24.10.13

The Opportunist - Rozdział jedenasty

Przeszłość

- Kochasz mnie?
- Przepraszam… co?!
- Czy mnie kochasz? To dość proste pytanie. Wolałabyś gdybym zapytał cię w innym języku? – Przewrócił się z pleców na brzuch, pochylając się nade mną. - M'aimez-vous? Você ama-me tanto como o amo? – Caleb, który był biegły we francuskim i włoskim, popisywał się. Trawa pod moimi plecami zaczęła mnie swędzić, jak jego pytanie.
Chodziliśmy ze sobą dokładnie jeden rok, a ja z powodzeniem omijałam, ignorowałam oraz wstrzymywałam odpowiedź na to. Ciężko było użyć którąkolwiek z tych metod, kiedy Caleb Drake był centymetry od twojej twarzy, wpatrując się w ciebie swoimi intensywnymi oczami. Wzięłam głęboki wdech i pomyślałam o milionach głodujących dzieciach w Afryce. My byliśmy w Georgii, biwakując ku mojemu rozczarowaniu. Byłam zmęczona, spocona i miałam na sobie tę samą parę spodni, którą nosiłam dzień wcześniej. Byliśmy tutaj od dwudziestu czterech godzin, a ja poza jego, tym raczej głupim, pytaniem, otrzymałam tylko bilion ugryzień od robaków oraz obolałe mięśnie.
- Gdy wrócę do domu, zamierzam zasponsorować jedno z tych dzieci z Kenii – powiedziałam, drapiąc się po kolanie. – No wiesz – z tych reklam Fundacji Dzieci?
Caleb rzucił mi spojrzenie.
- Ja… ja… kocham… lody… - rzekłam, wijąc się pod jego wzrokiem. – I kocham gorące prysznice oraz czyste ubrania.
- Olivia? – powiedział ostrzegawczym głosem.
- Caleb – przedrzeźniłam jego ton. On zmarszczył na mnie brwi, a ja odwróciłam wzrok. To nie tak, że to ja coś tutaj wstrzymywałam. On też nie powiedział mi „kocham cię”, choć zadawał mi te pytanie dość często.
- Czemu zawsze mnie o to pytasz? – westchnęłam, wyrywając kawałek trawy z ziemi. Zaczęłam rozrywać ją na małe kawałki i rzuciłam je na wiatr.
- Czemu nigdy nie odpowiadasz?
- Ponieważ to trudne pytanie.
- Tak naprawdę, to jest tak albo nie. Masz pięćdziesiąt procent szansy na prawidłową odpowiedź.
Gdyby to tylko było takie proste. Kochałam go w tym momencie? Kochałam go od pierwszego momentu… momentu, kiedy nasze życia po raz pierwszy się przecięły. Jednak nie mogłam mu tego powiedzieć, nie wiedziałam jak i za każdym razem kiedy próbowałam, słowa grzęzły mi w gardle.
- Wywierasz na mnie nacisk. – Odepchnęłam go i usiadłam, wycierając ręce o dres.
Caleb skoczył na nogi, przeszedł kilka kroków, po czym odwrócił się do mnie twarzą. Gotował się ze złości.
- Nigdy w niczym nie wywierałem na ciebie nacisku.
Poczułam jak blednie mi twarz. To była prawda. Kiepska to była rzecz do powiedzenia dwudziestotrzyletniemu mężczyźnie, który nigdy nie narzekał, gdy jego dziewczyna zawsze zatrzymywała się na drugiej bazie.
- Próbujesz zmusić mnie do powiedzenia czegoś, na co nie jestem gotowa – wydusiłam, odwracając wzrok.
- Próbuję dowiedzieć się, gdzie idziemy, Olivia. Ja już wiem, że mnie kochasz.
Zszokowana spiorunowałam go wzrokiem, a on wzruszył ramionami.
- Fakt, że nie możesz tego powiedzieć – to jest problemem. Ja cię kocham.
Zadrżała mi warga. Żałosne, ale to zrobiła. Poczułam jak faluje mi klatka piersiowa, aby odetchnąć. On mnie kochał.
- Nie możesz tego powiedzieć, bo mi nie ufasz. Jeśli mi nie ufasz, nie mogę z tobą być.
Poczułam panikę wzbierającą się w piersi. Groził mi?
On wciąż mnie przewyższał, więc wstałam. Nie wyszło to na dobre, ponieważ był on o stopę wyższy.
- Nienawidzę cię – powiedziałam, a on zaczął się śmiać.
- Kłócisz się jak dziecko. Nie radzę sobie z tobą. – I odszedł, pozostawiając mnie całkowicie zdumioną i ożywioną z podekscytowania przez tę nową informację. Kochał mnie. Opadłam z powrotem na trawę i uśmiechnęłam się do nieba.

Później, kiedy miałam dosyć dąsania się nad jeziorem, wróciłam do naszego namiotu i snułam się z kąta w kąt. Caleb jeszcze nie wrócił, gdziekolwiek poszedł, a ja zgłodniałam. Grzebałam w naszym schowku z jedzeniem, gdy wszedł przez klapę naszego luksusowego namiotu. Nasze spojrzenia się spotkały i upuściłam paczkę precli, którą trzymałam. Coś było nie tak, na jego twarzy były wypisane kłopoty. Zamierzał teraz ze mną zerwać? Przygotowałam się i przyszykowałam jakieś okropne rzeczy do powiedzenia.
- Jesteś rozpieszczona.
- Jestem sierotą – zauważyłam. – Kto ma mnie rozpieszczać?
- Ja cię rozpieszczam. Pozwalam ci umknąć ze zbyt wieloma rzeczami. Daję ci wolną kontrolę, a ty to wykorzystujesz.
- Nie należę do ciebie, żebyś dawał mi wolną kontrolę – powiedziałam, mrużąc na niego oczy. – Jaka dupkowata rzecz do powiedzenia. – Odwróciłam się, lecz on złapał mnie za nadgarstek i zatrzymał.
- Należysz do mnie – rzekł, przyciągając mnie do swojego torsu i tam trzymając. Gapiłam się na niego z otwartymi ustami.
- Nie. – Potrząsnęłam głową, ale nie byłam już taka pewna o czym rozmawialiśmy.
Moje nadgarstki były maleńkie i były zaciśnięte tak pewnie w jego dużych dłoniach, że nawet nie próbowałam się wyrwać.
- Puść mnie.
Przytrzymał mnie mocniej. Byliśmy tak blisko, że czułam jego oddech na twarzy.
- Więc do kogo należysz? – wyzwał.
- Do siebie. Nie do ciebie, nie do nikogo… nigdy. – Czułam się nadąsana i głupio, ale i tak uniosłam nos i przeszyłam go wzrokiem. Oczy Caleba były zimne i twarde. Zaśmiał się ze mnie, głębokim gardłowym śmiechem. Potem spojrzał mi w oczy i powiedział;
- Jesteś panią twojego własnego ciała, tak?
- Tak – rzekłam gniewnie. Gniew jak lawa wybuchał we mnie od środka.
- Zatem nie będziesz miała problemu go kontrolować – dokończył, a ja wpatrywałam się w niego gniewnym spojrzeniem – zdezorientowana.
- Co?
Puścił moje nadgarstki, lub bardziej odpowiednio, odrzucił je, lecz zanim mogłabym się ruszyć, złapał mnie w pasie i do siebie przyciągnął.
Pocałował mnie, nie normalnym Calebowym pocałunkiem, ale agresywnym ruchem jego warg na moich. Był w takiej kontroli moich ust, że nie mogłam odwzajemnić pocałunku, gdybym chciała.
Pchnęłam dłońmi w jego klatkę piersiową, próbując odepchnąć jego kamienne ciało, lecz było to bezcelowe.
Ciało zaczęło mi pulsować w odpowiedzi na jego dotyk. Było to tak potężne, iż byłam pewna, że przełamię się na pół.
Wychwyciłam rytm jego warg i odwzajemniłam jego pocałunki, nacisk za nacisk, ugryzienie za ugryzienie. Oderwał się od moich ust, w chwili kiedy miałam nad nimi kontrolę i złapał garść moich włosów, odchylając mi głowę, by mieć dostęp do mojej szyi.
Caleb oderwał się ode mnie, a ja przez chwilę myślałam, że wygrałam. Ale zamiast się odsunąć, złapał za kołnierz mojej bluzki i za jednym szarpnięciem rozdarł ją od góry w dół. Moje wiotkie ramiona nie miały żadnej przyczepności i spadła ona na ziemię. Wpatrywałam się w niego niedowierzająco, a on znowu mnie złapał, całując moje ramiona, przejeżdżając ustami po obojczyku. Poszedł mój biustonosz po szybkim ruchu jego palców i nagle moje nogi straciły wolę do stania. Caleb uniósł mnie pod kolanami i położył mnie na plecach, opierając się na mnie. W tej chwili nie miałam ani strzępu oporu. Mój umysł przestał działać – przestał wymyślać wymówki. Byłam zaplątana w momencie i dla odmiany nie miałam temu nic naprzeciw.
- Wciąż masz kontrolę? – powiedział w moje włosy, jak jego ręce przesuwały się w górę mojego uda. Owinęłam się wokół niego i skinęłam głową w jego szyję. Pewnie, że byłam. Podejmowałam świadomą decyzję, godząc się na to, co teraz robiliśmy. Rozpaczliwie chciałam, żeby po prostu się zamknął i kontynuował.
- Zatrzymaj mnie – rzekł. – Jeżeli masz kontrolę, to mnie zatrzymaj.
Teraz jego dłoń była na skrzyżowaniu moich ud, a zatrzymanie go było ostatnią rzeczą, jakiej chciałam. W odpowiedzi wbiłam paznokcie w jego ramiona. Caleb złapał pasek moich dresów i pociągnął je w dół. Wszystko było rozmazane – wszystko oprócz tego, co chciałam by się wydarzyło.
- Do kogo należysz? – powiedział.
Co? Nie mieliśmy już tego za sobą?
Otworzyłam oczy, podniosłam na niego wzrok i zaczęłam pojmować, co się działo. Caleb wciąż miał na sobie wszystkie ubrania, kiedy ja leżałam na podłodze w majtkach. Straciłam całkowitą kontrolę. On się mną bawił. Pozwoliłam ciału opaść bezwładnie i spojrzałam mu w twarz.
- Do kogo należysz? – powtórzył bardziej delikatnie, kładąc dłoń w miejscu, gdzie mieściło się moje serce. Miał rację. Miał moje serce i każdy inny kawałek ciała, który był do niego przywiązany. On nie był szowinistą. Mówił mi coś. Pomyślałam o trzymaniu się swojej pierwszej reakcji, lecz dorosłość w moim wnętrzu chciała wyjść na zewnątrz.
- Do ciebie.
Przestał się ruszać i czułam jego falujące plecy, jak oddychał. Leżeliśmy policzek do policzka, jego ramiona opierały się po obu stronach mojego ciała. W jednym olbrzymim ruchu zeskoczył ze mnie i wylądował na stopach jak kot.
- Dziękuję. – Poprawił swój kołnierzyk, po czym wyszedł z namiotu i zostawił mnie – na podłodze w niczym prócz majtek.

Wybuchłam płaczem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz