23.10.13

The Opportunist - Rozdział dziesiąty

Teraźniejszość

Niedzielnego poranka budzę się w swoim łóżku, włosy śmierdzą mi potem i papierosami. Jęczę, przewracam się i wymiotuję do kosza na śmieci. Kosza na śmieci? Nie pamiętam stawiania go tutaj. Wtem słyszę spłukiwanie toalety.
Mój Boże – Caleb!
Opadam na poduszki i zakrywam dłonią oczy.
- Hej, piękna. – Wchodzi Caleb niosący tacę i rozświetlający cały pokój uśmiechem. Raz jeszcze jęczę i chowam twarz w poduszkę. Ostatnia noc: alkohol, zdrada przez przyjaciela, żenujący telefon.
- Tak bardzo przepraszam, że do ciebie zadzwoniłam. Nie wiem, co sobie myślałam – chrypię.
- Nie przepraszaj – mówi on, kładąc tacę na mojej szafce nocnej. – Czuję się uhonorowany, że byłem twoim pierwszym wyborem. – Podnosi szklankę wody oraz małą białą tabletkę i podaje mi je do ręki. Zwieszam głowę we wstydzie i przygryzam paznokieć kciuka.
- Przyniosłem ci też trochę tostów – jeśli masz na nie ochotę. – Zerkam raz na chleb i masło, i przewraca mi się w żołądku. Kręcę głową, a on szybko zabiera tacę.
Mój bohater.
- Zadzwoniłem rano do motelu – mówi, nie patrząc na mnie. Prostuję się na łóżku i czuję jak gwałtownie kręci mi się w głowie. – Twój przyjaciel wymeldował się wczoraj wieczorem. Najwyraźniej śpieszył się wydostać z miasta. – Opiera się o ścianę i spogląda na mnie spod rzęs. Gdybym nie miała takich mdłości uśmiechnęłabym się na jego widok w mojej sypialni.
- Fajny przyjaciel, co? – Bawię się swoją kołdrą.
- To nie była twoja wina. Tacy mężczyźni powinni być wykastrowani. – Kiwam głową i pociągam nosem na zgodę. – Ale jeśli kiedykolwiek znowu się do ciebie zbliży, Olivia, to go zabiję.
Podobało mi się. Bardzo mi się to podobało.

Motyw muzyczny „Przyjaciół” gra z mojego małego telewizora, kiedy wychodzę spod prysznica. Wchodzę do salonu w szlafroku i kapciach, i stoję jakbym nie wiedziała, gdzie usiąść. Caleb przesuwa się, żeby zrobić mi miejsce na kanapie, a ja siadam w kącie. Postanawiam zrobić jakieś pozory bycia szczerą.
- Lubię cię, Caleb – wypalam, po czym zakrywam twarz ze wstydu. – Brzmiało to jak wyznanie piątoklasistki.
On odrywa wzrok od telewizora, jego złote oczy się śmieją.
- Chcesz być ze mną na stałe?
Walę go w ramię.
- Nie żartuję sobie. To poważne. My nie jesteśmy dobrym pomysłem. Ty nie wiesz kim jesteś, a ja wiem dokładnie kim ja jestem, dlatego właśnie powinieneś uciekać ze wszystkich sił.
- Tak naprawdę nie chcesz, żebym to zrobił. – Jest teraz na pół poważny albo przynajmniej już się nie uśmiecha.
- Nie. Ale tak byłoby najlepiej. – Chowam ręce w rękawach szlafroka. Jestem zdenerwowana i boli mnie brzuch, w dodatku sposób, w jaki on na mnie patrzy nie ułatwia sprawy.
- Obijasz mną tutaj jak jo-jo – mówi, kładąc dłonie na kolanach, jakby przygotowywał się, aby wstać.
- Wiem – mówię szybko. – Myślę, że nie jestem typem dziewczyny, z którą chcesz się przyjaźnić.
- Nie tylko chcę się z tobą przyjaźnić.
Mam moment; rozmazuje mi się wizja, a moje nędzne, złe serce puchnie jak balon. Jestem taka zdezorientowana. Nie powinnam mu tego robić, ale chcę. Pocieram skronie. To wszystko było zbyt skomplikowane i niesprawiedliwe. Po trzech długich latach mam to, czego pragnę i nie jest to prawdziwe. On nie wie, kim jestem, a gdyby wiedział, nie siedziałby w moim salonie.
Wydmuchuję powietrze przez nos. Dobra Olivia błaga mnie, żebym zerwała z nim sprawy na dobre. Ona pamięta lotniskowy pieprzony niebieski, farbę na suficie i to co się dzieje, gdy te wspomnienia przesuwają się przez twoje puste życie i przypominają ci, jak zimne są sprawy. Odwracamy się z powrotem do telewizora, obydwoje jesteśmy zawstydzeni i czujemy się nieswojo. Caleb wychodzi parę godzin później, wysysając nadzieję z moich płuc, jak idzie.
- Zamknij wszystkie drzwi i zadzwoń do mnie, jak będzie mnie potrzebować, dobra? – Potakuję, zagryzając dolną wargę. Nie chcę być sama, lecz jestem zbyt zawstydzona, żeby poprosić go, aby został dłużej.
- Do zobaczenia jutro. – Zachęcam go do pozostania, przyglądając się jego pięknej twarzy. On wydaje się wahać i przez chwilę myślę, że to działa.
- Co jest? – szepczę. Proszę, niech sobie nie przypomina. Proszę, niech sobie przypomni.
- Nic… tylko mam poczucie, jakbyśmy robili to wcześniej – déjà vu, wiesz?
Wiem, ponieważ zawsze tak odbywały się nasze pożegnania, kiedy byliśmy razem. On nigdy nie został na noc, bo nigdy mu nie pozwoliłam.
- Cóż, pa.
- Pa – mówię.
Robię sobie filiżankę herbaty i sadowię się na kanapie. Już raz go straciłam przez moje wewnętrzne zepsucie. Moje kłamstwa zaczęły rozwiązywać się jeden po drugim, aż był on tak przytłoczony ich rozmiarami, że spojrzał mi w oczy i pożegnał się na zawsze. Pamiętam, że czułam otępienie, patrząc jak wychodzi, a potem przez resztę dnia, dopóki nie zdałam sobie sprawy, że on już nie wróci. Nigdy. Wtedy mury mojej emocjonalnej tamy zawaliły się na mnie. Cierpienie, przez który przeszłam było tak mocne i palące przez pierwsze sześć miesięcy, dominując każdy dzień jak ból gardła. Po tym stał się stałym bólem, nieobecnością, która nigdy nie opuściła moich kości. Caleba nie było, Caleba nie było, Caleba nie było
Nawet teraz, gdy znowu był w moim życiu, wciąż czułam jego nieobecność. Wiedziałam, że mój czas był pożyczony i za niedługo ostry ból znowu się zacznie. Będzie to tylko kwestia czasu, kiedy dowie się on o naszej przeszłości i mojej pętli kłamstw.
Decyduję się chwycić dzień. Jeżeli mój czas jest krótki, równie dobrze mogę być z nim tak dużo, jak to możliwe. Podnoszę telefon i wykręcam numer jego mieszkania. Nie odebrał, więc nagrywam mu wiadomość, prosząc go, żeby do mnie oddzwonił, co robi około dziesięć minut później.
- Olivia? Wszystko w porządku?
- Nic mi nie jest. – Zbywam jego zmartwienie machnięciem ręki, jakby mógł mnie zobaczyć. – Przyjdę do ciebie – mówię szybko. – Nie chcę być sama, a ty i tak obiecałeś mi obiad.
Czekam, wstrzymując oddech.
Następuje cisza, podczas której zaciskam wargi i zamykam oczy. Może ma plany z Leah.
- Świetnie – mówi w końcu. – Lubisz befsztyk?
- Lubię tylko mięso. – Wzdrygam się, gdy on się śmieje. – Podaj mi wskazówki. – Zapisuję serię autostrad i ulic, które wymawia i odrzucam długopis na bok. Znam budynek, który opisuje. Był to typ budynku, którego nie można było przegapić, kiedy przejeżdżało się przez kanał wodny by dotrzeć do sznura eleganckich kawiarni i butików, które stały wzdłuż plaży. Miał przynajmniej trzydzieści pięter, kawał nieruchomości błyszczącej jak Australia.
Gdy przyjeżdżam, podaję kluczyki do mojego Żuka parkingowemu i wchodzę do chłodnego holu.
Wita mnie odźwierny. Jego spojrzenie zaczyna się na moich stopach i powoli podnosi się do twarzy. Widziałam te spojrzenie milion razy u przyjaciół Caleba. Byłam wśród nich, ale nie jedną z nich. Ich wzroki nastrojone były na Laboutina i Gucci’ego, więc kiedy pojawiałam się w mojej gotowej odzieży, ich spojrzenia prześlizgiwały się, jakbym ich nudziła. Większość ich rozmów zaczynała się tak „Kiedy spędzałem wakacje we Włoszech w zeszłym roku…” albo „Nowa żaglówka tatusia…”, których byłam cichym słuchaczem, nigdy nie opuszczając Florydy, zwłaszcza na zabawkowym szkunerze mojego leniwego tatusia. Mój tatuś był facetem, który rzucał pustymi butelkami po piwie na dobry los innych ludzi.
Kiedy poskarżyłam się na to Calebowi, udzielił mi lekcji o sztuce snobizmu.
- Patrz na nich, jakbyś znała ich sekrety i uważasz ich za nudnych.
Pierwszy raz, gdy spojrzałam z góry na spadkobierczynię, zapytała mnie, gdzie kupiłam moje buty.
- W Payless[1] - odparłam. – Nie jest to zabawne, że nasze buty są identyczne, jednak cena, jaką zapłaciłaś za swoje mogłaby wyżywiać przez miesiąc mały kraj? – Caleb zachłysnął się swoim koktajlem krewetkowym, a spadkobierczyni już nigdy więcej się do mnie nie odezwała. Poczułam chorą moc. Nie trzeba było być bogatym i ważnym, żeby kogoś onieśmielić, wystarczało być tylko krytycznym.
Nie patrzę wprost na odźwiernego, ale mrugam szybko w jego kierunku, jakby mnie drażnił. On się uśmiecha.
- Odwiedza, panienka? – Odwieeeeedza, panieeenka?
- Caleba Drake’a – mówię. – Może mu pan powiedzieć, że jest tutaj Olivia? – Wtedy słyszę otwierające się drzwi windy, a Ricky Ricardo kiwa głową do kogoś ponad moim ramieniem.
- Olivia – mówi Caleb, kładąc rękę na dole moich pleców. Podskakuję lekko na jego dotyk.
On uśmiecha się do odźwiernego.
- Ten facet oszukuje w pokerze. Kompletnie ze mnie wyłudził sto dolarów w zeszłym tygodniu. – Mały palant uśmiecha się promiennie w odpowiedzi. Czemu uwaga od Caleba zamieniała ludzi w żyjące świetliki?
- Proszę pana? Było to najuczciwsze sto dolarów, które zarobiłem.
Caleb uśmiecha się ironicznie i prowadzi mnie do windy.
- Spędzasz czas z personelem? – pytam, jak drzwi zamykają się za nami.
- Gram z nimi w pokera we wtorki – mówi, patrząc na mnie bokiem. – Co? Lubię ich. Żadnego udawania. Poza tym nie pamiętam żadnych swoich innych przyjaciół. – Pozwala mi pierwszej wyjść z windy, po czym idzie za mną. Mam przeczucie, że patrzy na mój tyłek.
- Jest piękne – te miejsce.
Robi minę. – Nie bardzo przytulne, co? Jest trochę macho-kawalerskie.
- Cóż, jesteś taki i taki, więc pasuje.
- Jestem pewien, że mógłbym kupić dom za to, co zapłaciłem za to.
- I minivan – uśmiecham się szeroko.
Krzywi się. – Tego nie jestem taki pewien.
- Oto tutaj – mówi, zatrzymując się przy 749. – Nie onieśmiel się osiemnastostopowym sufitem i plazmowym telewizorom – są godne podziwu, ale nieprzerażające.
Wchodzę za nim do salonu.
Jego mieszkanie jest imponujące. Przedpokój, jak się okazuje, jest tak wielki jak moja sypialnia. Jest nagi prócz masywnego żyrandola wiszącego ponad kremowymi kafelkami. Czuję się luksusowo dzięki asymilacji. On prowadzi mnie do salonu, który, tak jak obiecał, ma niemożliwie wysoki sufit. Cała główna ściana jest oknem, pokazującym widok oceanu.
- Teraz mi powiedz – mówię, zatrzymując się, żeby podziwiać obraz – mamusia pomogła ci udekorować czy po prostu kogoś zatrudniłeś?
- Nie wiem. – Wzrusza ramionami. – Ale podobno umawiałem się z dekoratorką, żeby nic nie płacić.
- Naprawdę? – Wyciągam rękę i dotykam palcem okładki olbrzymiego atlasu, leżącego na jego płaszczu.
- To jest kuchnia – mówi, prowadząc mnie do pomieszczenia pełnego stali nierdzewnej. Ciągnie mnie do korytarza i staje, zanim otwiera drzwi.
- Moje biuro.
Zerkam ponad jego ramieniem do pokoju, który był zapakowany aż do sufitu regałami. Żołądek zacisnął mi się z podekscytowania i poczułam pilną potrzebę na siusiu. Książki. Cudowne, wspaniałe książki.
- Wszystkie je przeczytałeś?
- Mam nadzieję, że nie. Wskazywałoby to, że nie miałem absolutnie żadnego życia przed amnezją.
- Sama nie wiem – mówię, moje oczy omiatały tytuły. – Sądzę, że polubiłbyś dobry klasyk… może Wielkie Nadzieje. – Ściągam ją z regału i kładę w jego dłoniach. On robi minę, ale nie odkłada jej, zamiast tego kładąc na swoim biurku.
Oprawione zdjęcie Leah strategicznie stoi, prawdopodobnie położone przez nią, obok jego komputerowego monitora. Piorunuję je wzrokiem. To jedno z tych upozowanych studyjnych zdjęć, które fotograf skrupulatnie próbował zrobić naturalnym. Leah patrzyła nieznacznie na lewo od kamery, jej usta były wydymane i lekko otwarte. „Pocałuj mnie, jestem piękną dziwką” mówiło w czerni i bieli.
- Pewnego dnia chcę mieć wielkie biuro – mówi, podążając za moim wzrokiem do zdjęcia Leah. – Więcej książek – których nie czytam – kominek i jedne z tych dużych drzwi z ciężkimi kołatkami.
- Zamierzasz powiesić te zdjęcie w twoim nowym biurze? – pytam. Boli widzieć ją tutaj, tak skupioną w jego życiu.
Caleb wzrusza ramionami i patrzy na mnie z zainteresowaniem.
- Zależy. Dziewczyna w ramce może być inna. Mam słabość do brunetek.
Robię do niego minę.
- I moja sypialnia…
Jego prześcieradła są czarnym jedwabiem, leżą zmięte i niepościelone. Robi mi się niedobrze na myśl o tych wszystkich kobietach, które przewracały się w jego łóżku.
- Gdzie jest łazienka? – mówię słabym głosem. Prowadzi mnie przez sypialnię i patrzy jak się gapię. Jest tam prysznic z sześcioma różnymi słuchawkami prysznicowymi i wanna wpuszczona w podłogę, która łatwo pomieściłaby pięć osób. Nawet jest mała winiarnia wbudowana w kąt. On śmieje się z mojego wyrazu twarzy.
- To także moje ulubione pomieszczenie.
- Wow – mówię.
- Cóż, jeśli kiedyś będziesz nocować, możesz mieć zaszczyt tego używania. – Cała krew pędzi mi do głowy.
Lądujemy z powrotem w salonie. Osuwam się na kanapę, podczas gdy Caleb idzie do kuchni po butelkę wina. Wraca z dwoma kieliszkami zbalansowanymi w jednej ręce i butelką czerwonego wina w drugiej.
Napełnia nasze kieliszki i podaje mi jeden, przy okazji palcami muskając moje.
Kiedy znika z pokoju, żeby zacząć obiad, jednym ruchem wlewam wino do gardła i ponownie napełniam swój kieliszek. W połowie spodziewam się, że w każdej chwili pojawi się Leah albo jego pamięć, a nie chcę być trzeźwa, kiedy to się stanie.
- Mogę zobaczyć ten pierścionek, który kupiłeś swojej słodkiej dziewczynie? – mówię, gdy wraca do pokoju. Nie wiem dlaczego o to zapytałam, lecz jestem pewna, że wino uczyniło mnie śmielszą.
- Dlaczego chcesz zobaczyć pierścionek? – Patrzy na mnie spod rzęs.
Hmmm, ponieważ chcę zobaczyć to, co mogło być moje.
- Ciekawość. Jestem dziewczyną i lubię biżuterię. Nie musisz mi pokazywać, jeżeli nie chcesz.
On znika w sypialni i wraca, trzymając małe niebieskie pudełko. Od Tiffany. Jakie przewidywalne.
- Och, kochanie – mówię, uchylając wieczko. Jest to karat więcej niż olbrzymi. Najpiękniejsze i najbardziej okropne świecidełko, jakie kiedykolwiek widziałam. Dobra, w każdym razie poza Cammie…
- Ta rzecz potrzebuje własnego kodu pocztowego.
- Przymierz go. – Pcha w moją stronę pudełko, a moja ręka automatycznie je odpycha.
- Czy nie jest to pech przymierzać pierścionek kogoś innego?
- Pech dla panny młodej, jak sądzę – drwi.
- W takim wypadku… - mówię, sięgając po niego. – Poczekaj! – Odsuwam rękę. – Musisz się najpierw oświadczyć. – Podaję mu pudełko i rozsiadam się, czekając na przedstawienie.
- Z tobą wszystko musi być pokazem, prawda? – mówi, wstając i odwracając się do mnie plecami. – Proście, a będzie wam dane. – Kiedy znowu się do mnie odwraca, jego rysy twarzy są podenerwowane.
- Brawo. – Klaszczę dłońmi.
- Olivio – zaczyna. Patrzę na niego w udawanym zaskoczeniu. Wtem nagle jest on poważny… albo taki się wydaje. Łapię oddech. – Należysz do mnie. Wierzysz mi? – Czuję jak otwierają mi się gruczoły potowe.
Wstrzymując oddech, kiwam głową. Powinno to być dla śmiechu, ale nie brzmi to zabawnie, brzmi jak coś, co będę powtarzać sobie przez lata – kiedy będę siedzieć sama w pokoju pełnym kotów.
- Wyjdziesz za mnie, Olivia? Jesteś jedyną kobietą, którą wiem jak kochać. Jedyną kobietą, którą chcę kochać. – Nie zniża się na kolano i nie musi. Już teraz kołyszę się na krawędzi emocjonalnego topnienia.
Wiem, że powinnam dać mu jakąś odpowiedź. Szukam po omacku swojego poczucia humoru, lecz mój umysł jest tak suchy jak usta.
Wino mówi za mnie. Całuję go, bo jest blisko i nie ma żadnej innej dość dobrej odpowiedzi. Jest to tylko muśnięcie ust, ciepłe i pospieszne. On zamiera i patrzy na mnie, brwi unosząc w zdziwieniu.
- Dałbym ci diamenty tydzień temu, gdybym wiedział, że to mi to przyniesie.
Wzruszam ramionami.
Podnosi mój palec i przygląda się diamentowi Leah. – Wygląda…
- Głupio – kończę za niego. – Proszę, bierz go. – Szarpię za obrączkę, a ona wciska się w mój knykieć. Znowu próbuję. Utknęło.
- Cholera! – jęczę. – Przepraszam, Caleb. To był taki głupi pomysł.
- Nie przepraszaj. Twoje palce pewnie są tylko opuchnięte. Daj temu czas, a potem spróbujemy znowu. – Potem idzie do kuchni, żeby sprawdzić obiad, a ja zostaję na kanapie z połową butelki wina i pierścionkiem Truskawkowego ciastka[2] na palcu.
- Nie rozumiem tego. Jak możesz myśleć tak inaczej niż przedtem? – pytam, gdy siedzimy, jedząc obiad przy jego stole jadalnym. Jestem ożywiona przez wino, a mój język jest niebezpiecznie luźny. – Nie podoba ci się pierścionek, który wybrałeś przed amnezją, nie lubisz dziewczyny… czy twojego mieszkania. Jak ta sama osoba może być kimś całkowicie innym?
- Nikt nic nie mówił o nielubieniu dziewczyny. Co wtedy mogło być moim gustem, teraz nim nie jest.
- Zatem amnezja uczyniła cię inną osobą?
- Może lub może amnezja ujawniła, że nie jestem osobą, którą udawałem.
On ma rację. W latach, w których zniknął z mojego życia przemienił się w profesjonalnego kawalera, aż do jego tandetnych, jedwabnych prześcieradeł. To nie był mój Caleb. Ten, który położył tę fioletową plamę farby na moim suficie.
- Kochasz Leah? – Słowa wychodzą z moich ust zanim mam szansę je przełknąć. Czuję gorycz w ustach.
- Jest urocza. Bardzo miła i wyrafinowana. Zawsze mówi właściwą rzecz we właściwej porze. Ale nie potrafię przywołać tego, co powinienem do niej czuć.
- Może po pierwsze tych uczuć nigdy nie było.
- Czy kiedykolwiek myślisz, że może przekraczasz granicę? – Odkłada swoje sztućce i opiera łokcie o stół.
- Hej, jesteśmy tylko dwójką nieznajomych poznających się nawzajem. Nie ma jeszcze granic. – Odsuwam się od stołu i krzyżuję ramiona. Mój nastrój skwaśniał jak stare mleko i chciałam się kłócić.
- Rozejm – mówi on, podnosząc dłonie. Nim mogę się zgodzić, podnosi nasze talerze po obiedzie i idzie do kuchni.
Pomagam mu włożyć naczynia do zmywarki, a potem Caleb zabiera trochę lodu z kuchni i trzyma go na moim palcu.
Obserwują jego poruszające się palce ospałymi oczami. Jego następny ruch sprawia, że niemal mdleję. Próbuje wytłumaczyć mi zasady footballu, które udaję, że mnie obchodzą, kiedy sięga po mój palec i delikatnie wkłada go do ust. Tym razem pierścionek łatwo się zsuwa. Wyciąga go z ust i wkłada do pudełka bez słowa. Zanosi go z powrotem do sypialni, a ja zaciskam i rozwieram pięści.
- Muszę iść – mówię, podnosząc się.
- Nie – mówi on.
Moja komórka zaczyna dzwonić i odwracam od niego wzrok, żeby przeszukać torebkę. Moja komórka bardzo rzadko dzwoni. Mam ją tylko dla nagłych wypadków i Cammie. Spodziewam się zobaczyć jej numer, kiedy patrzę na ekran, ale zamiast tego jest Rosebud.
- Ktoś włamuje się do twojego mieszkania! – krzyczy, gdy odbieram.
- Uspokój się, Rose, nie rozumiem… co?
- Ktoś włamuje się do twojego domu! – woła, jakbym poprosiła ją o pogłośnienie zamiast wyraźnego mówienia.
Potrząsam głową, która nadal jest natchniona winem. Potem klika. Ktoś włamał się do mojego mieszkania.
- Zaraz tam będę. – Rozłączam się i patrzę na Caleba. – Ktoś włamał się do mojego mieszkania – powtarzam słowa Rosebud. Caleb bierze swoje klucze.
- Podwiozę cię – mówi, prowadząc mnie do drzwi. Jedzie szybciej niż ja bym jechała i jestem za to wdzięczna. Myślę o Pickles, o którą zapomniałam zapytać Rosebud. Cicho modlę się, żeby nic jej nie było. Caleb odprowadza mnie do moich drzwi, gdzie czeka dwóch funkcjonariuszy policji.
- Pani to Olivia Kaspen? – pyta starszy funkcjonariusz. Jest pokryty bliznami.
- Tak. Mój pies? – Staram się zerknąć za nimi, lecz ich umundurowane ciała tworzą barierę pomiędzy mną a drzwiami wejściowymi.
- Możemy zobaczyć jakąś identyfikację? – Wyciągam z torebki swoje prawo jazdy i mu podaję.
Usatysfakcjonowany funkcjonariusz odsuwa się na bok. – Pani sąsiadka ma pani psa – mówi trochę bardziej życzliwie. Wzdycham z ulgą.
Upewniam się, że Caleb idzie za mną i przechodzę przez próg. Nie wiem co spodziewam się zobaczyć. Ale nie tego. Wszystko, co złodziej chciałby skraść jest tutaj; telewizja, DVD, stereo. Mrugam zdezorientowana i wtedy mój wzrok dostrzega chaos, który wcześniej był znany jako mój dom. Wszystko jest rozwalone. Wszystko. Zdjęcia, ozdóbki, lampy. Moja kanapa została rozcięta, a wypełnienie wychodzi na zewnątrz jak białe wymiociny. Słyszę jak wydaję odgłos pomiędzy szlochem a zawodzeniem. Caleb łapie moją rękę, a ja się go chwytam. Przechodzę z pokoju do pokoju, moje oczy wypuszczają łzy, jak badam uszkodzenia czy raczej zniszczenie wszystkiego, co posiadałam. Mój stolik do kawy jest jedynym meblem, który pozostaje nienaruszony; jednakże intruz poświęcił czas, żeby wyżłobić w drewnie słowo „ZDZIRA”.
- To nie wygląda na kradzież – słyszę, jak Caleb mówi do jednego z funkcjonariuszy. Wchodzę do sypialni, nim mogłabym usłyszeć jego odpowiedź. Przechodzę ponad moimi uszkodzonymi ubraniami do szafy.
Moje pudło wspomnień leży do góry nogami na podłodze. Opadam na kolana i zaczynam grzebać w starociach, przejeżdżając palcami po każdym przedmiocie w uldze. Prawie wszystko tutaj jest. Prawie. Przyciskam dłonie do oczodołów i kołyszę się na piętach. Dlaczego? Dlaczego? Tylko jedna osoba miałaby użytek z tego, czego brakuje. Jest ona ikrą diabła, złą, z rudymi włosami i motywami tak wielkimi jak tyłek Urszuli[3].
Automatycznie odwracam głowę w stronę Caleba. Czas. Kończy mi się czas. Bez wątpienia była ona teraz w drodze do jego mieszkania, zaciskając w rękach dowód. Zaczynam się trząść. Nie jestem gotowa. Nie mogę jeszcze się pożegnać.
- Panienko? – Funkcjonariusz policji stoi przy drzwiach szafy, patrząc na mnie z góry. – Potrzebujemy, aby pani wypełniła raport, powiedzieć nam co zabrali? – Widzę, że Caleb przepycha się obok niego i ostrożnie okrąża moje zniszczone rzeczy. Podnosi mnie z podłogi i zaprowadza mnie z powrotem do salonu.
Czuję gniew bulgoczący pod oczami, w nosie i ustach. Przebiega przez moje kończyny i stepuje mi w brzuchu. Chcę chwycić tę sukę za jej chudą kurczakowatą szyję i ściskać, aż wybuchnie. Łapię się swojego spokoju i odwracam do policjanta.
- Nic nie zabrali – mówię, machając ręką na telewizor. – To nie była kradzież.
- Zna pani kogoś, kto mógłby zrobić coś takiego, panno Kaspen? Może były chłopak? – mówi, rzucając ukradkowe spojrzenie Calebowi. Znałam? Zaciskam zęby. Mogę w tej chwili mu wszystko powiedzieć – dobić sukę.
Caleb przygląda mi się uważnie. Otwieram usta, żeby coś powiedzieć, lecz on mnie wyprzedza.
- Powiedz im o Jimie, Olivia – mówi łagodnie.
Jim? Nie – Jim nigdy nie zrobiłby czegoś tak precyzyjnego. Nie, to była robota kobiety. Nienagannie szczegółowa.
- To nie był Jim – mówię. – Chodźmy wziąć Pickles.
Po tym jak oni wychodzą, Caleb łapie mnie za rękę i mówi delikatnie. – Chcę żebyś dzisiejszej nocy została u mnie.
Nie mam żadnego zamiaru robić takiej rzeczy, ale milczę dopóki nie wymyślę planu. Zamykamy i idziemy do mieszkania Rosebud, gdzie Pickles rzuca się na mnie ze wściekłą histerią. Rosebud gdacze wokół mnie jak kwoka, dotykając i szturchając, aż chwytam jej obie dłonie i zapewniam ją, że nic mi nie jest.
- Poczekaj tutaj – mówi ona, znikając w kuchni. Wiem, co nadchodzi. W momencie, kiedy po raz pierwszy mnie zobaczyła, Rosebud zdecydowała, że potrzebuję opieki. Jej pierwszym prezentem był zaśniedziały nóż myśliwski, należący do jej kochanego, zmarłego Berniego.
- Jeśli ktoś się włamie, użyj tego. – Dźgnęła nożem na pokaz, przecinając powietrze, po czym podała mi jego rękojeść. Byłam uhonorowana oraz zażenowana, ale skończyłam na schowaniu noża pod łóżkiem.
Teraz za każdym razem gdy mnie widzi, wraca do swojego mieszkania, aby przynieść jakiś w połowie zjedzony lub troskliwie używany przedmiot, która dla mnie odłożyła. Nie mam serca odmówić.
Wychodzi z kuchni, trzymając masywną siatkę pomarańczy i przyciska mi ją do klatki piersiowej. Caleb unosi brew pytająco, a ja wzruszam ramionami.
- Dzięki, Rosie.
- Nie ma problemu. – Puszcza do mnie oko. A potem bardzo głośno szepcze: - Skradnij temu chłopcu serce. Spraw, żeby się z tobą ożenił. – Zerkam na Caleba, który udaje, że przygląda się oprawionej robótce ręcznej Rose. Stara się nie uśmiechnąć.
Całuję pomarszczony policzek Rosebud i wychodzimy. Caleb bierze moje pomarańcze i posyła mi uśmiech, którego nie rozumiem.
- Co?
- Nic.
- Powiedz mi…
Wzrusza ramionami. – Ona - ty. To było bardzo słodkie.
Rumienię się.
Wsiadamy do jego samochodu i wjeżdżamy na autostradę. Liczę latarnie uliczne, próbując wymyślić sposób, aby skierować go z dala od Leah.
Kiedy zjeżdżamy jego wyjazdem, przeklinam pod nosem. Jesteśmy kilka bloków z dala od jego wieżowca, a jeżeli nie chcę zostać złapana, muszę coś zrobić – i to szybko.
- Możesz się zatrzymać?
- Co? Niedobrze ci? – Potrząsam głową, jak kieruje nas do centrum handlowego. – Olivia?
Zaparkowaliśmy na złamanie karku na parkingu Wendy’s[4], a ja nieodpowiednio myślę o Frostym[5]. Wtem mam pomysł.
- Możemy jechać na kemping? Do tego miejsca, które widziałeś w magazynie?
Po tym jak kupimy Frosty’ego? - dodaję w głowie.
Caleb marszczy brwi, a ja zamieram na siedzeniu. Odmówi mi, powie mi, że jestem dziwna i szalona.
- Proszę – mówię, zamykając oczy. – Po prostu chcę być bardzo daleko… - od Leah i prawdy.
- To ośmiogodzinna jazda. Jesteś pewna, że chcesz to zrobić?
Otwieram oczy i kiwam gorączkowo głową.
- Mogę wziąć trochę czasu wolnego od pracy. Kupimy, to co potrzebujemy, gdy tam dotrzemy. Po prostu jedźmy… proszę.
Przewraca myśli w głowie, widzę to w wolnym ruchu jego oczu – patrzy na swoje ręce, na mnie, na kierownicę, a potem potakuje.
- Dobra. Jeżeli tego właśnie chcesz…
Posyłam swoje najgłębsze podziękowania Bogu i uśmiecham się.
- Chcę. Dziękuję. Jedźmy teraz, w tej chwili.
- Teraz? Bez niczego?
- Cóż, ja i tak nie mam niczego do zabrania. Widziałeś moją szafę. Zróbmy z tego przygodę.
Caleb zawraca auto, a ja opieram się o siedzenie, chcąc płakać. Jeszcze trochę… proszę, Boże, daj mi tylko trochę więcej czasu.
Autostrada rozszerza się przed nami jak lukrecja. Caleb otwiera okna, pozwalając wiatru wedrzeć się do środka, obszukując nas swoimi palcami. Opuszczamy Florydę. Opuszczamy mój zdewastowany dom i opuszczamy mściwą kochankę Caleba. Jestem bezpieczna… na razie.
- Caleb? – Wyciągam rękę i dotykam jego ramienia. – Dziękuję.
- Nie dziękuj mi – mówi cicho. – To jest dla nas obojga.
- Okej – mówię, choć nie mam pojęcia, co ma on na myśli. – Hej, możemy się zatrzymać i kupić Frosty’ego?
Przejeżdżamy ośmiogodzinną podróż do Georgii w siedem godzin. Przez większość podróży pozostajemy w komfortowej ciszy. Martwię się Leah i bałaganem, który zostawiłam za sobą w mieszkaniu. Gryzę swoje paznokcie, lecz Caleb ciągle odciąga moje dłonie od ust. Szukam czegoś, by móc mu o tym truć, jakiś zły nawyk lub denerwująca wada, ale on nie ma nic takiego.
Zasypiam, a gdy się budzę Caleba nie ma. Podnoszę głowę, żeby zerknąć przez okno i widzę, że jesteśmy na postoju. Z powrotem się układam i czekam, aż wróci. Słyszę, jak idzie szybkim krokiem po asfalcie. Stara się być tak cicho jak to możliwe z drzwiami i kluczykami, żeby mnie nie obudzić. Nie od razu odpala samochód i czuję jego wzrok na swojej twarzy. Czekam, zastanawiając się czy obudzi mnie, by zapytać czy potrzebuję użyć łazienki. Nie budzi. W końcu silnik odpala, a ja czuję jego ręce zmieniające biegi blisko moich kolan.
Dojeżdżamy do Parku Quiet Waters, właśnie gdy różowo zabarwione słońce unosi się ze swojego snu. Drzewa noszą swoje jesienne płaszcze, uderzając o siebie pomarańczą, czerwienią i żółcią. Podskakujemy na żwirze, jak kieruje on nas do wejścia parku. Czuję przypływ swojego oszustwa, kiedy widzę park – taki sam, jaki był ostatnim razem, gdy tu byliśmy. Z niepokojem zastanawiam czy ktoś rozpozna mnie z naszej ostatniej wycieczki i odrzucam tę myśl, jako absurd. Ostatni raz, kiedy tutaj byliśmy był trzy lata temu, a szanse, że ci sami pracownicy wciąż obsługiwaliby kamping są głupie, nie wspominając faktu, że widzieli każdego roku setki twarzy. Caleb parkuje przed biurem wynajmującym i wyłącza radio.
- Zimno tutaj – śmieję się, przyciskając kolana do piersi.
On przewraca oczami. – To Georgia, nie Michigan.
- Ale jednak – mówię przebiegle. – Nie mamy żadnych koców ani ubrań, więc może będziemy musieli użyć temperatury ciała, by się ocieplić.
Wybałusza oczy. Śmieję się z jego reakcji i wypycham go przez otwarte drzwi.
- Idź! – instruuję, wskazując na biuro. Caleb bierze parę chwiejnych kroków do tyłu – wciąż patrząc na mnie w udawanym zaskoczeniu, po czym odwraca się i podbiega do małego budynku.
Opieram się o siedzenie, dumna z mojego prymitywizmu.
Caleb wychodzi z budynku jakieś dziesięć minut później ze starszą kobietą idącą za nim. Kiedy dochodzi do samochodu, ona podnosi rękę i macha do niego, jakby był on jakąś sławą. Jej podbródki trzepoczą jak poszewki na poduszki, a ja prycham. On wiecznie zdobywa przyjaciół… albo fanów. Najwyraźniej amnezja nie zmienia wszystkiego w osobie.
- Nie wolno tutaj stawiać namiotów – mówi mi – ale mają te budynki, które wynajmują. Wygląda jak namiot, ale jest większy i ma drewniane podłogi.
Już to wiem. Za pierwszym razem, kiedy zwiódł mnie, żebym tutaj przyjechała, powiedział mi, że będziemy mieszkać w luksusowej chatce. Zapakowałam torby, podekscytowana, że wyjeżdżam z Florydy, czego nigdy wcześniej nie zrobiłam i zastanawiałam się czy nasza „chatka” będzie miała kominek. Kiedy wjechaliśmy na teren kempingu, szukałam w oczekiwaniu chatki.
- Gdzie jest? – zapytałam, wyciągając szyję, żeby spojrzeć w las. Widziałam tylko namioty w stylu tipi. Może chatki były głębiej w lesie. Caleb uśmiechnął się do mnie i zaparkował samochód przed tipi. Roześmiał się, kiedy zbladła mi twarz.
- Myślałam, że będziemy mieszkać w chatce – powiedziałam, zakładając ramiona na klatce piersiowej.
- Zaufaj mi, to ekskluzywne biwakowanie, Księżno. Zazwyczaj musisz rozbić własny namiot, a podłoga jest tylko wąskim płótnem.
Burknęłam, wpatrując się w namiot żałośnie. Oszukał mnie.
Pomimo mojego początkowego przerażenia, okazał się to być najlepszy weekend w moim życiu, a ja już na zawsze będę entuzjastką „ekskluzywnego” biwakowania.
- Jedźmy kupić futrzane płaszcze – mówi Caleb, podkręcając ciepło. Kiwam głową i wyglądam z zadowoleniem przez okno.
Znajdujemy Super WalMart kilka mil dalej, zostawiamy Pickles w aucie, a Caleb obejmuje mnie ramieniem, kiedy biegniemy do drzwi. Ludzie gapią się na nas, jakby anteny wyrastały z naszych głów. Niektórzy są w krótkich spodenkach.
- Jest tutaj arktycznie zimno – mówię do Caleba, a on uśmiecha się do mnie, jakbym była dziecinna.
- Nie dla nich.
Zamarzam, chociaż na dworze jest przynajmniej dziesięć stopni i zastanawiam się, jakie to uczucie być w śniegu. Myślę o zapytaniu Caleba o śnieg, ale potem przypominam sobie, że nie ma tego żadnego wspomnienia.
Najpierw kierujemy się do działu odzieżowego. Caleb znajduje pasującą parę bluz z kotkami na przodzie, które mówią „Kocieję na punkcie Georgii”.
- Bierzemy je – mówi, wrzucając je do wózka.
Patrzę na nie z zażenowaniem i potrząsam głową.
- Jak dziewczyna ma wyglądać ładnie, mając na sobie coś takiego?
On szczypie mnie w nos.
- Wyglądałabyś ładnie mając na sobie worek i błoto.
Odwracam się, żeby ukryć uśmiech.
Zapełniamy nasz wózek bielizną, spodniami dresowymi i skarpetkami, po czym kierujemy się do alejek z jedzeniem.
Gdy stajemy w kolejce do zapłaty, mamy dosyć jedzenia na dwa tygodnie. Caleb wyciąga swoją kartę kredytową i odmawia wzięcia ode mnie pieniędzy. Zakładamy nasze bluzy obok stojaka z darmowymi magazynami w holu, a potem idziemy do auta z torbami.
- Śniadanie – mówi Caleb, rzucając mi puszkę ugotowanych orzeszków ziemnych. Robię minę.
- Jestem pewna, że widziałam McDonalda po drodze. – Oddaję mu puszkę.
- Nie mam mowy. – Pcha mi ją do piersi. – Robimy to tak, jak trzeba. Jedz orzeszki!
- Tak, jak trzeba – mamroczę. – Dlatego właśnie kupiłeś grzejnik elektryczny? – On patrzy na mnie kątem oka, a ja widzę uśmiech czający się w kącikach jego ust. Zawsze lubił, kiedy mu pyskowałam.
Parkujemy na naszym tymczasowym żwirowym podjeździe około dziewiątej i taszczymy nasze zaopatrzenie do namiotu. Przygotowuję wnętrze, zdejmując metki z naszych nowych śpiworów i kładę je na przeciwnych stronach małej przestrzeni, którą dzielimy. Wyglądam na zewnątrz namiotu i widzę jak Caleb układa kłody, żeby rozpalić ognisko. Po chwili obserwowania jego silnych ramion szarpiących i ciągnących, przybliżam śpiwory. Równie dobrze mogę być tak blisko jak mogę – kiedy jeszcze mogę.
Jak tylko ognisko jest pełne życia i trzaska, bierzemy na pół oziębione butelki piwa i sadowimy się na leżakach w kolorach tęczy.
- Jest to znajome? – pytam, głaszcząc głowę Pickles. On marszczy czoło i kręci głową.
- Nie. Ale jest dobrze. Lubię być tutaj z tobą.
Wzdycham. Ja też.
- Co zamierzasz zrobić ze swoim mieszkaniem? – pyta, nie patrząc na mnie.
- Zacząć od nowa, jak sądzę. Nie chcę o tym myśleć. To przygnębiające. – Ściągam pokrywę z puszki gotowanych orzeszków ziemnych i wyciągam jednego.
- Obydwoje możemy zacząć od nowa. – Zrzuca kapsel z kolejnego piwa i podnosi go do ust. Przyglądam mu się milcząco, czekając by kontynuował.
- Zamierzam zacząć żyć moim życiem tak jak chcę – mówi mi. – Nie mam pewności, kim byłem przed wypadkiem, ale z wyglądu rzeczy byłem dość nieszczęśliwy.
Wypijam resztę piwa i wycieram usta tyłem dłoni. Zastanawiam się czy był nieszczęśliwy z mojego powodu. Możliwe jest, że tuż przed jego wypadkiem wciąż był dotknięty przez moją zdradę?
Myślę o Leah i zastanawiam się, czy czeka w jego mieszkaniu, czekając aby rozbić mnie jak złe jajko, jakim jestem. Może powinnam pozwolić temu się stać. Przyśpieszyłoby to nieuniknione. Mogłabym teraz mu powiedzieć, lecz potem musiałabym dzielić z nim auto w drodze powrotnej do Florydy. Osiem godzin tortury. Zasługuję na to. Otwieram usta, prawda pali ich wnętrze, chcąc wyjść. Mogę to wszystko powiedzieć szybko, a potem się ukryć. Rozważam pomysł zadzwonienia do Cammie, żeby po mnie przyjechała. Patrzę na Caleba w chwili, gdy on wstaje i się przeciąga.
- Łazienka? – mówi, drapiąc się po klatce piersiowej. Wskazuję na budynek, który mieści się jak brudne pudełko na jajka po środku pól namiotowych. Jest wspólna i śmierdzi jak wybielacz. Patrzę na niego, dopóki nie znika w budynku i idę do samochodu, żeby poszukać torby psiego jedzenia, którą kupiliśmy. Grzebię na tylnych siedzeniach, kiedy słyszę grzechot. Podnoszę się i zaglądam za siedzenie. Jego komórka leży na podłodze od strony pasażera. Wibruje i stamtąd, gdzie jestem widzę imię „Leah” migające na ekranie. Zerkając przez ramię sprawdzam czy on wciąż jest w łazience i podnoszę telefon.
Siedemnaście nieodebranych połączeń – wszystkie od Leah. Wow! Ona naprawdę na mnie poluje. Widzę w myślach moje zniszczone mieszkanie i drżę. Jeśli Caleb zobaczy jak wiele razy dzwoniła, na pewno do niej oddzwoni. Zbyt bardzo liczy się z ludźmi, żeby pozwolić jej się martwić. Zaciskam powieki. Nie mogę na to pozwolić. Przyciskam guzik kontrolny i patrzę jak ekran czarnieje. Potem wsadzam telefon do kieszeni.
- Olivia? – Obracam się gwałtownie. Serce bije mi tak szybko, że czuję jak wali aż w rzepkach. Widział co zrobiłam?
Otwieram usta, żeby dać jakieś usprawiedliwienie, lecz on mi przerywa.
- Chodźmy na spacer – mówi.
Spacer.
- Spacer?
- Ogrzeję cię. – Wyciąga rękę, a ja ją biorę. Raz jeszcze uniknęłam nieuniknionego.
Zaciskam zęby, jak idziemy. Ten cały scenariusz ucieczki o włos zaczynał być nudny.
Komórka Caleba jest jak pęk winy przy moim udzie. Modlę się, żeby nie zobaczył wybrzuszenia i upewniam się, że idzie po przeciwnej stronie gdzie jest ukryta.
Później, gdy wracamy do naszego namiotu, mówię mu, że muszę zadzwonić do swojej szefowej.
- Muszę jej powiedzieć, że nie będę mogła pracować przez parę dni – wyjaśniam.
- Jasne. Nie spiesz się. Ja… uch… - Pokazuje palcem na wzgórze.
- Pospacerujesz? – śmieję się.
On robi minę i odchodzi.
Czekam, aż jest na bezpiecznej odległości i kieruję się do jeziora. Moje tenisówki grzęzną w błocie i robią odrażające odgłosy.
Moja wiadomość do Bernie zajmuje tylko minutę. Krótko wyjaśniam włamanie i obiecuję oddzwonić za kilka dni. Przyciskam guzik kończący rozmowę i zerkam przez ramię. Caleba nigdzie nie ma. Wyciągam jego komórkę z kieszeni i ją włączam. Dwie wiadomości. Włączam pocztę głosową i podnoszę telefon do ucha. Głos prosi o hasło. Cholera. Wstukuję jego datę urodzenia, a głos mówi mi, że hasło jest nieprawidłowe. Próbuję jego rok urodzenia i bingo!
Pierwsza wiadomość.
- Caleb, tu Leah. Posłuchaj… naprawdę musimy porozmawiać. Mam dla ciebie bardzo interesujące wiadomości. Chodzi o twoją nową przyjaciółeczkę Olivię. Ona nie jest tym, kim myślisz. Oddzwoń do mnie, jak tylko będziesz mógł – przerwa, a potem – kocham cię.
Drugą wiadomość zostawiono pół godziny po pierwszej.
- To znowu Leah. Poważnie zaczynam się martwić. Jestem w twoim mieszkaniu i wygląda na to, jakbyś wyszedł w pośpiechu. Po prostu muszę z tobą porozmawiać, kochanie. Oddzwoń. – Robię minę i zamykam telefon. Ona ma klucz do jego mieszkania. Dlaczego nie podejrzewałam, że ma klucz? Prawdopodobnie myszkowała w jego mieszkaniu, kiedy on był w szpitalu po wypadku. Mała latawica pewnie już widziała jej pierścionek!
Piorunuję wzrokiem komórkę, rozważając swoje opcje. Musiał iść. Albo telefon, albo ja.
Idę w dół błotnistego zbocza, które prowadzi do oślizgłego brzegu wody i przyglądam się, jak komary tańczą pijanie wzdłuż jej powierzchni.
- Leah – mówię, patrząc na telefon Caleba. – Jeszcze nie. – Po czym wrzucam go do wody.
- Olivia, widziałaś moją komórkę?
Kucam nad puszką fasoli, próbując manipulować tanim otwieraczem do puszek, który kupiliśmy. Upuszczam i to, i to.
- Cholera – mówię, odsuwając się od brązowego bałaganu, który zbliża się do palców moich nóg.
Caleb wyciąga drugą puszkę z naszego schowka i mi ją otwiera. Wrzuca ją do gorącego garnka.
- Możesz użyć mojej komórki. Jest na moim śpiworze.
Caleb bierze dwa kroki tam, gdzie wskazuję i kuca.
- Mógłbym przysiąc, że mój telefon był w aucie…
- Może upuściłeś go w Wal-Marcie – sugeruję przez ramię.
- Ta…
Wstrzymuję oddech, gdy wystukuje numer i modlę się, aby nie dzwonił do Leah.
- Mamo – słyszę, jak mówi i osuwam się na Pickles z ulgą.
- Nie, nie, nic mi nie jest. Po prostu zdecydowałem się na małą podróż… tak? Co chciała?
Nie pomyślałam o tym, że Leah zadzwoni do domu jego rodziców.
- …Och, ale nie powiedziała ci dlaczego? …cóż, wrócę za kilka dni, wtedy z nią porozmawiam… Tak, jestem pewien, mamo. Też cię kocham. – Przyglądam się ostrożnie jego twarzy. Wygląda na zmartwionego.
- Hej – mówię, wyciągając telefon z jego ręki i wepchnęłam go do mojej torebki.
- Chodź ze mną poflirtuj, kiedy ja podgrzeję te fasolę.
Złapałam jego dłoń i pociągnęłam go do gniazdka elektrycznego.
Przez następne cztery dni, zostajemy w namiocie, gdy temperatura spada do czterech stopni. Jemy makaron z pudełek i kłócimy się o to, kto ma spać obok przenośnego grzejnika. Kiedy na dworze robi się ciemno, wyciągamy swoje leżaki i owijamy się w koce, żeby przyglądać się ognisku. Caleb wciąż napomyka mi o moim niepowodzeniu w wypełnieniu podań do wydziału prawniczego, a ja odpowiadam dogryzieniem o jego niepowodzeniu w oświadczeniu się Leah. Gdy w nocy wsuwamy się do naszych osobnych śpiworów, mamy przyklejone do twarzy głupie uśmiechy. Co noc Caleb wciąga mnie do wymiany zdań, która sprawia, że drżą mi palce nóg pod czterema parami skarpetek.
- Olivia?
- Tak, Caleb?
- Będziesz dzisiaj o mnie śnić?                                                          
- Zamknij się.
A potem śmieje się tym pięknym, seksownym śmiechem.




[1] Payless – strona online, gdzie można zakupić buty oraz torby.
[2] Truskawkowe ciastko – serial animowany produkcji amerykańskiej.
[3] Urszula z filmu animowanego Disney’a Mała Syrenka.
[4] Wendy’s – sieć amerykańskich restauracji typu fast food.
[5] Frosty – mrożony śmietankowy deser. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz