Obawiałam się go. Ogrywał mnie,
wyrywając całą broń z moich palców i sprawiając, że czułam się jak bezzębny
tygrys. Moim postanowieniem było ukrywanie się w pokoju do środy, żeby uniknąć
wpadnięcia na niego. Cammie trzymywała mnie przy życiu na mrożonych burrito i
jej prywatnym ukrytym zapasie fasolki z wieprzowiną w sosie pomidorowym.
Przeczytałam Wielkie nadzieje, które
okazały się być bardzo dobre. Wygooglowałam zasady koszykówki, żeby w pełni
zrozumieć, co się stało, kiedy spudłował.
Gdy dzień randki w końcu nadszedł,
prawie nie mogłam się jej doczekać, prawie. Cammie zrobiła stację pielęgnacyjną
na swoim biurku do nauki (które niestety nigdy nie było użyte do nauki), a ja
siedziałam posłusznie jak szympans, podczas gdy ona mnie wypiękniała. Dłubała w
moich włosach, wypolerowała moje paznokcie i musnęła moją twarz obscenicznie
pachnącą miksturą. Kiedy zaczęła pouczać mnie o bezpiecznym seksie, wcisnęłam
słuchawki do uszu i wysoko nastawiłam głośność.
Dokładnie o siódmej pięćdziesiąt pięć
nastąpiło uprzejme puk, puk, puk do drzwi. Cammie podskoczyła z twarzą
groteskowo zamarłą w niemych krzykach.
- On będzie w naszym pokoju! – syknęła, tanecznym krokiem podchodząc do
drzwi. Przeciągnęła tubką różowego błyszczyka po wargach zanim odblokowała
drzwi.
- O, cześć – powiedziała beztrosko. –
Jestem Cammie. – Wyciągnęła dłoń, a on uścisnął ją, uśmiechając się uprzejmie.
Gdy jego wzrok mnie odnalazł, mrugnął zdumiony. Wyglądałam ładnie. Cammie
przeszła samą siebie. Miałam na sobie dżinsy i obcisły kaszmirowy sweter, który
zsuwał się z jednego ramienia. Moje włosy, jak zwykle, zwisały po pas w
strąkowych falach, ale Cammie poświęciła czas, żeby je ładnie wystylizować i
trysnąć je grzeszną ilością lakieru do włosów.
- Zatem chodźmy – powiedziałam,
przechodząc obok niego na korytarz. Odwróciłam się, żeby popatrzeć jak żegna
się z Cammie.
- Nie przyprowadzę jej zbyt późno. –
Usłyszałam jak on mówi.
- Och, trzymaj ją tak długo, jak
chcesz – powiedziała swoim południowym akcentem. – Ona potrzebuje twardej ręki,
więc nie bój się takiej użyć. – Patrzyła wprost na mnie w ostatnim
oświadczeniu. Planowałam sabotować jej pracę English Comp, kiedy wrócę.
- Jest oryginałem – rzekł Caleb, jak
drzwi się za nami zamknęły.
Skrzywiłam się.
Niedopowiedzenie.
- Ona jest z Teksasu – powiedziałam,
jakby wyjaśniało to jej zachowanie, po czym zarumieniłam się. Czemu to
powiedziałam? Podniosłam wzrok na jego twarz, aby zobaczyć, że się do mnie na
poły uśmiecha.
Wymagało całej mojej samokontroli,
żebym nie odwróciła się i nie wróciła do mojego pokoju. Ostatecznie duma
utrzymywała moje stopy ruszającymi się. Nie chciałam, żeby myślał, iż nie umiem
sobie ze sobą poradzić.
Minęłyśmy dwie cheerlederki w naszej
drodze do windy. Ich oczy się powiększyły, gdy spostrzegły Caleba. Kiwnął im
uprzejmie głową, ale szedł dalej, trzymając dłoń na dole moich pleców.
Próbowałam się odsunąć, lecz on był całkiem doświadczony w trzymaniu jej tam.
- Przyjmujesz komplementy? – zapytał,
jak weszliśmy do windy, a ja nacisnęłam przycisk, zanim on miał szansę.
- Jeśli są oryginalne.
Parsknął i wywrócił oczami.
- Dobra, dobra – powiedział. Starał
się nie śmiać z wyrazu mojej twarzy. – Zobaczmy. Możesz zabić uśmiechem, możesz
zranić spojrzeniem…
- To nie jest oryginalne, to piosenka
Billy’ego Joela – przerwałam. – I tak w ogóle co to za komplement?
Szliśmy w kierunku jego auta. Jego
dłonie były teraz w kieszeniach, kiedy swobodnie się przechadzaliśmy.
- Powiedziałbym, że ta piosenka
została napisana dla ciebie, ale jeśli zamierzasz być wybredna… - zamilkł. –
Chcesz, żeby skomplementował cię sportowiec czy facet, który czyta Wielkie nadzieje?
- Obydwoje. – Próbowałam wyglądać,
jakby nie podobała mi się ta mała wymiana zdań, ale już czułam jak moje ramiona
się relaksują, a teraz gdy jego ręka nie była na moich plecach, znowu mogłam
myśleć. Dotarliśmy do jego samochodu i stanęłam przy drzwiach plecami do niego,
czekając aż je otworzy.
- Czy stoję za tobą czy twarzą do
ciebie, widok jest całkiem przyjemny – powiedział.
Czułam jak moja twarz się czerwieni,
gdy automatyczne zamki kliknęły a on przytrzymał mi otwarte drzwi. Mogłam
usłyszeć powstrzymany śmiech w jego głosie, więc wsiadłam do środka bez słowa.
Nigdy nie spotkałam kogoś tak zdeterminowanego na sprawianiu, że czuję się
nieswojo. Nie spieszył się, obchodząc auto. Uważnie go obserwowałam. Miał na
sobie kolejny imponująco dobrze złożony strój.
Osunęłam się na siedzenie i
wciągnęłam w płuca zapach jego wody kolońskiej. Przeniknął skórzane siedzenia
jak skóra, sprawiając, że pachniało jakby był on wszędzie. Zapach był świąteczny,
jak daglezja zielona i pomarańcza bergamotowa. Podobał mi się.
- Zapnij pas bezpieczeństwa –
powiedział, zajmując miejsce kierowcy.
Zasznurowałam usta. Nie ma mowy. On
nie będzie mną rządził.
- Nie zapinam go. – Odnowiony
Volkswagen Garbus, który posiadałam nawet nie miał pasów bezpieczeństwa. Jeden
z jego poprzednich właścicieli je wyciął. Cicho złajałam się za nie wzięcie
własnego auta.
Caleb podniósł brew, co zaczęłam
zauważać, że robił dość często.
- Rób, co chcesz – rzekł, wzruszając
ramionami. – Jeśli dojedziemy do jakichkolwiek szybkich stopów po prostu
wyciągnę tak ramię, żeby powstrzymać cię od szarpnięcia do przodu. –
Zilustrował swój zamiar, wyciągając ramię przez moją klatkę piersiową, gdzie
bezpośrednio stykało się z moimi miseczkami B.
Zapięłam pas. On nawet nie próbował
ukryć swojego uśmiechu.
- Tak w ogóle gdzie idziemy? –
zapytałam z goryczą. Przy odrobinie szczęścia, pójdzie nam to szybko i wrócę do
pokoju na czas, żeby obejrzeć Grey’s Anatomy. Przystojni, fikcyjni mężczyźni
byli o wiele spokojniejsi dla żołądka niż prawdziwi, którzy pachnieli świętami
i wyglądali jak modele Calvina Kleina.
- Do mojego ulubionego miejsca
randkowego. – Spojrzał na mnie, przesuwając dłońmi biegi, a ja poczułam
niepożądane ciepło w brzuchu. Miałam fetysz rąk. Jego ręce były duże, pewnie
skuteczne w tym głupim sporcie, w który grał. Jego były tym typem dłoni, które
sprawiały, że obrączki ślubne wyglądały seksownie – opalone z liniami żył,
które biegły jak wijące się rzeki do nadgarstka i znikały pod rękawami.
- To nie jest randka – przypomniałam
mu. – I to naprawdę głupie, że właśnie mi powiedziałeś, że zabierasz mnie
gdzieś, gdzie zabrałeś inne dziewczyny.
- Racja. Więc następnym razem będę
pamiętał, aby ci skłamać – powiedział, patrząc na mnie kątem oka.
- Co sprawia, że myślisz, iż będzie
następny raz?
- Co sprawia, że myślisz, iż nie
będzie?
Nawet na niego nie spojrzałam,
jedynie pokręciłam nosem w odpowiedzi i wyjrzałam przez okno.
Staromodna Lodziarnia Jaxsona
umiejscowiona była na jednej z najruchliwszych ulic w Dania Beach. Jej neonowy
cyrkowy znak mrugał niecierpliwie z nijakiego centrum handlowego, pracując bez
ustanku, by przyciągnąć uwagę przechodniów. Pomimo świateł wielkiego miasta,
makiet, gdzie turyści kładki głowy na zwierzęcych ciałach i ryczącej
elektronicznej muzyki, nigdy nie spostrzegłam tego miejsca.
- Och – powiedziałam, starając się
ukryć moje zaskoczenie. – To interesujące.
- Jesteś nietolerancyjna na laktozę?
– zapytał, wsuwając auto w miejsce parkingowe.
- Nie.
- Na diecie?
- Nie w tym tygodniu.
- Świetnie. W takim razie spodoba ci
się. – Podszedł, żeby otworzyć moje drzwi i zaoferował mi dłoń, jak wysiadałam
z auta.
Weszliśmy do holu i od razu
zostaliśmy przywitani przez starszego mężczyznę z włosami koloru waty cukrowej.
Zaświstał w podekscytowaniu, kiedy zobaczył Caleba i podszedł, żeby uścisnąć mu
rękę.
- Dobrze znowu cię widzieć, Calebie –
powiedział w spierzchniętym papierosami głosem. Miał na sobie czerwony,
prążkowany kombinezon z guzikami przypominającymi lizaki.
To mnie zawstydziło.
Caleb położył dużą dłoń na ramieniu
naszego gospodarza, witając go. Przez kilka chwil wymieniali się subtelnościami
a potem jak na złość ręka Caleba znowu odnalazła moje plecy.
- Harlow, czy mój stolik jest wolny?
Harlow potaknął i ruszył do przodu.
Podążyliśmy za nim, przechodząc przez pierwsze pomieszczenie i niewielkie
przejście pomiędzy zamrażalnikami lodów aż wkroczyliśmy do drugiego, większego
pomieszczenia. Rozejrzałam się z podziwem, gdy powoli podeszliśmy do stolika.
Miejsce było szerokim wyborem rekwizytów lat dwudziestych. Właściwie było tak
wiele ozdóbek i dinksów zwisających ze ścian, że moje oczy zezowały w
zdezorientowaniu. „Stolik Caleba” był tandetny i mały ze zwisającym nad nim
przekrzywionym wózkiem dziecinnym. Zmarszczyłam usta, niewzruszona. Caleb
odwrócił się, żeby na mnie spojrzeć i uśmiechnął się, jakby mógł wyczytać moje
myśli.
Harlow znowu zaczął świszczeć, jak
próbował wyciągnąć moje krzesło.
- Mogę je wziąć. Dzięki –
powiedziałam. On wzruszył ramionami i zniknął, zostawiając nas samych.
Bogaci, brytyjscy chłopcy nie jadali
lodów w takich miejscach. Jadali kawior na jachtach i umawiali się z bogatymi,
blond dziewczynami z funduszami powierniczymi. On musiał być poważnie
uszkodzony w jakiś nieoczywisty sposób. Przejrzałam możliwości w myślach;
wybuchowy charakter, przylepność, choroba psychiczna…
- Przypuszczam, że zastanawia cię
stolik? – powiedział, siadając naprzeciwko mnie.
Potaknęłam.
- Przyprowadzałem tutaj dziewczyny od
gimnazjum. – Złożył ręce na lepkim blacie i swobodnie oparł się o swoje
krzesło. – W każdym razie, widzisz tamten stolik? – Odwróciłam się, aby
spojrzeć na stolik w kącie, na który wskazywał. Stara sygnalizacja świetlna niezdarnie
mrugała na czerwono i zielono nad nim.
- To
jest pechowy stolik i nigdy więcej już tam nie usiądę, ani sam, ani z
randką.
Odwróciłam się do niego rozbawiona.
Był przesądny. Jak tandetnie. Czułam się zadowolona z siebie.
- Czemu?
- Cóż, ponieważ za każdym razem jak
siadam przy tym stole zdarza się coś fatalnego… Tak jak moja stara dziewczyna
widząca mnie z moją nową dziewczyną i rozlewająca śmiercionośną czekoladę na
nasze kolana czy dowiedzenie się, że jesteś uczulony na jagody przed
najgorętszą dziewczyną w szkole… - Zaśmiał się z siebie, a ja pozwoliłam
wyjrzeć uśmiechowi zza mojej gry nieustępliwej dziewczyny.
Alergia na jagody była poniekąd
urocza.
- A ten stolik? – zapytałam.
- Dobre rzeczy dzieją się przy tym
stoliku – powiedział po prostu.
Uniosłam brew, ale zbyt bałam się
zapytać. Zabranie dziewczyny do lodziarni, która wyglądała jakby utknęła w
latach dwudziestych zdobyło całkiem duże punkty. Cammie by to pochłonęła. To
był jego bilet do seksu, postanowiłam.
Czułam niezmierną ulgę, kiedy pojawił
się nasz kelner z dwiema wodami i durszlakiem czerstwego popcornu.
Wciąż przeglądałam swoje menu, gdy
usłyszałam jak Caleb zamawia za mnie.
- Żartujesz sobie ze mnie? –
spytałam, kiedy nasz kelner odszedł. – Jesteś świadomy, że kobiety mogą teraz
głosować i zamawiać własne jedzenie?
- Nigdy nie ustępujesz ani na krok –
powiedział. - …Podoba mi się to.
Zlizałam sól z palców i zmrużyłam na
niego oczy.
- Widziałem jak na to patrzysz. –
Stuknął w zdjęcie banana z lodami i bitą śmietaną. - …tuż przed tym jak
zaczęłaś patrzeć na niskotłuszczowe lody.
Był spostrzegawczy, to mu przyznam.
- No i co, gdybym chciała coś
niskotłuszczowego?
Caleb wzruszył ramionami. – To mój
wieczór. Ja wygrałem. Ja ustalam zasady.
Niemal się uśmiechnęłam. Niemal.
Opowiedział mi o swojej rodzinie,
kiedy czekaliśmy. Dorastał w Londynie ze swoją matką i ojczymem. Miał typ
cudownego dzieciństwa, o którym marzy każdy dzieciak, luksusowe wakacje, święta
z kuzynami w Szwajcarii i przeklętego kucyka na urodziny. Przenieśli się do
Ameryki, kiedy miał czternaście lat. Najpierw do Michigan, a wtedy kiedy jego
matka powiedziała, że chłód szkodzi jej cerze, na Florydę. Była masa pieniędzy,
mało kłótni i starszy brat, który robił rzeczy typu wspinanie się na Mount
Everest w wolnym czasie. Jego biologiczny ojciec, którego wciąż widział od
czasu do czasu, był kobieciarzem zdobiącym okładki brytyjskich tabloidów przez
randkowanie i zrywanie ze sławnymi modelkami. Kiedy nadeszła moja kolej na
gadkę, wygłosiłam swoją historię na jego klasy wyższej korzyść, pomijając
mojego ojca alkoholika, którego po prostu nazwałam „zmarłym” i zastępując
projekty „złą dzielnicą”. Nie widziałam powodu, żeby zanurzać go w brzydkie
szczegóły mojego nieurokliwego życia. Nie chciałam skrzywdzić jego „długo i
szczęśliwie”. Słuchał z uwagą i zadawał mi pytania. Moim zdaniem można ocenić
egocentryzm osoby przez ilość pytań, których nie zadała. Caleb autentycznie
wydawał się mną zainteresowany. Nie byłam pewna, co to oznaczało. Albo był to
chwyt, żeby mieć dziewczyny w łóżku, albo on naprawdę był taki miły.
Gdy powiedziałam mu o mojej matce i
jak zmarła na raka podczas mojego ostatniego roku nauki w liceum, zobaczyłam
prawdziwe współczucie w jego oczach, które sprawiło że poruszyłam się nieswojo
na krześle.
- Więc jesteś całkiem sama, Olivio? –
Wycofałam się na jego pytanie. Trochę kłuło słyszeć to.
- Tak, myślę, że możesz tak
powiedzieć, jeżeli nawiązujesz do mojego nieposiadania żadnych żywych członków
rodziny.
Włożyłam deser do ust, żeby nie
musieć mówić nic więcej.
- Jesteś szczęśliwa? – spytał.
Pomyślałam, że to tak jakby dziwne pytanie. Pytał mnie czy wciąż płakałam w
nocy, bo moja matka nie żyła? Bawił się swoją łyżką, nieświadomie rozlewając
czekoladę po stoliku. Odpowiedziałam tak szczerze jak mogłam.
- Czasami. Ty nie?
- Sam nie wiem.
Podniosłam zaskoczona wzrok.
Gwiazdorski sportowiec, przystojny, rozpieszczony, jak on nie mógł być
szczęśliwy? Jeszcze lepiej, jak mógł nie wiedzieć czy jest szczęśliwy, czy nie?
- Co to znaczy? – zapytałam,
odkładając łyżkę. Nie miałam już ochoty jeść lodów. Nie miałam już ochoty tutaj
być. Cała rozmowa przyprawiała mnie o mdłości.
- Jeszcze nie wiem, co mnie
uszczęśliwia. Chyba próbuję to znaleźć. Zawsze chciałem ożenić się i mieć
rodzinę, taką gdzie wybierasz kogoś i zostajesz z nim aż jesteś stary,
pomarszczony i masz minivan pełen wnuków.
- Minivan? – powiedziałam
niedowierzająco, myśląc o lukrecjowym sportowym aucie zaparkowanym na zewnątrz.
– Żartujesz sobie?
- Nie jestem tak zły, jak myślisz.
Szturchnęłam go w ramię. – Nie chcesz
minivanu, chcesz Porche. Piętnaście lat w małżeństwie będziesz handlować żoną i
mini dla czegoś, co znów będzie napędzało twoją krew. Jesteś rozpieszczony.
- Daj spokój – powiedział, śmiejąc
się. – Ty nie zostałaś mi podana.
Gdybym musiał walczyć jeszcze mocniej, żeby cię tutaj zabrać, byłbym trupem.
- Tak czy inaczej, napisałeś książkę,
a teraz narzekasz na recenzję, które jej daję – zażartowałam.
- W porządku. – Uniósł dłonie. –
Zamierzam zacząć pisać kontynuację, która będzie znacznie mniej narcystyczna.
Przeczytasz ją?
- Tylko jeśli nie zrobi tego każda
inna dziewczyna w kampusie. – Roześmiał się tak mocno, że kilka osób odwróciło
się, żeby na nas spojrzeć.
Wzięłam trochę ziarenek popcornu z
durszlaka i zjadłam je w zamyśle. Nie było tak okropnie jak przewidywałam.
Prawie dobrze się bawiłam. Kiedy podniosłam wzrok, on mi się przyglądał.
- Co? Czemu tak na mnie patrzysz?
Caleb westchnął. – Dlaczego jesteś
tak wrogo nastawiona?
- Słuchaj, kolego, nie myśl choć
przez jedną minutę, że kupuję ten stary numer wrażliwego faceta, który grasz.
Poznaję bzdurę, kiedy ją widzę.
- Nie wiedziałem, że gram stary numer
wrażliwego faceta – powiedział brzmiąc dość szczerze.
Przyglądałam się jego przystojnej
twarzy, starając się spojrzeć poza jego wygląd i w jego duszę.
Miał rodzaj oczu, które zawsze
wyglądały, jakby z ciebie się śmiały. Ich kolor był bursztynowy i kreski
uśmiechu już zmięły ich kąciki jak delikatne zagięcia w papierze.
- Daj mi odetchnąć – rzekłam. –
Zabierasz mnie do tej uroczej miejscówki na lody, jakbyśmy byli w liceum. Znasz
po imieniu tego starego faceta, posyłasz mi spojrzenia... – Umilkłam, ponieważ
marszczył na mnie brwi.
- Nie jesteś bardzo dobra w czytaniu
ludzi. – Pstryknął we mnie zabłąkanym ziarenkiem popcornu, a ono uderzyło mnie
w czoło. Potarłam miejsce, obrażona.
Byłam bardzo dobra w czytaniu ludzi.
- Może jestem miłym kolesiem, Olivia.
Prychnęłam.
- Można wiele wyczytać z osoby przez
jej cechy i co z nimi robi. Ale poznanie kogoś, kim naprawdę jest, zajmuje
trochę czasu – powiedział.
- Co możesz powiedzieć o mnie? –
zapytałam. - …skoro jesteś takim ekspertem.
Caleb patrzył na mnie spod
przymrużonych powiek, jakby sądził, że nie jestem gotowa na jego ocenę.
- Dawaj – zachęciłam – jeśli
zamierzasz się tym chełpić…
- Dobra… dobra. Zobaczmy…
Od razu żałowałam swojej decyzji.
Właśnie dałam mu pozwolenie na gapienie się na mnie, a ja już się czerwieniłam.
- Jest coś smutnego w twoich oczach,
może to jak są duże albo sposób w jaki zniżają się w dół, jakby były
rozczarowane. Z pewnością są bezbronne, ale również śmiałe, bo patrzysz na
wszystko, jakbyś stawiała wyzwanie. Potem ten sposób, w jakim trzymasz brodę.
Jesteś prowokująca oraz uparta, i masz snobistyczny mały nosek, który zawsze
wskazuje na północ. Myślę, że udajesz snobkę, żeby trzymać ludzi na odległość.
Było mi niedobrze. Zbyt dużo lodów.
Zbyt dużo prawdy.
- I moje ulubione, twoje usta. –
Uśmiechnął się, jak różowy rumieniec wkradł się na moją szyję. – Pełne i
zmysłowe, skrzywione i zawsze opadnięte w kącikach. Poniekąd sprawiają, że chcę
je całować, aż się uśmiechną.
Zamarłam. Myślał o całowaniu mnie?
Oczywiście, że myślał o całowaniu mnie. Faceci zawsze myśleli o takich
rzeczach, rzeczach, które prowadziły do seksu. Pod stolikiem wbiłam paznokcie
we wnętrza dłoni.
- Krępuję cię? – Opierał się o
krzesło, jeden łokieć trzymając swobodnie na stoliku.
Przełknęłam piłkę do siatkówki w
gardle. Moje serce wygłupiało się, rzadko bijąc.
- Nie.
- Dobrze, bo nie biorę cię za
kobietę, która kiedykolwiek jest zaskoczona, zwłaszcza kiedy szkolny sportowiec
dowiedzie, że ona się myli.
Teraz naprawdę czułam się gotowa
zemdleć.
Okej, więc może było trochę więcej w
tym jajogłowym niż myślałam. Skrzyżowałam ramiona na piersi i zmrużyłam oczy,
jak kowboje robili w starych westernach.
- Dobra, czemu spudłowałeś?
- Czemu spudłowałem? – powtórzył. –
Ponieważ bardziej przejmowałem się poznaniem ciebie niż wygraniem kolejnego
meczu.
Tym razem nawet nie próbowałam ukryć
oniemiałego wyrazu twarzy. Właśnie dał mi największy komplement, nawet lepszy
niż ten o całowaniu moich ust. Zapomnijotym. Nawet nie miałam na to dowcipnej
uwagi. Nie obchodziło mnie, czy zawiodła mnie moja błyskotliwość.
W drodze do wyjścia zatrzymaliśmy
się, żeby przejrzeć słodycze i zabawki na sprzedaż. Tak jakby miejsce nie było
dość małe, musieli wypchać je tandetą.
Caleb przyglądał się czemuś w kącie,
gdy ja przyglądałam się jemu.
- Spójrz na to – przywołał mnie.
Wcisnęłam się pomiędzy niego a rząd kolorowej oranżady w proszku Beanie Babies,
żeby popatrzeć. Była to przygniatarka pensowa, jedna z tych robiąca pamiątkowe
monety, do której wkładało się pięćdziesiąt centów i pens. Maszyna wtedy
przygniecie twojego pensa i odbije na nim przypadkową wiadomość w jego nowej
formie, zatrzymując twoje pięćdziesiąt centów jako zapłatę. Caleb wyciągał
resztę ze swojej kieszeni.
- Ty to zrób – powiedział, wrzucając
monety do mojej dłoni. Wsunęłam resztę do wąskiej szpary na przodzie i
przycisnęłam guzik start. Przygniatarka zaczęła brzęczeć i drgać w uprzejmym
vibrato. Dotkliwie zdawałam sobie sprawę jak blisko staliśmy i odsunęłabym się,
gdyby było gdzie. Strąciłam kilka Beanie Babies z półki. Jak pochyliliśmy się,
żeby je podnieść, maszyna wydała cichy bekający dźwięk i pens wylądował w
otworze zwrotnym z brzękiem. On potarł razem ręce, a ja zachichotałam.
- No to jest coś, czego nie widzi się
zbyt często – powiedział, stukając lekko mój nos.
Przełknęłam swoją dziewczęcość i
znowu nałożyłam surową maskę. Teraz mrowił mnie nos.
- To tylko maszyna pamiątkowa,
uspokój się, Napaleńcu.
- Aaach, ale to nie jest byle jaka
maszyna do monet – rzekł, wskazując na reklamę na niej, której ja, niestety,
nie zobaczyłam.
- To romantyczna maszyna do monet.
Zbladłam.
Pens wciąż był ciepły, kiedy moje
palce go znalazły. Podałam go Calebowi bez choćby zobaczenia, jaka była
wiadomość.
- No, no. – Jego głos był zadowolony.
Ciekawość przezwyciężyła. Ciągnęłam za jego ramię, aż moneta była przed moją
twarzą i przeczytałam:
Dobry na jeden pocałunek
Gdziekolwiek, kiedykolwiek
Co za czelność! Wycofałam się z ciasnego
miejsca i zaczęłam iść do drzwi.
- Powodzenia w go zebraniu.
Nie powiedział słowa i nie musiał.
Jego dumny krok i uśmiech na twarzy wystarczyły, żeby powiedzieć mi, co myślał.
Zapytałam go o Laurę w drodze
powrotnej do akademika. Powiedział mi, że umawiał się z nią tylko przez tydzień
na ich pierwszym roku i że była miłą dziewczyną. Kiedy odprowadzał mnie do
mojego pokoju, byłam tak zaabsorbowana myślą jego całującego mnie, że potknęłam
się o własne stopy.
- Ostrożnie, Księżno – powiedział,
łapiąc mój łokieć – jeśli coś skręcisz, będę musiał zanieść cię do twoich
drzwi. – Zaśmiał się z wyrazu przerażenia na mojej twarzy.
- Większość dziewczyn byłaby
podekscytowana tą perspektywą, wiesz?
- Nie jestem większością dziewczyn.
- Tak, właśnie widzę.
Zrobił krok w moją stronę, a ja
cofnęłam się do drzwi, próbując przylgnąć do cienkiej sklejki. Był nieznośnie
blisko. Kładąc obydwie dłonie po każdej stronie mojej głowy, był cale… cale od mojej twarzy. Czułam jego oddech
na ustach. Chciałam zobaczyć jego usta, obserwować co robią… lecz trzymałam
wzrok na jego. Gdybym mogła przytrzymać jego spojrzenie, on może nie
zauważyłby, że moja klatka piersiowa falowała od ciężkich oddechów i że moje
paznokcie wbijały się w drzwi za mną. Przybliżył głowę, jego nos praktycznie
dotykał mojego. Rozchyliłam wargi. Jak długo tam staliśmy? Miałam poczucie, że
pięć minut, ale wiedziałam, że prawdopodobnie bardziej dziesięć sekund.
Przysunął się milimetr bliżej. Nie miałam gdzie pójść. Gdybym przycisnęła się
mocniej do drzwi, wtopiłabym się w drewno. Tak bardzo się obawiałam… ale czego?
Już byłam całowana. Odezwał się, a był tak blisko mojej twarzy, że czułam jego
wargi muskające kąciki moich ust.
- Nie pocałuję cię – powiedział.
Poczułam szarpnięcie w sercu. Do góry czy
w dół? Góra czy dół? Nie wiedziałam czy byłam rozczarowana, czy czułam
ulgę. On się odsunął. – Nie dzisiaj, Olivia. Ale zamierzam cię pocałować.
Poczułam narastający niepokój
kotłujący się w brzuchu, przeszedł przez moją klatkę piersiową i dosięgnął ust.
- Nie.
Brzmiało to tak głupio; dziecinne
słowo oporu. Nie wiem dlaczego to powiedziałam, poza przywróceniem trochę
kontroli, którą on mi ukradł.
Caleb już odwrócił się, aby odejść,
lecz moje „nie” go zatrzymało. Obrócił się. Trzymał ręce w kieszeniach.
Korytarz wydawał się kurczyć wokół niego, jego obecność go pochłaniała. Jak on
to robił? Oczekiwałam, że powie coś więcej, może jeszcze ze mną poflirtuje.
Zamiast tego uśmiechnął się szeroko, spojrzał na podłogę, potem na mnie… i
odszedł.
Znowu wygrał. Ten mały ruch był silniejszy,
zostawił więcej wrażenia niż gdyby rzeczywiście przycisnął wargi do moich.
Teraz miałam nieuchronne przerzucie bycia celem polowania. Ledwie miałam czas,
żeby przetrawić co się właśnie wydarzyło, kiedy drzwi gwałtownie się otworzyły
i Cammie wciągnęła mnie do naszego pokoju za pasek moich dżinsów.
- Opowiedz mi wszystko! – zażądała.
Miała we włosach krótkie wałki a jej twarz była namydlona czymś, co bardzo
pachniało cytryną.
- Nie ma nic do opowiadania –
powiedziałam tajemniczo, prawie marzycielsko.
- Pozwolę ci zatrzymać sweter, który
ci pożyczyłam. – Rozważałam to przez chwilę, po czym skinęłam głową.
- Zabrał mnie do lodziarni Jaxsona… -
zaczęłam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz