Przeszłość
- Nie wchodzę do basenu! Jest
lodowato!
- Jest listopad na Florydzie, Olivia.
21 stopni Celsjusza. Poza tym, to podgrzewany basen. Bądź mężczyzną. – Caleb
brodził wokoło w swoich bokserkach w turkusowej wodzie kampusowego basenu.
Starałam się unikać patrzenia na jego mięśnie.
- Nie namówisz mnie do wejścia do
basenu, robiąc seksistowski komentarz – powiedziałam, pochylając się, by
ochlapać go w twarz. On złapał mnie za nadgarstek, zanim miałam czas się
cofnąć.
Nasze spojrzenia się złączyły.
- Nie rób tego – ostrzegłam. Przez
chwilę nie sądziłam, że będzie miał odwagę. Następną rzeczą, jaką wiedziałam
było to, że spadałam na głowę do lodowatej wody.
Wyszłam na powierzchnię, łapiąc
powietrze, włosy owinęły się niewygodnie wokół mojej twarzy. Caleb oderwał je,
śmiejąc się.
- Nie mogę uwierzyć, że to zrobiłeś!
– wysapałam, pchając go w tors. Miałam poczucie, jakbym pchała gorące kamienie.
- Wyglądasz dobrze mokro –
powiedział. – Pewnie byłoby łatwiej pływać, gdybyś zdjęła trochę swoich ubrań.
Posyłając mu zjadliwe spojrzenie,
zaczęłam płynąć żabką do strony basenu.
- Ahh, widzę, że nie lubisz zabawy. –
Jego ton był lekki, kiedy to powiedział, lecz było zdecydowane wyzwanie w jego
głosie.
- Chrzanić to – wymamrotałam,
zatrzymując się stopę od drabinki. Byłam typem dziewczyny, która mogłaby „skoczyć z mostu” na przekór
swoim przyjaciołom.
I tak miałam na sobie dobrą bieliznę.
Zanurkowałam pod wodę i zrzuciłam moją poliestrową skórę jak wąż. Chwilę
później wypłynęłam na powierzchnię, mając na sobie tylko bieliznę.
Caleb nieświadomie powiedział
bezgłośnie „wow”.
- Za twoją zabawę. – Wzniosłam dla niego
toast moimi przesiąkniętymi wodą ubraniami, a potem rzuciłam nimi w jego głowę.
Uchylił się i okrążył obszar, gdzie pływałam w miejscu.
- Ładna koronka. – Uśmiechnął się
złośliwie, przyglądając mi się bezwstydnie.
- Możesz nie robić tego tak oczywistego,
że się gapisz? – Czułam się naruszona. Zanurzyłam się w wodzie, aż była
widoczna tylko moja głowa.
- Myślałem, że nasz związek opierał
się na szczerości – uśmiechnął się.
- Pffffff. Nasz „związek” –
prychnęłam – opiera się na wyzwaniach i szantażowaniu.
Jego oczy iskrzyły się. Miał tak
ekspresywne oczy. Chciałam zgasić te iskry i kopnąć go tam, gdzie bolało.
- Szantaż jest takim ostrym słowem –
powiedział, podpływając bliżej.
- Zagroziłeś, że powiesz gazetce
szkolnej, iż byłam powodem, dla którego spudłowałeś, Drake. – Był on teraz o
wiele zbyt blisko dla mojej wygody. Zaczęłam odpływać do tyłu. Była blizna w
kąciku jego prawego oka, której nigdy wcześniej nie dostrzegłam. Był to słaby
sierp księżyca, ale jakoś sprawiał, że wyglądał on niebezpiecznie – w seksowny
sposób. Pokręciłam głową. Te myśli nie były moje… należały do Cammie – niech ją
cholera weźmie.
- Skąd masz tę bliznę? – zapytałam.
Przesuwałam się wzdłuż dna basenu na palcach, żeby odsunąć się od niego. Z
roztargnieniem dotknął jej palcem.
- Ukradłem funta z portfela dziadka,
a kiedy mnie przyłapał, postanowił ukarać mnie swoją laską.
Poczułam jak nadchodzi jeden z tych
momentów „dlatego właśnie jest on pokręcony” i przygotowałam się, żeby go
zrozumieć.
- Naprawdę?
- Nie.
Zaczerwieniłam się. Uderzyłam go w
ramię tak mocno, jak potrafiłam.
- Spadłem z roweru, jak miałem
dwanaście lat – roześmiał się, pocierając miejsce, gdzie go uderzyłam. – Bardzo
nudna historyjka.
- Przynajmniej to prawda –
powiedziałam zirytowana. – Ktoś taki jak ty nie musi kłamać, żeby być
interesującym.
- Ktoś taki jak ja? – zapytał. –
Uważasz mnie za interesującego, Libby?
- Nie, nie uważam i nie nazywaj mnie
Libby. Wiesz co, tak naprawdę jesteś dosyć prosty i nudny – powiedziałam,
pociągając nosem.
On przeniósł ze mnie wzrok do wody.
- Upuściłaś kawałek swojej biżuterii?
- Co? – Jego uwaga przeniosła się tak
nagle, że poczułam się urażona.
- Tam jest coś na dnie basenu. –
Wskazywał na miejsce pomiędzy naszymi stopami. Zmrużyłam oczy, próbując
zobaczyć, na co on patrzył.
- Nie noszę żadnej biżuterii –
powiedziałam niecierpliwie – to pewnie tylko pens czy coś.
Trąciłam to palcem u stopy. Było
większe niż pens. Nim mógł powiedzieć coś jeszcze, zanurzyłam głowę pod wodę,
żeby to podnieść. Kiedy moja głowa przebiła powierzchnię wody, Caleb
automatycznie się przybliżył.
- Co to jest? – Patrzył na moją
zaciśniętą pięść.
- Zobaczmy – rzekłam teatralnie,
powoli odrywając palce od wnętrza dłoni. Nie była to biżuteria. Był to stary
pens, spłaszczony i ostemplowany wiadomością, która upoważniała jego
właściciela do jednej darmowej szansy uczucia, pocałunku.
Nim zorientowałam się, co robię,
wrzuciłam pamiątkę do jego dłoni.
- Jesteś dziś pełen podstępów,
nieprawdaż?
Śmiał się… zawsze się śmiał. – Nie
mam pojęcia, o czym mówisz.
Zanim mogłam zripostować czymś
mądrym, Caleb wyciągnął ręce i objął mnie w pasie. Nawet w zimnej wodzie, jego
dotyk był gorący. Przyciągnął mnie do siebie i nasze ciała przycisnęły się do
siebie, brzuch do brzucha, pierś do piersi. Byłam tak zszokowana, że początkowo
nie protestowałam. Nie byłam tak przestrzennie blisko drugiego człowieka odkąd
byłam niemowlęciem. On uśmiechnął się szeroko, jego oczy stawały się zamglone
z, jak postrzegałam, pożądania. Przestałam walczyć i pozwoliłam ustom
pokierować się do jego. To jest dla
Cammie, powiedziałam sobie. Nie było żadnego „miło i spokojnie” z tym
chłopakiem. Przesunął językiem wzdłuż wnętrza mojej dolnej wargi. Początkowo
był delikatny, próbując nakłonić moje uparte usta do jakiejś formy współpracy.
Odpowiedziałam tylko jedną rzeczą, którą znałam: oziębłą pruderyjnością. Caleb
niezrażony moim brakiem entuzjazmu, odsunął się ode mnie. Dłońmi obejmował moją
talię, palce leżały tuż ponad paskiem moich majtek. Nasze czoła się stykały, a
mój oddech wychodził w małych spazmach. To było żenujące.
- Oddaj mi pocałunek, Olivia. – Jego
głos był władczy i przez chwilę czułam przypływ buntu, tak jak wtedy, kiedy
kazał mi zapiąć pas bezpieczeństwa. Przełknęłam ślinę i zamknęłam oczy. Nie
wygrałam tamtej walki. Prawdopodobnie tej też bym nie wygrała. Może nawet nie
chciałam jej wygrać.
Potrafiłam to zrobić. Całowanie nie
wymagało myślenia, tak jak jedzenie czy chodzenie. Jego usta wróciły drugi raz
a ja nachyliłam do niego głowę, przechyloną tak jak w filmach. Tym razem byłam
gotowa, nawet chętna. Podskoczyłam, kiedy się połączyliśmy a jego wargi, które
były przyciśnięte do moich, rozciągnęły się w rozbawionym uśmiechu. Zaśmiał się
do moich ust. Doprowadzało to do szału i było niesamowicie seksowne. Próbowałam
się odsunąć, ale on przyciągnął mnie z powrotem. Pocałunek. Pocałunek.
Pocałunek. Składał się z czekoladowego ciasta, musującej namiętności i gęsiej
skórki. Nigdy wcześniej nikt tak mnie nie całował.
Potem zrobił najdziwniejszą rzecz –
odsunął się i wyciągnął mnie na długość ramienia. Zaklęcie prysło. – Olivia… -
Jego głos był szorstki. Pokręciłam głową. Nie chciałam usłyszeć tego, co
zamierzał powiedzieć.
- Muszę iść – powiedziałam szybko.
Woda, która była nieruchoma, zaczęła marszczyć się, kiedy podpłynęłam do boku
basenu. W jednym szybkim ruchu, wyciągnęłam się z wody i spojrzałam na swoje
drżące ciało. Migdaliłam się w basenie w samej bieliźnie z college’owym
Casanową. Byłam ladacznicą. Zabierając moje mokre ubrania z ziemi, rozejrzałam
się zaniepokojona. Ktoś zobaczy mnie jak wracam w mokrych ciuchach.
- Olivia – powiedział znowu. Nie
chciałam na niego spojrzeć. – Proszę. – Podał mi swoją suchą bluzę, którą
przyjęłam z wdzięcznością i wciągnęłam przez głowę. On otworzył usta.
- Słuchaj, cokolwiek zamierzasz
powiedzieć, nie rób tego!
Potaknął. Wyszliśmy przez bramę na
parking. Caleb wyciągnął ręcznik gimnastyczny ze swojego auta i mi go dał.
Przetarłam twarz oraz włosy i oddałam go, nie odrywając spojrzenia od ziemi.
Byłam zbyt zawstydzona, by coś powiedzieć. Moje zachowanie było niegrzeczne.
Nie chciałam dać mu złego wrażenia. Zacisnęłam zęby trzonowe i zamknęłam oczy.
- Dobranoc, Calebie – powiedziałam
szybko, brzmiąc na poły zduszoną. Czułam jego wzrok na plecach, jak
odchodziłam. Czemu tak się odsunął? Pierwszy raz, gdy sobie odpuściłam i
dostałam twardy policzek.
- Do jutra o tobie zapomni – syknęłam
do siebie – a wtedy możesz iść dalej ze swoim życiem i zapomnieć jakie było go
całowanie.
Obudziłam się następnego poranka,
czując się jakbym przełknęła żwir. Gardło mnie paliło i miałam obolałe ciało.
Zakopałam się pod kołdrą i starałam odsunąć od siebie obrazy z poprzedniej
nocy. Były to głupie i nierozważne obrazy, które wciąż się powtarzały, aż
chciałam krzyczeć. W moim życiu nie było miejsca na błędy. Nie miałam żadnej
rodziny czy konta pełnego pieniędzy. Miałam jedną szansę, żeby zrobić coś dla
siebie, a Caleb był rodzajem rozproszenia, które mogło wytrącić z równowagi
moje życie.
Zadzwonił dwa razy w ciągu dnia i raz
po kolacji. Wyciszyłam mój telefon i zabroniłam Cammie go odbierania. Ubrałam
się na zajęcia w poniedziałkowy ranek, wciąż lekko zielona i zdeterminowana,
żeby udawać, że nic się nie wydarzyło. Mieliśmy razem zajęcia z socjologii,
pewnie nawet tego nie zauważył, ponieważ była to jedna z większych klas w tym
semestrze, a ja siedziałam tak blisko przodu klasy, jak on siedział z tyłu.
Gdy przyszłam audytorium szybko się
zapełniało. Z zaczerwienionymi oczami i zawrotami, poszłam w kierunku dalekiej
lewej strony budynku. Ukrytych pod okapem było pięć pożądanych miejsc pokrytych
cieniem. Chciałam się tam ukryć. Ich zwykli okupanci byli śpiochami klasowymi.
Dzisiaj miałam szczęście. Dwa miejsca wciąż były wolne. Zaczęłam iść
przejściami z torbą kurczowo przyciśniętą do boku żelaznym uchwytem. Byłam już
w połowie drogi, kiedy usłyszałam moje imię wywołane z podium profesora.
- Panno Kaspen?
Zamarłam. Profesor Grubbs przemawiał
do mnie przez swój mikrofon i ludzie odwracali się w swoich miejscach, żeby
popatrzeć. Próbowałam iść dalej, tak jakbym go nie usłyszała.
- Panno Kaspen? – zaśpiewał znowu
profesor Grubbs. – A pani dokąd, jeśli łaska?
Odwróciłam się powoli, naklejając
uśmiech na zaciśniętych zębach. Wstrętny, nieznośny, kawałek…
- Dzień dobry, profesorze –
powiedziałam słodko.
Jego trzy brody kołysały się pod
uśmiechającymi się ustami jak wahadło. Caleb, którego głowa nachylała się nad
podręcznikiem chwilę temu obrócił się w moją stronę na miejscu. Przyłapana.
Spojrzałam tęsknie przez ramię, jak dwoje studentów wsunęło się na miejsca, do
których zmierzałam.
- Czy jest coś nie tak z pani
regularnym miejscem? – zapytał profesor Grubbs, wskazując na pierwszy rząd. –
Czy to mój oddech? – Dmuchnął sobie w rękę i udał, że wącha. Nastąpiło zbiorowe
parsknięcie w pomieszczeniu.
Spiorunowałam go wzrokiem i cicho
podeszłam do przodu klasy.
Profesor Grubbs był trzysta funtowym
bykiem z zamiłowaniem do bycia kontrowersyjnym. Studenci byli onieśmieleni
gromkim głosem profesora i ponad okazałą obecnością. Ja uważałam go za
uroczego. Ale nie dziś – dziś go nienawidziłam.
- Dla mnie to wygląda, jakbyś się
przed kimś ukrywała. – Oparł się o swoje podium i przez chwilę myślałam, że
złamie się on pod jego ciężarem.
Mój wzrok pomknął do Caleba.
Uśmiechał się.
Aaaargh!
- Ukrywać się przed kimś? –
westchnęłam, siadając. – Czemu miałabym się przed kimś ukrywać? I byłabym
wdzięczna, gdyby nie analizował pan każdego mojego ruchu, zwłaszcza, kiedy
słyszy to cała klasa – dodałam z sykiem.
Profesor Grubbs spojrzał na mnie
psotnie, po czym chrząknął do mikrofonu.
Nie odrywał ode mnie wzroku, mówiąc.
– Czy jest ktoś w tej klasie, kto podejrzewa, że Olivia Kaspen go unika?
Caleb podniósł rękę.
Opuściłam głowę, tak że broda
dotykała mojej klatki piersiowej.
- Pan Drake? – Profesor Grubbs był
otwarcie zaskoczony. – Proszę podejść i zająć miejsce obok Olivii, żebym mógł
przyglądać się, jak ona się skręca.
Usłyszałam jego kroki, potem poczułam
jego obecność obok mnie, gdy opadł na krzesło. Trzymałam głowę w dole.
- Jesteś całkiem przystojnym chłopcem
– powiedział profesor Grubbs. – Nie sądzę, bym kiedykolwiek widział cię tak
blisko.
Podniosłam głowę i prychnęłam.
Profesor Grubbs wpatrywał się w nas, jego oczy podążały od Caleba do mnie z
otwartą ciekawością.
- Mam nowo odkryte pragnienie wiedzy,
proszę pana. Myślę, że od teraz będę siedział tak blisko.
- Teraz wiem, że plotki są prawdziwe,
panie Drake.
- Jakie plotki, profesorze? – Głos
Caleba był radosny, nawet przekorny.
- Gadasz bzdury. – Szmer śmiechu
przeszedł przez ciało studenckie. Caleb uśmiechnął się niezrażony. Pławił się w
centrum uwagi.
- Czujesz się lepiej? – powiedział
cicho, jak zaczął się wykład.
- Tak. Nic mi nie jest. – Wpatrywałam
się prosto przed siebie i wstrzymałam oddech przed jego wodą kolońską.
Gdy sięgnął do swojej torby, jego
noga musnęła moją. Odskoczyłam, ale było za późno, już miałam poczucie
trzepotania w żołądku.
- Sorki – powiedział bezgłośnie,
uśmiechając się szeroko. Popatrzyłam na niego gniewnie i walnęłam tak mocno
podręcznikiem o biurko, że profesor Grubbs zatrzymał się w wykładzie, żeby na
mnie spojrzeć.
- Spokojnie – rzekł pod nosem. –
Jeśli zaczniesz okazywać uczucia za każdym razem, kiedy jesteś obok mnie,
ludzie połapią się jak bardzo mnie lubisz.
Opadła mi szczęka.
Próbowałam wsłuchiwać się w wykład,
szczerze próbowałam, ale na koniec pięćdziesięcio minutowych zajęć nie mogłam
sobie przypomnieć ani jednej rzeczy, która została powiedziana. Jednakże
zapamiętałam zapach jego wody kolońskiej i mogłabym opowiedzieć ci w
szczegółach o wzorze ruchu, który robił: stukając ołówkiem o książkę w
trzykrotnych seriach, przesuwając nogami pod ławką, aby jedna podskakiwała na
palcu jego stopy, a druga rozciągnęła się leniwie przed nim. Gdy zostaliśmy
zwolnieni, wystrzeliłam ze swojego krzesła jak żywa kula armatnia i skierowałam
się do drzwi. Nie ścigał mnie. Tak naprawdę, kiedy odwróciłam się, by zobaczyć
gdzie jest, w ogóle go nie widziałam. Moją pierwszą reakcją była ulga, a potem
rozczarowanie. Może w końcu zrozumiał wiadomość i już na dobre był z mojej
głowy.
Czekał na mnie przed moim akademikiem
później tego dnia. Wyprostowałam plecy i wykorzystałam następne parę sekund,
żeby zapanować nad swoimi emocjami. Oddychaj,
Olivia, on jest tylko kolejnym chłopcem, a zrobieni są oni z tej samej tandety.
Zatrzymałam się parę stóp od miejsca, gdzie stał on, gdybym go poczuła,
wiedziałam, że straciłabym determinację. Było to malownicze. My stojący pod
latarnią uliczną w emocjonalnym starciu, z torbami przecinającymi nasze klatki
piersiowe.
- Caleb – powiedziałam zbyt wysokim
tonem. – Będę szczera. – Skinął głową, wolno mrugając.
- Po prostu nie jestem
zainteresowana… tym, czym ty… jesteś zainteresowany. Lubię cię, ale tylko jako
przyjaciela. – Zamilkłam, żeby sprawdzić jego minę, która była tak nieczytelna
jak Wojna i pokój i dołożył ostatnie
dźgnięcie, by oświadczyć mój punkt. – Nie sądzę, byśmy do siebie pasowali.
- Ja tak tego nie czuję. – Wyglądał
niepokojąco intensywnie, a ja musiałam spuścić wzrok na buty aby uniknąć
zatopienia się w jego oczach.
- Um, cóż, przykro mi. Chyba jesteśmy
na dwóch innych długościach fali – wyjąkałam.
- Nie, nie o to mi chodziło. Wiem, że
lubisz mnie tak bardzo, jak ja lubię ciebie. Ale to twój wybór, a ja jestem
dżentelmenem. Chcesz żebym dał spokój – dobra. Do widzenia, Olivia. – Odszedł.
Patrzyłam za nim z konsternacją.
Naprawdę właśnie to zrobiłam? Chciałam za nim pobiec i powiedzieć mu, że tylko
częściowo miałam to na myśli i że za każdym razem gdy byłam obok niego czułam
się odurzona, i czy mógłby proszę pocałować mnie tylko jeszcze jeden raz, bym
była pewna, że robię właściwą rzecz.
Oczywiście tego nie zrobiłam.
Caleb, dotrzymując swojego słowa,
trzymał się ode mnie z daleka przez następne pięć miesięcy. Tak daleko, że
czasami, kiedy mijaliśmy się na kampusie patrzył przeze mnie.
Wciąż myślałam o tym, co moja matka
powiedziałaby o tej sytuacji.
- Prawdziwy kawałek męskiego mięsa i
schrzaniasz to, bo się boisz. Jesteś zbyt podobna do swojego ojca, Olivio.
Byłam upośledzona psychicznie w
związkach. Kopałam, popychałam i wyrzucałam ludzi ze swojego życia, żeby nigdy
nie mieli szansy mnie zranić.
Życie szło dalej, ale nagle nie było
już takie same. Nastąpiła we mnie zmiana. Nie znałam tego przyczyny, ale gdzieś
w moim mózgu pojawiły się nowe drzwi i pomimo moich najtwardszych wysiłków, by
trzymać je zamkniętymi, moje myśli wciąż tam podążały, podróżując w pustym pomieszczeniu,
przywracając obrazy Caleba. Czasami czułam smutek dniami, potem mój nastrój
zmieniał się i czułam w stosunku do niego niewiarygodną wściekłość za mieszanie
mi w głowie. Blisko drugiego miesiąca mojej emocjonalnej tortury, przestałam
walczyć. Najwyraźniej już nie chciałam być wyspą. Może była to pora na otwarcie
się i eksperymentowanie ze związkami.
Zaczęłam interesować się chłopcami
niemal z dnia na dzień. Zwerbowałam Cammie do pomocy, a ona udzieliła mi lekcji
w suszeniu włosów, robieniu makijażu i, jak każda prawdziwa przyjaciółka,
przedstawiła mnie usztywnionemu stanikowi. Ten nowy, gładki, ściągnięty wygląd
razem z moim wielkim wysiłkiem by nie być ponurą, zdobył mi randkę, a potem
dwie. Przy czwartym miesiącu posiadałam moje własne dwa gorące wałki i
zgromadziłam grupkę żarliwych wielbicieli.
Spotykałam się z Brianem, tęgo
głowym, który był na kierunku przedmedycznym, Tobey’em, który jeździł
Lamborghini i zabierał mnie do eleganckich restauracji i oczywiście był Jim,
poeta, który zbyt bardzo zgrywał znawcę sztuki jak na swoje dobro. Palił paczkę
Marlboro na dzień i potrafił wyrecytować znaczną część Tołstoja. Był moim
ulubieńcem, wszystko co zrobił i powiedział było tak śmiałe, że miałam
dreszczyk emocji. Oczywiście istniał jeden jedyny problem z wszystkimi tymi
mężczyznami; nie wypełniali tego „pokoju Caleba” w mojej głowie. Był on jak
swędzenie, które nigdy nie ustępowało. Myślałam o nim, kiedy patrzyłam na
drzewa, budynki i kiedy byłam w kolejce w sklepie, wybierając gumy do żucia.
Myślałam o nim, kiedy myłam zęby i kiedy Cammie paplała o kolorze swoich nowych
butów (które uważała iż były łososiowe, lecz w moim poważaniu koralowe). Po
pięciu miesiącach miałam dosyć i byłam zmęczona widzeniem jego twarzy w głowie.
Caleb nasycił moje istnienie, a ja byłam pochrzaniona. Żeby pogorszyć sprawy –
on był wszędzie, zaangażowany we wszystko i uśmiechający się do wszystkich. Nie
mogłam się od niego oderwać. Przestałam spotykać się z Tobey’em i Brianem, a
Jima odstawiłam na później, ponieważ autentycznie lubiłam go jako osobę.
Porzuciłam umawianie się, i tak to nie byłam ja, i zamiast tego zajęłam się
profesjonalnym prześladowaniem.
Wiedziałam o tym, z kim spotka się
Caleb przez łańcuch plotkarski Cammie, klasyczną grupę wścibskich studentek
pierwszego roku, które miały długie języki i zbyt mało pracy domowej.
Wiedziałam, że umawiał się z Susanną, bo miała zabójcze nogi i Mariną, bo
kochała koszykówkę i miała zabójcze nogi. Wiedziałam że zabrał Emily do Disney
World na ich jednomiesięczną rocznicę i że Danielle dostała torebkę z Burberry
na jej dwudzieste drugie urodziny. Wiedziałam o tych wszystkich rzeczach, a
jednak nie potrafiłam odważyć się na porozmawianie z nim.
- Przypominasz mi tego oślizgle
wyglądającego karła z Władcy pierścieni
– skomentowała Cammie jednego dnia. Dopiero skończyłam wypytywać ją o wieczór
Caleba w nocnym klubie Passions, gdzie widziała go flirtującego z nową
blondynką.
- On jest hobbitem.
- Ta. Mój skarb, tak?
Pokazałam jej środkowy palec.
We wczesnym marcu, gdy wędrowne ptaki
rozkładają swoje skrzydła do domu, Caleb zaczął umawiać się z lalką Barbie.
Nazywała się Jessica Alexander. Przeniosła się z Las Vegas, gdzie pracowała
jako profesjonalna tancerka w widowisku Toni Braxton. Jej nogi były
nieskończenie długie, włosy niemożliwe blond i powszechnie było rzekome, że jej
rodzice byli spadkobiercami hotdogowej fortuny Oscara Mayera[1].
Przestałam jeść hot dogi i przekonywałam siebie, że w końcu on się nią znudzi,
tak jak innymi. Poza tym blondynki nigdy nie miały dużo działalności mózgowej.
Była to tylko kwestia mojego czasu, wyglądania seksownie i bycia dostępną,
kiedy nadejdzie odpowiednia chwila.
Moja teoria osłabła, gdy gazetka
szkolna wydała swój artykuł z lutowej okładki. Znalazłam Jima czytającego kopię
w kafejce, gdzie spotykałam się z nim na latte. Twarz Jessici uśmiechała się do
mnie z pierwszej strony, gdzie pogrubioną czcionką było napisane „Piękna i Książki”. Wyrwałam gazetę z
jego rąk i gapiłam się na artykuł z ustami wygiętymi w zazdrosnym grymasie.
- Ma najwyższą średnią ocen w jej
kierunku? – Poczułam jak cierpnie mi żołądek. – Jaki jest jej kierunek?
Przedkropkowanie?
Jim zaśmiał się, wysunął papieros z
paczki i zapalił zapałkę w jednym spokojnym ruchu.
- Właściwie to przedprawo. Jest jedną
z twoich i najwyraźniej radzi sobie lepiej od ciebie.
Zaschły mi wargi.
- Dlaczego nie widziałam jej na
którychkolwiek moich zajęciach? – odcięłam się, skanując artykuł, żeby zobaczyć
czy to prawda.
- Może już brała te zajęcia, na
których jesteś. Może ominęła je, bo jest taka mądra. - Burknęłam i pociągnęłam
łyk jego kawy. Był to klucz francuski. To znaczy – nie było wystarczające, że
przychodziły do niej pieniądze z parówek? Musiała zabrać Caleba i wybitną
średnią ocen za jednym zamachem? Jeśli miał umawiać się z mądrą dziewczyną, powinnam
być to ja. Powinnam być to ja!
On chciał mnie, a ja go odprawiłam,
bo pruderyjność płynęła grubo w moich żyłach.
Postanowiłam zaprzyjaźnić się z
wrogiem. Dostanie się do kapuścianej grupki przyjaciół było jedynym sposobem,
dzięki któremu byłabym zdolna sprawić kłopoty. Musiała mnie polubić. Zaczęłam
obserwację grupki przyjaciółek Jessici, które były u jej boku jak pasta
protezy. Były niemożliwie przyjazne, ale brakowało im prawdziwej lojalności
Cammie. Nazwałam je „urzyjaciółkami” (udawanymi przyjaciółkami). Nawiązywały
więzi poprzez robienie zakupów i wrzucenie słowa „tak jakby” do każdego zdania.
„Jest, tak jakby, tak fajnie robić z tobą zakupy. Ty, tak jakby, znasz tak
dobrze mój styl.” „Masz, tak jakby, najlepsze włosy.” „Kiedy Brad ze mną
zerwał, tak jakby, taaaak mnie wspierałaś”.
Jessica mieszkała tylko parę drzwi
dalej ode mnie i zaczęłam uśmiechać się do niej, kiedy mijałyśmy się na
korytarzu. Stopniowo przestawiłam się na uprzejme „cześć”. Ciesząc się
popularnością, odpowiedziała mętnym spojrzeniem i małym uśmiechem automatycznie
kształtującym się w kącikach jej ust. Kilka tygodni później zaczęła mnie
zauważać – najpierw mi machała, potem jednego dnia powiedziała mi, że podobają
jej się moje buty. Dowiedziałam się, że ładne dziewczyny mają skłonność do
zauważania innych ładnych dziewczyn, choćby tylko do oceny swojej konkurencji.
Byłam nieco dumna, że przyciągnęłam uwagę takiej figury piękności. Jeśli ona
mnie zauważała, może jej chłopak również.
Nasza pierwsza oficjalna pogawędka
nadeszła pewnego popołudnia, jak byłam w kampusowej pralni. Właśnie wybrałam
czyste ubrania z suszarki, kiedy przyszła ona z koszem pełnym brudów. Uważając
to za miły czyn losu, wrzuciłam swoje schludnie złożone ubrania z powrotem do
pralki i nawiązałam rozmowę, która poszła mniej więcej tak…
- Uważaj na tę maszynę, w zeszłym
tygodniu zniszczyła moją pidżamę od Channel. – Podniosła wzrok wielkimi oczami,
zawieszając rękę nad otwartą pralką. Oczywiście nie miałam pidżamy od Channel,
nawet nie wiedziałam czy Channel robiło pidżamy, ale jeśli tak, ta dziewczyna
miałaby ich zbiór.
- Była nowa? Ze srebrnym haftem na
mankietach? – Bingo. Skinęłam głową. – To straszne. Przysięgam że ta szkoła
odmawia wyłożenia pieniędzy na, tak jakby, dobre wyposażenie.
Wlałam nakrętkę niebieskiego
detergentu do maszyny i ją zamknęłam.
- Czy ty nie, tak jakby, przeprowadziłaś się tutaj z Vegas, czy coś? – zapytałam,
swobodnie podchodząc maszyny z napojami i wrzuciłam monety do otworu.
Jessica potaknęła. – Ta, ja, tak
jakby, potrzebowałam zmiany. Przyjechałam tutaj na semestr, żeby spróbować, ale
wtedy spotkałam swojego chłopaka i postanowiłam zostać.
- Kto jest twoim chłopakiem? – Wbiłam
guzik, który dałby mi colę i zgięłam kolana, żeby wyciągnąć ją z pojemnika.
Jej mina zmieniła się, kiedy wypowiedziała
jego imię. Nienawidziłam jej za to.
- Caleb Drake. Jest w drużynie
koszykarskiej. Jest naprawdę fajnym facetem – totalnym dżentelmenem.
Jej głos był niewiarygodnie
denerwujący.
- Tak? Trudno takich znaleźć, faceci
w dzisiejszych czasach są takimi… - próbowałam znaleźć dobre słowo, rodzaju
jakiego ona by użyła – głupimi dupkami – uśmiechnęłam się.
Jessica pokiwała do mnie głową, jej
powabne brwi się zmarszczyły. Poczułam pociągnięcie pasty protezy. Ona
akceptowała mnie do jej „urzyjaźni”.
- Dosłownie, nigdy nie pozwolę mu
odejść. Zamierzam poślubić tego chłopaka.
Nie cierpiałam, kiedy dosłownie było
używane do nie-autentycznych spraw. Otworzyłam puszkę i odwzajemniłam jej
szeroki uśmiech.
Po moim trupie… dosłownie.
Floryda była mokra. Wiecznie błękitne
niebo nosiło krępe szare chmury jak dodatki. Było tak od tygodnia i miałam
dosyć widzenia parasolek podskakujących po kampusie. Postanowiłam wziąć swój
podręcznik do poczekalni studenckiej, żeby się pouczyć. Włożyłam do torby kilka
przekąsek oraz materiał do czytania i skierowałam się do drzwi, pisząc notatkę
mówiącą Cammie, by przyniosła mi kolację do kafeterii.
Wzięłam windę na piętro niżej i
skierowałam się na zachód, w kierunku cichszej z dwóch poczekalni studenckich w
moim budynku. Pomieszczenie było obskurne i śmierdziało jak brudne skarpety,
lecz bardzo rzadko było zajęte, a ja nawet lubiłam pozostałą atmosferę miejsca.
Okrążyłam zakręt i zobaczyłam znajomą blond głowę oprawioną w oknie. Jessica.
Właśnie zamierzałam zaoferować swoje najradośniejsze „tak jakby cześć”, gdy
zauważyłam obwisły sposób, w jakim trzymała ramiona. To były płaczące ramiona.
Byłam bardzo zaznajomiona z tą sceną. Rozejrzałam się ostrożnie. Blondynki w
rozpaczy nigdy nie były same. Zazwyczaj były przyjaciółki, pocieszające, poklepujące,
uspokajające…
Korytarz był pusty. Zrobiłam krok do
przodu i zatrzymałam się. Może oni zerwali. Nadzieja połaskotała moją pierś, a
ja ją wygoniłam zirytowana. Nie było potrzeby wyprzedzać samą siebie.
- Jessica? Nic ci nie jest? –
Położyłam rękę na jej ramieniu, a ona odwróciła się, aby spojrzeć na mnie
wilgotnymi oczami łani. Na parapecie była kolekcja przemoczonych chusteczek.
Zastanawiałam się jak długo się tutaj ukrywała.
- Cześć – powiedziała słabo,
zachrypniętym głosem.
- Co się stało? Czemu płaczesz?
Odwróciła się do okna i przetarła
nos. Milczała przez długi czas, a ja poruszałam nogami, zastanawiając się, czy
zapomniała że tutaj jestem. Miałam już coś powiedzieć, kiedy zaczęła szlochać.
- Ja… szloch… myślę… czkawka-szloch… że jestem… głośny wydech-czkawka… w ciąży…
Pozwoliłam wiadomościom dotrzeć do
świadomości. Ona stonowała swój płacz i kwiliła cicho do chusteczki. Oceniłam
swoją pozycję, jej pozycję i jego pozycję. Sprawy wyglądały gównianie dla nas
wszystkich.
- Okej – szepnęłam. – Powiedziałaś mu
już?
- Nie.
- Czy ktokolwiek wie?
Potrząsnęła głową.
- Moi… pociągnięcie nosem… rodzice… wyrzekliby się mnie i… tak bardzo boję
się… głośny wydech… go stracić.
- Oczywiście. – Brzmiałam
współczująco i część mnie naprawdę taka była. Część tak maleńka, że sprawiała
iż atom wyglądał jak pięść.
- Co zamierzasz zrobić? – Zabrałam
brudne chusteczki z parapetu i wrzuciłam je do kosza.
- Nie ma nic, co mogę zrobić. Ja… jestem
umówiona w sobotę, ale potrzebuję, żeby ktoś mnie zabrał, a nie chcę powiedzieć
żadnemu z moich przyjaciół, wiesz? Wciąż jestem tutaj dosyć nowa. Nie chcę żeby
patrzyli na mnie inaczej. – Bardzo wątpiłam, by to zrobili. Semestr przed tym
jak przyjechała Jessica dwójka jej najbliższych urzyjaciółek rzekomo przeszła
tę samą procedurę.
- Dlaczego nie powiesz Calebowi?
Zrozumiałby. Mam na myśli to, że on jest w połowie za to odpowiedzialny, na
litość boską.
- Nieeee. – Złapała moje ramię i
spojrzała na mnie wielkimi oczami. – Powiedziałam mu że jestem na tabletkach
antykoncepcyjnych… i zamierzałam znowu zacząć je brać, po prostu byłam taka
zajęta – szkołą i nim… nigdy nie pomyślałam, że to może się wydarzyć. Byłam tak
ostrożna ze wszystkim. Nie mam nikogo, komu mogę zaufać.
Wtedy się do mnie przykleiła; objęła
ramionami szyję, głowę twarzą w dół położyła na ramieniu. Ze skrępowaniem
zdałam sobie sprawę, że ona mnie przytulała, szukając jakiejś pociechy.
Poklepałam ją po plecach, tak jakbym zrobiła to ze śmierdzącą osobą i odsunęłam
się.
- Zabiorę cię.
- Naprawdę? – Otarła wilgoć ze swoich
policzków, pozostawiając ślady czarnego tuszu do rzęs. – Zrobiłabyś to?
- Oczywiście. Wystarczająco jestem
usunięta z tej sytuacji. Nie będziesz musiała angażować swoich przyjaciół, a
Caleb nigdy się nie dowie.
- Jest w sobotę o siódmej –
odpowiedziała, chwytając mnie w uścisku tak zrozpaczony, że się wzdrygnęłam. –
Dziękuję ci tak bardzo, Olivia.
Teraz była niespodzianka. Po całej
naszej rozmowie tamtego dnia o ubraniach, ani razu nie zapytała mnie o imię,
nawet nie wtedy kiedy ja zapytałam o jej. Popularne dziewczyny domyślały się,
że każde wiedział kim one są. Też mi coś!
Jessica Alexander. Nie czytasz szkolnej gazetki? Jessica nie miała żadnego
powodu, żeby znać moje imię.
- Nie pamiętam, żebym mówiła ci moje
imię – uśmiechnęłam się do niej.
- Wszyscy znają twoje imię. Jesteś
dziewczyną, dla której Caleb spudłował, racja? – Poczułam przeszywający mnie
szok aż do moich pomalowanych na czerwono palców u stóp. Jak mogłam zapomnieć o
swoich piętnastu minutach sławy? Mojej gorzkiej podróży z popularnością?
Cofnęłam się, nagle czując się nieśmiało. To był bardzo mroczny czas w moim
życiu.
- Nie martw się, on wyjaśnił mi
twoje… skłonności… - słowo „skłonności”
sturlało się z jej języka jak tonący ratownik. Opadło pomiędzy nami,
wykrzykując na mnie przerażające konsekwencje – że jesteś homoseksualna –
dodała, uśmiechając się – jakakolwiek kobieta, która odtrąca Caleba musi być
albo lesbijką, albo szalona. Do zobaczenia w sobotę.
Właśnie.
Wróciłam do mojego pokoju w
oszołomieniu, rozważając dwie opcje.
Pierwsza. Caleb zdecydował, że
jedynym powodem, dla którego go odrzuciłam było to, że jestem homoseksualna.
Druga. Caleb mówi wszystkim, że jestem lesbijką jako zemstę za olanie go. Tak
czy inaczej muszę potwierdzić swoją seksualność, żeby wyjaśnić rzeczy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz