Przeszłość
- Kochasz mnie?
- Przepraszam… co?!
- Czy mnie kochasz? To dość proste
pytanie. Wolałabyś gdybym zapytał cię w innym języku? – Przewrócił się z pleców
na brzuch, pochylając się nade mną. - M'aimez-vous? Você ama-me tanto como o amo?
– Caleb, który był biegły we francuskim i włoskim, popisywał się. Trawa pod
moimi plecami zaczęła mnie swędzić, jak jego pytanie.
Chodziliśmy ze sobą dokładnie jeden rok, a ja z
powodzeniem omijałam, ignorowałam oraz wstrzymywałam odpowiedź na to. Ciężko
było użyć którąkolwiek z tych metod, kiedy Caleb Drake był centymetry od twojej
twarzy, wpatrując się w ciebie swoimi intensywnymi oczami. Wzięłam głęboki
wdech i pomyślałam o milionach głodujących dzieciach w Afryce. My byliśmy w
Georgii, biwakując ku mojemu rozczarowaniu. Byłam zmęczona, spocona i miałam na
sobie tę samą parę spodni, którą nosiłam dzień wcześniej. Byliśmy tutaj od
dwudziestu czterech godzin, a ja poza jego, tym raczej głupim, pytaniem,
otrzymałam tylko bilion ugryzień od robaków oraz obolałe mięśnie.
- Gdy wrócę do domu, zamierzam zasponsorować jedno
z tych dzieci z Kenii – powiedziałam, drapiąc się po kolanie. – No wiesz – z
tych reklam Fundacji Dzieci?
Caleb rzucił mi spojrzenie.
- Ja… ja… kocham… lody… - rzekłam, wijąc się pod
jego wzrokiem. – I kocham gorące prysznice oraz czyste ubrania.
- Olivia? – powiedział ostrzegawczym głosem.
- Caleb – przedrzeźniłam jego ton. On zmarszczył
na mnie brwi, a ja odwróciłam wzrok. To nie tak, że to ja coś tutaj
wstrzymywałam. On też nie powiedział mi „kocham cię”, choć zadawał mi te
pytanie dość często.
- Czemu zawsze mnie o to pytasz? – westchnęłam,
wyrywając kawałek trawy z ziemi. Zaczęłam rozrywać ją na małe kawałki i
rzuciłam je na wiatr.
- Czemu nigdy nie odpowiadasz?
- Ponieważ to trudne pytanie.
- Tak naprawdę, to jest tak albo nie. Masz
pięćdziesiąt procent szansy na prawidłową odpowiedź.
Gdyby to tylko było takie proste. Kochałam go w
tym momencie? Kochałam go od pierwszego momentu… momentu, kiedy nasze życia po
raz pierwszy się przecięły. Jednak nie mogłam mu tego powiedzieć, nie
wiedziałam jak i za każdym razem kiedy próbowałam, słowa grzęzły mi w gardle.
- Wywierasz na mnie nacisk. – Odepchnęłam go i
usiadłam, wycierając ręce o dres.
Caleb skoczył na nogi, przeszedł kilka kroków, po
czym odwrócił się do mnie twarzą. Gotował się ze złości.
- Nigdy w niczym nie wywierałem na ciebie
nacisku.
Poczułam jak blednie mi twarz. To była prawda.
Kiepska to była rzecz do powiedzenia dwudziestotrzyletniemu mężczyźnie, który
nigdy nie narzekał, gdy jego dziewczyna zawsze zatrzymywała się na drugiej
bazie.
- Próbujesz zmusić mnie do powiedzenia czegoś, na
co nie jestem gotowa – wydusiłam, odwracając wzrok.
- Próbuję dowiedzieć się, gdzie idziemy, Olivia.
Ja już wiem, że mnie kochasz.
Zszokowana spiorunowałam go wzrokiem, a on
wzruszył ramionami.
- Fakt, że nie możesz tego powiedzieć – to jest
problemem. Ja cię kocham.
Zadrżała mi warga. Żałosne, ale to zrobiła.
Poczułam jak faluje mi klatka piersiowa, aby odetchnąć. On mnie kochał.
- Nie możesz tego powiedzieć, bo mi nie ufasz.
Jeśli mi nie ufasz, nie mogę z tobą być.
Poczułam panikę wzbierającą się w piersi. Groził
mi?
On wciąż mnie przewyższał, więc wstałam. Nie
wyszło to na dobre, ponieważ był on o stopę wyższy.
- Nienawidzę cię – powiedziałam, a on zaczął się
śmiać.
- Kłócisz się jak dziecko. Nie radzę sobie z tobą.
– I odszedł, pozostawiając mnie całkowicie zdumioną i ożywioną z
podekscytowania przez tę nową informację. Kochał mnie. Opadłam z powrotem na
trawę i uśmiechnęłam się do nieba.
Później, kiedy miałam dosyć dąsania się nad
jeziorem, wróciłam do naszego namiotu i snułam się z kąta w kąt. Caleb jeszcze
nie wrócił, gdziekolwiek poszedł, a ja zgłodniałam. Grzebałam w naszym schowku
z jedzeniem, gdy wszedł przez klapę naszego luksusowego namiotu. Nasze
spojrzenia się spotkały i upuściłam paczkę precli, którą trzymałam. Coś było
nie tak, na jego twarzy były wypisane kłopoty. Zamierzał teraz ze mną zerwać?
Przygotowałam się i przyszykowałam jakieś okropne rzeczy do powiedzenia.
- Jesteś rozpieszczona.
- Jestem sierotą – zauważyłam. – Kto ma mnie
rozpieszczać?
- Ja cię rozpieszczam. Pozwalam ci umknąć ze zbyt
wieloma rzeczami. Daję ci wolną kontrolę, a ty to wykorzystujesz.
- Nie należę
do ciebie, żebyś dawał mi wolną kontrolę – powiedziałam,
mrużąc na niego oczy. – Jaka dupkowata rzecz do powiedzenia. – Odwróciłam się,
lecz on złapał mnie za nadgarstek i zatrzymał.
- Należysz do mnie – rzekł, przyciągając mnie do
swojego torsu i tam trzymając. Gapiłam się na niego z otwartymi ustami.
- Nie. – Potrząsnęłam głową, ale nie byłam już
taka pewna o czym rozmawialiśmy.
Moje nadgarstki były maleńkie i były zaciśnięte
tak pewnie w jego dużych dłoniach, że nawet nie próbowałam się wyrwać.
- Puść mnie.
Przytrzymał mnie mocniej. Byliśmy tak blisko, że
czułam jego oddech na twarzy.
- Więc do kogo należysz? – wyzwał.
- Do siebie. Nie do ciebie, nie do nikogo… nigdy.
– Czułam się nadąsana i głupio, ale i tak uniosłam nos i przeszyłam go
wzrokiem. Oczy Caleba były zimne i twarde. Zaśmiał się ze mnie, głębokim
gardłowym śmiechem. Potem spojrzał mi w oczy i powiedział;
- Jesteś panią twojego własnego ciała, tak?
- Tak – rzekłam gniewnie. Gniew jak lawa wybuchał
we mnie od środka.
- Zatem nie będziesz miała problemu go
kontrolować – dokończył, a ja wpatrywałam się w niego gniewnym spojrzeniem –
zdezorientowana.
- Co?
Puścił moje nadgarstki, lub bardziej odpowiednio,
odrzucił je, lecz zanim mogłabym się ruszyć, złapał mnie w pasie i do siebie
przyciągnął.
Pocałował mnie, nie normalnym Calebowym
pocałunkiem, ale agresywnym ruchem jego warg na moich. Był w takiej kontroli
moich ust, że nie mogłam odwzajemnić pocałunku, gdybym chciała.
Pchnęłam dłońmi w jego klatkę piersiową, próbując
odepchnąć jego kamienne ciało, lecz było to bezcelowe.
Ciało zaczęło mi pulsować w odpowiedzi na jego
dotyk. Było to tak potężne, iż byłam pewna, że przełamię się na pół.
Wychwyciłam rytm jego warg i odwzajemniłam jego
pocałunki, nacisk za nacisk, ugryzienie za ugryzienie. Oderwał się od moich
ust, w chwili kiedy miałam nad nimi kontrolę i złapał garść moich włosów,
odchylając mi głowę, by mieć dostęp do mojej szyi.
Caleb oderwał się ode mnie, a ja przez chwilę
myślałam, że wygrałam. Ale zamiast się odsunąć, złapał za kołnierz mojej bluzki
i za jednym szarpnięciem rozdarł ją od góry w dół. Moje wiotkie ramiona nie
miały żadnej przyczepności i spadła ona na ziemię. Wpatrywałam się w niego
niedowierzająco, a on znowu mnie złapał, całując moje ramiona, przejeżdżając
ustami po obojczyku. Poszedł mój biustonosz po szybkim ruchu jego palców i
nagle moje nogi straciły wolę do stania. Caleb uniósł mnie pod kolanami i położył
mnie na plecach, opierając się na mnie. W tej chwili nie miałam ani strzępu
oporu. Mój umysł przestał działać – przestał wymyślać wymówki. Byłam zaplątana
w momencie i dla odmiany nie miałam temu nic naprzeciw.
- Wciąż masz kontrolę? – powiedział w moje włosy,
jak jego ręce przesuwały się w górę mojego uda. Owinęłam się wokół niego i
skinęłam głową w jego szyję. Pewnie, że byłam. Podejmowałam świadomą decyzję,
godząc się na to, co teraz robiliśmy. Rozpaczliwie chciałam, żeby po prostu się
zamknął i kontynuował.
- Zatrzymaj mnie – rzekł. – Jeżeli masz kontrolę,
to mnie zatrzymaj.
Teraz jego dłoń była na skrzyżowaniu moich ud, a
zatrzymanie go było ostatnią rzeczą, jakiej chciałam. W odpowiedzi wbiłam
paznokcie w jego ramiona. Caleb złapał pasek moich dresów i pociągnął je w dół.
Wszystko było rozmazane – wszystko oprócz tego, co chciałam by się wydarzyło.
- Do kogo należysz? – powiedział.
Co? Nie
mieliśmy już tego za sobą?
Otworzyłam oczy, podniosłam na niego wzrok i
zaczęłam pojmować, co się działo. Caleb wciąż miał na sobie wszystkie ubrania,
kiedy ja leżałam na podłodze w majtkach. Straciłam całkowitą kontrolę. On się
mną bawił. Pozwoliłam ciału opaść bezwładnie i spojrzałam mu w twarz.
- Do kogo należysz? – powtórzył bardziej
delikatnie, kładąc dłoń w miejscu, gdzie mieściło się moje serce. Miał rację.
Miał moje serce i każdy inny kawałek ciała, który był do niego przywiązany. On
nie był szowinistą. Mówił mi coś. Pomyślałam o trzymaniu się swojej pierwszej
reakcji, lecz dorosłość w moim wnętrzu chciała wyjść na zewnątrz.
- Do ciebie.
Przestał się ruszać i czułam jego falujące plecy,
jak oddychał. Leżeliśmy policzek do policzka, jego ramiona opierały się po obu
stronach mojego ciała. W jednym olbrzymim ruchu zeskoczył ze mnie i wylądował
na stopach jak kot.
- Dziękuję. – Poprawił swój kołnierzyk, po czym
wyszedł z namiotu i zostawił mnie – na podłodze w niczym prócz majtek.
Wybuchłam płaczem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz