tą nocą. Byliśmy ze sobą od półtora roku. Cammie zawyła w podekscytowaniu, kiedy jej powiedziałam.
- Nareszcie, ty głupia krowo – powiedziała, dając mi pudełko powiększonych prezerwatyw. – Wiesz, jak wszystko działa? Bo mogę przeprowadzić cię przez podstawy.
- Gdybym chciała rady od zdziry, zadzwoniłabym pod numer 900 – rzekłam, zabierając jej pudełko. Zaśmiała się, i i tak je rozdzieliła.
Caleb nigdy nie zapukał. Próbowałam zadzwonić na jego komórkę, która posyłała prosto na pocztę głosową. Caleb nigdy się nie spóźniał; wszędzie przychodził przynajmniej dziesięć minut wcześniej. Starałam się powściągnąć myśli o nim w wypadku; jednakże ostatecznie niepokój mnie pokonał. Zadzwoniłam do szpitala, lecz poinformowali mnie, że nikt z mojego opisu nie przybył tego wieczoru. Pomyślałam o zadzwonieniu do jego rodziców, ale biorąc pod uwagę jak poszło moje ostatnie spotkanie z nimi, nie potrafiłam zmusić się do wykręcenia numeru. Zamiast tego odłożyłam telefon i obgryzłam paznokcie. Była tylko jedna inna opcja. Był wciąż w pracy i stracił poczucie czasu. Tak czy tak, ostatnio zdarzało się to często, jego praca była tak wymagająca, że czasami zapominał o porze, w której mieliśmy gdzieś się spotkać, czy że była to nasza półroczna rocznica i mieliśmy kupić sobie krasnale ogrodowe. Nie byłam zła. Nie przeszkadzało mi to. Po prostu wpadnę do jego biura, żeby mu przypomnieć. Tak. Wzięłam kluczyki i zbiegłam po schodach.
Biurowiec, który zamieszkiwał Fossy Financial mieścił się w okręgu cukierniczym Ft. Lauderdale, dwa budynki za Bonjour Bakery, gdzie Sylwester Stallone kupił sobie croissanty za siedem dolców.
Budynek zapewniający mieszkanie Fossy’emu był również domem dla innych pracowników, na który mógł sobie pozwolić tylko bogaty, więc naturalnie był tam ochroniarz. Zerknął na mnie przez zapuchnięte oczy, które sugerowały zbyt dużo alkoholu poprzedniego wieczoru i wydał chrząknięcie.
- Budynek zamknięty na wieczór – rzucił do mnie zirytowanym głosem.
- Więc dlaczego są otwarte drzwi? – postawiłam się, przyglądając się kilku ludziom kłębiącym się w holu. Wszyscy byli owinięci maślanymi jedwabiami oraz smokingami zrobionymi na zamówienie. Cała scena krzyczała „Patrzcie na Bogatych” w najwstrętniejszych sposobach.
- Jest przyjęcie na piątym piętrze – prywatne przyjęcie – podkreślił. – Drzwi są zamknięte dla wszystkich klientów.
Piąte piętro było piętrem Caleba. Zdałam sobie z tego sprawę, czując jakby ktoś kopnął mnie w brzuch. Nic nie wspomniał mi o przyjęciu. Prawda, miał wyjątkowo pracowity tydzień w pracy, ale jak ktoś zapomina o czymś takim?
- Cóż, zdarza mi się uczestniczyć w przyjęciu Fossy’ego – powiedziałam, używając swojego najlepszego snobistycznego głosu.
- Tak? Nie sądzę. – Jego spojrzenie przesunęło się po moich dżinsach i koszulce.
- Moje nazwisko jest na liście znajomych – powiedziałam szybko. Nawet nie wiedziałam czy jest lista. – Ava Lillibet. Proszę sprawdzić. – Ava była koleżanką z pracy Caleba, często mówił o jej wstrętnym czosnkowym oddechu oraz implantach piersi wielkości melona. Na wszelki wypadek wysunęłam klatkę piersiową. Moje przeczucie o liście było prawidłowe i chwilę później grubo-oczny strażnik znalazł moje fałszywe nazwisko na kartce przed sobą.
- Oki doki, pani Lillibet. Może pani wejść. – Nie spojrzałam na niego, jak odwróciłam się i skierowałam do wind. Może prawdziwa pani Czosnkowy-oddech nie pojawi się tutaj i nie zdemaskuje mnie. Jazda windą była torturą. Kiedy usłyszałam „ding”, wyskoczyłam, niemal przewracając się o własne stopy. Wytrzeszczałam oczy ze zdziwienia. Nie było śladu biurek, faksów czy pracowników z kamiennymi twarzami. Całe piętro zostało wyczyszczonej ze swojej poważnej natury i zastąpione elegancko nakrytymi stolikami ze świecami pośrodku i połyskującymi kryształowymi kieliszkami. Wszystkie zasłony w biurze były odsunięte, żeby ukazać imponujący kanał Ft. Lauderdale. Piękni ludzie kłębili się nad tacami kawioru, które przemieszczały się po pomieszczeniu w rękach w białych rękawiczkach pracowników. Przycisnęłam się do najbliższej ściany i zaczęłam skanować pokój w poszukiwaniu jego twarzy. Brak Caleba. Nie z lekkomyślną grupą sekretarek, która zawsze kazała mi czekać zbyt długo i nie z jego ojczymem, którego uśmiech obracał się teraz do grupy inwestorów. Poczułam przypływ niepokoju. Co jeśli czeka teraz na mnie w moim mieszkaniu, a ja tutaj węszyłam po jego biurze jak paranoiczka?
Zrobię w miarę przyzwoitą rzecz i wyjdę, zanim zrobię z siebie totalną kretynkę. Skierowałam się do znaku wyjścia, mając nadzieję znaleźć schody. Będę musiała przejść przez korytarz tego, co wyglądało jak biura, ale jest mała szansa, że którekolwiek z nich będzie zajęte kiedy było tutaj przyjęcie na pełnych obrotach. Uciekłam w tamtym kierunku. Byłam prawie na końcu korytarza, może trzy kroki dalej od schodów, gdy usłyszałam jego głos. Wydawało mi się dziwne, że ponad dźwiękiem Chopina i ciągłym brzęczeniem tuzina konwersacji, usłyszałam jego głos.
Stanęłam gwałtownie i przechyliłam głowę, nie dla tego, że usłyszałam jak mówi, ale przez sposób w jakim mówił – ponaglająco i intymnie. Pochyliłam się do zamkniętych drzwi jego gabinetu i usłyszałam gardłowy śmiech kobiety. Serce przeszło na trzeci bieg.
- Chciałbyś się dowiedzieć? – Jej głos był wyraźnie kokieteryjny. Nie można było tego pomylić, nawet przez dwucalowe panelowe drzwi. Dźwięk Appassionato Chopina grało w tle, jak odskoczyłam.
Dowiedzieć się czego? Wstrzymałam oddech, przyciskając ucho do drzwi. Czy w ogóle chciałam wiedzieć? Niektóre rzeczy powinny pozostać w lodówce, mawiała moja matka.

Przycisnęłam się bliżej, aż twarz przyklejona była do paneli. Nie było już rozmowy. Cokolwiek działo się po drugiej stronie tych drzwi, działo się cicho. Cofnęłam się o krok. To był dla mnie sygnał – wejście szalonej dziewczyny. Nie będę krzyczeć, powiedziałam sobie. Załatwię to z klasą i przyzwoitością. Złapałam klamkę, przekręciłam ją i otworzyłam. Drzwi przesunęły się jak zasłona, ukazując scenę, która osiądzie w mojej pamięci na zawsze. Zmieni ona wszystko. Zniszczy wszystko. Rozbije wszystko.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz