23.10.13

The Opportunist - Rozdział szósty

Przeszłość

- Nie wchodzę do basenu! Jest lodowato!
- Jest listopad na Florydzie, Olivia. 21 stopni Celsjusza. Poza tym, to podgrzewany basen. Bądź mężczyzną. – Caleb brodził wokoło w swoich bokserkach w turkusowej wodzie kampusowego basenu. Starałam się unikać patrzenia na jego mięśnie.
- Nie namówisz mnie do wejścia do basenu, robiąc seksistowski komentarz – powiedziałam, pochylając się, by ochlapać go w twarz. On złapał mnie za nadgarstek, zanim miałam czas się cofnąć.
Nasze spojrzenia się złączyły.
- Nie rób tego – ostrzegłam. Przez chwilę nie sądziłam, że będzie miał odwagę. Następną rzeczą, jaką wiedziałam było to, że spadałam na głowę do lodowatej wody.
Wyszłam na powierzchnię, łapiąc powietrze, włosy owinęły się niewygodnie wokół mojej twarzy. Caleb oderwał je, śmiejąc się.
- Nie mogę uwierzyć, że to zrobiłeś! – wysapałam, pchając go w tors. Miałam poczucie, jakbym pchała gorące kamienie.
- Wyglądasz dobrze mokro – powiedział. – Pewnie byłoby łatwiej pływać, gdybyś zdjęła trochę swoich ubrań.
Posyłając mu zjadliwe spojrzenie, zaczęłam płynąć żabką do strony basenu.
- Ahh, widzę, że nie lubisz zabawy. – Jego ton był lekki, kiedy to powiedział, lecz było zdecydowane wyzwanie w jego głosie.
- Chrzanić to – wymamrotałam, zatrzymując się stopę od drabinki. Byłam typem dziewczyny, która mogłaby „skoczyć z mostu” na przekór swoim przyjaciołom.
I tak miałam na sobie dobrą bieliznę. Zanurkowałam pod wodę i zrzuciłam moją poliestrową skórę jak wąż. Chwilę później wypłynęłam na powierzchnię, mając na sobie tylko bieliznę.
Caleb nieświadomie powiedział bezgłośnie „wow”.
- Za twoją zabawę. – Wzniosłam dla niego toast moimi przesiąkniętymi wodą ubraniami, a potem rzuciłam nimi w jego głowę. Uchylił się i okrążył obszar, gdzie pływałam w miejscu.
- Ładna koronka. – Uśmiechnął się złośliwie, przyglądając mi się bezwstydnie.
- Możesz nie robić tego tak oczywistego, że się gapisz? – Czułam się naruszona. Zanurzyłam się w wodzie, aż była widoczna tylko moja głowa.
- Myślałem, że nasz związek opierał się na szczerości – uśmiechnął się.
- Pffffff. Nasz „związek” – prychnęłam – opiera się na wyzwaniach i szantażowaniu.
Jego oczy iskrzyły się. Miał tak ekspresywne oczy. Chciałam zgasić te iskry i kopnąć go tam, gdzie bolało.
- Szantaż jest takim ostrym słowem – powiedział, podpływając bliżej.
- Zagroziłeś, że powiesz gazetce szkolnej, iż byłam powodem, dla którego spudłowałeś, Drake. – Był on teraz o wiele zbyt blisko dla mojej wygody. Zaczęłam odpływać do tyłu. Była blizna w kąciku jego prawego oka, której nigdy wcześniej nie dostrzegłam. Był to słaby sierp księżyca, ale jakoś sprawiał, że wyglądał on niebezpiecznie – w seksowny sposób. Pokręciłam głową. Te myśli nie były moje… należały do Cammie – niech ją cholera weźmie.
- Skąd masz tę bliznę? – zapytałam. Przesuwałam się wzdłuż dna basenu na palcach, żeby odsunąć się od niego. Z roztargnieniem dotknął jej palcem.
- Ukradłem funta z portfela dziadka, a kiedy mnie przyłapał, postanowił ukarać mnie swoją laską.
Poczułam jak nadchodzi jeden z tych momentów „dlatego właśnie jest on pokręcony” i przygotowałam się, żeby go zrozumieć.
- Naprawdę?
- Nie.
Zaczerwieniłam się. Uderzyłam go w ramię tak mocno, jak potrafiłam.
- Spadłem z roweru, jak miałem dwanaście lat – roześmiał się, pocierając miejsce, gdzie go uderzyłam. – Bardzo nudna historyjka.
- Przynajmniej to prawda – powiedziałam zirytowana. – Ktoś taki jak ty nie musi kłamać, żeby być interesującym.
- Ktoś taki jak ja? – zapytał. – Uważasz mnie za interesującego, Libby?
- Nie, nie uważam i nie nazywaj mnie Libby. Wiesz co, tak naprawdę jesteś dosyć prosty i nudny – powiedziałam, pociągając nosem.
On przeniósł ze mnie wzrok do wody.
- Upuściłaś kawałek swojej biżuterii?
- Co? – Jego uwaga przeniosła się tak nagle, że poczułam się urażona.
- Tam jest coś na dnie basenu. – Wskazywał na miejsce pomiędzy naszymi stopami. Zmrużyłam oczy, próbując zobaczyć, na co on patrzył.
- Nie noszę żadnej biżuterii – powiedziałam niecierpliwie – to pewnie tylko pens czy coś.
Trąciłam to palcem u stopy. Było większe niż pens. Nim mógł powiedzieć coś jeszcze, zanurzyłam głowę pod wodę, żeby to podnieść. Kiedy moja głowa przebiła powierzchnię wody, Caleb automatycznie się przybliżył.
- Co to jest? – Patrzył na moją zaciśniętą pięść.
- Zobaczmy – rzekłam teatralnie, powoli odrywając palce od wnętrza dłoni. Nie była to biżuteria. Był to stary pens, spłaszczony i ostemplowany wiadomością, która upoważniała jego właściciela do jednej darmowej szansy uczucia, pocałunku.
Nim zorientowałam się, co robię, wrzuciłam pamiątkę do jego dłoni.
- Jesteś dziś pełen podstępów, nieprawdaż?
Śmiał się… zawsze się śmiał. – Nie mam pojęcia, o czym mówisz.
Zanim mogłam zripostować czymś mądrym, Caleb wyciągnął ręce i objął mnie w pasie. Nawet w zimnej wodzie, jego dotyk był gorący. Przyciągnął mnie do siebie i nasze ciała przycisnęły się do siebie, brzuch do brzucha, pierś do piersi. Byłam tak zszokowana, że początkowo nie protestowałam. Nie byłam tak przestrzennie blisko drugiego człowieka odkąd byłam niemowlęciem. On uśmiechnął się szeroko, jego oczy stawały się zamglone z, jak postrzegałam, pożądania. Przestałam walczyć i pozwoliłam ustom pokierować się do jego. To jest dla Cammie, powiedziałam sobie. Nie było żadnego „miło i spokojnie” z tym chłopakiem. Przesunął językiem wzdłuż wnętrza mojej dolnej wargi. Początkowo był delikatny, próbując nakłonić moje uparte usta do jakiejś formy współpracy. Odpowiedziałam tylko jedną rzeczą, którą znałam: oziębłą pruderyjnością. Caleb niezrażony moim brakiem entuzjazmu, odsunął się ode mnie. Dłońmi obejmował moją talię, palce leżały tuż ponad paskiem moich majtek. Nasze czoła się stykały, a mój oddech wychodził w małych spazmach. To było żenujące.
- Oddaj mi pocałunek, Olivia. – Jego głos był władczy i przez chwilę czułam przypływ buntu, tak jak wtedy, kiedy kazał mi zapiąć pas bezpieczeństwa. Przełknęłam ślinę i zamknęłam oczy. Nie wygrałam tamtej walki. Prawdopodobnie tej też bym nie wygrała. Może nawet nie chciałam jej wygrać.
Potrafiłam to zrobić. Całowanie nie wymagało myślenia, tak jak jedzenie czy chodzenie. Jego usta wróciły drugi raz a ja nachyliłam do niego głowę, przechyloną tak jak w filmach. Tym razem byłam gotowa, nawet chętna. Podskoczyłam, kiedy się połączyliśmy a jego wargi, które były przyciśnięte do moich, rozciągnęły się w rozbawionym uśmiechu. Zaśmiał się do moich ust. Doprowadzało to do szału i było niesamowicie seksowne. Próbowałam się odsunąć, ale on przyciągnął mnie z powrotem. Pocałunek. Pocałunek. Pocałunek. Składał się z czekoladowego ciasta, musującej namiętności i gęsiej skórki. Nigdy wcześniej nikt tak mnie nie całował.
Potem zrobił najdziwniejszą rzecz – odsunął się i wyciągnął mnie na długość ramienia. Zaklęcie prysło. – Olivia… - Jego głos był szorstki. Pokręciłam głową. Nie chciałam usłyszeć tego, co zamierzał powiedzieć.
- Muszę iść – powiedziałam szybko. Woda, która była nieruchoma, zaczęła marszczyć się, kiedy podpłynęłam do boku basenu. W jednym szybkim ruchu, wyciągnęłam się z wody i spojrzałam na swoje drżące ciało. Migdaliłam się w basenie w samej bieliźnie z college’owym Casanową. Byłam ladacznicą. Zabierając moje mokre ubrania z ziemi, rozejrzałam się zaniepokojona. Ktoś zobaczy mnie jak wracam w mokrych ciuchach.
- Olivia – powiedział znowu. Nie chciałam na niego spojrzeć. – Proszę. – Podał mi swoją suchą bluzę, którą przyjęłam z wdzięcznością i wciągnęłam przez głowę. On otworzył usta.
- Słuchaj, cokolwiek zamierzasz powiedzieć, nie rób tego!
Potaknął. Wyszliśmy przez bramę na parking. Caleb wyciągnął ręcznik gimnastyczny ze swojego auta i mi go dał. Przetarłam twarz oraz włosy i oddałam go, nie odrywając spojrzenia od ziemi. Byłam zbyt zawstydzona, by coś powiedzieć. Moje zachowanie było niegrzeczne. Nie chciałam dać mu złego wrażenia. Zacisnęłam zęby trzonowe i zamknęłam oczy.
- Dobranoc, Calebie – powiedziałam szybko, brzmiąc na poły zduszoną. Czułam jego wzrok na plecach, jak odchodziłam. Czemu tak się odsunął? Pierwszy raz, gdy sobie odpuściłam i dostałam twardy policzek.
- Do jutra o tobie zapomni – syknęłam do siebie – a wtedy możesz iść dalej ze swoim życiem i zapomnieć jakie było go całowanie.
Obudziłam się następnego poranka, czując się jakbym przełknęła żwir. Gardło mnie paliło i miałam obolałe ciało. Zakopałam się pod kołdrą i starałam odsunąć od siebie obrazy z poprzedniej nocy. Były to głupie i nierozważne obrazy, które wciąż się powtarzały, aż chciałam krzyczeć. W moim życiu nie było miejsca na błędy. Nie miałam żadnej rodziny czy konta pełnego pieniędzy. Miałam jedną szansę, żeby zrobić coś dla siebie, a Caleb był rodzajem rozproszenia, które mogło wytrącić z równowagi moje życie.
Zadzwonił dwa razy w ciągu dnia i raz po kolacji. Wyciszyłam mój telefon i zabroniłam Cammie go odbierania. Ubrałam się na zajęcia w poniedziałkowy ranek, wciąż lekko zielona i zdeterminowana, żeby udawać, że nic się nie wydarzyło. Mieliśmy razem zajęcia z socjologii, pewnie nawet tego nie zauważył, ponieważ była to jedna z większych klas w tym semestrze, a ja siedziałam tak blisko przodu klasy, jak on siedział z tyłu.
Gdy przyszłam audytorium szybko się zapełniało. Z zaczerwienionymi oczami i zawrotami, poszłam w kierunku dalekiej lewej strony budynku. Ukrytych pod okapem było pięć pożądanych miejsc pokrytych cieniem. Chciałam się tam ukryć. Ich zwykli okupanci byli śpiochami klasowymi. Dzisiaj miałam szczęście. Dwa miejsca wciąż były wolne. Zaczęłam iść przejściami z torbą kurczowo przyciśniętą do boku żelaznym uchwytem. Byłam już w połowie drogi, kiedy usłyszałam moje imię wywołane z podium profesora.
- Panno Kaspen?
Zamarłam. Profesor Grubbs przemawiał do mnie przez swój mikrofon i ludzie odwracali się w swoich miejscach, żeby popatrzeć. Próbowałam iść dalej, tak jakbym go nie usłyszała.
- Panno Kaspen? – zaśpiewał znowu profesor Grubbs. – A pani dokąd, jeśli łaska?
Odwróciłam się powoli, naklejając uśmiech na zaciśniętych zębach. Wstrętny, nieznośny, kawałek…
- Dzień dobry, profesorze – powiedziałam słodko.
Jego trzy brody kołysały się pod uśmiechającymi się ustami jak wahadło. Caleb, którego głowa nachylała się nad podręcznikiem chwilę temu obrócił się w moją stronę na miejscu. Przyłapana. Spojrzałam tęsknie przez ramię, jak dwoje studentów wsunęło się na miejsca, do których zmierzałam.
- Czy jest coś nie tak z pani regularnym miejscem? – zapytał profesor Grubbs, wskazując na pierwszy rząd. – Czy to mój oddech? – Dmuchnął sobie w rękę i udał, że wącha. Nastąpiło zbiorowe parsknięcie w pomieszczeniu.
Spiorunowałam go wzrokiem i cicho podeszłam do przodu klasy.
Profesor Grubbs był trzysta funtowym bykiem z zamiłowaniem do bycia kontrowersyjnym. Studenci byli onieśmieleni gromkim głosem profesora i ponad okazałą obecnością. Ja uważałam go za uroczego. Ale nie dziś – dziś go nienawidziłam.
- Dla mnie to wygląda, jakbyś się przed kimś ukrywała. – Oparł się o swoje podium i przez chwilę myślałam, że złamie się on pod jego ciężarem.
Mój wzrok pomknął do Caleba. Uśmiechał się.
Aaaargh!
- Ukrywać się przed kimś? – westchnęłam, siadając. – Czemu miałabym się przed kimś ukrywać? I byłabym wdzięczna, gdyby nie analizował pan każdego mojego ruchu, zwłaszcza, kiedy słyszy to cała klasa – dodałam z sykiem.
Profesor Grubbs spojrzał na mnie psotnie, po czym chrząknął do mikrofonu.
Nie odrywał ode mnie wzroku, mówiąc. – Czy jest ktoś w tej klasie, kto podejrzewa, że Olivia Kaspen go unika?
Caleb podniósł rękę.
Opuściłam głowę, tak że broda dotykała mojej klatki piersiowej.
- Pan Drake? – Profesor Grubbs był otwarcie zaskoczony. – Proszę podejść i zająć miejsce obok Olivii, żebym mógł przyglądać się, jak ona się skręca.
Usłyszałam jego kroki, potem poczułam jego obecność obok mnie, gdy opadł na krzesło. Trzymałam głowę w dole.
- Jesteś całkiem przystojnym chłopcem – powiedział profesor Grubbs. – Nie sądzę, bym kiedykolwiek widział cię tak blisko.
Podniosłam głowę i prychnęłam. Profesor Grubbs wpatrywał się w nas, jego oczy podążały od Caleba do mnie z otwartą ciekawością.
- Mam nowo odkryte pragnienie wiedzy, proszę pana. Myślę, że od teraz będę siedział tak blisko.
- Teraz wiem, że plotki są prawdziwe, panie Drake.
- Jakie plotki, profesorze? – Głos Caleba był radosny, nawet przekorny.
- Gadasz bzdury. – Szmer śmiechu przeszedł przez ciało studenckie. Caleb uśmiechnął się niezrażony. Pławił się w centrum uwagi.
- Czujesz się lepiej? – powiedział cicho, jak zaczął się wykład.
- Tak. Nic mi nie jest. – Wpatrywałam się prosto przed siebie i wstrzymałam oddech przed jego wodą kolońską.
Gdy sięgnął do swojej torby, jego noga musnęła moją. Odskoczyłam, ale było za późno, już miałam poczucie trzepotania w żołądku.
- Sorki – powiedział bezgłośnie, uśmiechając się szeroko. Popatrzyłam na niego gniewnie i walnęłam tak mocno podręcznikiem o biurko, że profesor Grubbs zatrzymał się w wykładzie, żeby na mnie spojrzeć.
- Spokojnie – rzekł pod nosem. – Jeśli zaczniesz okazywać uczucia za każdym razem, kiedy jesteś obok mnie, ludzie połapią się jak bardzo mnie lubisz.
Opadła mi szczęka.
Próbowałam wsłuchiwać się w wykład, szczerze próbowałam, ale na koniec pięćdziesięcio minutowych zajęć nie mogłam sobie przypomnieć ani jednej rzeczy, która została powiedziana. Jednakże zapamiętałam zapach jego wody kolońskiej i mogłabym opowiedzieć ci w szczegółach o wzorze ruchu, który robił: stukając ołówkiem o książkę w trzykrotnych seriach, przesuwając nogami pod ławką, aby jedna podskakiwała na palcu jego stopy, a druga rozciągnęła się leniwie przed nim. Gdy zostaliśmy zwolnieni, wystrzeliłam ze swojego krzesła jak żywa kula armatnia i skierowałam się do drzwi. Nie ścigał mnie. Tak naprawdę, kiedy odwróciłam się, by zobaczyć gdzie jest, w ogóle go nie widziałam. Moją pierwszą reakcją była ulga, a potem rozczarowanie. Może w końcu zrozumiał wiadomość i już na dobre był z mojej głowy.
Czekał na mnie przed moim akademikiem później tego dnia. Wyprostowałam plecy i wykorzystałam następne parę sekund, żeby zapanować nad swoimi emocjami. Oddychaj, Olivia, on jest tylko kolejnym chłopcem, a zrobieni są oni z tej samej tandety. Zatrzymałam się parę stóp od miejsca, gdzie stał on, gdybym go poczuła, wiedziałam, że straciłabym determinację. Było to malownicze. My stojący pod latarnią uliczną w emocjonalnym starciu, z torbami przecinającymi nasze klatki piersiowe.
- Caleb – powiedziałam zbyt wysokim tonem. – Będę szczera. – Skinął głową, wolno mrugając.
- Po prostu nie jestem zainteresowana… tym, czym ty… jesteś zainteresowany. Lubię cię, ale tylko jako przyjaciela. – Zamilkłam, żeby sprawdzić jego minę, która była tak nieczytelna jak Wojna i pokój i dołożył ostatnie dźgnięcie, by oświadczyć mój punkt. – Nie sądzę, byśmy do siebie pasowali.
- Ja tak tego nie czuję. – Wyglądał niepokojąco intensywnie, a ja musiałam spuścić wzrok na buty aby uniknąć zatopienia się w jego oczach.
- Um, cóż, przykro mi. Chyba jesteśmy na dwóch innych długościach fali – wyjąkałam.
- Nie, nie o to mi chodziło. Wiem, że lubisz mnie tak bardzo, jak ja lubię ciebie. Ale to twój wybór, a ja jestem dżentelmenem. Chcesz żebym dał spokój – dobra. Do widzenia, Olivia. – Odszedł.
Patrzyłam za nim z konsternacją. Naprawdę właśnie to zrobiłam? Chciałam za nim pobiec i powiedzieć mu, że tylko częściowo miałam to na myśli i że za każdym razem gdy byłam obok niego czułam się odurzona, i czy mógłby proszę pocałować mnie tylko jeszcze jeden raz, bym była pewna, że robię właściwą rzecz.
Oczywiście tego nie zrobiłam.
Caleb, dotrzymując swojego słowa, trzymał się ode mnie z daleka przez następne pięć miesięcy. Tak daleko, że czasami, kiedy mijaliśmy się na kampusie patrzył przeze mnie.
Wciąż myślałam o tym, co moja matka powiedziałaby o tej sytuacji.
- Prawdziwy kawałek męskiego mięsa i schrzaniasz to, bo się boisz. Jesteś zbyt podobna do swojego ojca, Olivio.
Byłam upośledzona psychicznie w związkach. Kopałam, popychałam i wyrzucałam ludzi ze swojego życia, żeby nigdy nie mieli szansy mnie zranić.
Życie szło dalej, ale nagle nie było już takie same. Nastąpiła we mnie zmiana. Nie znałam tego przyczyny, ale gdzieś w moim mózgu pojawiły się nowe drzwi i pomimo moich najtwardszych wysiłków, by trzymać je zamkniętymi, moje myśli wciąż tam podążały, podróżując w pustym pomieszczeniu, przywracając obrazy Caleba. Czasami czułam smutek dniami, potem mój nastrój zmieniał się i czułam w stosunku do niego niewiarygodną wściekłość za mieszanie mi w głowie. Blisko drugiego miesiąca mojej emocjonalnej tortury, przestałam walczyć. Najwyraźniej już nie chciałam być wyspą. Może była to pora na otwarcie się i eksperymentowanie ze związkami.
Zaczęłam interesować się chłopcami niemal z dnia na dzień. Zwerbowałam Cammie do pomocy, a ona udzieliła mi lekcji w suszeniu włosów, robieniu makijażu i, jak każda prawdziwa przyjaciółka, przedstawiła mnie usztywnionemu stanikowi. Ten nowy, gładki, ściągnięty wygląd razem z moim wielkim wysiłkiem by nie być ponurą, zdobył mi randkę, a potem dwie. Przy czwartym miesiącu posiadałam moje własne dwa gorące wałki i zgromadziłam grupkę żarliwych wielbicieli.
Spotykałam się z Brianem, tęgo głowym, który był na kierunku przedmedycznym, Tobey’em, który jeździł Lamborghini i zabierał mnie do eleganckich restauracji i oczywiście był Jim, poeta, który zbyt bardzo zgrywał znawcę sztuki jak na swoje dobro. Palił paczkę Marlboro na dzień i potrafił wyrecytować znaczną część Tołstoja. Był moim ulubieńcem, wszystko co zrobił i powiedział było tak śmiałe, że miałam dreszczyk emocji. Oczywiście istniał jeden jedyny problem z wszystkimi tymi mężczyznami; nie wypełniali tego „pokoju Caleba” w mojej głowie. Był on jak swędzenie, które nigdy nie ustępowało. Myślałam o nim, kiedy patrzyłam na drzewa, budynki i kiedy byłam w kolejce w sklepie, wybierając gumy do żucia. Myślałam o nim, kiedy myłam zęby i kiedy Cammie paplała o kolorze swoich nowych butów (które uważała iż były łososiowe, lecz w moim poważaniu koralowe). Po pięciu miesiącach miałam dosyć i byłam zmęczona widzeniem jego twarzy w głowie. Caleb nasycił moje istnienie, a ja byłam pochrzaniona. Żeby pogorszyć sprawy – on był wszędzie, zaangażowany we wszystko i uśmiechający się do wszystkich. Nie mogłam się od niego oderwać. Przestałam spotykać się z Tobey’em i Brianem, a Jima odstawiłam na później, ponieważ autentycznie lubiłam go jako osobę. Porzuciłam umawianie się, i tak to nie byłam ja, i zamiast tego zajęłam się profesjonalnym prześladowaniem.
Wiedziałam o tym, z kim spotka się Caleb przez łańcuch plotkarski Cammie, klasyczną grupę wścibskich studentek pierwszego roku, które miały długie języki i zbyt mało pracy domowej. Wiedziałam, że umawiał się z Susanną, bo miała zabójcze nogi i Mariną, bo kochała koszykówkę i miała zabójcze nogi. Wiedziałam że zabrał Emily do Disney World na ich jednomiesięczną rocznicę i że Danielle dostała torebkę z Burberry na jej dwudzieste drugie urodziny. Wiedziałam o tych wszystkich rzeczach, a jednak nie potrafiłam odważyć się na porozmawianie z nim.
- Przypominasz mi tego oślizgle wyglądającego karła z Władcy pierścieni – skomentowała Cammie jednego dnia. Dopiero skończyłam wypytywać ją o wieczór Caleba w nocnym klubie Passions, gdzie widziała go flirtującego z nową blondynką.
- On jest hobbitem.
- Ta. Mój skarb, tak?
Pokazałam jej środkowy palec.
We wczesnym marcu, gdy wędrowne ptaki rozkładają swoje skrzydła do domu, Caleb zaczął umawiać się z lalką Barbie. Nazywała się Jessica Alexander. Przeniosła się z Las Vegas, gdzie pracowała jako profesjonalna tancerka w widowisku Toni Braxton. Jej nogi były nieskończenie długie, włosy niemożliwe blond i powszechnie było rzekome, że jej rodzice byli spadkobiercami hotdogowej fortuny Oscara Mayera[1]. Przestałam jeść hot dogi i przekonywałam siebie, że w końcu on się nią znudzi, tak jak innymi. Poza tym blondynki nigdy nie miały dużo działalności mózgowej. Była to tylko kwestia mojego czasu, wyglądania seksownie i bycia dostępną, kiedy nadejdzie odpowiednia chwila.
Moja teoria osłabła, gdy gazetka szkolna wydała swój artykuł z lutowej okładki. Znalazłam Jima czytającego kopię w kafejce, gdzie spotykałam się z nim na latte. Twarz Jessici uśmiechała się do mnie z pierwszej strony, gdzie pogrubioną czcionką było napisane „Piękna i Książki”. Wyrwałam gazetę z jego rąk i gapiłam się na artykuł z ustami wygiętymi w zazdrosnym grymasie.
- Ma najwyższą średnią ocen w jej kierunku? – Poczułam jak cierpnie mi żołądek. – Jaki jest jej kierunek? Przedkropkowanie?
Jim zaśmiał się, wysunął papieros z paczki i zapalił zapałkę w jednym spokojnym ruchu.
- Właściwie to przedprawo. Jest jedną z twoich i najwyraźniej radzi sobie lepiej od ciebie.
Zaschły mi wargi.
- Dlaczego nie widziałam jej na którychkolwiek moich zajęciach? – odcięłam się, skanując artykuł, żeby zobaczyć czy to prawda.
- Może już brała te zajęcia, na których jesteś. Może ominęła je, bo jest taka mądra. - Burknęłam i pociągnęłam łyk jego kawy. Był to klucz francuski. To znaczy – nie było wystarczające, że przychodziły do niej pieniądze z parówek? Musiała zabrać Caleba i wybitną średnią ocen za jednym zamachem? Jeśli miał umawiać się z mądrą dziewczyną, powinnam być to ja. Powinnam być to ja!
On chciał mnie, a ja go odprawiłam, bo pruderyjność płynęła grubo w moich żyłach.
Postanowiłam zaprzyjaźnić się z wrogiem. Dostanie się do kapuścianej grupki przyjaciół było jedynym sposobem, dzięki któremu byłabym zdolna sprawić kłopoty. Musiała mnie polubić. Zaczęłam obserwację grupki przyjaciółek Jessici, które były u jej boku jak pasta protezy. Były niemożliwie przyjazne, ale brakowało im prawdziwej lojalności Cammie. Nazwałam je „urzyjaciółkami” (udawanymi przyjaciółkami). Nawiązywały więzi poprzez robienie zakupów i wrzucenie słowa „tak jakby” do każdego zdania. „Jest, tak jakby, tak fajnie robić z tobą zakupy. Ty, tak jakby, znasz tak dobrze mój styl.” „Masz, tak jakby, najlepsze włosy.” „Kiedy Brad ze mną zerwał, tak jakby, taaaak mnie wspierałaś”.
Jessica mieszkała tylko parę drzwi dalej ode mnie i zaczęłam uśmiechać się do niej, kiedy mijałyśmy się na korytarzu. Stopniowo przestawiłam się na uprzejme „cześć”. Ciesząc się popularnością, odpowiedziała mętnym spojrzeniem i małym uśmiechem automatycznie kształtującym się w kącikach jej ust. Kilka tygodni później zaczęła mnie zauważać – najpierw mi machała, potem jednego dnia powiedziała mi, że podobają jej się moje buty. Dowiedziałam się, że ładne dziewczyny mają skłonność do zauważania innych ładnych dziewczyn, choćby tylko do oceny swojej konkurencji. Byłam nieco dumna, że przyciągnęłam uwagę takiej figury piękności. Jeśli ona mnie zauważała, może jej chłopak również.
Nasza pierwsza oficjalna pogawędka nadeszła pewnego popołudnia, jak byłam w kampusowej pralni. Właśnie wybrałam czyste ubrania z suszarki, kiedy przyszła ona z koszem pełnym brudów. Uważając to za miły czyn losu, wrzuciłam swoje schludnie złożone ubrania z powrotem do pralki i nawiązałam rozmowę, która poszła mniej więcej tak…
- Uważaj na tę maszynę, w zeszłym tygodniu zniszczyła moją pidżamę od Channel. – Podniosła wzrok wielkimi oczami, zawieszając rękę nad otwartą pralką. Oczywiście nie miałam pidżamy od Channel, nawet nie wiedziałam czy Channel robiło pidżamy, ale jeśli tak, ta dziewczyna miałaby ich zbiór.
- Była nowa? Ze srebrnym haftem na mankietach? – Bingo. Skinęłam głową. – To straszne. Przysięgam że ta szkoła odmawia wyłożenia pieniędzy na, tak jakby, dobre wyposażenie.
Wlałam nakrętkę niebieskiego detergentu do maszyny i ją zamknęłam.
- Czy ty nie, tak jakby, przeprowadziłaś się tutaj z Vegas, czy coś? – zapytałam, swobodnie podchodząc maszyny z napojami i wrzuciłam monety do otworu.
Jessica potaknęła. – Ta, ja, tak jakby, potrzebowałam zmiany. Przyjechałam tutaj na semestr, żeby spróbować, ale wtedy spotkałam swojego chłopaka i postanowiłam zostać.
- Kto jest twoim chłopakiem? – Wbiłam guzik, który dałby mi colę i zgięłam kolana, żeby wyciągnąć ją z pojemnika.
Jej mina zmieniła się, kiedy wypowiedziała jego imię. Nienawidziłam jej za to.
- Caleb Drake. Jest w drużynie koszykarskiej. Jest naprawdę fajnym facetem – totalnym dżentelmenem.
Jej głos był niewiarygodnie denerwujący.
- Tak? Trudno takich znaleźć, faceci w dzisiejszych czasach są takimi… - próbowałam znaleźć dobre słowo, rodzaju jakiego ona by użyła – głupimi dupkami – uśmiechnęłam się.
Jessica pokiwała do mnie głową, jej powabne brwi się zmarszczyły. Poczułam pociągnięcie pasty protezy. Ona akceptowała mnie do jej „urzyjaźni”.
- Dosłownie, nigdy nie pozwolę mu odejść. Zamierzam poślubić tego chłopaka.
Nie cierpiałam, kiedy dosłownie było używane do nie-autentycznych spraw. Otworzyłam puszkę i odwzajemniłam jej szeroki uśmiech.
Po moim trupie… dosłownie.

Floryda była mokra. Wiecznie błękitne niebo nosiło krępe szare chmury jak dodatki. Było tak od tygodnia i miałam dosyć widzenia parasolek podskakujących po kampusie. Postanowiłam wziąć swój podręcznik do poczekalni studenckiej, żeby się pouczyć. Włożyłam do torby kilka przekąsek oraz materiał do czytania i skierowałam się do drzwi, pisząc notatkę mówiącą Cammie, by przyniosła mi kolację do kafeterii.
Wzięłam windę na piętro niżej i skierowałam się na zachód, w kierunku cichszej z dwóch poczekalni studenckich w moim budynku. Pomieszczenie było obskurne i śmierdziało jak brudne skarpety, lecz bardzo rzadko było zajęte, a ja nawet lubiłam pozostałą atmosferę miejsca. Okrążyłam zakręt i zobaczyłam znajomą blond głowę oprawioną w oknie. Jessica. Właśnie zamierzałam zaoferować swoje najradośniejsze „tak jakby cześć”, gdy zauważyłam obwisły sposób, w jakim trzymała ramiona. To były płaczące ramiona. Byłam bardzo zaznajomiona z tą sceną. Rozejrzałam się ostrożnie. Blondynki w rozpaczy nigdy nie były same. Zazwyczaj były przyjaciółki, pocieszające, poklepujące, uspokajające…
Korytarz był pusty. Zrobiłam krok do przodu i zatrzymałam się. Może oni zerwali. Nadzieja połaskotała moją pierś, a ja ją wygoniłam zirytowana. Nie było potrzeby wyprzedzać samą siebie.
- Jessica? Nic ci nie jest? – Położyłam rękę na jej ramieniu, a ona odwróciła się, aby spojrzeć na mnie wilgotnymi oczami łani. Na parapecie była kolekcja przemoczonych chusteczek. Zastanawiałam się jak długo się tutaj ukrywała.
- Cześć – powiedziała słabo, zachrypniętym głosem.
- Co się stało? Czemu płaczesz?
Odwróciła się do okna i przetarła nos. Milczała przez długi czas, a ja poruszałam nogami, zastanawiając się, czy zapomniała że tutaj jestem. Miałam już coś powiedzieć, kiedy zaczęła szlochać.
- Ja… szloch… myślę… czkawka­-szloch… że jestem… głośny wydech-czkawka… w ciąży…
Pozwoliłam wiadomościom dotrzeć do świadomości. Ona stonowała swój płacz i kwiliła cicho do chusteczki. Oceniłam swoją pozycję, jej pozycję i jego pozycję. Sprawy wyglądały gównianie dla nas wszystkich.
- Okej – szepnęłam. – Powiedziałaś mu już?
- Nie.
- Czy ktokolwiek wie?
Potrząsnęła głową.
- Moi… pociągnięcie nosem… rodzice… wyrzekliby się mnie i… tak bardzo boję się… głośny wydech… go stracić.
- Oczywiście. – Brzmiałam współczująco i część mnie naprawdę taka była. Część tak maleńka, że sprawiała iż atom wyglądał jak pięść.
- Co zamierzasz zrobić? – Zabrałam brudne chusteczki z parapetu i wrzuciłam je do kosza.
- Nie ma nic, co mogę zrobić. Ja… jestem umówiona w sobotę, ale potrzebuję, żeby ktoś mnie zabrał, a nie chcę powiedzieć żadnemu z moich przyjaciół, wiesz? Wciąż jestem tutaj dosyć nowa. Nie chcę żeby patrzyli na mnie inaczej. – Bardzo wątpiłam, by to zrobili. Semestr przed tym jak przyjechała Jessica dwójka jej najbliższych urzyjaciółek rzekomo przeszła tę samą procedurę.
- Dlaczego nie powiesz Calebowi? Zrozumiałby. Mam na myśli to, że on jest w połowie za to odpowiedzialny, na litość boską.
- Nieeee. – Złapała moje ramię i spojrzała na mnie wielkimi oczami. – Powiedziałam mu że jestem na tabletkach antykoncepcyjnych… i zamierzałam znowu zacząć je brać, po prostu byłam taka zajęta – szkołą i nim… nigdy nie pomyślałam, że to może się wydarzyć. Byłam tak ostrożna ze wszystkim. Nie mam nikogo, komu mogę zaufać.
Wtedy się do mnie przykleiła; objęła ramionami szyję, głowę twarzą w dół położyła na ramieniu. Ze skrępowaniem zdałam sobie sprawę, że ona mnie przytulała, szukając jakiejś pociechy. Poklepałam ją po plecach, tak jakbym zrobiła to ze śmierdzącą osobą i odsunęłam się.
- Zabiorę cię.
- Naprawdę? – Otarła wilgoć ze swoich policzków, pozostawiając ślady czarnego tuszu do rzęs. – Zrobiłabyś to?
- Oczywiście. Wystarczająco jestem usunięta z tej sytuacji. Nie będziesz musiała angażować swoich przyjaciół, a Caleb nigdy się nie dowie.
- Jest w sobotę o siódmej – odpowiedziała, chwytając mnie w uścisku tak zrozpaczony, że się wzdrygnęłam. – Dziękuję ci tak bardzo, Olivia.
Teraz była niespodzianka. Po całej naszej rozmowie tamtego dnia o ubraniach, ani razu nie zapytała mnie o imię, nawet nie wtedy kiedy ja zapytałam o jej. Popularne dziewczyny domyślały się, że każde wiedział kim one są. Też mi coś! Jessica Alexander. Nie czytasz szkolnej gazetki? Jessica nie miała żadnego powodu, żeby znać moje imię.
- Nie pamiętam, żebym mówiła ci moje imię – uśmiechnęłam się do niej.
- Wszyscy znają twoje imię. Jesteś dziewczyną, dla której Caleb spudłował, racja? – Poczułam przeszywający mnie szok aż do moich pomalowanych na czerwono palców u stóp. Jak mogłam zapomnieć o swoich piętnastu minutach sławy? Mojej gorzkiej podróży z popularnością? Cofnęłam się, nagle czując się nieśmiało. To był bardzo mroczny czas w moim życiu.
- Nie martw się, on wyjaśnił mi twoje… skłonności… - słowo „skłonności” sturlało się z jej języka jak tonący ratownik. Opadło pomiędzy nami, wykrzykując na mnie przerażające konsekwencje – że jesteś homoseksualna – dodała, uśmiechając się – jakakolwiek kobieta, która odtrąca Caleba musi być albo lesbijką, albo szalona. Do zobaczenia w sobotę.
Właśnie.
Wróciłam do mojego pokoju w oszołomieniu, rozważając dwie opcje.
Pierwsza. Caleb zdecydował, że jedynym powodem, dla którego go odrzuciłam było to, że jestem homoseksualna. Druga. Caleb mówi wszystkim, że jestem lesbijką jako zemstę za olanie go. Tak czy inaczej muszę potwierdzić swoją seksualność, żeby wyjaśnić rzeczy.




[1] The Oscar Mayer Company – powszechnie znana w Ameryce firma produkująca hot dogi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz