23.10.13

The Opportunist - Rozdział czwarty

Obawiałam się go. Ogrywał mnie, wyrywając całą broń z moich palców i sprawiając, że czułam się jak bezzębny tygrys. Moim postanowieniem było ukrywanie się w pokoju do środy, żeby uniknąć wpadnięcia na niego. Cammie trzymywała mnie przy życiu na mrożonych burrito i jej prywatnym ukrytym zapasie fasolki z wieprzowiną w sosie pomidorowym. Przeczytałam Wielkie nadzieje, które okazały się być bardzo dobre. Wygooglowałam zasady koszykówki, żeby w pełni zrozumieć, co się stało, kiedy spudłował.
Gdy dzień randki w końcu nadszedł, prawie nie mogłam się jej doczekać, prawie. Cammie zrobiła stację pielęgnacyjną na swoim biurku do nauki (które niestety nigdy nie było użyte do nauki), a ja siedziałam posłusznie jak szympans, podczas gdy ona mnie wypiękniała. Dłubała w moich włosach, wypolerowała moje paznokcie i musnęła moją twarz obscenicznie pachnącą miksturą. Kiedy zaczęła pouczać mnie o bezpiecznym seksie, wcisnęłam słuchawki do uszu i wysoko nastawiłam głośność.
Dokładnie o siódmej pięćdziesiąt pięć nastąpiło uprzejme puk, puk, puk do drzwi. Cammie podskoczyła z twarzą groteskowo zamarłą w niemych krzykach.
- On będzie w naszym pokoju! – syknęła, tanecznym krokiem podchodząc do drzwi. Przeciągnęła tubką różowego błyszczyka po wargach zanim odblokowała drzwi.
- O, cześć – powiedziała beztrosko. – Jestem Cammie. – Wyciągnęła dłoń, a on uścisnął ją, uśmiechając się uprzejmie. Gdy jego wzrok mnie odnalazł, mrugnął zdumiony. Wyglądałam ładnie. Cammie przeszła samą siebie. Miałam na sobie dżinsy i obcisły kaszmirowy sweter, który zsuwał się z jednego ramienia. Moje włosy, jak zwykle, zwisały po pas w strąkowych falach, ale Cammie poświęciła czas, żeby je ładnie wystylizować i trysnąć je grzeszną ilością lakieru do włosów.
- Zatem chodźmy – powiedziałam, przechodząc obok niego na korytarz. Odwróciłam się, żeby popatrzeć jak żegna się z Cammie.
- Nie przyprowadzę jej zbyt późno. – Usłyszałam jak on mówi.
- Och, trzymaj ją tak długo, jak chcesz – powiedziała swoim południowym akcentem. – Ona potrzebuje twardej ręki, więc nie bój się takiej użyć. – Patrzyła wprost na mnie w ostatnim oświadczeniu. Planowałam sabotować jej pracę English Comp, kiedy wrócę.
- Jest oryginałem – rzekł Caleb, jak drzwi się za nami zamknęły.
Skrzywiłam się.
Niedopowiedzenie.
- Ona jest z Teksasu – powiedziałam, jakby wyjaśniało to jej zachowanie, po czym zarumieniłam się. Czemu to powiedziałam? Podniosłam wzrok na jego twarz, aby zobaczyć, że się do mnie na poły uśmiecha.
Wymagało całej mojej samokontroli, żebym nie odwróciła się i nie wróciła do mojego pokoju. Ostatecznie duma utrzymywała moje stopy ruszającymi się. Nie chciałam, żeby myślał, iż nie umiem sobie ze sobą poradzić.
Minęłyśmy dwie cheerlederki w naszej drodze do windy. Ich oczy się powiększyły, gdy spostrzegły Caleba. Kiwnął im uprzejmie głową, ale szedł dalej, trzymając dłoń na dole moich pleców. Próbowałam się odsunąć, lecz on był całkiem doświadczony w trzymaniu jej tam.
- Przyjmujesz komplementy? – zapytał, jak weszliśmy do windy, a ja nacisnęłam przycisk, zanim on miał szansę.
- Jeśli są oryginalne.
Parsknął i wywrócił oczami.
- Dobra, dobra – powiedział. Starał się nie śmiać z wyrazu mojej twarzy. – Zobaczmy. Możesz zabić uśmiechem, możesz zranić spojrzeniem…
- To nie jest oryginalne, to piosenka Billy’ego Joela – przerwałam. – I tak w ogóle co to za komplement?
Szliśmy w kierunku jego auta. Jego dłonie były teraz w kieszeniach, kiedy swobodnie się przechadzaliśmy.
- Powiedziałbym, że ta piosenka została napisana dla ciebie, ale jeśli zamierzasz być wybredna… - zamilkł. – Chcesz, żeby skomplementował cię sportowiec czy facet, który czyta Wielkie nadzieje?
- Obydwoje. – Próbowałam wyglądać, jakby nie podobała mi się ta mała wymiana zdań, ale już czułam jak moje ramiona się relaksują, a teraz gdy jego ręka nie była na moich plecach, znowu mogłam myśleć. Dotarliśmy do jego samochodu i stanęłam przy drzwiach plecami do niego, czekając aż je otworzy.
- Czy stoję za tobą czy twarzą do ciebie, widok jest całkiem przyjemny – powiedział.
Czułam jak moja twarz się czerwieni, gdy automatyczne zamki kliknęły a on przytrzymał mi otwarte drzwi. Mogłam usłyszeć powstrzymany śmiech w jego głosie, więc wsiadłam do środka bez słowa. Nigdy nie spotkałam kogoś tak zdeterminowanego na sprawianiu, że czuję się nieswojo. Nie spieszył się, obchodząc auto. Uważnie go obserwowałam. Miał na sobie kolejny imponująco dobrze złożony strój.
Osunęłam się na siedzenie i wciągnęłam w płuca zapach jego wody kolońskiej. Przeniknął skórzane siedzenia jak skóra, sprawiając, że pachniało jakby był on wszędzie. Zapach był świąteczny, jak daglezja zielona i pomarańcza bergamotowa. Podobał mi się.
- Zapnij pas bezpieczeństwa – powiedział, zajmując miejsce kierowcy.
Zasznurowałam usta. Nie ma mowy. On nie będzie mną rządził.
- Nie zapinam go. – Odnowiony Volkswagen Garbus, który posiadałam nawet nie miał pasów bezpieczeństwa. Jeden z jego poprzednich właścicieli je wyciął. Cicho złajałam się za nie wzięcie własnego auta.
Caleb podniósł brew, co zaczęłam zauważać, że robił dość często.
- Rób, co chcesz – rzekł, wzruszając ramionami. – Jeśli dojedziemy do jakichkolwiek szybkich stopów po prostu wyciągnę tak ramię, żeby powstrzymać cię od szarpnięcia do przodu. – Zilustrował swój zamiar, wyciągając ramię przez moją klatkę piersiową, gdzie bezpośrednio stykało się z moimi miseczkami B.
Zapięłam pas. On nawet nie próbował ukryć swojego uśmiechu.
- Tak w ogóle gdzie idziemy? – zapytałam z goryczą. Przy odrobinie szczęścia, pójdzie nam to szybko i wrócę do pokoju na czas, żeby obejrzeć Grey’s Anatomy. Przystojni, fikcyjni mężczyźni byli o wiele spokojniejsi dla żołądka niż prawdziwi, którzy pachnieli świętami i wyglądali jak modele Calvina Kleina.
- Do mojego ulubionego miejsca randkowego. – Spojrzał na mnie, przesuwając dłońmi biegi, a ja poczułam niepożądane ciepło w brzuchu. Miałam fetysz rąk. Jego ręce były duże, pewnie skuteczne w tym głupim sporcie, w który grał. Jego były tym typem dłoni, które sprawiały, że obrączki ślubne wyglądały seksownie – opalone z liniami żył, które biegły jak wijące się rzeki do nadgarstka i znikały pod rękawami.
- To nie jest randka – przypomniałam mu. – I to naprawdę głupie, że właśnie mi powiedziałeś, że zabierasz mnie gdzieś, gdzie zabrałeś inne dziewczyny.
- Racja. Więc następnym razem będę pamiętał, aby ci skłamać – powiedział, patrząc na mnie kątem oka.
- Co sprawia, że myślisz, iż będzie następny raz?
- Co sprawia, że myślisz, iż nie będzie?
Nawet na niego nie spojrzałam, jedynie pokręciłam nosem w odpowiedzi i wyjrzałam przez okno.
Staromodna Lodziarnia Jaxsona umiejscowiona była na jednej z najruchliwszych ulic w Dania Beach. Jej neonowy cyrkowy znak mrugał niecierpliwie z nijakiego centrum handlowego, pracując bez ustanku, by przyciągnąć uwagę przechodniów. Pomimo świateł wielkiego miasta, makiet, gdzie turyści kładki głowy na zwierzęcych ciałach i ryczącej elektronicznej muzyki, nigdy nie spostrzegłam tego miejsca.
- Och – powiedziałam, starając się ukryć moje zaskoczenie. – To interesujące.
- Jesteś nietolerancyjna na laktozę? – zapytał, wsuwając auto w miejsce parkingowe.
- Nie.
- Na diecie?
- Nie w tym tygodniu.
- Świetnie. W takim razie spodoba ci się. – Podszedł, żeby otworzyć moje drzwi i zaoferował mi dłoń, jak wysiadałam z auta.
Weszliśmy do holu i od razu zostaliśmy przywitani przez starszego mężczyznę z włosami koloru waty cukrowej. Zaświstał w podekscytowaniu, kiedy zobaczył Caleba i podszedł, żeby uścisnąć mu rękę.
- Dobrze znowu cię widzieć, Calebie – powiedział w spierzchniętym papierosami głosem. Miał na sobie czerwony, prążkowany kombinezon z guzikami przypominającymi lizaki.
To mnie zawstydziło.
Caleb położył dużą dłoń na ramieniu naszego gospodarza, witając go. Przez kilka chwil wymieniali się subtelnościami a potem jak na złość ręka Caleba znowu odnalazła moje plecy.
- Harlow, czy mój stolik jest wolny?
Harlow potaknął i ruszył do przodu. Podążyliśmy za nim, przechodząc przez pierwsze pomieszczenie i niewielkie przejście pomiędzy zamrażalnikami lodów aż wkroczyliśmy do drugiego, większego pomieszczenia. Rozejrzałam się z podziwem, gdy powoli podeszliśmy do stolika. Miejsce było szerokim wyborem rekwizytów lat dwudziestych. Właściwie było tak wiele ozdóbek i dinksów zwisających ze ścian, że moje oczy zezowały w zdezorientowaniu. „Stolik Caleba” był tandetny i mały ze zwisającym nad nim przekrzywionym wózkiem dziecinnym. Zmarszczyłam usta, niewzruszona. Caleb odwrócił się, żeby na mnie spojrzeć i uśmiechnął się, jakby mógł wyczytać moje myśli.
Harlow znowu zaczął świszczeć, jak próbował wyciągnąć moje krzesło.
- Mogę je wziąć. Dzięki – powiedziałam. On wzruszył ramionami i zniknął, zostawiając nas samych.
Bogaci, brytyjscy chłopcy nie jadali lodów w takich miejscach. Jadali kawior na jachtach i umawiali się z bogatymi, blond dziewczynami z funduszami powierniczymi. On musiał być poważnie uszkodzony w jakiś nieoczywisty sposób. Przejrzałam możliwości w myślach; wybuchowy charakter, przylepność, choroba psychiczna…
- Przypuszczam, że zastanawia cię stolik? – powiedział, siadając naprzeciwko mnie.
Potaknęłam.
- Przyprowadzałem tutaj dziewczyny od gimnazjum. – Złożył ręce na lepkim blacie i swobodnie oparł się o swoje krzesło. – W każdym razie, widzisz tamten stolik? – Odwróciłam się, aby spojrzeć na stolik w kącie, na który wskazywał. Stara sygnalizacja świetlna niezdarnie mrugała na czerwono i zielono nad nim.
- To jest pechowy stolik i nigdy więcej już tam nie usiądę, ani sam, ani z randką.
Odwróciłam się do niego rozbawiona. Był przesądny. Jak tandetnie. Czułam się zadowolona z siebie.
- Czemu?
- Cóż, ponieważ za każdym razem jak siadam przy tym stole zdarza się coś fatalnego… Tak jak moja stara dziewczyna widząca mnie z moją nową dziewczyną i rozlewająca śmiercionośną czekoladę na nasze kolana czy dowiedzenie się, że jesteś uczulony na jagody przed najgorętszą dziewczyną w szkole… - Zaśmiał się z siebie, a ja pozwoliłam wyjrzeć uśmiechowi zza mojej gry nieustępliwej dziewczyny.
Alergia na jagody była poniekąd urocza.
- A ten stolik? – zapytałam.
- Dobre rzeczy dzieją się przy tym stoliku – powiedział po prostu.
Uniosłam brew, ale zbyt bałam się zapytać. Zabranie dziewczyny do lodziarni, która wyglądała jakby utknęła w latach dwudziestych zdobyło całkiem duże punkty. Cammie by to pochłonęła. To był jego bilet do seksu, postanowiłam.
Czułam niezmierną ulgę, kiedy pojawił się nasz kelner z dwiema wodami i durszlakiem czerstwego popcornu.
Wciąż przeglądałam swoje menu, gdy usłyszałam jak Caleb zamawia za mnie.
- Żartujesz sobie ze mnie? – spytałam, kiedy nasz kelner odszedł. – Jesteś świadomy, że kobiety mogą teraz głosować i zamawiać własne jedzenie?
- Nigdy nie ustępujesz ani na krok – powiedział. - …Podoba mi się to.
Zlizałam sól z palców i zmrużyłam na niego oczy.
- Widziałem jak na to patrzysz. – Stuknął w zdjęcie banana z lodami i bitą śmietaną. - …tuż przed tym jak zaczęłaś patrzeć na niskotłuszczowe lody.
Był spostrzegawczy, to mu przyznam.
- No i co, gdybym chciała coś niskotłuszczowego?
Caleb wzruszył ramionami. – To mój wieczór. Ja wygrałem. Ja ustalam zasady.
Niemal się uśmiechnęłam. Niemal.
Opowiedział mi o swojej rodzinie, kiedy czekaliśmy. Dorastał w Londynie ze swoją matką i ojczymem. Miał typ cudownego dzieciństwa, o którym marzy każdy dzieciak, luksusowe wakacje, święta z kuzynami w Szwajcarii i przeklętego kucyka na urodziny. Przenieśli się do Ameryki, kiedy miał czternaście lat. Najpierw do Michigan, a wtedy kiedy jego matka powiedziała, że chłód szkodzi jej cerze, na Florydę. Była masa pieniędzy, mało kłótni i starszy brat, który robił rzeczy typu wspinanie się na Mount Everest w wolnym czasie. Jego biologiczny ojciec, którego wciąż widział od czasu do czasu, był kobieciarzem zdobiącym okładki brytyjskich tabloidów przez randkowanie i zrywanie ze sławnymi modelkami. Kiedy nadeszła moja kolej na gadkę, wygłosiłam swoją historię na jego klasy wyższej korzyść, pomijając mojego ojca alkoholika, którego po prostu nazwałam „zmarłym” i zastępując projekty „złą dzielnicą”. Nie widziałam powodu, żeby zanurzać go w brzydkie szczegóły mojego nieurokliwego życia. Nie chciałam skrzywdzić jego „długo i szczęśliwie”. Słuchał z uwagą i zadawał mi pytania. Moim zdaniem można ocenić egocentryzm osoby przez ilość pytań, których nie zadała. Caleb autentycznie wydawał się mną zainteresowany. Nie byłam pewna, co to oznaczało. Albo był to chwyt, żeby mieć dziewczyny w łóżku, albo on naprawdę był taki miły.
Gdy powiedziałam mu o mojej matce i jak zmarła na raka podczas mojego ostatniego roku nauki w liceum, zobaczyłam prawdziwe współczucie w jego oczach, które sprawiło że poruszyłam się nieswojo na krześle.
- Więc jesteś całkiem sama, Olivio? – Wycofałam się na jego pytanie. Trochę kłuło słyszeć to.
- Tak, myślę, że możesz tak powiedzieć, jeżeli nawiązujesz do mojego nieposiadania żadnych żywych członków rodziny.
Włożyłam deser do ust, żeby nie musieć mówić nic więcej.
- Jesteś szczęśliwa? – spytał. Pomyślałam, że to tak jakby dziwne pytanie. Pytał mnie czy wciąż płakałam w nocy, bo moja matka nie żyła? Bawił się swoją łyżką, nieświadomie rozlewając czekoladę po stoliku. Odpowiedziałam tak szczerze jak mogłam.
- Czasami. Ty nie?
- Sam nie wiem.
Podniosłam zaskoczona wzrok. Gwiazdorski sportowiec, przystojny, rozpieszczony, jak on nie mógł być szczęśliwy? Jeszcze lepiej, jak mógł nie wiedzieć czy jest szczęśliwy, czy nie?
- Co to znaczy? – zapytałam, odkładając łyżkę. Nie miałam już ochoty jeść lodów. Nie miałam już ochoty tutaj być. Cała rozmowa przyprawiała mnie o mdłości.
- Jeszcze nie wiem, co mnie uszczęśliwia. Chyba próbuję to znaleźć. Zawsze chciałem ożenić się i mieć rodzinę, taką gdzie wybierasz kogoś i zostajesz z nim aż jesteś stary, pomarszczony i masz minivan pełen wnuków.
- Minivan? – powiedziałam niedowierzająco, myśląc o lukrecjowym sportowym aucie zaparkowanym na zewnątrz. – Żartujesz sobie?
- Nie jestem tak zły, jak myślisz.
Szturchnęłam go w ramię. – Nie chcesz minivanu, chcesz Porche. Piętnaście lat w małżeństwie będziesz handlować żoną i mini dla czegoś, co znów będzie napędzało twoją krew. Jesteś rozpieszczony.
- Daj spokój – powiedział, śmiejąc się. – Ty nie zostałaś mi podana. Gdybym musiał walczyć jeszcze mocniej, żeby cię tutaj zabrać, byłbym trupem.
- Tak czy inaczej, napisałeś książkę, a teraz narzekasz na recenzję, które jej daję – zażartowałam.
- W porządku. – Uniósł dłonie. – Zamierzam zacząć pisać kontynuację, która będzie znacznie mniej narcystyczna. Przeczytasz ją?
- Tylko jeśli nie zrobi tego każda inna dziewczyna w kampusie. – Roześmiał się tak mocno, że kilka osób odwróciło się, żeby na nas spojrzeć.
Wzięłam trochę ziarenek popcornu z durszlaka i zjadłam je w zamyśle. Nie było tak okropnie jak przewidywałam. Prawie dobrze się bawiłam. Kiedy podniosłam wzrok, on mi się przyglądał.
- Co? Czemu tak na mnie patrzysz?
Caleb westchnął. – Dlaczego jesteś tak wrogo nastawiona?
- Słuchaj, kolego, nie myśl choć przez jedną minutę, że kupuję ten stary numer wrażliwego faceta, który grasz. Poznaję bzdurę, kiedy ją widzę.
- Nie wiedziałem, że gram stary numer wrażliwego faceta – powiedział brzmiąc dość szczerze.
Przyglądałam się jego przystojnej twarzy, starając się spojrzeć poza jego wygląd i w jego duszę.
Miał rodzaj oczu, które zawsze wyglądały, jakby z ciebie się śmiały. Ich kolor był bursztynowy i kreski uśmiechu już zmięły ich kąciki jak delikatne zagięcia w papierze.
- Daj mi odetchnąć – rzekłam. – Zabierasz mnie do tej uroczej miejscówki na lody, jakbyśmy byli w liceum. Znasz po imieniu tego starego faceta, posyłasz mi spojrzenia... – Umilkłam, ponieważ marszczył na mnie brwi.
- Nie jesteś bardzo dobra w czytaniu ludzi. – Pstryknął we mnie zabłąkanym ziarenkiem popcornu, a ono uderzyło mnie w czoło. Potarłam miejsce, obrażona.
Byłam bardzo dobra w czytaniu ludzi.
- Może jestem miłym kolesiem, Olivia.
Prychnęłam.
- Można wiele wyczytać z osoby przez jej cechy i co z nimi robi. Ale poznanie kogoś, kim naprawdę jest, zajmuje trochę czasu – powiedział.
- Co możesz powiedzieć o mnie? – zapytałam. - …skoro jesteś takim ekspertem.
Caleb patrzył na mnie spod przymrużonych powiek, jakby sądził, że nie jestem gotowa na jego ocenę.
- Dawaj – zachęciłam – jeśli zamierzasz się tym chełpić…
- Dobra… dobra. Zobaczmy…
Od razu żałowałam swojej decyzji. Właśnie dałam mu pozwolenie na gapienie się na mnie, a ja już się czerwieniłam.
- Jest coś smutnego w twoich oczach, może to jak są duże albo sposób w jaki zniżają się w dół, jakby były rozczarowane. Z pewnością są bezbronne, ale również śmiałe, bo patrzysz na wszystko, jakbyś stawiała wyzwanie. Potem ten sposób, w jakim trzymasz brodę. Jesteś prowokująca oraz uparta, i masz snobistyczny mały nosek, który zawsze wskazuje na północ. Myślę, że udajesz snobkę, żeby trzymać ludzi na odległość.
Było mi niedobrze. Zbyt dużo lodów. Zbyt dużo prawdy.
- I moje ulubione, twoje usta. – Uśmiechnął się, jak różowy rumieniec wkradł się na moją szyję. – Pełne i zmysłowe, skrzywione i zawsze opadnięte w kącikach. Poniekąd sprawiają, że chcę je całować, aż się uśmiechną.
Zamarłam. Myślał o całowaniu mnie? Oczywiście, że myślał o całowaniu mnie. Faceci zawsze myśleli o takich rzeczach, rzeczach, które prowadziły do seksu. Pod stolikiem wbiłam paznokcie we wnętrza dłoni.
- Krępuję cię? – Opierał się o krzesło, jeden łokieć trzymając swobodnie na stoliku.
Przełknęłam piłkę do siatkówki w gardle. Moje serce wygłupiało się, rzadko bijąc.
- Nie.
- Dobrze, bo nie biorę cię za kobietę, która kiedykolwiek jest zaskoczona, zwłaszcza kiedy szkolny sportowiec dowiedzie, że ona się myli.
Teraz naprawdę czułam się gotowa zemdleć.
Okej, więc może było trochę więcej w tym jajogłowym niż myślałam. Skrzyżowałam ramiona na piersi i zmrużyłam oczy, jak kowboje robili w starych westernach.
- Dobra, czemu spudłowałeś?
- Czemu spudłowałem? – powtórzył. – Ponieważ bardziej przejmowałem się poznaniem ciebie niż wygraniem kolejnego meczu.
Tym razem nawet nie próbowałam ukryć oniemiałego wyrazu twarzy. Właśnie dał mi największy komplement, nawet lepszy niż ten o całowaniu moich ust. Zapomnijotym. Nawet nie miałam na to dowcipnej uwagi. Nie obchodziło mnie, czy zawiodła mnie moja błyskotliwość.
W drodze do wyjścia zatrzymaliśmy się, żeby przejrzeć słodycze i zabawki na sprzedaż. Tak jakby miejsce nie było dość małe, musieli wypchać je tandetą.
Caleb przyglądał się czemuś w kącie, gdy ja przyglądałam się jemu.
- Spójrz na to – przywołał mnie. Wcisnęłam się pomiędzy niego a rząd kolorowej oranżady w proszku Beanie Babies, żeby popatrzeć. Była to przygniatarka pensowa, jedna z tych robiąca pamiątkowe monety, do której wkładało się pięćdziesiąt centów i pens. Maszyna wtedy przygniecie twojego pensa i odbije na nim przypadkową wiadomość w jego nowej formie, zatrzymując twoje pięćdziesiąt centów jako zapłatę. Caleb wyciągał resztę ze swojej kieszeni.
- Ty to zrób – powiedział, wrzucając monety do mojej dłoni. Wsunęłam resztę do wąskiej szpary na przodzie i przycisnęłam guzik start. Przygniatarka zaczęła brzęczeć i drgać w uprzejmym vibrato. Dotkliwie zdawałam sobie sprawę jak blisko staliśmy i odsunęłabym się, gdyby było gdzie. Strąciłam kilka Beanie Babies z półki. Jak pochyliliśmy się, żeby je podnieść, maszyna wydała cichy bekający dźwięk i pens wylądował w otworze zwrotnym z brzękiem. On potarł razem ręce, a ja zachichotałam.
- No to jest coś, czego nie widzi się zbyt często – powiedział, stukając lekko mój nos.
Przełknęłam swoją dziewczęcość i znowu nałożyłam surową maskę. Teraz mrowił mnie nos.
- To tylko maszyna pamiątkowa, uspokój się, Napaleńcu.
- Aaach, ale to nie jest byle jaka maszyna do monet – rzekł, wskazując na reklamę na niej, której ja, niestety, nie zobaczyłam.
- To romantyczna maszyna do monet.
Zbladłam.
Pens wciąż był ciepły, kiedy moje palce go znalazły. Podałam go Calebowi bez choćby zobaczenia, jaka była wiadomość.
- No, no. – Jego głos był zadowolony. Ciekawość przezwyciężyła. Ciągnęłam za jego ramię, aż moneta była przed moją twarzą i przeczytałam:
Dobry na jeden pocałunek
Gdziekolwiek, kiedykolwiek
Co za czelność! Wycofałam się z ciasnego miejsca i zaczęłam iść do drzwi.
- Powodzenia w go zebraniu.
Nie powiedział słowa i nie musiał. Jego dumny krok i uśmiech na twarzy wystarczyły, żeby powiedzieć mi, co myślał.
Zapytałam go o Laurę w drodze powrotnej do akademika. Powiedział mi, że umawiał się z nią tylko przez tydzień na ich pierwszym roku i że była miłą dziewczyną. Kiedy odprowadzał mnie do mojego pokoju, byłam tak zaabsorbowana myślą jego całującego mnie, że potknęłam się o własne stopy.
- Ostrożnie, Księżno – powiedział, łapiąc mój łokieć – jeśli coś skręcisz, będę musiał zanieść cię do twoich drzwi. – Zaśmiał się z wyrazu przerażenia na mojej twarzy.
- Większość dziewczyn byłaby podekscytowana tą perspektywą, wiesz?
- Nie jestem większością dziewczyn.
- Tak, właśnie widzę.
Zrobił krok w moją stronę, a ja cofnęłam się do drzwi, próbując przylgnąć do cienkiej sklejki. Był nieznośnie blisko. Kładąc obydwie dłonie po każdej stronie mojej głowy, był cale… cale od mojej twarzy. Czułam jego oddech na ustach. Chciałam zobaczyć jego usta, obserwować co robią… lecz trzymałam wzrok na jego. Gdybym mogła przytrzymać jego spojrzenie, on może nie zauważyłby, że moja klatka piersiowa falowała od ciężkich oddechów i że moje paznokcie wbijały się w drzwi za mną. Przybliżył głowę, jego nos praktycznie dotykał mojego. Rozchyliłam wargi. Jak długo tam staliśmy? Miałam poczucie, że pięć minut, ale wiedziałam, że prawdopodobnie bardziej dziesięć sekund. Przysunął się milimetr bliżej. Nie miałam gdzie pójść. Gdybym przycisnęła się mocniej do drzwi, wtopiłabym się w drewno. Tak bardzo się obawiałam… ale czego? Już byłam całowana. Odezwał się, a był tak blisko mojej twarzy, że czułam jego wargi muskające kąciki moich ust.
- Nie pocałuję cię – powiedział. Poczułam szarpnięcie w sercu. Do góry czy w dół? Góra czy dół? Nie wiedziałam czy byłam rozczarowana, czy czułam ulgę. On się odsunął. – Nie dzisiaj, Olivia. Ale zamierzam cię pocałować.
Poczułam narastający niepokój kotłujący się w brzuchu, przeszedł przez moją klatkę piersiową i dosięgnął ust.
- Nie.
Brzmiało to tak głupio; dziecinne słowo oporu. Nie wiem dlaczego to powiedziałam, poza przywróceniem trochę kontroli, którą on mi ukradł.
Caleb już odwrócił się, aby odejść, lecz moje „nie” go zatrzymało. Obrócił się. Trzymał ręce w kieszeniach. Korytarz wydawał się kurczyć wokół niego, jego obecność go pochłaniała. Jak on to robił? Oczekiwałam, że powie coś więcej, może jeszcze ze mną poflirtuje. Zamiast tego uśmiechnął się szeroko, spojrzał na podłogę, potem na mnie… i odszedł.
Znowu wygrał. Ten mały ruch był silniejszy, zostawił więcej wrażenia niż gdyby rzeczywiście przycisnął wargi do moich. Teraz miałam nieuchronne przerzucie bycia celem polowania. Ledwie miałam czas, żeby przetrawić co się właśnie wydarzyło, kiedy drzwi gwałtownie się otworzyły i Cammie wciągnęła mnie do naszego pokoju za pasek moich dżinsów.
- Opowiedz mi wszystko! – zażądała. Miała we włosach krótkie wałki a jej twarz była namydlona czymś, co bardzo pachniało cytryną.
- Nie ma nic do opowiadania – powiedziałam tajemniczo, prawie marzycielsko.
- Pozwolę ci zatrzymać sweter, który ci pożyczyłam. – Rozważałam to przez chwilę, po czym skinęłam głową.

- Zabrał mnie do lodziarni Jaxsona… - zaczęłam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz